Doskonały barszcz i sałatka ze śledzia, czyli wigilijne gotowanie z Gosią Ohme

Redakcja
Redakcja
12 grudnia 2016
wigilijne gotowanie z Gosią Ohme
Fot. Paulina Wyszyńska

Początek grudnia to moment, w którym prawie każdy zaczyna bardzo intensywnie myśleć o Świętach. A jak Święta to prezenty – planujemy je z prawdziwym pietyzmem, zupełnie jakby były najważniejszą miarą udanych Świąt. I nic w tym dziwnego, w końcu każdy z nas lubi przez ten jeden dzień w roku zamienić się czarodzieja. Ale czy zastanawialiście się już, co na te Święta ugotujecie i jak ugościcie te najważniejsze dla was osoby?

Bo Wigilia i Święta Bożego Narodzenia to bez dwóch zdań czas bardzo wyjątkowy i jak żaden inny przepełniony zapachami i smakami, ale także… pięknem.

Doskonały barszcz i sałatka ze śledzia, czyli wigilijne gotowanie z Gosią Ohme

Fot. Paulina Wyszyńska

Piękno smakuje lepiej

Wigilia bez barszczu? To chyba zaraz po karpiu, najważniejszy symbol wigilijnego stołu . I choć sama potrawa wydaje się być prosta, tego dnia aż emanuje elegancją. Sami przyznajcie, że właśnie w Święta Bożego Narodzenia, jak nigdy zwracacie uwagę na te wszystkie detale i szczegóły, na dekorację, całą oprawę, która dopełnia kulinarne dzieła.

My dziś zachęcamy was do tego, by tradycji stało się zadość i tegoroczny wigilijny stół był i „smaczny”, i piękny.

Nawet, gdy wszystkie dekoracje w naszym domu są odzwierciedleniem tego, co w duszy gra najmłodszym z domowników lub gdy zwyczajnie lubimy kontrowersyjnie zaszaleć, wigilijne nakrycie stołu, jest najpiękniejsze, gdy postawimy na prostą i klasyczną elegancję.

Doskonały barszcz i sałatka ze śledzia, czyli wigilijne gotowanie z Gosią Ohme

Fot. Paulina Wyszyńska

My na naszym opłatkowym spotkaniu nie mogłyśmy zrobic inaczej, dlatego pachnące, kulinarne cuda spod ręki Gosi Ohme musiały podzielić się nieco chwałą z nakryciem stołu (nasz stół nakryłyśmy klasyczną porcelaną MariaPaula Ecru Złota Linia). Najlepszą biżuterią dla świątecznej zastawy będą oczywiście gustowne i eleganckie sztućce. Naprawdę nie trzeba wiele, by wyczarować świąteczny nastrój.

A jakie potrawy zaserwować, by dopełnić dzieła? Oczywiście wspomniany barszcz i coś bardziej nowoczesnego… Zapraszamy, specjalnie dla was dwa ulubione świąteczne przepisy Gosi Ohme.

Barszcz czerwony

Doskonały barszcz i sałatka ze śledzia, czyli wigilijne gotowanie z Gosią Ohme

Fot. Paulina Wyszyńska

Składniki:

2 kg buraków, ugotowanych

2,5 litra bulionu jarzynowego lub mięsnego

1 średnia cebula,

1 łyżka masła

1 listek laurowy, 3 – 4 ziela angielskie,

1 łyżka octu lub 2 łyżki octu balsamicznego

Pieprz, sól – do smaku

Przyda się: dobrej jakości patelnia do podsmażenia cebulki na niewielkiej ilości tłuszczu, my korzystałyśmy z naszych ulubionych garnków i patelni Valdinox

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Przygotowanie:

Ugotuj buraki (możesz ugotować je tradycyjnie w wodzie lub po umyciu zawinąć w folię i upiec w piekarniku). Cebulkę podsmaż na maśle.

Do gotującego się bulionu dorzuć ugotowane i obrane buraki – najlepiej pokroić je na duże kawałki lub grube plastry.

Gotuj na małym ogniu przez około 10-15 minut. Dodaj liść laurowy, ziele angielskie, pieprz oraz wcześniej podsmażoną na maśle cebulkę, na około 5 minut przed końcem gotowania.

Tak przygotowany wywar zdejmij z ognia i odstaw na minimum 6 godzin. Najwygodniej jest go przygotować dzień wcześniej i zostawić na całą noc.

Gdy barszcz już „odpocznie”, zagotuj go ponownie. Od tego momentu uważaj, nie powinnaś ponownie doprowadzić go do wrzenia.

Zdejmij z ognia i przecedź. Dopraw solą, pieprzem oraz octem.

Smacznego!

PS: Pamiętaj, że wyjątkowość świątecznych potraw skrywa się nie tylko za ich smakiem, ale też wyjątkowym, odświętnym wystrojem. Koniecznie nakryj pięknie do stołu.

Fot. Paulina Wyszyńska

Fot. Paulina Wyszyńska

Sałatka śledziowa , czyli Śledź pod pierzynką

Fot. Paulina Wyszyńska

Fot. Paulina Wyszyńska

Składniki:

250 g filetów śledziowych (gotowych, wypłukanych z zalewy)

1 łyżka soku z cytryny

1 mała cebula

2 łyżki musztardy francuskiej

4 łyżki oleju

świeżo zmielony pieprz

3 buraki

4 ziemniaki

4 ogórki kiszone

5 jajek

150 g sera żółtego

pęczek szczypiorku

Przyda się:

Przygotowanie:

Pokrój śledzie na kawałki i skrop sokiem z cytryny.

Dodaj drobno posiekaną cebulkę. Dodaj musztardę, olej, świeżo zmielony pieprz wymieszaj.

Przełóż do szklanej salaterki lub misy, na górę dodaj ok. 1/3 majonezu i równo rozsmaruj.

W oddzielnych garnkach ugotuj buraki (czas gotowania: ok. 1,5 godz.) ziemniaki (czas gotowania: ok. 1 godz.) w mundurkach. Ugotowane warzywa odcedź i ostudź.

Ziemniaki obierz ze skórki i pokrój w drobną kostkę, dopraw do smaku sola i pieprzem. Ułóż je jako kolejną warstwę w salaterce.

Na górę dodaj pokrojone w kostkę ogórki. Posmaruj kolejną warstwą majonezu (jak poprzednio).

14971542_10154844879674750_879818421_o

Buraczki obierz ze skóry i zetrzyj na tarce o dużych oczkach, ułóż jako kolejną warstwę i dodaj ostatnią warstwę majonezu.

Jajka ugotuj na twardo, również je drobno posiekaj i nasyp na górę sałatki. Na sam wierzch zetrzyj żółty ser i udekoruj szczypiorkiem.

Fot. Paulina Wyszyńska

Fot. Paulina Wyszyńska

Dobrze dać sałatce czas na przegryzienie się wszystkich smaków, jeśli możesz przygotuj ją dzień wcześniej i przechowuj w lodówce, jeśli nie – postaraj się wygospodarować co najmniej godzinę przed podaniem.

Fot. Paulina Wyszyńska

Fot. Paulina Wyszyńska

Fot. Paulina Wyszyńska

Fot. Paulina Wyszyńska

PS: Nie zapomnijcie o pięknych, szklanych kieliszkach – przy odrobinie wyobraźni mogą posłużyć nie tylko użytkowo, ale również jako wyjątkowa dekoracja świątecznego stołu. Na naszym stole zagościły kieliszki Expert marki Royal Leerdam.

Fot. Paulina Wyszyńska

Fot. Paulina Wyszyńska

Fot. Paulina Wyszyńska

Fot. Paulina Wyszyńska

Fot. Paulina Wyszyńska

Fot. Paulina Wyszyńska

Fot. Paulina Wyszyńska

Fot. Paulina Wyszyńska

Fot. Paulina Wyszyńska

Fot. Paulina Wyszyńska

Fot. Paulina Wyszyńska

Fot. Paulina Wyszyńska


Zamiast strzelać selfie z choinką pogadaj z babcią!

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
12 grudnia 2016
Zamiast strzelać selfie z choinką - pogadaj z dziadkiem
Fot. iStock/ Eva Katalin Kondoros

Nie da się nie zauważyć, że zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Właściwie już od października przypominają nam o tym supermarkety, reklamy telewizyjne i promocje w sklepach. Czy jednak nadal pamiętamy, czym tak naprawdę jest to Boże Narodzenie, czy już całkiem zgłupieliśmy, oddaliśmy świąteczny nastrój w ręce speców od marketingu i połknęła nas machina konsumpcjonizmu? Nawet świąteczne reklamy – z zasady mające namawiać do zakupów – mówią w tym roku o tym, by w te specjalne dni zwolnić, odpuścić, po prostu być z bliskimi i cieszyć się wspólnym czasem. Zamiast więc strzelać kolejne selfie z karpiem i choinką, pogadaj z babcią, uśmiechnij się do ciotki i popatrz im w oczy, a nie w ekran swojego smatfona.

Bo liczy się rodzina

Świąteczne spoty reklamowe to od lat coś znacznie więcej niż zwykła prezentacja godnych zakupienia produktów i zaproszenie do nabycia towarów i usług. To kilkuminutowe filmy, które mają nas poruszyć, rozczulić i sprawić, że łza w oku się zakręci, uśmiech samoistnie pojawi na naszych twarzach – przecież nie sprawi tego promocyjna cena karpia, mega rabat ani kuszący gratis dodawany do zakupów. Bo nie to się liczy, nie to jest ważne, choć w szale przedświątecznych przygotowań zdarza nam się o tym zapomnieć – liczą się emocje i towarzyszące świętom uczucia. W zeszłym roku motywem przewodnim reklam była samotność, a tym razem postawiono na rodzinę, bliskich będących obok, spotkania z tymi, których kochamy. Ostatecznie wszyscy pragniemy przecież jednego – czuć się swobodnie, bezpiecznie, otoczeni miłością, zrozumieniem i akceptacją.

Najpiękniejszy prezent? My sami!

Taki przekaz niosą tegoroczne spoty – najpiękniejszym prezentem, jaki możemy dać naszym bliskim, jesteśmy my sami! To wbrew pozorom towar cenny i deficytowy, bo zawrotne tempo życia, piętrzące się obowiązki, emigracje, przeprowadzki, zmieniły dotychczasowy obraz rodziny i panujących w niej relacji. Skończyły się czasy, gdy babcia z dziadkiem mieszkali piętro niżej, ciotka z wujkiem po drugiej stronie ulicy, a pozostali krewni w promieniu najbliższych pięćdziesięciu kilometrów. Teraz by zobaczyć się z rodziną często potrzebujemy wielu godzin podróży, pociągów, samolotów, a takie wyjazdy zdarzają się zaledwie kilka razy w roku. Pięknie i wzruszająco, choć w bardzo prosty sposób, przedstawiono taką sytuację w reklamie Allegro, która poruszyła miliony internautów i wzbudziła ich zachwyt – całkiem zasłużenie, bo to prawdziwe dzieło sztuki reklamowej, zauważone także poza granicami naszego kraju.

Celebruj, ale nie bądź internetowym celebrytą

Na pewno znacie powiedzenie, że jeśli nie ma kogoś w Internecie, to ten ktoś po prostu nie istnieje. Wsiąkliśmy w ten wirtualny świat na amen, bez smartfona w kieszeni i komputera przy boku czujemy się zagubieni, niepewni i jakby czegoś nam brak.  Coraz więcej osób odczuwa lęk przed ominięciem czegoś ważnego, istotnych informacji i wiadomości ( tzw. FOMO, czyli fear of missing out). Technologia, która nam służy i bez wątpienia ułatwia życie, zabiera też sporą jego część – pięć minut na Facebooku to co najmniej godzina wyjęta z życiorysu, a szybkie sprawdzenie skrzynki pocztowej często kończy się koniecznością odpisania na najważniejsze wiadomości. Do tego dochodzą jeszcze zabawne filmiki, internetowe quizy, gry online, czaty. Problem ten jest na tyle duży, że nawet znany producent urządzeń elektronicznych nie namawia w reklamie do zakupu nowych, ale do odłożenia ich w święta i skupienia się na życiu rodzinnym!

Zamiast strzelać selfie z choinką - pogadaj z dziadkiem

Fot. iStock / oneinchpunch

Zanim więc strzelimy kolejną fotkę „z rąsi”, zrobimy „takie tam przy świątecznym stole” albo podpiszemy zdjęcie wrzucone na nasz profil hashtagiem #choinkaprezentyświęta, #bożenarodzeniekochamświęta, zastanówmy się po co w ogóle tę fotografię robimy? Bo jeśli, wyłącznie dla lajków na Facebooku, komentarzy i zbierania w ten sposób akceptacji od innych, to trochę to słabe. Ale jeśli po to, by uwiecznić radosne spotkania i zachować na dłużej w pamięci wartościowe chwile spędzone w rodzinnym gronie lub wśród przyjaciół, to jesteśmy całkowicie usprawiedliwieni. Celebrujmy święta i rodzinne chwile, ale nie bądźmy fejsbukowymi celebrytami – o wiele więcej radości da nam przecież aktywna obecność, akceptacja i zrozumienie bliskich, niż polubienia i śmieszne gify od wirtualnych znajomych.


Ania Wyszkoni: „Teraz wiem, że nie ma żadnego później, że nie można czekać na jutro…”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 grudnia 2016
Fot. Zija Pióro/Ania Wyszkoni
Fot. Zija Pióro/Ania Wyszkoni

Na jakiś czas zniknęła ze sceny. Przebąkiwano coś o chorobie, o kryzysie. Kiedy wróciła, otwarcie postanowiła mówić o tym, co przeszła. Nuciliście kilkanaście lat temu „Agnieszka już dawno nie mieszka”? Kim dziś jest Ania Wyszkoni, jakie zmiany zaszły w niej samej, a także w jej życiu? Rozmawiamy o nowotworze, o rozstawaniu się z ludźmi i o marzeniach, które lepiej, żeby się nie ziszczały.

Ewa Raczyńska: „Chcę zacząć jeszcze raz” śpiewasz w swoim nowym singlu. Czy to osobisty tekst? Stwierdzono u Ciebie nowotwór tarczycy. To „jeszcze raz” to nowe życie po chorobie?

Ania Wyszkoni: Ten utwór to krótki pamiętnik tego, co wydarzyło się w moim życiu w ostatnim czasie. Tekst do „Oszukać los” pisałam w dwóch etapach. Najpierw powstały zwrotki – kiedy dowiedziałam się o chorobie. Z refrenem poczekałam, bo chciałam, żeby miał pozytywny wydźwięk, by był symbolem wejścia w nowy etap życia. Nie byłam w stanie napisać niczego pozytywnego przed operacją, która mnie czekała. A kiedy byłam tuż po niej, musiałam to co mnie spotkało, przerobić w sobie. Refren powstał, kiedy już czułam się lepiej i pewniej mimo komplikacji, które się pojawiły.

Jakich komplikacji?

Po operacji dowiedziałam się, że miałam przerzut na węzły chłonne. Pojawiło się osłabienie strun głosowych.

Dużo tego wszystkiego na mnie spadło, to był trudny czas. Ale dzisiaj patrzę na to z innej perspektywy.

Długo nie mówiłaś publicznie o chorobie. Pojawiały się tylko medialne spekulacje.

I szczerze mówiąc nigdy bym nie wróciła do tego tematu, bo dla mnie jest to trochę jak zły sen, który już się skończył. Ale mówię, bo zbyt rzadko jest ten problem poruszany. Często wybieramy się do lekarza dopiero wtedy, kiedy czujemy niepokojące dolegliwości. Rak tarczycy nie daje objawów. Wszystkie wyniki miałam dobre. Poszłam do lekarza na badanie piersi i tam spontaniczne pojawiła się sugestia zbadania tarczycy. Spontanicznie, bo sam lekarz stwierdził, że nigdy tego nie robi, ale może tym razem zbada. Co istotne, od czasu mojego przypadku robi to zawsze i w pół roku wykrył cztery nowotwory u kobiet w podobnym wieku.

Niestety zachorowania na raka, w tym na raka tarczycy, stają się dość powszechnym problemem, więc ja o tym mówię, bo tyle mogę zrobić, tak pomóc, choć powrót do tamtych przeżyć nie jest prosty.

Usłyszałam jakiś czas temu, że ciągle chcielibyśmy myśleć, że rak to choroba, która dotyka niewiele osób, a to błędne przekonanie.

Zgadza się. Kiedy byłam w specjalistycznej onkologicznej klinice w Gliwicach na leczeniu jodem radioaktywnym, widziałam na korytarzach tłumy ludzi. To było szokujące i przerażające przeżycie. Ale to właśnie ci ludzie mają szansę wyjść z choroby. Trzeba być czujnym. To nie nowość, że nowotwór wcześnie zdiagnozowany jest uleczalny. Nie bójmy się badać.

Choroba wpłynęła na twoje postrzeganie świata, życia?

Fot. Zija Pióro/Ania Wyszkoni

Fot. Zija Pióro/Ania Wyszkoni

Od zawsze miałam dość jasno określone priorytety – dla mnie zawsze najważniejsza była rodzina, moje dzieci. Dla moich dzieci oddałabym wszystko. I powiem szczerze, że to one były dla mnie największą mobilizacją w tej chorobie, żeby szybko się za siebie wziąć, żeby walczyć i się nie poddawać, bo wiedziałam, że muszę być silna dla nich. Kiedy dowiedziałam się, że jestem chora, byłam akurat z moją córką Polą i musiałam walczyć z rozpaczą, by Pola nie odczuła tego, co się właśnie dzieje, żeby nie  poczuła mojego strachu. A gdy diagnoza się potwierdziła, jechałam akurat po Polę do przedszkola. W tych najtrudniejszych momentach była jak mój anioł, który powodował, że nie rezygnowałam z walki.

Ale choroba była dla mnie również pierwszym dużym krokiem w stronę asertywności. Uczę się częściej mówić „nie”, jeśli czegoś nie chcę. Nauczyłam się też swoje potrzeby traktować poważniej, bo zawsze były one spychane na dalszy plan, zawsze wszyscy obok mnie byli ważniejsi ode mnie samej. Zawsze myślałam: „dobra, to ja później”. A teraz wiem, że nie ma żadnego później, że nie można czekać na jutro. To dla mnie trudna lekcja, bo naturę mam inną. Obdarowywałabym wszystkich wokół, siebie zostawiając na końcu, ale coraz częściej udaje mi się to zmienić.

Mówi się, że zmiany w życiu nas rozwijają, że to na czym najbardziej nam zależy, budzi nasz największy strach przed działaniem. Zgadzasz się?

Zmiany zawsze wywołują we mnie obawę, zwłaszcza, gdy wszystko mam już poukładane i czuję się bezpiecznie. Ale przychodzą czasem w życiu momenty, kiedy czuję, że to, w czym tkwię nie ma już żadnego sensu. Tak było, kiedy rozstawałam się z zespołem Łzy. Postawiłam wszystko na jedną kartę, choć nie wiedziałam jak poradzę sobie solowo. Ale to otoczenie stało się dla mnie toksyczne. Czułam, że, co by się nie wydarzyło, będzie lepiej jeśli ten etap zamknę. Ryzyko się opłaciło. Dzisiaj czuję się na scenie spełniona. Pracuję z fantastycznymi muzykami. To mnie uskrzydla.

Przełomowym momentem mojego życia było rozstanie z moim mężem. Nie jestem z tego dumna. Raczej postrzegam to małżeństwo w kategoriach porażki. Ale byłam wtedy młoda, za  młoda, żeby świadomie wejść w taki ogrom obowiązków. Dzisiaj tak to właśnie widzę: nie wyszło coś, co było ważne, ale nie byłam w stanie sobie z tym poradzić. Nie żałuję więc rozstania. Wszystko ma w moim życiu swój czas. Nie chcę się z niczym męczyć. Życie jest na to za krótkie.

Boimy się zmian, a jednak z każdego strachu i z każdej trudnej decyzji w efekcie wszystko poszło w dobrą stronę.

Mnie się udało, ale nie zawsze tak musi być. Pomogła mi wiara w coś lepszego i chęć zrobienia czegoś nowego. Ale nie podjęłam tych decyzji z dnia na dzień.  Tak czy inaczej, jestem z nich zadowolona. Czasami trzeba zrobić trudny krok do przodu, spróbować, żeby nie obudzić się pewnego dnia i stwierdzić, że coś przegapiliśmy. To jest chyba najgorsze. Lepiej zaryzykować i ponieść klęskę, ale przynajmniej móc powiedzieć: spróbowałam.

Dlaczego akurat tobie się udało?

Myślę, że miałam dużo szczęścia. Młodzi ludzie pytają często, co zrobić. Ja wiem, że na pewno trzeba z uporem dążyć do celu, robić to, co się czuje. Publiczność czuje fałsz. Nie da się ludzi oszukać. Ja nie potrafię. Z pewnością pomogło mi szczęście do ludzi, bo spotkałam na swojej drodze fantastyczne osoby, które mnie inspirowały, które dużo wniosły w moją twórczość. Mam też fantastyczny zespół, choć przez sześć lat jego skład się zmienił. Przez tak długi czas energia między ludźmi się wypala. I trzeba umieć pewnego dnia przyznać, że coś się skończyło, stanęliśmy przed ścianą. Takie decyzje są bardzo trudne, bo przywiązuję się do ludzi, ale chcę nieustannie się rozwijać.

Rozstania z ludźmi nigdy nie są łatwe…

Oj tak… Jak sobie przypomnę chociażby rozstania z chłopakami, kiedy byłam nastolatką. Ile to łez wylanych, ile rozpaczy, bo za każdym razem wydawało mi się, że teraz to już na pewno będzie na zawsze. Na szczęście moja mama nauczyła mnie kiedyś dbania o poczucie własne wartości mówiąc, że jeżeli chłopak nie docenia tego, co ja mu daję, to nie jest wart mojej miłości. I doskonale do dziś to pamiętam, choć wtedy, jako nastolatka i tak wylewałam morze łez.

Fot. Zija Pióro/Ania Wyszkoni

Fot. Zija Pióro/Ania Wyszkoni

Zaczynasz nowe życie i co to nowe niesie? Oddzieliłaś przeszłość grubą linią?

Z pewnością patrzę inaczej, ale nie zapominam o tym, co było. Życie każdego dnia mnie czegoś uczy. Staram się wyciągać z tych lekcji wnioski, choć nie zawsze są one łatwe. Kiedy odwiedzam domy dziecka, hospicja, oddziały dziecięce w szpitalach, zawsze zaskakuje mnie siła tych młodych ludzi. Im trudniejsza przeszkoda tym więcej satysfakcji daje nam jej pokonanie. Wiele razy słyszałam od rodziców, że wszystko jest po coś.

Śpiewasz, że oszukałaś los. Oszukałaś?

Czasem chciałabym to zrobić, ale że udało mi się w stu procentach, to zbyt odważne stwierdzenie.

Jestem w takim punkcie życia, w którym już się wie, że nic nie jest pewne. Może oszukałam los na chwilę, coś nade mną czuwało i coś z dnia na dzień powiedziało mi: idź do lekarza. I poszłam. Następnego dnia rano, do lekarza, którego wybrałam przez internet. Myślę, że czuwał nade mną anioł. Myślę, że inny lekarz nie zbadałby mi tarczycy i nie wykryłby mi złośliwego guza. Po chorobie inaczej spojrzałam na siebie. Nabrałam większego dystansu, pozwalam sobie na więcej luzu, jestem bardziej spontaniczna i bawię się tym, co robię. Lubię swój perfekcjonizm, ale czasem pozwalam mu zejść na dalszy plan.

Czasami stwarzam sobie  problemy, których nie ma. Przejmuję się czymś, co można bardzo szybko rozwiązać. Bardzo często otoczenie sugeruje, że coś zrobiliśmy źle, a ja od presji chcę się uwolnić. Słucham siebie.

Jesteś już gotowa na kolejne zmiany, czy to jednak czas spokoju?

Chciałabym poczuć na chwilę spokój i chłonąć go. Chociaż czasami i tak mam wrażenie, że znowu zaczynam biec. Kiedy czuję, że tracę równowagę rozmawiam z moim narzeczonym. Jest jednocześnie moim managerem. Szukamy wtedy szybkiego rozwiązania. Robimy sobie wolne, żeby wyjechać na krótki wypoczynek, albo po prostu zostajemy w domu. Mam wiele zawodowych zobowiązań, ale zdrowie jest najważniejsze.

A co dziś sprawia, że jesteś szczęśliwa?

Drobiazgi. Życie codziennie. Cieszę się, że mogę się rano obudzić obok mojego narzeczonego. Lubię spacery z pieskami. Największe szczęście daje mi uśmiech moich dzieci. To brzmi pewnie banalnie: „znowu ta mama i dzieci”. Ale taka jest prawda, szczęście moich dzieci to moje szczęście. Spełnienie zawodowe jest ważnym elementem mojego życia. Szczęście dają mi też takie chwile, kiedy mogę pobyć sama ze swoimi myślami. I dzisiaj też już to potrafię, daję sobie na to przyzwolenie. Wiem, że one też mi są potrzebne, że na nie zasługuję. Czasem można zrobić coś tylko dla siebie i nie robić sobie z tego powodu wyrzutów.

Wiem, że kiedy bałaś się, że nie będziesz mogła wrócić do śpiewania, miałaś plan, by otworzyć kwiaciarnię. Myślisz jeszcze o tym?

Nie i mam nadzieję, że sytuacja nigdy mnie do tego nie zmusi.

A ja myślałam, że to marzenie.

Powiedziałam to kiedyś raczej w formie żartu. Ta kwiaciarnia była dla mnie symbolem planu B, którego nigdy nie chciałabym musieć zrealizować. Wyleczyłam się z tego, choć był czas, kiedy intensywnie o tym myślałam. Miałam już nawet wybrane miejsce, ale gdy poczułam, że kwiaciarnia musiałaby by być koniecznością, wyparłam ją z moich marzeń. I teraz wszystkie skierowane są w stronę muzyki.

Jak różna jest ta Ania śpiewająca kiedyś: „Agnieszka już dawno tutaj nie mieszka”, od tej dzisiaj?

Diametralnie inna. Ta zmiana jest ogromna, nie tylko wizerunkowo. Ale oprócz zrzucenia z siebie czarnych ciuchów, dojrzałam, mam dwoje dzieci. Rety, jaka ja byłam zahukana. Bałam się ludzi, bałam się na nich otworzyć, rozmawiać. Pamiętam taką sytuację: byłam w Opolu i przechodziła obok mnie Maryla Rodowicz i ja mając świadomość, że idzie obok mnie ikona polskiej muzyki, którą bardzo chciałam poznać, nie miałam odwagi do niej podejść. Dzisiaj takie momenty łapię. Jestem odważniejsza i pewniejsza siebie. Czasem zachowuję się jak nastolatka, która właśnie poznała swojego idola. Czasem mam wrażenie, że mówię za dużo. Na przykład dzisiaj. Chyba zarzuciłam cię słowami…

Fot. Zija Pióro/Ania Wyszkoni

Fot. Zija Pióro/Ania Wyszkoni


Zobacz także

Fot. Screen/

Bądź odpowiedzialny za to, co oswoiłeś. Ten filmik poruszy niejedno sumienie

Kryzys po 40-tce

Kryzys po 40-tce? To jak zrzucanie z siebie starej skóry. Zupełnie inny rozdział w życiu

Fot. iStock / alga38

Święta mogą być wyjątkowe. Inaczej niż te z „wtedy”. Tylko od nas zależy, czy je takimi uczynimy