Dziewczynki w szkole robią „testy na przyjaźń”. To emocjonalne okrucieństwo. Co zrobiliśmy naszym córkom?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
18 stycznia 2018
Fot. iStock/anyaberkut
 

Kiedy jest mała, tulisz ją do serca często i rozpływasz nad jej kreatywnością, wyobraźnią, wiarą we własne siły. Kiedy zaczyna dorastać, widzisz jak z dnia na dzień staje się inna. Czy tak jest naprawdę, czy może to twój stosunek do niej się zmienia i coraz trudniej dostrzec ci w niej te wszystkie zachwycające cechy, które widziałaś bez trudu, gdy była małą dziewczynką? Co takiego zrobiliśmy naszym dziewczynkom, że bywają okrutne dla swoich rówieśniczek, że potrafią być bezwzględne wobec nas samych, że coraz trudniej nam do nich dotrzeć, by się z nimi porozumieć?

Przyglądam się koleżankom mojej córki. Większość z nich znam od przedszkola. Jak się zmieniły, jak wyrosły w ciągu tych kilku lat. Kilka wygląda już jak nastolatki, niektóre noszą biustonosze, nawet jeśli biustu wciąż nie widać. Niektóre ubrane modnie, w obcisłych dżinsach i fikuśnych tunikach, inne – wciąż jeszcze bardziej dzieci niż młodzież – kolorowo i „byle wygodnie”. Zaraz, stop. To dopiero czwarta klasa podstawówki, a już tak wyraźnie  widać te różnice?

Ale nie tylko o ubrania tu chodzi. Nastała nowa moda, „testowanie przyjaźni”. Najpierw dziewczyny walczyły wzajemnie o sympatię tej jednej, najbardziej popularnej. Później w klasie zapanowały coraz większe podziały i moja córka straciła możliwość zabawy z ulubioną koleżanką. „Jeśli chcę się nią przyjaźnić muszę przejść test przyjaźni” – wyjaśniła mi pewnego dnia. Zrobiło mi się słabo. Przed oczami pojawiły się natychmiast wszystkie możliwe artykuły dotyczące niebezpiecznych, ale coraz bardziej obecnych wśród dzieci zabaw, wyzwań i zakładów. Ale tak jawne okrucieństwo emocjonalne nie dotyczyło nas nigdy w tak bezpośredni sposób. Z bólem serca słuchałam o tym, jak mojej córce nie wolno bawić się z przyjaciółką, którą znała przecież od kilku lat, dopóki nie przejdzie odpowiedniej próby. Jakie zadania ją czekają, tego nie wiem. Na razie „jest przyjęta”, na chwilę. Ale musi się starać, bo inaczej, straci sympatię koleżanki i „mózgu” całej afery, czyli „tej trzeciej”, kierującej wszystkim niczym szara eminencja.

Tego wieczora odbyłyśmy długą rozmowę o tym, czym jest przyjaźń, miłość i lojalność. O tym, że nie wolno nikomu kazać na nie zasłużyć. I o tym wreszcie, że warto poczekać trochę na szczerą, dobrą relację z kimś, kto polubi i zaakceptuje cię takiego jakim jesteś. Obie płakałyśmy w poduszkę, choć z zupełnie innych powodów.

Znajoma mówiła mi ostatnio, że w klasie jej córki panuje jeszcze inna moda. Codziennie wybiera się tę dziewczynkę, która wygląda (czyli jest ubrana i uczesana) najlepiej oraz tę, która wypada najgorzej. Ta ostatnia zostaje odrzucona na cały dzień, a następnego dnia musi się „zrehabilitować” lepszym wyglądem, lub „przekupić” jakoś koleżanki.

W tym wypadku rodzice i wychowawca klasy zadziałali od razu, organizując serię spotkań z psychologiem.

Widać to coraz bardziej w naszym codziennym życiu. Dziewczynki uczą się, że agresja relacyjna jest po prostu czymś naturalnym. Tylko niewielu z nich uda się tego doświadczenia uniknąć, większość, choć raz padnie jej ofiarą..

Agresja relacyjna ma wiele postaci i może obejmować zarówno plotki jak i publiczne upokarzanie , wykluczenie społeczne i budowanie sojuszy przeciw upatrzonej „ofierze”. Biorąc pod uwagę, że wiele dzieci ma teraz dostęp do smartfonów, tabletów i innych form technologii, przybiera także postać  cybernękania. Granice są tu bardzo niejasne. Co się dzieje z dziewczynkami, które doświadczają takiej przemocy?

Cóż, zaczynają się nieobecności w szkole, bo to miejsce i osoby, które tam spotkamy napawają nas lękiem. Są problemy ze zdrowiem psychicznym, zaburzenia psychosomatyczne, a nawet zaburzenia jedzenia. Jeśli w porę tego wszystkiego nie wyłapiemy, sytuacja naszego dziecka może doprowadzić je do myśli samobójczych oraz depresji i zaburzeń lekowych. Naszym podstawowym błędem i przyczyną kłopotów jest zaniedbanie i brak czasu na to, co naprawdę ważne – stały i dobry kontakt z dzieckiem.

Co możemy i powinniśmy robić?

Przede wszystkim od dzieciństwa mówić córkom (synom również, ale nie o nich dziś ten tekst), czym jest agresja. Musimy podawać konkretne przykłady i konkretne podpowiedzi, jak sobie radzić w momencie, gdy ktoś stosuje wobec nas elementy przemocy relacyjnej. Starajmy się pomóc zrozumieć różnicę miedzy dokuczaniem, kłótniami i aktami zastraszania. Rozmawiajmy, odgrywajmy scenki.

Poza tym ważne jest, by nasze dzieci wiedziały, że muszą stawać w obronie kolegi lub koleżanki, któremu dzieje się krzywda.

No i najważniejsze chyba, to budowanie empatycznego środowiska. Dzieci, które ranią innych, cierpią. Musimy pomóc dzieciom zrozumieć, że empatia i współczucie są ważniejsze niż popularność, wygląd, wyniki testów i zasobność portfela. Bądźmy dobrym przykładem.


„Kochanie, zróbmy to razem”. Dlaczego pary, które stale chcą być blisko, się rozpadają

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
22 stycznia 2018
Fot. istock/Constantinis
 

Pamiętam oburzenie, gdy zaproponowałam jego dziewczynie „babski” film, w „babskim gronie”.  „No żartujesz chyba. My zawsze chodzimy wszędzie razem” – odparował niemal natychmiast w imieniu obojga, choć zaproszenie dotyczyło tylko jego ukochanej. „Prawda kochanie?”.  „No pewnie” – odpowiedziała ona wcale nie tak pewnie. Wyczułam, że może i miałaby ochotę pójść do kina bez niego, ale chyba głupio byłoby jej to przed nim przyznać. Bo przecież tak bardzo się kochają, że nie mogą bez siebie żyć. On nie pójdzie bez niej, a ona bez niego. Nie daj Boże, któreś złamie niespisaną zasadę jedności. No nie. Naprawdę, można się do kogoś przykleić na stałe i nie dać mu żadnej przestrzeni? Praktyka pokazuje, że to się raczej nie uda…

Znam ich od pięciu lat. Kasia, fajna, bardzo towarzyska dziewczyna. Piotrek też otwarty, ale typ „nerwusa i perfekcjonisty. Wszystko musi mieć ustalone, dopięte na ostatni guzik. Zaplanowane razem z Kasią. Wspólne mieszkanie, samochód, wycieczki rowerowe. Wspólne weekendy, wspólne hobby, wspólne wizyty u rodziny i przyjaciół. Wspólne kino i teatr, nawet kurs gotowania wspólnie, bo „to zbliża”. Chyba bliżej się już nie da. Zawsze chwalą się tym, że nawet zdarza im się myśleć to samo, w tym samym momencie.

Spotykamy się u znajomych, jest jeszcze kilka osób.

„To jak, Misiaczku, zbieramy się” – mówi on, koło dziewiątej wieczorem. Kątem okaz zerkam na Kasię. Tylko przez chwilę się waha. Jego wzrok przywołuje ją do porządku. „Tak, no tak już idę tylko do toalety”. Bo dziesięciu minutach wychodzą razem, trzymają się za ręce, jak jeden byt, a nie dwie indywidualności. Nie odmawiam nikomu prawa do miłości. Ale czy w związku naprawdę trzeba wszystko robić razem?

Ostatnio zaczęło się między nimi psuć. Kasia się Piotrkowi wymyka, dzwoni do mnie i próbuje nadrobić trochę czasu, kiedy nie mogłyśmy porozmawiać „sam na sam”.

Mówi, że chciałaby wyjechać na kilka dni sama, przemyśleć trochę tę relację, bo zaczyna jej brakować powietrza.

On też jakiś dziwny, coraz bardziej nerwowy. I niby wyobrazić sobie nie umie, żeby Kasia pojechała bez niego na kurs somelierów, ale sam dłużej zostaje w pracy, żeby pograć z kolegami w planszówki. Bez Kasi. „Chyba mu nic nie powiem” – mówi Kasia i czeka, aż jej coś poradzę. Tylko, że ja nie bardzo wiem, co powiedzieć. Dla mnie w związku powinno być miejsce również na „sam na sam” z sobą samym. Inaczej można się ta miłością udusić.

Pamiętam pierwszy poważny związek mojej przyjaciółki. Jak już wynajęli mieszkanie i zaczęli je urządzać, to właściwie nie sposób było ją gdziekolwiek wyciągnąć. Ciągle musieli być razem i to za jej sprawką. Uczepiona jego ramienia wybierała zasłonki, które on MUSIAŁ zobaczyć. Musiał też jechać tym samym autobusem, co ona, do pracy, mimo, że wcześniej (przed tym związkiem) zaczynał swój dzień godzinę później. Musiał nauczyć się grać w brydża, żeby mogli to robić razem. No i na zakupy, nawet te najmniejsze również razem. No jak ona ma sama pieczywo wybrać? Albo mydło pod prysznic? Czy płyn do higieny intymnej?

Ale ja najbardziej pamiętam, jak na lodowisku jeździli trzymając się za ręce nawet jeśli ona radziła sobie bardzo słabo, a on jak zawodowy hokeista. Spacerował po lodzie podnosząc ją co chwila za łokcie i podtrzymując na duchu, nie mając z tego żadnej frajdy. Tak też widziałam tę relację – bez frajdy.

Po roku wspólnego mieszkania, choć kochał, uciekł zostawiając krótki list. Napisał w nim między innymi, że bał się jej powiedzieć, ale miał coraz bardziej dość tego „wszędzie razem”. I że on ją naprawdę kochał, ale już nie może.

„To się nie uda”, mówi moja teraz moja przyjaciółka o związku Kasi i Piotra, bogatsza o doświadczenia z przeszłości. Trzeba przyznać, że zrozumiała swój błąd. Tak po prostu nie można żyć. Jeśli kochasz, musisz dać przestrzeń, ale i sam jej potrzebujesz. Będąc z kimś non stop, cały czas, zatracasz się, nie masz szans na to, by zastanowić się, dlaczego właściwie jesteście razem. Czego właściwie wam potrzeba, co sprawia, że chcecie być parą.


Dlaczego ukrywamy przed innymi nasze związki? Czasem zmusza nas do tego życie, czasem po prostu staramy się ochronić naszą miłość

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
2 stycznia 2018
Fot. istock/olegbreslavtsev

„Jaki jest status tej relacji” – zapytała moja przyjaciółka naszą wspólną znajomą, która od kilku miesięcy spotyka się z „kimś”. Nikt go nie zna, nikt nie widział, nikt nie ma pojęcia jak wygląda i jak właściwie przedstawiają się sprawy między nimi. A znajoma pilnuje tej anonimowości jak oka w głowie. Tak jest lepiej – twierdzi. Dlaczego? Każdy ma swoje powody, by ukrywać związek.Znają się od roku. Jak każda inna para spędzają ze sobą wolny czas – chodzą do kina, na spacery, na kolacje. A czasem wyjeżdżają razem na urlop. Oboje dobrze sytuowani, oboje niezależni, oboje szczęśliwi, że się odnaleźli. Jasne, że myślą o wspólnej przyszłości. Łączy ich jeszcze jedno. Nie chcą, by ktoś o nich wiedział. Przynajmniej „na razie”. Czego się boją? Chyba najbardziej presji ze strony rodziców. Ale są też inne sprawy.

Asia

„Jeśli masz normalną rodzinę, pewnie nie masz się czego obawiać” – mówi mi moja znajoma, Asia, zagadnięta podczas przyjacielskiej pogawędki o to, dlaczego nie chce ujawniać się ze swoim związkiem. – „Ja się po prostu boję tych wszystkich komentarzy. Mam 36 lat, moja mama od dziesięciu widzi mnie w białej sukience i z wózkiem niemowlęcym. Każdego z moich chłopaków witała słowami „synu”, każdego pytała o to, kiedy zamierza się oświadczyć. Było mi wstyd, każda z tych relacji rozpadała się właściwie w dość naturalny sposób, a mama nie kryła niezadowolenia. Pochodzę z małego miasteczka, gdzie rodzina i dzieci są na pierwszym miejscu. Rodzice są dumni z tego, że „robię karierę” w ogromnym mieście, ale potrzeba pochwalenia się wnukami i zorganizowania wystawnego wesela jest chyba o wiele silniejsza.  Nie chcę na to wszystko narażać mojego obecnego partnera. Na wszystko przyjdzie czas”.

Asia przyznała się więc jedynie rodzicom i siostrze, która również mieszka w Warszawie, że od czasu do czasu spotyka się z „kimś”, ale że to nic poważnego. Milczy skutecznie i kłamie systematycznie opowiadając jak i z kim spędziła Sylwestra, urlop, długi weekend. I póki co, absolutnie nie zamierza przestawiać swojego ukochanego rodzicom. Żeby go nie wystraszyć. Co on na to? Kocha ją i stara się zrozumieć jej powody. Sam jest dość zamknięty w sobie, więc nie cierpi specjalnie z powodu tej dziwacznej sytuacji.

Maciek

Maciek ma innym problem. Nie mówi bliskim o swojej dziewczynie z innego powodu. Jego matka jest bardzo zaborcza. Zrujnowała pierwszy poważny związek Maćka – dosłownie. Dzwoniła do jego ukochanej, zapraszała ją do siebie na ciasto i herbatę, a potem opowiadała jej o dziewczynach, z którymi kiedyś się spotykał, powodując coraz większe napięcie między obojgiem. Do tego starała się kontrolować każdy ich krok ciągłymi telefonami do obojga. Koniec nastąpił niedługo potem, jak postanowili ze sobą zamieszkać, a mama – umeblować im mieszkanie i dostarczać bez zapowiedzi bezpłatny catering, bo przecież „ta twoja Ania to ani gustu nie ma, ani nie umie ugotować jak trzeba”.  Tym razem Maciek woli nie ryzykować. Ma 30 lat i po prostu „nie spowiada się” matce ze swojego życia. Jest mu o tyle łatwiej, że ma swoje mieszkanie, dobrą pracę i od pewnego czasu odcina się systematycznie od domu rodzinnego i emocjonalnej zależności od swojej matki.

Karolina

Sytuacja Karoliny jest jeszcze bardziej skomplikowana. Karolina jest w trakcie rozwodu, jej związek z mężem rozpadł się właściwie kilka lat temu, ale dopiero teraz zdecydowali się oboje na podjęcie prawnych kroków, żeby uregulować swoją relację. Karolina poznała kogoś, jest szczęśliwa, ale ukrywa swoją nową miłość z obawy przed tym, co się może wydarzyć, jeśli jej mąż „się dowie”. Jak to wpłynie na decyzję sądu w sprawie dzieci? Komu można zaufać? Na wszelki wypadek nie ufa nikomu. Spotykają się, kiedy dzieci są u dziadków, bo nawet wtedy, kiedy dzieci są u niego, Karolina boi się, że wydarzy się coś takiego, że były mąż stanie w jej drzwiach z dziećmi. I co wtedy mu powie? „Przestawiam ci mojego nowego chłopaka?” Taka sytuacja jest dla niej niewyobrażalna. Karolina marzy o dniu, kiedy przestanie ukrywać swoją miłość. Kiedy bez obaw wyjdzie na ulicę trzymając za rękę Piotra. Kiedy przestawi go w końcu znajomym i rodzicom. Ale wie, że jeszcze chwilę będzie musiała na to poczekać.

Dlaczego boimy się mówić o naszych związkach? Bo nasze relacje z bliskimi bywają tak skomplikowane, że przestajemy się ze sobą komunikować w sprawach najważniejszych. Najpierw sami na to pozwalamy, a potem już nie chcemy się nikomu tłumaczyć z naszego życia, z naszych wyborów, nie chcemy być dłużej oceniani, pouczani, pozbawiani prawa do popełniania swoich błędów. Przestajemy ufać i nie chcemy, by ktoś ingerował w tę najważniejszą dla nas, najbardziej delikatną sferę.  Albo po prostu, zmuszają nas do tego okoliczności.