„Gdy człowiek czuje się źle ze samym sobą, to powinien pomyśleć o innych ludziach, o tym, co może dla nich zrobić”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
10 stycznia 2016
Fot. Grzegorz Wadowski
 

– Kiedyś założyłam kolczyki, które, moim zdaniem, przynoszą mi pecha. I oczywiście po wyjściu z domu szukałam tylko sygnałów na potwierdzenie tej teorii. I proszę – brak miejsca w autobusie… Pech. Najpierw pomyślałam: „Już nigdy ich nie założę”. Jednak za chwilę powiedziałam sobie „Dziewczynko, ty jesteś wewnątrzsterowna, a nie zewnątrzsterowna. To kolczyki kierują twoim życiem, czy ty sama?”

„Nie chciałam wychodzić z domu, spotykać się z ludźmi”

Monika Dąbrowska studiowała w Olsztynie. – Dopóki mieszkasz w akademiku, wokół jest pełno ludzi, nie ma szans na chwilę samotności, to nie myślisz o tęsknocie. Żyjesz rytmem całego stada. Kiedy wynajęłam kawalerkę i zamieszkałam sama, dopadła mnie ta samotność i tęsknota.

Wychowała się w domu pełnym ludzi i zwierząt. Na wsi. – Pamiętam, jak wracałam jako mała dziewczyna ze szkoły, a na poboczu stał taki pies, że „pożal się Boże”. Wcinałam jakieś chipsy i mu je rzucałam, i on tak za mną szedł. Jak moja mama go zobaczyła… Wzięła na ręce i zamiast wynieść go za drzwi, poszła do łazienki i go wykąpała. Wtedy zobaczyliśmy jaki był piękny. Byliśmy nierozłączni.

Miłość do zwierząt chyba jednak w największym stopniu Monika czerpała od taty. – Mój tata jest nieufny wobec ludzi, trzyma dystans. Pamiętam jednak, kiedy zginął nam pies, ktoś nie zamknął bramy… Wieczorem zajrzałam do sypialni rodziców – tata leżał na łóżku i płakał. Kiedyś przez zimnem uratował kota – to był jego wierny towarzysz, nie odstępował go na krok. W naszym domu zawsze były zwierzaki.

Monika po studiach postanowiła zostać w Olsztynie. Jednak trudno jej było zaadaptować się w dużym mieście. – Kiedy skończyłam studia i wyprowadziłam się z akademika, byłam bardzo samotna. To był dla mnie trudny czas. Jestem bardzo nieśmiała, boję się ludzi. Boję się ich oceniania, szufladkowania. I ja – z bardzo niskim poczuciem własnej wartości zupełnie nie potrafiłam sobie z tym poradzić… Nie chciałam wychodzić z domu, spotykać się z ludźmi.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

„Skoro jest tu tyle łajna, to gdzieś musi być kucyk”

– Z domu wyniosłam jednak, że gdy człowiek czuje się źle ze samym sobą, to powinien pomyśleć o innych ludziach, o tym, co może dla nich zrobić. Przecież ja nie jestem jakimś pępkiem świata i nie mogę oczekiwać, że ktoś się domyśli, że mam gorszy dzień i zapuka do moich drzwi i będzie głaskać mnie po głowie, i się nade mną użalać. Przecież nie o to w tym życiu chodzi. Nie chciałabym przepuścić życia przez palce i stwierdzić, robiąc bilans tego, co osiągnęłam, że leżałam jedynie pod kołdrą i czekałam, aż  ktoś mnie wyciągnie z dołka.

Szukała sposobu na wyrwanie się ze stanu, w który popadła. – Dostałam kiedyś od przyjaciółki opowiadanie. O optymiście, którego zamknięto w pomieszczeniu pełnym łajna. Kiedy do niego zajrzano, on rozgarniał to łajno najwidoczniej czegoś szukając. „Co robisz” – spytali. „Skoro jest tu tyle łajna, to gdzieś musi być kucyk” i ze mną tak właśnie jest.

Dla Moniki, gdzie jest bodziec, tam musi być reakcja. – Analizowałam swoje nastroje. Myślałam: „Jeśli ja mam określone potrzeby, tęsknię za domem, za jakimś zwierzakiem, który dotrzymałby mi towarzystwa, czuję się samotna, to kto może mieć zbliżone do mnie potrzeby. Kto tak samo jak ja może być samotny i tęsknić za kimś bliskim. A do tego nasze spotkanie może przynieść obojgu radość i szczęście”. I właśnie wtedy pomyślałam o psach w schronisku. To było tak naturalne. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Jakbym czekała na tę myśl w głowie i kiedy wpadłam na pomysł biegania z psami ze schroniska, poczułam ulgę. Wiedziałam, że znalazłam swoje miejsce, swój cel. Motywację do działania. Nie musiałam szukać jakiś wielkich rzeczy, wyjeżdżać do Indii czy wspinać się po górach. To, co nadało niejako sens mojemu życiu i radość, i szczęście było tu, na wyciągnięcie ręki.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

„Przyjdź i pobiegaj, dziel się swoją radością”

„Bieg na 6 łap” za chwilę będzie obchodził trzy lata. Ale zaczęło się właśnie od Moniki Dąbrowskiej. To ona poszła do schroniska z gotową nazwą inicjatywy, z informacjami w mediach, że schronisko otwiera się dla zwykłych ludzi, że każdy może przyjść i wziąć sobie psa – towarzysza spaceru czy biegania. – Nie lubię akcji pod tytułem: „Jestem taki biedny, ktoś zostawił mnie pod płotem, przygarnij mnie”, takich zdjęć pełno w internecie. Zdecydowanie wolę pozytywny wydźwięk jakichkolwiek działań, ludzie mają dość narzekań i czarnowidztwa. Dlatego ja zawsze mówię: „Przyjdź i pobiegaj, dziel się swoją radością”. Nikt nie musi zabierać od razu psa do domu. Choć cieszę się oczywiście, kiedy tak się dzieje.

Przez pierwszy rok „Bieg na 6 łap” był niezobowiązującą nikogo akcją. Każdy mógł przyjść do schroniska w godzinach jego otwarcia, wziąć psa i wyjść z nim na spacer. – Wymyśliłam akcję, która toczyła się swoim rytmem. Mnie chroniła ściana internetu. Jednak pewnego dnia dostałam wiadomość, czy nie można by zorganizować jakiegoś większego grupowego biegania, bo pani, która pisała, nie wiedziała, jak sobie z psem poradzić, co zrobić, jak się zachować. I właściwie tak zrodziła się idea spotkań w schronisku i wspólnego biegania.

Dzisiaj, po trzech latach, „Bieg na 6 łap” jest organizowany w wielu miastach całej Polski, akcja się rozrosła i przeszła zupełnie oczekiwania Moniki – inicjatorki całego przedsięwzięcia.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

– Ta akcja jest oparta całkowicie na wolontariacie. Chcę by była przejrzysta. Namawiano mnie na fundację, stowarzyszenie, bo wtedy łatwiej pozyskać pieniądze choćby na zakup smyczy, ale ja tego nie potrzebuję. Fakt, często ze swoich pieniędzy wykładam na picie i jedzenie dla biegaczy, na dyplomy. Ale mi to nie przeszkadza. Ciężko o sponsorów, takich bezinteresownych. Słyszałam: „A gdyby to były dzieci, albo dotyczyło starszych ludzi, to tak, pomoglibyśmy. Ale psy w schronisku? Kompletnie się nam nie kalkuluje”. Raz dostałam zapas batoników, wody, izotoników od jednego z hipermarketów i to było świetne. Wszystkiego starczyło nam na kilka biegów. Z drugiej strony nie chcę pisać: „A dzisiaj smycze mamy dzięki firmie x, a wodę sponsoruje nam sklep y”. Nie o to w tym chodzi. Ja nawet aparatu nie mam, żeby fotki zrobić – śmieje się dodając: – Dlatego zawsze proszę, jeśli ktoś może, żeby zabrał swój.

Monika podkreśla, że niesamowitość całej akcji nie polega jedynie na tym, że dzięki niej psy są szczęśliwsze. – Spotykam cudownych ludzi. Podczas tych wszystkich wspólnych biegów ani razu nie trafiła się osoba roszczeniowa, z pretensjami. Myślę, że cała moc tej akcji polega właśnie na tym, że przyciąga ona ludzi z dobrymi sercami. Bardzo empatycznych wobec zwierząt. To niesamowita energia. I pewnie dlatego znajduje wielu zwolenników, w końcu nie tylko w Olsztynie.

I tu nie chodzi o pieniądze, o sławę, o zyski. Tylko o zwykłą dobroć i radość. Nie trzeba być kimś wyjątkowym, nie trzeba robić wielkich rzeczy, by uszczęśliwić siebie. Czasami wystarczy wsłuchać się w swoje potrzeby, rozejrzeć się dokoła. I spytać: „Czy jest ktoś, kto potrzebuje mojej pomocy?”. Odpowiedź może nas zaskoczyć. Tak jak zaskoczyła Monikę.

9

 


Czasem zdarza mi się tęsknić za tymi kobietami, myślę o tym czego się bały i kogo kochały… Rodzinne przeznaczenie

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
10 stycznia 2016
Fot. istock/GeorgeRudy
 

Rodzinnego przeznaczenia nie da się przezwyciężyć. Wyobrażam sobie zatem te tysiące kobiet stojących za mną. Babcia, prababcia, dalekie krewne i ich przyjaciółki, macochy, kochanki i wszystkie te kobiety,  których losy tak dziwnie się splatały. Łączy mnie z nimi niewidzialna, ale mocna nić. Drobne gesty, marszczenie nosa w ten jedynie charakterystyczny sposób albo gest, jakim odgarniam włosy z mojego czoła. A może nawet silne cechy charakteru, które sprawiają że kobiety w naszej rodzinie to zawsze zaciskały zęby, nie poddawały się, dzielne były. Ratowały, pomagały a nawet walczyły.  Albo wręcz przeciwnie, szły jak zaczarowane w toksyczne związki, wciąż i wciąż wybierały nie tych, co powinny mężczyzn. A może same rozkochiwały a potem bezwzględnie porzucały? Albo opieki wymagały i u boku tych swoich mężczyzn wisiały, wczepione i nieporadne takie.

Jestem zatem cząstką mojej mamy, babci i tych wszystkich kobiet przede mną. Część siebie i swojej kobiecości przekażę mojej córce. I ona pójdzie z tym dziedzictwem dalej w świat. Niezależnie od tego, jak bardzo wygładzę swoje życie, ile jeszcze książek przeczytam, jakie światy poznam, jakich egzotycznych potraw spróbuję, samochodów nowych i lśniących przetestuję, pomądrzę się tu i ówdzie– to i tak zawsze będę należeć do tej właśnie kobiecej rodziny.

Mama mojej mamy była prostą kobietą, ale smażyła najlepsze na świecie placki ziemniaczane. Miała do mnie cierpliwość i zabierała mnie ze sobą do krawcowej w Chorzowie Batorym. Ciasnym i śląskim. Nie potrafiła jeździć samochodem, nigdy nie zrobiła prawa jazdy, ale dumnie siadała obok swojego męża, wyprostowana z podniesioną głową.

– Jedź prosto, a teraz uważaj, zakręt. Musisz zwolnić. Przyspieszyć. Zatrzymać się.

I tak go strofowała.

Jej mamę, czyli moją prababcię pamiętam jak przez mgłę, jeździłam do niej na wieś. Późnym popołudniem, gdy zmęczona wracała z pracy w polu, dostawaliśmy od niej pajdę chleba ze śmietaną i cukrem. Była szczupła i taka koścista, czasy były ciężkie ale podobno całkiem nieźle sobie radziła.

***

Czasami w drodze do szkoły idąc za łapkę z moją prawie już dorosłą (bo wczesno-nastoletnią!) córką mijam  starszą i zawsze promiennie uśmiechniętą kobietę. Pola twierdzi, że pani ta ma kilkoro wnucząt pod opieką, które musi każdego ranka przygotować do szkoły – zrobić im śniadania, usmażyć placuszki bananowe, nalać kakao do kubeczków. A poza tym kilka zwierząt w domu, które trzeba nakarmić, ciężkie życie za sobą ale w sercu radość.

Nie wiem skąd Polka o tym wie, bo nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek z tą panią rozmawiały.  Kilka dni temu wyjmując z bagażnika plecaki moich dzieci, uśmiechnęłyśmy się ze starszą panią serdecznie do siebie i pozdrowiłyśmy się miłymi słowami.

Dziś rano, w nienajlepszym humorze, prawie spóźniając się do szkoły z dziećmi,  podświadomie rozglądałam się wokół szukając miłej starszej pani.

A może szukałam mojej babci albo innej kobiety z mojej rodziny, z której mądrości mogłabym czerpać w trudniejszych chwilach? Kobiety, która dawno, dawno temu odeszła już przecież.

Czy to tęsknota za głęboką kobiecością (czymś więcej niż tylko zewnętrzne jej objawy)?  Kobiecością niezależną od przemijającej urody, od mężczyzn którzy towarzyszą nam na różnych etapach życia i w różny sposób? Kobiecością zwycięską, nieokiełzaną przez wiek i te wszystkie zmarszczki, linie mimiczne i przebarwienia, które wyjdą tak czy inaczej na światło dzienne? Tęsknotą za byciem sobą bez konieczności podobania się? Tęsknotą za spokojem wynikającą z doświadczenia i siły pokoleń kobiet, które stoją za mną i będą mnie zawsze wspierać?

W poniedziałek rano uśmiechniemy się do starszej kobiety mijającej nas pod szkołą jeszcze bardziej radośnie. I może zapytamy ją o coś.

***

Rodzinnego przeznaczenia nie da się przezwyciężyć.

Wyobrażam sobie zatem tysiące kobiet stojących za mną. Czasem zdarza mi się tęsknić za tymi kobietami, myślę o  tym czego się bały i kogo kochały. Jak wyglądało ich życie, czy miały córki, czy były tak po ludzku szczęśliwe. W głowie układam to co chciałabym im opowiedzieć o sobie.  I pewnie też zapytać co mam zrobić w tej i tamtej sprawie. Poradzić się. Skorzystać z ich mądrości. Ale zaraz pyk… telefon zadzwoni, kurier przyjechał, kot się łasi a pies chce teraz na spacer i zupę trzeba szybko ugotować. Taka codzienność. Aż zapominam po prostu. Ale im jestem starsza, tym mocniej czuję tą kobiecą  obecność.

A wieczorem patrzę w oczy mojej córki i widzę w nich przecież kawałek siebie…


Katarzyna Szota – Eksner Katarzyna Szota-Eksner prowadzi szkołę jogi Yogasana , mocno zaangażowana w projekt Sunday is Monday – nawołujący do dbania o siebie.  Jak Polska długa i szeroka namawia kobiety do szukania (mimo wszystko!) siły w sobie! Współtwórczyni (razem z Emilią Kołowacik)  niezwykłego Kalendarza 2017 Zadbaj o Siebie. Dziewczyna ze Śląska 🙂

 


„Córka” – intymna opowieść o przepaści pomiędzy PRL’em, a współczesnością

Redakcja
Redakcja
10 stycznia 2016
Fot. Materiały prasowe

Intymna opowieść o przepaści pomiędzy PRL’em, a współczesnością, o dwóch różnych pokoleniach – tym urodzonym w latach 50-tych – zbuntowanym i pragnącym wolności i tym z przełomu epok, które w tej wolności zagubiło spokój i szczęście.

Spektakl o tęsknocie, której  nie da się zaspokoić, o winie, karze i przebaczeniu. A przede wszystkim o relacji między matką a córką, być może najważniejszej i najbardziej skomplikowanej relacji w życiu kobiety.

Już w styczniu Teatr Młyn zaprasza na spektakl „Córka” w reżyserii Natalii Fijewskiej-Zdanowskiej z Joanną Żółkowską i Zuzanną Fijewską-Maleszą. Najbliższe pokazy: 16-18.01.

CÓRKA 

Scenariusz i reżyseria:

Natalia Fijewska-Zdanowska

Obsada:

Joanna ŻÓŁKOWSKA

Zuzanna FIJEWSKA-MALESZA

Muzyka:

Filip Dreger

Kostiumy: Beata Borowska

Konsultacja scenograficzna/światło: Mikołaj Malesza

Produkcja: Agnieszka Kondraciuk

Sufler: Aleksandra Śliwińska

Scena Staromiejska SCEK /Stare Miasto, Jezuicka 4/.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Barbara – artystka i była hippiska traci pamięć w nagłym wypadku. Do szpitala przyjeżdża jej dorosła córka. Lekarz każe im rozmawiać, to jedyny sposób, na powrót Barbary do zdrowia. Pamięć jest jednak zawodna, a z poszczególnych wspomnień wyłaniają się dwa zupełnie inne obrazy ich wspólnego życia. Początkowo zabawne dialogi, odsłaniają powoli kryjącą się pod spodem tajemnicę.

Teatr MŁYN jest niezależną sceną autorską, założoną przez Siostry Fijewskie. Działa od 2007 r. w Warszawie. Realizuje kameralne sztuki, poddające artystycznej analizie współczesną rzeczywistość.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Natalia Fijewska-Zdanowska – reżyser i dramaturg. Jest magistrem filozofii UW. Powołała do życia i prowadzi wraz z siostrami własną, autorską scenę niezależną Teatr MŁYN. Stypendystka MKiDN w 2007r., oraz stypendystka PISF w 2014r. Realizuje kameralne spektakle autorskie, poddające artystycznej analizie współczesną rzeczywistość: monodram „Głuchoniemoc” (2004) „Różowa skarpetka”(2006), „De-naturat”(2007), „Siostry”(2008), „Piąta rano”(2009), „Gabinet”(2010), „Facet mojej żony” 2011), „Niunia”(2012), „Draka”(2013), „Naga Praga”(2014). Spektakle są wystawiane na Scenie Staromiejskiej SCEK, były także grane gościnnie miedzy innymi w warszawskim Teatrze Powszechnym, Teatrze Polskim, Teatrze Ochoty.

Joanna Żółkowska – aktorka teatralna i filmowa, absolwentka Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Debiutowała rolą Zosi w „Dziadach” w reżyserii Konrada Swinarskiego w Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie. Zagrała także w „Procesie” Franza Kafki w reżyserii Jerzego Jarockiego, w „Biesach” Fiodora Dostojewskiego w reżyserii Andrzeja Wajdy i ponownie u Swinarskiego w „Wyzwoleniu” Stanisława Wyspiańskiego. Przez wiele lat związana z Teatrem Powszechnym w Warszawie, gdzie grała miedzy innymi w spektaklach Aleksandra Bardiniego („Barbarzyńcy” Maksima Gorkiego), Zygmunta Hübnera („Lot nad kukułczym gniazdem” Dale’a Wassermana; „Zemsta” Aleksandra hr . Fredry; „Spiskowcy” Josepha Conrada Korzeniowskiego; Wrogowie” Maksyma Gorkiego,), Andrzeja Wajdy („Sprawa Dantona” Stanisławy Przybyszewskiej; „Romeo i Julia” Williama Shakespeare’a) oraz w „Ławeczce” Aleksandra Gelmana w reżyserii Macieja Wojtyszki, w „Tutam” Bogusława Schaeffera w reżyserii Marka Sikory, „Ożenku” Nikołaja Gogola w reżyserii Andrzeja Domalika, czy „Weselu” Wyspiańskiego w reżyserii Krzysztofa Nazara. Praca w zespole Teatru Narodowego w Warszawie  zaowocowała między innymi rolą Mani w „Ślubie” Witolda Gombrowicza w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego. Występuje gościnnie w stołecznym Teatrze Scena Prezentacje oraz w Teatrze 6 piętro. Stworzyła wiele kreacji w spektaklach Teatru Telewizji, gdzie zagrała m.in. Mary Warren w „Czarownicach z Salem” Arthura Millera w reżyserii Zygmunta Hübnera, Sonię w „Wujaszku Wani” Antona Czechowa w reżyserii Antoniego Bardiniego i królową Elżbietę w „Marii Stuart” Friedricha Schillera w reżyserii Roberta Glińskiego. Na swoim koncie ma także wiele ról filmowych, m.in. w „Szklanej kuli” Stanisława Różewicza, „Strachu” Antoniego Krauzego, „Matce swojej matki” Glińskiego, „Na koniec świata” Magdaleny Łazarkiewicz. Widzom znana także z seriali telewizyjnych m.in. „Klan”. Wyróżniona licznymi nagrodami aktorskimi, m.in: Nagrodą im. Leona Schillera (1979), Nagrodą im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego (2002) oraz nagrodami aktorskimi na festiwalach teatralnych w Kaliszu, Opolu i Olsztynie.

Zuzanna Fijewska-Malesza – aktorka, wielokrotna laureatka nagród aktorskich na festiwalach teatralnych. Ukończyła filozofię na UW. Zagrała m.in. w spektaklach: “Paw królowej. Opera praska.” (reż. Jacek Papis, 2005) oraz „Siostry”. Do dziś można ją oglądać w spektaklach Teatru MŁYN „De-naturat” (od 2007), „Głuchoniemoc” (od 2004). W 2008 roku zdała egzamin eksternistyczny na aktora dramatu. Od 2009r. gra w spektaklu „Kubuś Fatalista i jego Pan” (reż. Krzysztof Stelmaszyk) w Och-Teatrze w Warszawie. Jest laureatką VIII edycji programu stypendialnego “Młoda Polska” organizowanego przez Narodowe Centrum Kultury i przyznawanego decyzją Mi­ni­stra Kul­tu­ry i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­we­go. Jej najnowszy spektakl to monodram na podstawie tekstu Aliny Margolis-Edelman “Ala z Elemantarza” w reżyserii Agnieszki Glińskiej. Jest współzałożycielką Fundacji Artystycznej „MŁYN”, mającej obecnie siedzibę na Scenie Staromiejskiej SCEK w Warszawie i wielokrotną organizatorką przedsięwzięć kulturalnych z ramienia Fundacji.

Info:

www.mlyn.org 

Produkcja:

Fundacja Artystyczna MŁYN dzięki wsparciu Miasta St. Warszawy 

Promocja:

Katarzyna Binkiewicz

promocja@fundacjamlyn.pl

Bilety:

30, 35zł, po uprzednim dokonaniu rezerwacji

rezerwacje@fundacjamlyn.pl  tel. 519 672 356

Ilość miejsc ograniczona! 

Projekt współfinansuje:

LOGO_biale_finansowanie

Partner:

 scek

Mecenas Teatru:

touk


Zobacz także

Regulamin konkursu „Nurkowanie w opalanie, czyli udane rodzinne wakacje”

Poproszę o urlop od dzieci, na weekend, jeden dzień. Jestem zmęczona. Mam dość

Jak wyłączyć autopilota i zacząć żyć świadomie