Dramat w trzech aktach. Boimy się nazwania prawdy po imieniu. Którym z bohaterów ty jesteś?

K. Lolka
K. Lolka
11 lutego 2017
Fot. iStock/Grandfailure
 

Występują:

Kobieta zajmująca się domem,

dobrze sytuowany Mąż bijący Kobietę,

Wszyscywokół.

AKT 1.

Na ukradkowe spojrzenia Wszystkichwokół Kobieta z kolejnym limem niepytana opowiada, że uderzyła się tym razem w szafkę. Wszyscywokół kiwają głowami, a za plecami Kobiety szepczą do siebie „Strasznie ją tym razem poturbował, ciekawe, kiedy to zejdzie, zaraz święta, Mąż ma ciężką rękę, Kobieta biedna z nim, ale komu dzisiaj lekko, takie życie, tak źle z nim znowu nie ma, pracować nie musi…”

AKT 2.

Kobieta łapie wzrokiem ukradkowe spojrzenia Wszystkichwokół i płaczliwie mówi „Znowu mnie pobił”. Wszyscywokół tulą ją, radzą „Zostaw Męża, odejdź od niego, nie pozwalaj się tak traktować” – a kiedy jednego dnia Kobieta staje z walizką u kolejnych drzwi Wszystkichwokół – żadne się nie otwierają. Wszyscywokół szepczą do siebie „To ich sprawa, ja nie chcę się mieszać”. Kobieta nie ma mieszkania, pieniędzy ani pracy. Wraca do domu i uczy się opowiadać o uderzeniu w szafkę. Wszyscywokół oddychają z ulgą.

AKT 3.

Kobieta nie czekając na spojrzenia mówi „Znowu mnie pobił. Złożyłam doniesienie do prokuratury”. Wszyscywokół z niedowierzaniem wołają „Jak mogłaś, to jest Mąż!” Kobieta beznamiętnym tonem opowiada „Weszłam do domu, a on złapał mnie za gardło, uderzył moją głową o drzwi, aż pociemniało mi w oczach. Kopnęłam go dyndającymi w powietrzu nogami, a wtedy on zaklął, rzucił mnie na podłogę i z całej siły kopnął w brzuch. Złapał mnie za włosy, dwa razy uderzył na odlew w twarz i zaciągnął do pokoju. Wolną ręką rozpiął rozporek i wsadził mi fiuta w zakrwawione usta. Dusiłam się własną krwią i szlochem, a on wpychał mi go aż do gardła, prawie wyrywając mi włosy z głowy…”

Wsyscywokół krzywią się z obrzydzeniem. Nie mówią jednak „Zabiłbym tego skurwysyna!!!”. Nie. Oni mówią „Jak ona może opowiadać takie świństwa!” Powinna delikatniej, bo ich to razi i zawstydza. Wszyscywokół od tej pory plują na widok Kobiety, a Mężowi zaczynają współczuć, że naraziła go na taki wstyd.

Koniec. 

Kto z was pisze się na sztukę w trzech aktach…? Większość wychodzi po pierwszym, nieliczni po drugim. Ludzie boją się nazwania prawdy po imieniu. Bo to zmusza do zrozumienia i wyciągnięcia wniosków. Do poniesienia ich konsekwencji. Łatwiej móc udawać, że się nie zrozumiało i nie wie.


Pusta szufladka. To takie proste… Od dwudziestu lat On jest moją miłością

K. Lolka
K. Lolka
10 marca 2017
Fot. iStock/giulia186
 

Od dwudziestu lat moją miłością jest On. On jest ojcem moich dzieci. On daje mi stabilność finansową i ciepło. On dba o mnie, przynosi kawę do łóżka i godzi się na kolację wegetariańską, chociaż woli mięso. On słucha jednym uchem moich żali i planuje naszą przyszłość. On jest całym moim światem. Zapełnia dziewięćdziesiąt dziewięć szufladek w moim stuszufladkowym sercu. Zostaje jedna. Najważniejsza. Potrzeba. Potrzeba poszukiwania, rozwoju, wzbudzania pożądania, potrzeba traktowania każdej chwili tak, jakby była ostatnią. Potrzeba Jego potrzeby, nierealna, bo On jej nie czuje – jest spełniony w stu procentach…

Pech chciał, że ta jedna jedyna niewypełniona Nim szufladka jest ustawiona w takim miejscu, że najsilniej reaguje na wszystkie bodźce. To ją najczęściej owiewa, omywa i wyżera każda emocja. To ona najszybciej rdzewieje. Wykrzywia się i zniekształca, roznosząc swoją korozję na te sąsiadujące z nią, a one – na kolejne, które po pewnym czasie wskutek pokrzywienia blokują się i nie dadzą otworzyć… Wiem o tym tylko ja, ale czują wszyscy wokół, mój ból rodzi gniew, frustrację i niszczy najbliższy mi świat.

Długo bałam się zajrzeć do mojej szufladki. Łudziłam się, że może jeśli zaczekam wystarczająco długo, to coś w niej wyrośnie. A kiedy wreszcie odważyłam się tam zajrzeć… Była pusta. I ta pewność, ta ostateczna utrata nadziei, bolała tak bardzo, że przestałam dbać o moje serce. Wrzucałam w szufladki byle co, gdzie popadło, jadłam cudzą potrzebę, wyrywałam uchwyty, kiedy coś się zacinało i odginałam prowadnice, gdy zbyt mocno się krzywiły, nie bacząc na to, że niszczę coraz bardziej kruchy stelaż.

Zepsułam wszystko. Zostało szesnaście sprawnych szufladek, bo pozostałe osiemdziesiąt cztery na przemian ziały pustką lub straszyły smrodem gnijących resztek.

Powiedziałam Mu, że to koniec. Że umarłam. A On bez słowa zakasał rękawy i zaczął czyścić moje pokiereszowane serduszko… Nie zmienił się. nie zaczął mnie potrzebować. Robił to samo, co przez dwadzieścia lat. Dzień po dniu rył śrubokrętem zapchane szczelinki, otwierał, wyrzucał zgniłe wspomnienia, czyścił i prostował, co się dało. Czasami się nie dało. Bolało wtedy tak, że marzyłam, żeby mi ktoś powyrywał wszystkie sto szufladek, aż do ostatniej. On się nie zmienił… Ale zmieniłam się ja. Przestałam oczekiwać. Przestałam potrzebować. Sięgnęłam dna. Nie interesował mnie stary kredens własnego serca. Jedynym, co robiłam, było topienie cholerstwa w morzu alkoholu. O dziwo – dzięki temu się odkaziło… Wtedy On pomalutku wysuwał kolejne szufladki i przecierał je do sucha. Z czasem zaczęłam mu w tym pomagać. Kiedy coś haczyło delikatnie podważaliśmy, odkręcaliśmy, poprawialiśmy… Zapełnialiśmy komórka po komórce, rozmawiając o najdrobniejszych skrawkach…

Bywało, że kłóciliśmy się, męczyliśmy ze sobą, gryźliśmy i szarpaliśmy, niszcząc dwa czy trzy świeżo wyreperowane fronty. Ale jednak dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu… Z szesnastu ledwie sprawnych szufladek utkaliśmy zdrowe siedemdziesiąt cztery, potem dziewięćdziesiąt dwie… Na tych ostatnich On nawet odciskał już pocałunki. Wreszcie została jedna. Pusta. Dziurawa. Jak zawsze. Zajrzałam tam nawet, dla pewności. Nic. Hulające przez szczeliny powietrze.

Zamknęłam szufladkę na klucz. Mam go tylko ja. Kiedy jest mi bardzo źle, chowam się właśnie tam. W jedynym pustym miejscu mojego zaborczego serca. Jest jak pryzmat –zapełnione emocjami dziewięćdziesiąt dziewięć szufladek rozszczepia na kolejny milion doznań… I mogę tym sterować, dokładając coś do nich, albo wyjmując, generując kolejne wspomnienia, kolejne dobre myśli, spełnione potrzeby… Taka rozproszona energia daje tysiąc razy więcej ciepła, światła, blasku i magii niż zamknięte w popsutej szufladce choćby największe serce. Potrzebuję tej pustej szufladki. Po to, żeby czasami zapełniać ją swoją własną potrzebą. Dziewięćdziesiąt dziewięć zapełnionych szufladek plus ta jedna – to sto procent miłości. To takie proste… Od dwudziestu lat On jest moją miłością. Od niedawna rozumiem, jak jest doskonały. Kocham Cię, Mężu.


Nauka pokory – ale przede wszystkim miłości. Dobrej, spełnionej, nie nadrabianej w ostatniej chwili. Warto doświadczać takich chwil

K. Lolka
K. Lolka
6 stycznia 2017
Fot. iStock / Xsandra

Siedziałam sobie ostatnio z laptopem na kolanach przy stoliku w kawiarni. Nie, żebym była fanką pracy w miejscach publicznych, bo tak nie jest, hałas mnie drażni, a kawa najlepiej smakuje mi w domu, ale wtedy akurat zdarzyło się, że miałam dwie godziny czekania między spotkaniami i zwyczajnie szkoda mi było czasu. Siedziałam zatem i klikałam swoje literki kątem ucha rejestrując strzępki rozmów. Niby umiem się wyłączać, ale jednak presja oczekiwania, krótkiego czasu, mimowolnego zwracania uwagi na drzwi, czy mój rozmówca nie zechce przyjść wcześniej – wszystko to troszkę uwrażliwia na bodźce i tak zupełnie zamknąć się w swoim świecie nie dałam rady.

„…i on wtedy się obraził, bez sensu, przecież to ja…”

„…a tofu najpierw podsmażam, bo wiesz, jak tak samo…”

„…ten co w tamtym filmie, pamiętasz, jak byłyśmy…”

„…nie, to nie moja, ja chciałam bez śmietany…”

Zwykły codzienny kawiarniany gwar. Wszystko mówione półgłosem, czasami mocniejszy wybuch śmiechu. Tu dwie nastolatki, tam panowie w wieku korporacyjnym, obaj pod krawatem, to pewnie ci od tofu, teraz to modne w tak zwanych sferach, prześliczna starsza pani z klasą, jakiej próżno szukać w młodym, a nawet w naszym pokoleniu, niestety.

Zerkałam sobie znad ekranu, to na drzwi, to na salę, to na panią, głosy docierały do moich uszu, ale jednym wpadały, drugim wypadały, myśli skupiałam na tekście, sączyłam już czwartą kawę i dobrze mi było. Aż do momentu, kiedy weszła kobieta z nastoletnią córką. Dziewczyna po chemioterapii, nie sposób nie zauważyć, blada, bezwłosa i chuda do granic, ale przepiękna, w gustownej chuście na głowie i z promiennym uśmiechem. Promiennym, nie przyklejonym. Śmiały się jej usta, oczy, marszczący się wskutek mimiki nos, nawet dłonie i cała ta błękitna chusta. Usiadły – los tak chciał – obok mnie. W tej kawiarni jest tak cudacznie, że stoliczki maleńkie, ale przy nich super wygodne fotele, można się zapaść w nich, dlatego tak mi miło było z tym laptopem. Tylko że kiedy one usiadły – wyszło na to, że siedzimy we trzy, tak jakoś to ustawione zostało… I już nie dałam rady pracować. Nie mogłam udawać, że ich nie słyszę, a słysząc – nie byłam w stanie myśleć o niczym innym…

One rozmawiały o śmierci. O tym, co jeszcze chcą zrobić zanim przyjdzie. Nie wiem, jakiego typu raka miała ta dziewczyna, nie ośmieliłam się zabrać głosu, nie odważyłam się przerwać ich rozmowy, była magiczna… Ale ze wzmianek wynikało, że pewnie był to kolejny przerzut albo kolejny, innego typu, nowotwór. Od dziewczyny nie sposób było oderwać wzroku, jaśniała wewnętrznym spokojem. Ona wiedziała, że ma przed sobą góra kilka tygodni. I pogodziła się z tym. Ale pogodziła się z tym też, w mądry i dojrzały sposób, jej matka. I to było urzekające.

Sama mam troje dzieci i zdaję sobie sprawę, jak ciężko jest radzić sobie z bezsilnością wobec ich cierpienia. Jak potwornie musi boleć świadomość, że to życie kończy się, zanim się na dobre zaczęło. Jak trudno tłumaczyć samej sobie, że teraz najważniejsze to cieszyć się sobą przez te ostatnie chwile. Jak w ogóle mówić o cieszeniu się…? A wszak tylko to pozostało… Płacz nie uleczy, zamykanie się w sobie tylko szybciej umartwi, no trzeba, trzeba wykorzystać ten czas, nie wolno go zmarnować… Tylko co to znaczy zmarnować…? Siedzieć w domu zamiast jeździć po świecie? Palić, pić, albo nie palić i nie pić? Spędzać czas na zabawie czy na nauce? A jak ktoś lubi inaczej, niż wszyscy by chcieli?

Kobieta patrzyła na swoją córkę z bezgraniczną miłością. To niesamowite, jak to widać. Ze spokojem, pewnością, zaufaniem i zgodą na nieuniknione. Ani jedna, ani druga się nie poddała. Obie po prostu zaakceptowały to, że ta walka ma taki, a nie inny finał. Rozmawiały o tym, że mama będzie musiała jechać na parę dni do babci, bo się rozchorowała, że po pogrzebie będzie miała więcej czasu i pewnie wreszcie pchnie nowy projekt „w tej auli” – pewnie coś zawodowego – że w szpitalu jedzenie było okropne i dobrze, że nie trzeba było długo tam leżeć, że śmieszna jest jakaś mała Agatka, kiedy woła „Dlaczego masz takie łyse brwi”, że chłopak dziewczyny pytał, czy może ją jeszcze zabrać nad morze i czy mama nie ma nic przeciwko – nie miała – że pieczywo ostatnio się zepsuło w ich ulubionym sklepie…

I to nie było udawane! To nie była przykrywka, zasłanianie tragedii paplaniem o niczym. Nie, one ze sobą szczerze i ciepło rozmawiały, jak przyjaciółki. Nie bały się słowa „śmierć” ani „pogrzeb”, rozumiały, jak ważne są uczucia wszystkich osób bliskich, a nie tylko ich własne, choćby ten chłopak, ileż matek w swojej zaborczości powiedziałoby, że z żadnym chłopakiem nad żadne morze, że tylko z nią, tu, że szkoda czasu…? Przecież ten chłopak, przyjaciele, wszyscy odczują jej brak, nie tylko mama… Nie było ani słowa o ojcu ani o rodzeństwie, jak silna musiała być ta najwyraźniej samotna kobieta, może tak poświęciła się córce, a może była sama już od dawna…?

W pewnym momencie dziewczyna powiedziała: „Mamusiu, a masz jeszcze jakieś marzenia, które mogę spełnić? Dopóki mogę?”. I sparaliżowało mnie. Prawie wybuchnęłam płaczem. A ta mama tylko wyciągnęła rękę, pogłaskała ją po policzku i tak ciepło powiedziała, że jeśli chce, to mogą razem jechać do tej babci, będzie jej miło. Tak zwyczajnie, po prostu. Nie hamowała łez, przelała tylko w dotyk falę miłości. Największym marzeniem był jeszcze jeden wspólny codzienny dzień. Obie te kobiety nawzajem wspierały się w swoim cierpieniu w intuicyjny, cudowny, magiczny sposób.

Wstały po jakimś czasie i wyszły, a w kawiarni aż pociemniało od braku ich jasności. Za to we mnie szalał emocjonalny huragan.  Ekran dawno zgasł, kawa wystygła, kiedy mój rozmówca wszedł, nie bardzo nadawałam się do rozmowy. Są w życiu takie chwile, które wręcz wywracają nas na lewą stronę. Ta była jedną z nich. Kolejna nauka pokory – ale przede wszystkim miłości. Takiej dobrej, spełnionej, nie nadrabianej w ostatniej chwili, tylko dawanej od zawsze – miłości. I pomyśleć, że one mogły usiąść gdzieś indziej… Chyba muszę częściej przytulać swoje dzieci…