Głupie błędy, które popełniałam, jako młoda dziewczyna

Femme fatale
Femme fatale
4 grudnia 2016
Głupie błędy, które popełniałam, jako młoda dziewczyna
Fot. iStock / happyframe
 

– Jaka młoda, przecież ty nadal jesteś młoda…

– Nie jestem, i całe szczęście…

– Ale zrzędzisz, że niby mamy trochę po trzydziestce i jesteśmy już dawno przeterminowani?

– Pewnie, że nie, ale po co udawać młodość, po co wmawiać światu, że dziś młodość trwa do sześćdziesiątki, po jaką cholerę? Nie lubię myśleć o sobie w ten sposób. Może to dziwne, ale kocham swoją dorosłość i nie chciałabym już wracać do „tamtych” czasów. Stara też się nie czuję (no może tylko czasem), ale bardzo lubię siebie inną, bardziej dojrzałą, świadomą. Lubię widzieć świat pełniejszy i nie robić tych wszystkich beznadziejnie głupich rzeczy, które były moją młodością…

Mój mąż siedzi obok na kanapie i smętnie wzdycha, jak to by znów chciał być młody, wrócić do czasów szkoły, imprez, wolności… A ja nie, ja nie chcę. Nie chcę robić tych wszystkich głupot, nawet za cenę niby-wolności, nawet za brak odpowiedzialności, która czasami tak mocno przytłacza, za nic. Z-A  N-I-C

Głupie błędy, które popełniałam, jako młoda dziewczyna

Byłam pewna, że odwzajemnione uczucie jest lustrem mojego

Że każda miłość przecież musi być taka sama jak moja – bo jak mogłaby być inna? Każda złość jest taka, jak moja, każde uczucie na tym świecie jest szablonem tego, co i ja czuję. Bo jak inaczej, jak może istnieć coś, czego istnienia nie mogę sobie wyobrazić, poczuć, znać?

A przecież nie ma na świecie człowieka, który mógłby zostać naszym lustrem, idealnie odwzorować to, co my widzimy, to, czego się spodziewamy, to, kim chcemy go widzieć.

Zbyt wiele siebie dawałam innym, a nie sobie

Zbyt często żyłam po to, by zadowolić kogoś innego. I nie było w tym żadnego cierpiętniczego poświęcenia, tego się w ogóle nie zauważało! Brrr… Za nic nie chciałabym tam wrócić. Taka byłam przebojowa, tere fere, dziś mam wrażenie, że wtedy większość z nas – im bardziej była JAKAŚ, tym mocniej naprawdę była nijaka, nieokreślona.

Wierzyłam, że sama miłość wystarczy do wszystkiego

Naprawdę w to wierzyłam. Tak romantycznie, na śmierć i życie.

Dziś nie muszę wierzyć w coś, nie muszę mówić sobie, że coś może się udać, a reszta jest nieważna. Dziś wiem:

– że sama miłość nigdy nie wystarczy
– że miłość, to praca
– że miłość sama z siebie nie wystarczy do niczego, nie zastąpi nam strat, nie wymaże bólu. Ona może tylko pomagać, wspierać, uczyć. Może nas zmieniać, uczyć bycia ludźmi. Ta prawdziwa zawsze zmieni nas w lepszych siebie, ta fałszywa lub toksyczna wręcz odwrotnie. Ale wokół niej, miłości – nadal jest cały świat – i nadal jest nam potrzebny, bo bez niego i ta miłość by nie istniała.

Myślałam, że wiem, co to smutek, cierpienie. Wierzyłam, że umiem być blisko innych

Że jestem empatyczna, że potrafię tak dobrze traktować i wspierać innych. Że mogę wyobrazić sobie tak wiele, wejść na chwilę w ich buty.

Nie mogłam. Tego nie da się wiedzieć. A nawet z dużą dozą pokory, trudno jest sobie wyobrazić pewne rzeczy. Zawsze podświadomie dążymy do tego, by nie wypaść przez nieuwagę ze swojej strefy komfortu.

I nawet całkiem niedawno byłam przekonana, że wiele już potrafię w swojej emocjonalności, do czasu. Bo dopiero, gdy niedawno umarł mój tata, zrozumiałam, ileż w nas bezsilności. Ileż w nas pychy, że możemy komuś przynieść ulgę – a jednocześnie, jak trudno dojrzeć innym nasze wołanie o tę pomoc.

Tyle jest tych wszystkich emocjonalnych szarości, wyjść, które zawsze są niedobre. Uczuć, których nikt oprócz nas pojąć nie może…

Ciągle wymagałam od siebie, nigdy od innych

Wierzyłam w to, że mogę wszystko i że wszystko zależy ode mnie. Ale ta moja wiara była  płaska, bez wszystkich przypisków z gwiazdką.

Bez świadomości, że wiele rzeczy można robić na różne sposoby.

Bez wolności, jaką zabiera dążenie do perfekcjonizmu.

Zupełnie, jakbym była jedynym człowiekiem na świecie. Jedynym kompetentnym człowiekiem. Do czego? Do wszystkiego…

Miałam wyobrażenia o wszystkim, zazwyczaj dalekie od rzeczywistości

I co najgorsze zupełnie nieświadomie tymi wyobrażeniami żyłam.

Zakochiwałam się w nieistniejących facetach, bo tak naprawdę widziałam tylko tyle, ile chciałam widzieć.

Potrafiłam absolutnie wszystko sobie zracjonalizować. Dziś tego nie potrafię, długo zatracałam tę umiejętność  – i chwała.

Dziś za to coraz częściej mówię sobie otwarcie: „nie rozumiem”, „nie wiem dlaczego”. Dziś coraz częściej rozważam zanim zadecyduję, zostawiam sobie coraz więcej miejsca na przypiski na marginesie. Wiem, że czasem zrozumieć się nie da, że czasem zrozumieć nie trzeba, że innym razem trzeba nauczyć się albo zaakceptować mimo wszystko albo puścić coś/kogoś tam, gdzie to nasze zrozumienie nie sięga i sięgać nie chce.

Chciałam być księżniczką

A może nawet księżniczkami i królowymi. Wiele razy, za każdym razem trochę inną.

Chciał być kobietą de lux. Naj.

Idealna, perfekcyjna. Najpiękniejsza, święta, empatyczna, zawsze wyrozumiała, silna, przebojowa i czuła.

Dziś nie chce być „jakaś”. Nie chcę być przymiotnikiem, wolę być całym zdaniem.

Lubię siebie nieidealną, taką zwykłą – po prostu kobiecą. Czasem zmęczona z zakupami w dłoni, czasem uwodzicielską, złośliwą, złą na siebie, na padający deszcz. Lubię te dziewczynę, której nie chce się rano umalować oczu i tę, która czasem zamienia się w boginię. I dopiero dziś potrafię być sobie wdzięczna za to, że w tę boginię, mogę się zamienić – ale nigdy nie muszę nią być

Dopiero dziś wiem, że lepiej mieć wybór – niż być księżniczką.

Jak bardzo nie rozumiemy tego świata, gdy jesteśmy młodzi. Pozornie tacy silni, a jednak odporni „na życie”. Ale najmilsze w tym wszystkim jest to, że dziś nadal niewiele rozumiemy, wiemy, pojmujemy. Dlaczego akurat to jest najlepsze? No cóż, może ktoś właśnie popuka się po głowie, ale gdyby nie te wszystkie głupie rzeczy, nie było mnie dziś tutaj, nie byłabym taką, jaką się stałam. Mimo wszystkich złych i trudnych chwil, cieszę się z tego, gdzie się znalazłam. A jeszcze bardziej cieszę się z tego, że i to nie będzie wieczne. Może za dziesięć lat napiszę, „Oesu, ależ ja byłam głupia, gdy wydawało mi się, że życie zaczyna się po trzydziestce, że jestem taka dojrzała, już wiele rozumiem… byłam nigdzie, dopiero teraz coś wiem o życiu”. Mam nadzieję, że i tym razem się nie rozczaruję, że nawet z całym pudłem głupot na koncie, nadal nie będę musiała nigdy niczego w życiu żałować…

PS: Jeżeli myśleliście, że będzie o imprezach i seksie bez zobowiązań – sorry, nie tym razem ;).


Miłość, to nie obrączka na palcu, to nie wspólna kołdra, ani dzieci. Na miłości nie można oszczędzać… List do męża

Femme fatale
Femme fatale
22 lutego 2017
Fot. iStock / elwynn1130
Fot. iStock / elwynn1130
 

Czego od miłości wymagamy? Odrobinę tego, ciut tamtego. Taka to „zupa” pełna miłości – zrobiona z tego, co wpadło nam w ręce. Ale, czy takie zupy nie są najlepsze? Byleby jej tylko nie przesolić, nie doprawić zbyt mocno rozczarowaniem – bo w tych naszych domach i łóżkach już tak jest, że wszystkie smaki i zapachy nieuchronnie się przenikają.

Chcemy miłości doskonałej, a gdy zaczynamy jej szukać tuż pod nosem, możemy odkryć tylko dwie rzeczy. I nigdy nie będzie to doskonałość.

Albo obudzimy się pewnego dnia i uznamy, że skoro doskonałości nie ma, pora ruszyć jej szukać. Albo zobaczymy, że to, co oplata nas od stóp do głów, jest od niej o niebo lepsze. Nie znaczy to jednak, że miłość jest jak magiczne stworzenie. Że potrafi odczarować to, co my, ludzie robimy. Że wystarczy za wszystko i za wszystkich.

Miłość ma różne definicje, za każdym razem smakuje inaczej. Trudną o nią, oj, trudno jest ją sobie zgotować.

Czy tak wiele w miłości wymagamy? Bardzo wiele, moja lista jest okropnie długa – i pewnie mogłabym coś do niej dopisywać w nieskończoność, a brzmi mniej więcej tak:

Chcę…

… żebyś myślał o mnie i o mnie pamiętał

Wtedy, gdy planujesz swój czas i nasz. Wtedy, gdy wymagasz ode mnie ustępstwa, wsparcia, uwagi. Tak, jak ja myślę o tobie.

… żebyś  mnie szanował

Wtedy gdy pytasz jaki film chcę obejrzeć i wtedy, gdy pytasz o radę podejmując decyzję o nowej pracy.

… żebyś  miał więcej powodów, żeby mnie przytulić niż tych, żeby tego nie robić

Żeby nie było ci za zimno/za ciepło, za ciasno, niewygodnie, żebyś miał czas, humor, nastrój. Wreszcie ochotę. Żebyś nie mówił, że ty tego nie potrzebujesz/nie lubisz – bo miłości tak już jest, że potrzeba do niej więcej niż jednej osoby.

… żebyś słuchał moich odpowiedzi – jeśli tego nie robisz, lepiej wcale nie pytaj

Nie potrzebuję gry pozorów, grzeczności, uprzejmości – bo tak wypada. Nie chcę udawania. Jeśli nie chcesz znać odpowiedzi nie pytaj wcale. Jeśli nie śni ci się nawet pójść w inną stronę, niż założyłeś, będziesz musiał czasem iść sam. Czasem to będzie wybór na więcej niż jedną drogę.

… żebyś miał dość odwagi, by powiedzieć, jeśli przestaniesz mnie kochać

Bo to najtrudniejsze i najlepsze co możesz dla kogoś zrobić. Nie ma nic okrutniejszego niż pozwalać komuś wierzyć w iluzję miłości. Bo miłość, dla mnie, to bezpieczeństwo. To pewność, że cokolwiek, gdziekolwiek i jak – ona zawsze będzie. Bardziej wyrozumiała niż ludzie, bardziej cierpliwa, ciepła. Tak długo jak to samo my jej będzie odwzajemniać.

Miłość bez wzajemności istnieć nie może.

… żebyś miał wystarczająco powodów do radości, żeby się czasem do mnie uśmiechnąć

Bo gdy już powodów w życiu brakuje do uśmiechu, i nawet ta druga osoba nie jest dostatecznym argumentem, by z życia się cieszyć… to co to oznacza?

Dzień, w którym na zawsze przestajemy się do uśmiechać, to dzień, który mówi więcej  niż tysiąc kłótni i rozpraw rozwodowych.

… żebyś był

Naprawdę i żebyś sam tego chciał. Chcesz być? Nie da się kochać i uciekać do innego życia.

… żebyś nie kpił z tego, co dla mnie ważne

Nawet, gdy to dla ciebie niezrozumiałe – zwłaszcza, gdy to dla ciebie niezrozumiałe.

… żebyś miał czas na nasze życie

Nie na twoje, nie na moje. Na nasze.

Nie ma miłości po 15-tej. Na godziny, żetony i odhaczone na liście punkty. Jakbyśmy nowocześni nie byli – razem zawsze znaczy to samo. Nawet, gdy dzielą nas setki kilometrów.

… żebyś dokonywał mądrych wyborów

Jeśli decydujesz się na „poświęcenie” względem drugiej osoby, obojętnie, co tobą powoduje – nigdy jej za to  nie wiń. Inaczej nie pozostanie ci nic innego jak znienawidzić cały świat.

… i żebyś zamykał ten cholerny chlebak ;).

Tak po ludzku. Możemy się umówić, że będziesz to robił od dziś „z miłości”.

Żądam…

… żebyś umiał dostrzec różnicę…

… między tym, co robimy, a tym co chcielibyśmy robić. Umiał stanąć przed lustrem nie zasłaniając się sloganami, zobaczyć, czy za tym co mówisz, jeszcze stoi cokolwiek prawdziwego.

Błagam..

… byś nigdy nie myślał, że miłość ci się należy z urzędu

Bez względu na to, czy masz na nią weksel czy tylko szczere spojrzenie w oczy. Byś nigdy nie uważał, że muszę być. Byś nigdy nikogo nie swoją miłością nie próbował zniewolić.

Miłość jest dobra, w jej naturze nie leży ani krzywda, ani podstęp, ani litość. Miłość nie jest litością – ani jednej ani drugiej strony.

Dużo prawda? A czy to wszystko nie jest jednym? Czy nie chciałabym po prostu miłości?

Takiej, która potrafi być uśmiechem rano i słowem przepraszam, gdy ktoś zapomni o zakupach, telefonie a nawet tej nieszczęsnej rocznicy. Bo czym jest coroczna feta, jeśli na co dzień nie ma nawet tej pośpiesznie wypitej kawy…

Miłość, to nie obrączka na palcu, to nie wspólna kołdra, ani dzieci. Na miłości nie można oszczędzać…

 


A co, jeśli na końcu okaże się, że to jednak ja już nie kocham?

Femme fatale
Femme fatale
2 grudnia 2016
Fot. iStock / Oleh_Slobodeniuk
Fot. iStock / Oleh_Slobodeniuk
 

O miłości wiesz już wszystko. Masz za sobą 5, 10, 15 lat regularnego uczęszczania na kurs miłości wszelakiej. Może masz dyplom na miłość w kieszeni, wydrukowany starannie w głowie. A jednak pojąć jej nie umiesz. Nie nauczysz się tego tak długo, jak będziesz próbować.

A co takiego robimy? Och, bardzo wiele, w imię miłości oczywiście i dla miłości w ogóle. Bo tak bardzo nam się wydaje, że po paru latach dzielenia się kołdrą i zestawem z Maka, możemy występować w domowej, śniadaniowej telewizji, jako eksperci.

Eksperci od miłości i od drugiego człowieka, spece od brudnej, związkowej roboty. Uczeni w trudnej sztuce posiadania racji. A jakże często ta miłość ‚wszechpojęta’ zmienia się w zwykłą przemoc, ucieczkę i nicość. Tylko dlatego, że sami nie potrafimy się z jej brakiem zmierzyć. A co, jeśli na końcu okaże się, że to jednak ja już nie kocham? – ta myśl paraliżuje.

Pan Miłości

Pan miłości jest tylko jeden, włada nią, potrafi ocenić, zmierzyć, sklasyfikować. Schować do albumu, by potem móc się nią pochwalić. Ma ją. I nie odda. Bo niby dlaczego? Nawet specjalnie nie żal, że ta już w albumie pożółkła i zaczęła się kruszyć. Może puszczona samopas zepsułaby się szybciej?

Lepszy wróbel w garści…

I tak całe życie Pan Miłości wmawia sobie, że ma wszystko, bo przecież ta miłość w życiu jest najważniejsza. Nie pieniądze,  nie zwyczajność, nic ważniejsze nie jest. Tak powiedzieli i tak jest. I tylko czasem, gdy pyta go ktoś, czym ta miłość jest dla niego, nie pamięta. Biegnie szybko do albumu i jedyne co potrafi powiedzieć, to że nadal ją ma.

– Uff – wzdycha głęboko, gdy widzi ja na swoim miejscu. Gdy ta robi kawę, choć wygląda już zupełnie inaczej niż kiedyś. Zaraz, zaraz, jaką ona te kawę lubiła? – przebiega mu przez głowę – nie wie. A może nigdy nie wiedział? – Zresztą co to za różnica, najważniejsze, że jest. Bo to w życiu najważniejsze.

Tak trudno przyznać, że tej miłości się nie rozumie, że może wcale jej nie ma, nie było? Że z trudem przed samym sobą wytłumaczyć jeszcze może dlaczego tyle rzeczy robi lub ucieka. Przecież kocha. A dla Pana Miłości to odpowiedź doskonała, totalna. Nie chce już szukać innych. Bo życie bez miłości nie jest warte funta kłaków.

A nawet jak się jej nie ma na wyciągniecie ręki, można jeszcze korzystać z tej oprawionej. Lepiej cokolwiek nazywać miłością, niż nie mieć nic.

Podobno…

A co, jeśli na końcu okaże się, że to jednak Pan Miłości nie kocha? – Nie ma co szukać dziury w całym – odpowie – no kto, jak kto, ale na pewno nie ja!

Pani Smutna

Też co nieco o miłości wie, nawet całkiem sporo. Bo ją po prostu kochać trzeba, z urzędu jej się to należy. Nie ma zbyt wiele czasu na oddawanie miłości, musi się skupić na sobie. Jest przecież taka smutna.

Smutna ma tyyyle problemów, choć żadnego nie rozwiązuje. Ma tyle trudności, choć nikt inny ich dostrzec nie potrafi, ani wyjaśnić.

Pani Smutna oddała dawno swoje serce temu jedynemu. I razem tak idą w parze, ona smutna od zawsze, a on z dnia na dzień coraz bardziej… Bo przecież, jak można by nie kochać takiego smutnego człowieka? Miłości mu trzeba.

– Halo! Więcej. Więcej, więcej, za mało. Juhu, czy ktoś tu mnie w ogóle kocha? Jak to, że ja mam coś w zamian dać, coś robić, dla miłości niby? W takim stanie? Kto by pomyślał, co za buta, człowiek ledwo noga za nogą powłóczy i jeszcze mu dokładają… – popłakuje sobie Smutna nad uciekającą od niej miłością.

Że smutnym całe życie być nie trzeba? Ale tak jest lepiej, prościej. Mniej odpowiedzialności na plecach. Nawet tej za miłość. Pani Smutna nie potrafi już zrozumieć, że raz zdobyta, znaleziona czy wypracowana miłość, sama z siebie trwać nie będzie. Szybko pęknie, jak bańka. Ukochany, to co innego, długo jeszcze będzie się trzymać naderwanej nitki, która kiedyś ich połączyła. Tak długo, aż zobaczy, że nigdy Pani Smutnej rozweselić, pocieszyć i nauczyć kochać mu się nie uda.

A co, jeśli na końcu okaże się, że to jednak ona już nie kocha? Nie, lepiej o tym, nie myśleć. Jakby to było przyznać, że kochać potrafi, ale tylko siebie. Takich ludzi się nie żałuje, nie pomaga, nie taszczy na plecach. Czy miłość wyśniona, prawdziwa nie powinna zawsze mieć siły za dwoje?

Lata mijają, ale każdy w parze ze Smutną, kiedyś zapyta: „o jakiej miłości mówisz, przecież ja z każdym dniem tylko znikam, nie ma w twoim życiu miejsca ani na miłość ani na mnie”, a wtedy trzeba będzie uciekać, a może lepiej „dać się porzucić”?

A ja dziś patrzę na Pana Miłości i na Panią Smutną i tak bardzo chciałabym, żeby starczyło im odwagi na to jedno pytanie: A co, jeśli na końcu okaże się, że to jednak ja już nie kocham?

Czasem długo można nie wiedzieć, ale nie całe życie. Może pora, by po prostu poszukać odpowiedzi?

Bo zawsze po drugiej stronie takiej opowieści, jest ktoś związany ich ‚niemiłością’.