Dzisiaj też będzie padać, więc warto wziąć parasolki. „Zadecydujemy według własnych, a nie czyichś sumień. Tylko tego chcę”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
3 października 2017
Fot. iStock/irontrybex
Fot. iStock/irontrybex
 

Rok temu wszystkie czułyśmy ważność tego dnia, każdy mówił o tym, gdzie idzie i o której, umawialiśmy się w różnych miejscach, bo wiedzieliśmy, że stajemy obok siebie w słusznej sprawie, że przekroczono granice naszej wolności, że nie chcemy żyć w państwie, w którym kobietę traktuje się jak obywatela gorszej kategorii, który nie jest w stanie podejmować samodzielnych decyzji, dlatego prawo powinno regulować jego wybory.

Pamiętam, jak rok temu, dwie dziewczyny opowiadały o tym, jak zostały wezwane do dyrektora na dywanik, bo przyszły do szkoły ubrane na czarno, to było liceum katolickie, a one głośno powtarzały, że nie pozwolą sobie na to, by ograniczono wolność ich własnych poglądów. Jedna z nich mówiła: „Mam 17 lat, nie wiem, co mnie w życiu spotka, w ogóle niewiele wiem o życiu, ale jednego jestem pewna, chcę mieć prawo wyboru, chcę by prawo wyboru miały moje koleżanki. By przyjaciółka, która uciekła pijanemu koledze, a którą ten chciał zgwałcić, miała prawo wyboru. Zadecydujemy według własnych, a nie czyichś sumień. Tylko tego chcę”. Poruszyła mnie, bo wyraziła wszystkie nasze lęki i obawy.

Bo my już nie jesteśmy kobietami, które zamykały się w domu, które miały wydeptaną ścieżkę między kuchnią, sypialnią a pokojem dzieci. Nie jesteśmy tymi, które zachodziły w ciążę i rodziły dzieci bez możliwości badań, wizyt lekarskich i rozmów w razie jakichkolwiek wątpliwości. Nie jesteśmy kobietami, które chowały na cmentarzu swoje kolejne dzieci, bo nie wiedziały, że noszą pod sercem dziecko z wadą genetyczną. Czasami z wadą, która w porę zoperowana mogła uratować mu życie.

Znam kobiety, które mają po ośmioro dzieci, znam te, które współcześnie mają czwórkę i więcej. Każda decyzja o posiadaniu dziecka była świadomą. Każda wcześniej wzięta tabletka antykoncepcyjna była świadomym ich wyborem.

Znam kobiety, które dzieci mieć nie chcą, a które boją się o tym mówić głośno ze strachu przed stygmatyzacją. A to przecież ich prawo wyboru, ich decyzja, ich znajomość siebie i swoich ograniczeń, ale także i ważnych potrzeb.

Znam kobiety, które długo walczyły o swoje dziecko. Które przez lata faszerowane były lekami, które wydały dziesiątki tysięcy, by usłyszeć: „Jest Pani w ciąży”. Znam kobiety, które do dziś nie mają drzwi w pokojach swojego domu, bo każde pieniądze przeznaczane były na in vitro. Dla wielu takich kobiet pojawiła się nadzieja, nikła szansa, że może spróbują jeszcze raz albo choć ten jedyny raz, kiedy rząd postanowił dofinansować zabiegi in vitro. Obecny rząd wycofał dofinansowanie i poszedł krok dalej – chce karać samorządy, które postanowiły pomóc i ze swoich środków wesprzeć pary starające się o dziecko metodą in vitro.

Rok temu protestowałyśmy. Rok temu głośno krzyczałyśmy, że nie pozwolimy odebrać sobie wolności, że nie będziemy siedzieć cicho w domach zastanawiając się na co wydać przyznane 500 plus, tak jakby pieniądze mogły nam zamknąć buzię, jakbyśmy były łatwo przekupne i sprowadzono by nas do roli tych, którym wystarczy zapłacić, żeby zajęły się swoimi sprawami.

Tyle tylko, że kobiety w Polsce to nie tylko matki, to także mądre, świadome kobiety. To kobiety, które chcą mieć prawo samostanowienia. Które nie chcą, by ktokolwiek narzucał im, co mają robić ze swoim ciałem, jak wychowywać swoje dzieci, jak mówić o seksualności i prawach swoim córkom i synom. Które chcą, by je szanowano. By respektowano to wszystko, co dla nich jest ważne, co dla nich stanowi wartość bez względu na opinie, poglądy i religie.

Rok temu obiecałyśmy, że nie złożymy parasolek. Świętowałyśmy sukces. Dzisiaj Facebook nie huczy od protestu, dzisiaj moi znajomi nie zmieniają swoich zdjęć profilowych w geście solidarności z Czarnym Protestem. Kilka osób wypisuje komentarze pod artykułami dotyczącymi praw kobiet wyzywając feministki od morderczyń dzieci.

Czy naprawdę nadal tak trudno zrozumieć, że tu nie chodzi stricte o prawo do aborcji, że kobiety, które rozkładają czarne parasolki nie chcą mordować dzieci. Że my chcemy prawa wyboru, chcemy poszanowania praw kobiet, które przez ten rok zostały ograniczone i nadal chcą je ograniczać.

Wycofano antykoncepcję awaryjną bez recepty. Minister zdrowia uznał, że my kobiety nie potrafimy mądrze i świadomie korzystać z tabletki EllaOne, więc trzeba dostęp do niej ograniczyć i kontrolować! Do sejmu pewnie lada dzień ponownie złożony zostanie wniosek o zaostrzeniu prawa aborcyjnego, prawa, które będzie nakazywać kobietom rodzić chore dzieci, dzieci z wadami genetycznymi… Kto się tymi dziećmi zajmie, kto wesprze matki? Kto da im finansową i psychologiczną pomoc? Niee, no przecież my świetnie radzimy sobie same ze wszystkim, to z tym też damy radę. Nawet z wycofaniem standardów okołoporodowych, bo ważny jest komfort lekarza, a nie rodzącej kobiety.

Kto z was zajrzał do podręcznika do Wychowania do Życia w Rodzinie? Kto zapisał dziecko na te zajęcia, które okazują się być przedłużeniem koncepcji katechezy w szkole (swoją drogą, moje dzieci mają jedną godzinę historii, a dwie religie w tygodniu szkolnym)? Kto wie, że dzisiaj w szkole mówi się, że jedynym i słusznym wyborem dobrego życia jest założenie rodziny i posiadanie dzieci? Dzisiaj, kiedy nasze dzieci chcą podróżować, uczyć się języków, dla których świat zmniejszył się niesamowicie?

To nie tylko nam, to także im – naszym dzieciom – córkom i ich późniejszym mężom, ten rząd chce narzucić swoje zdanie, chce kontrolować decyzje, chce stłamsić w zarodku wszelkie przejawy samodzielnego myślenia, możliwości wyboru.

Dzisiaj Czarny Wtorek. Znowu pada. Jest zimno. W jednym z komentarzy przeczytałam, że na szczęście jak nie policja, to pogoda przegoni całe to feministyczne towarzystwo… To nie koniec. Krok po kroku odbiera się nam nasze prawa. Co jest następne na tapecie, wciąż przemilczana publicznie kwestia wycofania się konwencji antyprzemocowej, do której rząd się przymierza? A może nałożenie kar na kobiety, które zgłaszają domową przemoc na policji. Środki dla organizacji wspierających ofiary przemocy już ucięto. Czemu nie pójść o krok dalej. Czemu nie pogrzebać w kodeksie karnym w punktach dotyczących gwałtu, w końcu ostatnio sprawca gwałtu na 13-latce nie poniósł kary. Mężczyzna może, mężczyzna musi. Kobieta powinna siedzieć cicho, rodzić dzieci i cieszyć się, że ma dom i rodzinę. Te czasy już minęły. Minęły BEZPOWROTNIE! Dlatego nie składajmy parasolek. Nie pozwólmy, by dla naszych córek, dla naszych dzieci przygotowano państwo, z którego oni będą chcieli tylko uciec.


„Przepraszam, że moje dziecko zarazi twoje. Nie miałam wyjścia, to nie moja wina”

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
3 października 2017
Fot. iStock/Imgorthand
Fot. iStock/Imgorthand
 

– No ja akurat syropu przeciwgorączkowego w szatni nie podawałam, ale czytałam o takich przypadkach gdzieś w necie. Muszę jednak przyznać, że czasem dawałam przed wyjściem do przedszkola, tak profilaktycznie, gdy widziałam, że Igor jest lekko trafiony, a ja musiałam iść do pracy. Że jakby coś, to do tej 13:00-14:00 przynajmniej ogarnę się trochę z robotą, zanim po mnie zadzwonią – opowiada Ania, mama 3-letniego przedszkolaka. I nie jest jedyna. 

Wraz z rozpoczęciem sezonu jesienno-zimowego na tapetę wraca ten sam problem – co zrobić z chorym dzieckiem? Posyłać czy nie posyłać do przedszkola? Zaraża czy nie zaraża? Ze świecą szukać rodzica, który w ciągu ostatnich kilku tygodni nie zmagał się z gonitwą myśli: „Jakoś niewyraźnie wygląda, ale gorączki przecież nie ma”, „To tylko lekki katar. Po co z tym iść do doktora?”. Podczas gdy jedni wolą nie ryzykować i zostawiają dziecko z pierwszymi objawami przeziębienia lub grypy w domu, inni nie zwracają uwagi na dolegliwości swojej pociechy i odprowadzają ją do placówki.

Przepraszam, nie mam wyjścia

Ania musi samodzielnie wychowywać syna, ponieważ jej mąż pracuje za granicą. Przyjeżdża do domu raz na dwa miesiące i to w dodatku na kilka dni. Mimo to, kokosów nie zarabia. Tak jak z resztą i ona. Pracuje w hurtowni kosmetycznej, oczywiście na umowie śmieciowej. – Rodzice mojego męża nie żyją, moi natomiast mieszkają 400 km od nas. Nie mogę liczyć na ich pomoc, gdy Igor zachowuje. Przez ostatnie pół roku był dość poważnie chory 3 razy. Miał anginę, potem zapalenie ucha, a niedawno jakąś jelitówkę. Za każdym razem musiałam siedzieć z nim w domu. Szef w końcu zagroził, że mnie zwolni, jeśli moje nieobecności w pracy będą tak często się powtarzać. Nie dociera, że przecież nie mam na to wpływu – opowiada.

W podobnej sytuacji jest wielu rodziców. Strach przed utratą pracy powoduje, że zdrowie naszych dzieci schodzi na dalszy plan. Takie smutne czasy. – Powiem tak… katar, kaszel czy lekko podwyższona temperatura nie robią na mnie wrażenia. Zostawiam Igora w domu tylko w trzech sytuacjach: gdy ma bardzo wysoką gorączkę, wymiotuje lub ma biegunkę – zdradza Ania. Cóż, tych objawów nie da się zamaskować. Jej zdaniem kaszel i katar to normalka w okresie jesienno-zimowym nie ma co robić z tego afery. Wystarczy przecież pójść do pierwszego lepszego przedszkola, by się przekonać, że wszystkie dzieci kaszlą, kichają i pociągają nosami. – Czytam te wszystkie nieprzyjemne opinie na temat rodziców takich jak ja, którzy nie mają innego wyjścia i muszą posyłać podziębione dzieci do przedszkola. Co mam powiedzieć? Przepraszam, że moje dziecko zarazi twoje. Wystarczy? – ucina.

Wiele rozumiem, ale tego nie

Marta nie ma litości dla rodziców, którzy tak beztrosko podchodzą do tematu zdrowia. –  Kiedy moją córeczkę rozkłada choroba po prostu zostajemy w domu. Nie jest wówczas łatwo, wiadomo, ale nie wyobrażam sobie, żeby chora szła do przedszkola. I naprawdę nie znajduję usprawiedliwienia dla rodziców, którzy robią to swoim dzieciom. Tysiące wymówek, bo praca na śmieciówce, bo projekt, bo nie mam pomocy – tłumaczy i dodaje, że od początku września jej dziecko było w placówce łącznie 6 dni, poza tym jest albo chore, albo osłabione po chorobie. Wszystko przez kolegów i koleżanki z przedszkola.

– Wiele rozumiem, ale jak można robić taką krzywdę swojemu dziecku? Przecież maluch, który ma gorączkę, potrzebuje ciszy i bliskości, a nie hałasu, wypchanego po kokardę aktywnościami dnia. Nie ma na to siły. Nawet my dorośli nie mamy jak chorujemy. Serio rodzice, zastanówcie się czego potrzebuje wasze dziecko. Pomóżcie mu szybko wrócić do zdrowia zamiast je męczyć! – apeluje Marta, choć przyznaje, że wykonuje pracę zadaniową i mając pod ręką komputer i telefon, może pracować z dowolnego miejsca na świecie.

Nie możemy nad tym zapanować

W regulaminach większości placówek jest jasno napisane, że chore dzieci są odsyłane do domu, a wychowawcy i opiekunowie mają prawo odmówić przyjęcia dziecka w danym dniu, jeśli wygląda na chore. W praktyce nie jest to wcale takie proste. Iza pracuje w jednym z warszawskich przedszkoli niepublicznych. – To duży problem, nad którym nie potrafimy zapanować. Staramy się rozumieć sytuację, w jakiej znajdują się rodzice. Wiemy, że ciężko dziś z pracą, dlatego przymykamy oko na pewne sprawy. Katar to nie choroba i dzieciakom zazwyczaj jedynie utrudnia zabawę. Taki dyskomfort nie niesie za sobą zazwyczaj dramatycznych konsekwencji. Nie mogę natomiast zrozumieć rodziców, którzy faszerują rano dziecko lekami przeciwgorączkowymi i myślą, że my nie widzimy, że z maluchami jest coś nie tak. To sytuacja niezręczna, bo nie możemy zwrócić rodzicowi uwagi, bo przecież dziecko po podaniu leków zazwyczaj nie ma gorączki. Może jednak zarażać inne zdrowe dzieci – opowiada.

Brak wyobraźni czy trudna sytuacja życiowa? Cieżko to zweryfikować, za to łatwo ocenić i osądzić. Trudno sobie wyobrazić rodzica, któremu nie zależy na zdrowiu dziecka. Ale trudno też rzucić kamieniem w kogoś, kto został postawiony pod ścianą. Być może ty też kiedyś będziesz.


Nie można kochać za bardzo, więc nie bój się, że miłością „zepsujesz” dziecko

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
3 października 2017
Fot. istock/AleksandarNakic
Fot. istock/AleksandarNakic
 

Istnieje w nas jakiś ogólny strach i uparty mit, że jeśli zbyt mocno skoncentrujemy się na budowaniu relacji z dziećmi, możemy utrudnić ich rozwój, jako niezależnych i samowystarczalnych osób. Inaczej mówiąc, wychowamy ich na niesamodzielnych dorosłych, niepotrafiących poradzić sobie w „prawdziwym” życiu. Czy nasz obawy są słuszne? Psychologia mówi, że nie. Nie da się kochać za mocno. Pytanie, co z tą miłością zrobimy, jak ją okazujemy.

Ostatecznym celem wychowywania dziecka jest przecież wypuszczenie w świat odrębnej, odpowiedzialnej za samą siebie osoby. Powinniśmy pragnąć, żeby nasze dziecko miało własne dążenia, podejmowało własne decyzje, dyskutowało używając własnych argumentów, było zdolne do autorefleksji i stawiania sobie samemu granic, lub rozszerzania ich.

Dzieci nie mogą być zbyt mocno do nas przywiązane, mogą być tylko „głęboko” przywiązane. To „przywiązanie” jest celowe – uzależnia je od nas, dzięki czemu możemy je prowadzić ku kolejnym etapom dojrzewania. Kiedy potrzeba miłości u dziecka jest zaspokojona, może ono swobodnie się bawić, odkrywać świat, marzyć, poruszać się swobodnie i zwracać uwagę na to, co ważne. Cały paradoks polega właśnie na tym, że gdy miłości jest wystarczająco dużo, popycha ona dziecku ku niezależności. Ale tej dobrej, odpowiedzialnej. Tak wychowany w dzieciństwie dorosły może nadal korzystać z pomocy rodziców, ale jedynie na zasadzie „doradczej” roli.

Miłość rodzica powinna być dla dziecka pewnikiem. Nie może ono czuć, że powinno się zmienić, by na nią zapracować. Musi wierzyć  w nią i ufać nam, że będzie przez nas kochane bezwarunkowo.

Jak to zrobić? Przede wszystkim, nie spełniaj wymagań swojego dziecka, tylko jego potrzeby. Bądź stałą, niezmienną częścią jego życia. Pocieszycielem, przewodnikiem, kimś, kto zapewnia ochronę i opiekę. A przede wszystkim, nie popychaj dziecka na siłę ku niezależności i dorosłości. Jedynie dobra, głęboka relacja oparta na miłości pozwoli mu wydorośleć.


Na podstwie: motherly.com


Zobacz także

„Czy może pani zabrać tego cholernego psa?!” Dlaczego nie potrafimy być dla siebie uprzejmi?

Fot. iStock / wundervisuals

Przyjaźń między matką a córką może być krzywdząca. Lepiej, by matka była matką, nie kumpelką

Fot. iStock/mammuth

O sile i wyjątkowej relacji. „Żeby dobrze zadbać o innych – naszą rodzinę, bliskich, musimy najpierw zadbać o siebie”