W dupie mam te wszystkie komentarze, że za chuda, zbyt uśmiechnięta i za szczęśliwa. Weźcie się matki ogarnijcie!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
16 czerwca 2017
Fot.  Screen z Instagrama / Anna Lewandowska
Fot. Screen z Instagrama / Anna Lewandowska
 

Najgorsza rzecz? Zostać matką w naszym kraju. A druga najgorsza z najgorszych? Obwieścić swoje szczęście całemu światu. Jest jeszcze jedna – zostać matką – celebrytką, na której córkę czeka pół Polski, bo drugie pół jest rozczarowane, że to jednak nie chłopak.

Ja pie*dole, zastanawiam się, co ludzie mają takiego w głowach, że tak bardzo interesuje ich cudze życie. A życie MATKI – Lewandowskiej interesuje niemal wszystkich. Przez zwykłych szaraczków, po ludzi, którzy publicznie zabierają głos w jej sprawie, w obronie lub próbie upokorzenia. Czy wy nie rozumiecie, że ona ma to kompletnie w dupie? Jest jej dobrze i zupełnie nieświadomie śmieje się w nos tym, którzy chcieliby jej dopiec, czy wyrazy współczucia złożyć.

Dlaczego tak w oczy nas kole czyjeś szczęście? Matka, która nie chce w swoim macierzyństwie zostać skazana na ostracyzm:

– powinna mieć 20 kilogramów nadwagi – żeby inni jej współczuli mówiąc: „No tak bywa” i dodając „ja to miałam szczęście, po miesiącu wchodziłam w swoje dżinsy sprzed porodu”. Nic nie poprawia bardziej humoru, niż świadomość, że inni mają gorzej.

– idealna matka powinna mieć podkrążone od niewyspania oczy – bo przecież dziecko MUSI dać w kość, wtedy tylko zrozumie, co znaczy prawdziwe macierzyństwo.

– matce wszyscy powinni odmawiać pomocy w myśl zasady: „chciałaś, to se radź”. Bo przecież nie może być tak łatwo, że ma nianię, czy panią od sprzątania! Matko przyznać się, że pani przychodzi ci sprzątać, bo nie wyrabiasz na zakrętach – lincz gotowy!

– jeśli chce wrzucać na Facebooka jakieś zdjęcia, to najlepiej ze spacerów, i to spacerów po parku, w których spędza ponad połowę dnia, a w domu jakimś cudem czeka i tak przygotowany dla męża i dla niej obiad.

– powinna być oczywiście zawsze uśmiechnięta, a szczęście musi z niej emanować. Nie ma prawa powiedzieć: mam dość, jestem zmęczona – bo jak to? Jak będziesz tak mówić, to twojemu dziecku coś się stanie.

Jedno jest pewne, matka idealna musi mieć źle. MUSI mieć gorzej od nas. Nie może mieć czasu na spotkania z przyjaciółkami, jej małżeństwo musi przejść kryzys i wtedy inne matki będą jej mówić: „oj kochana, nie przejmuj się to normalne”. A gówno prawda, że normalne. Mamy prawo być matkami na miarę tego, jakimi ludźmi jesteśmy!

Mam ochotę po sześciu tygodniach biec na fitness – to biegnę zostawiając małe z ojcem/babcią/ba nawet z tą demonizowaną nianią. Idę, bo jestem człowiekiem, bo mam ochotę, bo jak nie wyjdę, to zwariuję i w dupie mam te wszystkie matki, co myślą inaczej.

Mam ochotę wybrać się na randkę z mężem bez dziecka? A proszę bardzo. I jeszcze zdjęcie z przepięknej restauracji wrzucę i wara żeby ktoś się pytał, gdzie mój syn lub córka. Nie, nie śpi pod stołem, nie ryczy samo w domu. Jest pod dobrą opieką tak, żebyśmy my mogli choć przez chwilę pobyć sami.

Chcę poplotkować z przyjaciółkami, spotkać się, zrelaksować, bo tylko tak jestem w stanie uśmiechnąć się do mojego dziecka, które po raz kolejny obudzi się w nocy przez te cholerne zęby? I spotkam się i pojęczę, jak mi źle, jak marzę, żeby się wyspać i jak czasami najchętniej uciekłabym na drugi koniec świata, byle jak najdalej od tego kieratu.

I nikogo nie udaję! I wybaczcie, że na waszą modłę Matek Zawistnych, Matek WiemLepiejCojestDobreDlaTwojegoDzieckaIDlaCiebie nie śpiewam! I nie wrzucam swoich zdjęć z błaganiem o komentarz, że jak tak można i czy mi wypada. W końcu zostałam matką, więc nie mogę:

– dobrze wyglądać

– pokazywać się bez dziecka

– spędzać czasu z mężem

– jeść sushi skoro karmię piersią.

O matko właśnie – a ciekawe czy karmię, czy dziecko śpi ze mną czy osobno. Ono już na pewno ma syndrom odrzucenia, zacznie mieć tiki nerwowe i źle sypiać – ojoj wtedy to mi pokaże. Prawda? Albo, tak wiem – będę je rozpieszczać zabawkami w zamian za brak czasu i wyrośnie mi taki samolub, dla którego tylko materialne rzeczy ważne będą. A niej daj Boże jak ten wiecie – Januszek z ballady. I kto się będzie temu dziwić, skoro matka na fitness leciała, zamiast siedzieć nad śpiącym smacznie dzieckiem?

Zostajesz matką i okazuje się, że cała wiedza, którą posiadasz, warta jest funta kłaków, bo inne matki wiedzą lepiej! Wiedzą lepiej nawet od Matki-Lewandowskiej jak ona powinna wyglądać i na co może sobie sportowo pozwolić. Wiedzą lepiej, bo zostały matkami ciut wcześniej – i wszystkie rozumy pozjadały – w każdej kwestii.

Drogie Matki Furiatki – zamknijcie komputery, wylogujcie się z wszelakich forów i idźcie na spacer ze swoimi dzieckiem, albo umówicie się z przyjaciółkami wieczorem na wino. Może jutro na świat spojrzycie bardziej przychylnym okiem. Czego sobie i wam życzę.


Muszę się do czegoś przyznać. Otóż bywam wredną żoną i to lubię… Co więcej – polecam

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
20 czerwca 2017
Fot. iStock  / max-kegfire
Fot. iStock / max-kegfire
 

Muszę się do czegoś przyznać. Otóż bywam wredną żoną. Chociaż czasami się zastanawiam, czy nie bywam tą dobrą, a wredną jestem na stałe… No, ale nie ma co tak krytycznie do siebie podchodzić, prawda?

Nie lubię spijania sobie z dziubków i i całego tego „niuniania”, ściskania i pokazywania światu, jaka ta miłość nasza jest piękna. To już przerabiałam i nieustannie dziwię się, że ludziom się wydaje, że jak na zewnątrz będą obsesyjnie wręcz okazywać sobie miłość, to ona taka cudowna będzie. A guzik prawda, bo jak wiecie – niestety – jeśli na zewnątrz cudownie, to w środku cuchnie na odległość. Na taką odległość, że w końcu ci ludzie muszą się wyprowadzić bardzo daleko od siebie, bo tego smrodu wytrzymać nie mogą.

No więc ja nie z tych dziubkujących. Nie też z tych, co to sobie miłość na mediach społecznościowych wyznają. Mam wręcz organiczny wstręt do tego typu zachowań i też bardzo długo mojego osobistego męża nawet do znajomych nie przyjmowałam. A jak już przyjęłam, to zastrzegłam, żeby go ręka boska broniła przed wrzucaniem mi jakiś wyznań miłosnych i wspólnych pragnień. Na szczęście on podejście ma podobne do mojego, więc jedynie od czasu do czasu coś sobie zalajkujemy nawzajem i na tym nasze publiczne okazywanie uczuć w wirtualnym świecie się kończy. Ale skoro inni mają taką potrzebę – to okej, aczkolwiek nadziwić się nie mogę, że oni wysyłają do siebie wiadomości, zdjęcia, na których się oznaczają, jakby nie mogli ze sobą pogadać. To jak z tymi turystami, co to robią sobie foto z atrakcją turystyczną stojąc do niej tyłem i nie przyglądając się jej na żywo. Ale to takie moje spostrzeżenia i subiektywne zdanie, z którym nikt zgadzać się nie musi.

I też daleka jestem od teorii, że co nie bez nas razem, to nie istnieje. Że my zawsze i wszędzie wspólnie. Jak biegamy, to razem, jak idziemy do kina, to też razem, każdy wyjazd wspólny, każda impreza tylko we dwoje. I sobie tak myślę, że to oszaleć idzie, jak przez całe swoje życie taki cień masz, który jest z tobą wszędzie i ty z nim tak samo. Brrr aż mam ciarki i myślę, że to jak strzepywanie jakiegoś pyłku z ubrania, który odkleić się nie chce. Co to, to nie, jestem wyznawcą teorii, że każde z nas jest osobnym bytem. Odrębną istotą, która ma swoje potrzeby i pragnienia, swoje pasje, a to, że się spotkaliśmy i że ze sobą jesteśmy to fart. To naprawdę szczęście, że się udało i nie muszę tego udowadniać nieustannie swoją obecnością.

Znałam kiedyś jednego strasznego dupka. Chyba nigdy później, ani nigdy wcześniej nie poznałam takiej kanalii w męskim wydaniu, ale on rozrysował mi kiedyś jedną mądrą rzecz (wiedziałabym to bez niego, ale niech mu będzie). Że my jesteśmy jak dwa zbiory, które mają pewną część wspólną. I ta pewna część jest tu istotna, bo ona nigdy nie zajmuje więcej niż 50% nas samych, nie może o nas stanowić i uzależniać naszego życia od tego drugiego człowieka. No bez przesady, nie mam aż tylu deficytów, żeby łatać miał je drugi człowiek, o nie.

No więc w naszym przypadku są rzeczy, które uwielbiamy robić wspólnie, tylko dlatego, że mamy te same pasje, tak samo lubimy spędzać wolny czas, śmiać się z tych samych rzeczy i odpoczywać dokładnie tak samo – to jest nasza część wspólna. Ale jego wyjazdy z kumplami w góry i moje fanaberie zawodowe to są nasze spersonalizowane części i nie musimy się zmuszać do tego, żeby brać w nich udział, co więcej nie musimy wymagać, by ktoś nas do nich zapraszał.

Jest jeszcze jedna rzecz. Przestałam się starać, stawać na głowie, gotować obiadki, sprzątać, robić zakupy, wieszać pranie, robić wszystko, by ktoś, a nie ja był szczęśliwy. Frustracja uszami mi się wylewała, kiedy widziałam, jak on sobie siada na kanapie, a ja zapieprzam z cudowną kolacją dla niego i dzieci. Cudowna to może ona była na początku, ale w trakcie jej przygotowania tyle żółci i złości w nią wlewałam, że nie wiem, jak im to później przez gardło przechodziło. Oczywiście sama demonstrując swojego focha, że on ZNOWU nic nie zrobił, mówiłam, że nie dziękuję, ja jeść nie będę. I jakoś nikt się tym nie przejmował… No tak, bo ja to bym się przejęła.

Matko, co za ulga kiedy pozbyłam się tej swojej potrzeby dogadzania i nieustannego dawania. Wtedy okazało się, że można normalnie i że słowo „partnerski” w związku może zaistnieć. Że on nie ma jednak dwóch lewych rąk i wszystko potrafi zrobić i nie kocha mnie mniej i nie ucieka do innej, gdy mówię, że nie chce mi się dzisiaj robić obiadu. Nic się nie dzieje, po prostu on gotuje, albo zamawiamy pizzę. I wszystko jest w porządku.

A dzisiaj wyjechał. O rety, jak dobrze. Dreptałam już w miejscu odliczając godziny do jego wyjazdu. Sama z dziećmi przez cztery długie dni. Czy może być coś cudowniejszego, gdy facet, którego kochasz, a który ma swoje wady, które doprowadzają cię czasami na granicę twojej własnej cierpliwości, wyjeżdża? Możecie spokojnie mówić: „jak tak można, ja za moim tęsknię, jak tylko próg przekroczy”. A można. Spróbujcie, to jest fantastyczne uczucie móc zostać w końcu sama ze sobą. Skupić się na tym, co dzisiaj dla mnie ważne. Pogadałam z dziećmi, jak wróciły do szkoły, zrobiłam obiad bezmięsny, a jutro zrobię jakiś makaron (mój mąż się nie najada takim obiadem). Pójdę pobiegać bez wyrzutów, czy to będzie półtorej godziny czy dwie, że w całym natłoku dnia nie wygospodarowałam dla niego chociaż 15 minut na rozmowę – co się oczywiście, że zdarza i co on rozumie, ale wiecie, jak jest, niby wredna, a poczucie winy w sobie nosi. I dzisiaj na pewno nie zatęsknię. Kładąc się do łózka wezmę książkę i pewnie z godzinę przegadam z przyjaciółką przez telefon, nie czując na plecach wzroku: „ile można gadać?”. A jak wiemy, my kobiety, można długo.

Rano wypiję kawę, pierwsza przejrzę gazetę i wiedzieć będę, że to ja śmieci wyrzucić muszę, dzieci na trening zawieźć, zakupy zrobić. Czasami fajnie jest tak liczyć tylko na siebie, chociażby po to, by docenić, ile on robi i w końcu zatęsknić… Pewnie koło trzeciego dnia, tuż przed jego powrotem.

To ja wredna żona, która cieszy się jak mąż wyjeżdża i tęskni dopiero przed jego powrotem.


Co może człowieka wku*wić od rana, nawet w piątek, tuż przed weekendem. No co?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
9 czerwca 2017
Fot. iStock/Kikovic
Fot. iStock/Kikovic
 

Wiecie co, mnie generalnie polityka gila. I jakoś nigdy specjalnie się nią nie interesowałam. Takie tam podstawowe rzeczy, które wiedzieć powinnam ogarniałam, na tyle, żeby wiedzieć, na kogo głosować w wyborach nie chcę. Bo na kogo chcę – trudno było znaleźć odpowiedź. Tak, wiem, mniejsze zło, ale skoro prawa wyborcze wywalczone zaledwie kilkadziesiąt lat temu mam – to z nich korzystam, bo to mój przywilej.

No więc po pierwsze dostaję ku*wicy, jak ci, co nie głosują dyskutują o tym, co zrobić trzeba i co najlepiej by się sprawdziło. Pie*dolą farmazony siedząc wygodnie w fotelu, a gdy pytasz: a na kogo głosowałeś (choć to okazuje się być wielkim skrywanym sekretem ostatnio), to słyszysz: a nie byłem, wiesz, deszcz padał/słońce za bardzo świeciło/z rodziną wyjechałem. To się zamknij i nie wypowiadaj, bo jak masz tylko szczekać bez efektu, to po co komuś nerwy szarpać, chociażby mi, bo moje już w strzępach.

Po drugie – co by już zamknąć buzie tym, którzy poczują się dotknięci. Wkurzam się na tę władzę, bo ona teraz jest u władzy i rozdaje porąbane czasami karty (że też „czasami” przeszło mi przez gardło). Wkurzam się i myślę sobie, że żadna inna nie wywoływała u mnie aż takich emocji! Może to kwestia wieku? Może potrzeba szukania całości w tej wielkie dziurze. Nie wiem. Ale jak tylko otwieram jakiekolwiek wiadomości, krew mnie zalewa.

Przykład: katoliccy (żeby nie było, nic nie mam do katolickich) farmaceuci chcą zmian w prawie, aby mogli odmówić sprzedaży leku powołując się na klauzulę sumienia. Po pierwsze – już mnie zabił sam fakt, że farmaceuci dzielą się na katolickich i innych, po drugie chyba tylko przy obecnym rządzie ktoś mógł wpaść na taki pomysł! Że jak pójdziesz do apteki i poprosisz o prezerwatywy, to ci powiedzą: poszła won i znak krzyża w powietrzu namalują. Oczywiście o innych środkach antykoncepcyjnych nie wspomnę. Bo nie dość, że na receptę, to ci jeszcze nie sprzedadzą. A co ty myślałaś, że tak możesz dla przyjemności tylko seks uprawiać. Za to pigułki na potencję dostaniesz zawsze, bez recepty, jedyna taka szansa w Polsce!

I zastanawiam się: w jakim ja kraju żyję? Gdzie kłamstwo goni kłamstwo i to tak bezkarnie i wprost. Gdzie politykom brak sprytu i choć odrobiny przyzwoitości – by kłamać tak, żeby chociaż niewielu się skapnęło, że to wierutna bzdura, bo kłamią wszyscy, tylko jedni bardziej umiejętnie.

Jak z tym Opolem. Przecież to festiwal wyssany z mlekiem matki. Kto z nas nie oglądał czasami jeszcze na biało-czarnym telewizorze tych wszystkich polskich hitów, które stamtąd się wywodzą. Gdyby ktoś rok temu powiedział, że Opola nie będzie, że nie będzie festiwalu, który trwał przez dziesiątki lat, to byśmy postukali się w głowę i powiedzieli: nie, no już bez jaj, można myśleć o PIS-ie co się chce, ale nie, że Opole odwołają. A oni nie odwołali, ale do Kielc przenieśli, sami sobie broń do skroni przyłożyli piętnując artystów za społeczne zaangażowanie. A masz, a masz po rączkach, za to, że o prawa kobiet walczysz. A masz, nie myśl sobie, że ci to ujdzie na sucho. Ja pie*dole. Im się wydaje, że są wszechmocni. Że wszechwładni. Że jak już dzierżą władzę w swoich łapach, to wszystkim ch*j do tego, co robią. Bo oni rządzą. Matko, takiego zadufania w sobie, takiej głupoty, która się wylewa z ust polityków, ja naprawdę nigdy wcześniej nie słyszałam.

To tak jak z Jurkiem Owsiakiem – nie udaje im się zniszczyć Orkiestry, więc próbują uderzyć gdzie indziej i straszą terrorystami na Przystanku Woodstock, zamiast zadbać o bezpieczeństwo setek tysięcy ludzi, potencjalnych wyborców, którzy i tak tam pojadą. No ale przecież ta Sodoma i Gomora to główna przyczyna sukcesu Owsiaka – tak uważają. A jak ludzi przestraszą i ci na festiwal nie przyjadą, to i WOŚP w styczniu w końcu podupadnie i wtedy będzie można więcej niż 14 sekund przeznaczyć na informację, że w tym roku jednak porażka i zamiast 105 mln, Orkiestra zebrała „zaledwie 100 mln”.

Tylko, co tu nazwać porażką. To, ze Beata Kempa mówi, że wydano na pomoc w Syrii 100 mln złotych, sugerując, że wydarzyło się to właśnie teraz na przestrzeni roku, choć to suma zebrana z trzech lat? Gdzie sama Polska Akcja Humanitarna przez dwa lata przeznaczyła na pomoc Syryjczykom 80 mln? No tak, ale jak się nie podaje kontekstu, to 100 milionów zawsze brzmi dumnie.

Mniej dumnie wybrzmiewa wydane 1,6 mln złotych dla ojca Rydzyka i jego media. Gdzie Minister Radziwiłł mógłby rozpatrzyć – reklama w telewizji Trwam, czy refundacja leków dla najbardziej potrzebujących. No ale budżet marketingowy trzeba umiejętnie stworzyć i wykorzystać na jeden słuszny cel.

Nie, ja nie mówię, że wszystko jest źle i bez sensu. Ja mówię, że mnie obecna sytuacja wku*wia, bo na tych kilku naprawdę błahych przykładach (przepraszam, piszę „błahych”w kontekście tego, że można by wyciągnąć jeszcze cięższe działa)człowiek już może dostać białej gorączki i chcieć przeprowadzić w sejmie akcję samobójczą. Choć pewnie i tak wyszłoby, że to ISIS wciągnęli, a w moim komputerze znaleźliby zaproszenia na Facebooku od znajomych niewiadomego pochodzenia.

I ja wiem, że to już piątek i weekend i o polityce być nie powinno, i że mój wku*w niczego nie zmieni. Ale nie mogę o nim nie mówić. Bo jak się zamkniemy i machniemy ręką, to za chwilę obudzimy się z jedyną słuszną opcją naszego kraju, z którego nic tylko uciekać nam przyjdzie, bo dwa programy (a nie trzy, bo jeszcze ta z Torunia) jedynie oglądać będzie można, słuchać tylko wybranych artystów i broń Boże nie krytykować. Za każde słowo krytyki wytropimy i ukatrupimy tak, żeby wyszło, że to i tak opozycja zrobiła.

Eh… już mi trochę lżej.

P.S. Oczywiście wkurw wziął się z przeglądu porannej internetowej prasy na oko.press. Ale z drugiej strony, jak nie czytać i się nie uświadamiać? Tak wiem, już raz jeden z polityków odpowiedział mi na to pytanie: po prostu słucham, czytam i oglądam niewłaściwie media…