„Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. A wy? Nie macie żadnych tajemnic przed swoimi przyjaciółmi?

Redakcja
Redakcja
10 stycznia 2017
"Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie"
Mat. prasowe
 

Pomyślałam: „Czy moi przyjaciele zdecydowaliby się na taką grę”. Cóż we włoskim filmowym hicie:  „Dobrze się kłamie w miły towarzystwie” zabawa w brak tajemnic przybrała dość dramatyczny obrót, choć chyba trudno się nie zgodzić, że nie mogło to być zaskoczeniem.

Ale od początku. U Rocco, który jest chirurgiem plastycznym i jego żony Evy – terapeutki (doskonała w tej roli polska aktorka Kasia Smutniak) na kolacji spotykają się przyjaciele – dwie inne pary i samotny przyjaciel. Kolacja toczy się w sielskiej i jak na zgraną paczkę ludzi, którzy znają się od dawna, w przyjacielskiej atmosferze. Do czasu, gdy Eva – gospodyni kolacji, proponuje, żeby na stole położyć swoje telefony i dzielić się z pozostałymi wszystkimi wiadomościami, telefonami z innymi…

Mat. prasowe

Mat. prasowe

W końcu są przyjaciółmi, wiedzą o sobie wszystko i raczej nie mają przed sobą tajemnic, którymi nie mogliby się podzielić. Czy aby na pewno?

Doskonały film, który w zabawny sposób, a jednak na poważnie rozkłada na części pierwsze nasze relacje, związki, przyjaźnie. To śmiech przez łzy, gdzie reżyser Paolo Genovese pokazuje nam świat, jakim jest naprawdę. Z naszymi kłamstwami, hipokryzją, z przyklejonym do twarzy uśmiechem i założoną maską, z przedstawianiem siebie zawsze w lepszym świetle, niż jesteśmy naprawdę. Gramy role, w których chcielibyśmy, żeby widzieli nas inni, a całą prawdę o nas samych znają tylko nasze smartfony…

00171_PMM1621

Doskonała tragikomedia, z której trudno nie wyjść z refleksją na swój temat, na temat swoich relacji z innymi. Spytaj siebie, czy odważyłabyś się na taką grę wśród swoich przyjaciół? I szczerze odpowiedz sobie na to pytanie. Wnioski najlepiej wyciągnąć samemu.

„Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” to we Włoszech filmowy hit 2016 roku, wielokrotnie nagradzany, który możemy zobaczyć już w naszych kinach.

Serdecznie zapraszamy! Może warto się wybrać z paczką przyjaciół?

Mat prasowe

Mat prasowe

 


Gratulujesz mi odwagi? Błąd. Od dziś już nigdy nie będę sama. Moja samotność się skończyła

Magdalena Lis
Magdalena Lis
10 stycznia 2017
Gratulujesz mi odwagi? Błąd. Od dziś już nigdy nie będę sama. Moja samotność się skończyła
Fot. iStock
 

– Kiedyś myślałam, że nie potrafię w miłość. Że nie potrafię w kochanie. Że jest to poza mną, że mnie to przerasta, że nie jest mi to dane. Że może taki mój los, bo zwyczajnie za to, co robię, na nic nie zasługuję. A teraz wiesz, kiedy patrzę na nią, na to jej zdjęcie, i widzę, jak się do mnie uśmiecha, to mięknie mi serce. Wiem, ty nie zobaczysz tego, to widzi tylko matka, kiedyś to zrozumiesz. I niby to jest tylko zdjęcie USG i to takie pomazane, niby takie czarno białe, żadne trzy, czy cztery de, bo na to mnie nie stać akurat, bo tego nie przewiduje państwowa służba zdrowia. I niby to niewiele, a ja się wgapiam w tę czarno – białą fotkę i już wiem, że potrafię. Wiem, czym jest miłość, ta najprawdziwsza, wiem, czym jest kochanie. Wiem, że mam jej całe pokłady i że je wykorzystam, najmocniej jak potrafię.

Renata do Anglii wyjechała tuż po maturze. To był rok 2005 i wielki bum na emigrację. Chciała być jak jej koleżanki, wierzyła, że świat stoi przed nią otworem. Jako jedyna przez całe liceum nie miała chłopaka. Wierzyła, że tam na obczyźnie się to najzwyczajniej w świecie zmieni. Studia? Nie teraz, może kiedyś, zresztą matka zawsze się z niej śmiała, że gdzie tam ona do studenckiego świata. Myślała więc, że wyjedzie, że zazna lepszego życia, że tam pieniądze rosną na drzewach. Że jest łatwiej, inaczej, nie to co w naszym smutnym kraju. Załapała się do pracy w hotelu jako pokojówka. I dostała drugi etat, więc wieczorami stała za barem. To tam go właśnie poznała.

– Potencjalnie moja historia zaczyna się i kończy nieszczęśliwie. Przynajmniej znajdują się tacy życzliwi, którzy próbują mi to wmawiać. No wiesz, najpierw żonaty facet, który potem i tak cię zdradzał, a na koniec dzieciak w drodze. To taka trochę moja głupota. A trochę zwyczajna chęć, by być kochaną. Wiesz, mimo wszystko nigdy nie żałowałam, że go jednak poznałam.

Arek często przesiadywał w restauracji, w której Renata pracowała. Przychodził tam z laptopem i potencjalnie on sam też pracował. Tak przynajmniej jej się wydawało. Dopiero później dowiedziała się, że bywał tam często, bo i ona była. Miły, szarmancki, zagadywał. Zostawiał napiwki, w końcu zaproponował wspólną kawę. A ona się zgodziła.

– Ten romans trwał prawie jedenaście lat, z przerwami. Zakochałam się w żonatym mężczyźnie. Pewnie zaraz zapytasz, na co liczyłam? Czego chciałam? Tego nie wiem… Może miłości? Akceptacji? Stabilnego życia, zamiast którego zafundowałam sobie huśtawkę. Na własne życzenie.

Renata nigdy nie mogła liczyć na wspólną gwiazdkę z Arkiem, wspólnie spędzoną Wielkanoc, wyjazd na wczasy czy kino w Walentynki. No bo jak, a co powie na to żona? Przez wszystkie lata ich relacji, którą bała się nazywać związkiem, była mu wierna. Choć cieszyła się powodzeniem wśród wielu mężczyzn, miała swoje kryzysy, kiedy chciała rzucić wszystko w cholerę, jednak każdą nową znajomość odrzucała. Bo przecież ona kochała jego a on ją. I proste.

Mimo świadomości tego, na co się zdecydowała, zaczęła miewać się jakoś gorzej. Przez ostatni czas płakała prawie każdego dnia. Bolało ją, że nie może mieć go tylko dla siebie. Bolało ją, że mieszkał  z żoną. Jakiś czas temu nie wytrzymała i wróciła do kraju. Chciała się oderwać od tej angielskiej codzienności, choćby na chwilę.

– Kiedy zaczął mi się spóźniać okres zrzuciłam to na stres, i zmianę klimatu. Że mogę być w ciąży? Absolutnie nie przypuszczałam. Po pierwsze się zabezpieczaliśmy, po drugie, sytuacja była niepewna i niewiadoma. Zrobiłam test, jeden, drugi. Ich wynik mówił ewidentnie to samo. Będę miała dziecko. A właściwie to będziemy.

Arkowi o wszystkim powiedziała jeszcze tego samego dnia. Liczyła na jakiś cudowny zwrot akcji, na jakieś rzucone hasło – kochanie, to wspaniale. Jak chciała, tak dostała.

– Powiedział mi, że się cieszy, że wyprowadzi się od żony, i żebym wracała. Że złożył już pozew, że załatwią to w kraju, że wszystko będzie jak trzeba. A ja kolejny raz mu w to wszystko uwierzyłam.

Po powrocie zamieszkali w końcu razem i przeżywali drugą – pierwszą miłość.

– Było cudownie, codziennie mówił mi, jak bardzo mnie kocha. Nas, mnie i jego. Bo on był przekonany, że to będzie syn, choć mówiłam mu, że to ósmy tydzień, że nic nie wiadomo, i żeby się nie nastawiał.

Arek był kierowcą, często więc pracował w delegacjach. Na weekendy jednak zawsze wracał do domu. Nigdy nie znikał na dłużej niż pięć dni, aż nagle okazało się, że ma jakiś ważny wyjazd, że nie będzie go koło miesiąca. Ale skoro zniosła wieloletnie bycie kobietą drugiego planu, to czymże jest miesiąc bez niego? Przecież zaraz będą rodziną. Że stanie się coś złego? Tego nie podejrzewała.

– Wrócił tuż przed moimi urodzinami, jakiś taki nieswój. Zrobiłam mu kolację, nawet nadmuchałam balony, żeby go przywitać. A on usiadł, zjadł, i zasnął. Nawet ze mną za bardzo nie rozmawiał. Powiedział: „jestem zmęczony, muszę odreagować. To był ciężki czas”. Cmoknął mnie w czoło i tyle go widziałam.

Renata była daleka od szpiegowania, ale kiedy zasnął, coś ją tknęło i sięgnęła po jego telefon. Arek nie był w żadnej delegacji, był u innej kobiety, i nie była to jego wciąż obecna jeszcze żona.

– To, co zobaczyłam, zrujnowało moje życie. Skrzynka pełna wiadomości i wyznań, które fundował innej kobiecie. Pisał, że ją kocha, że daje mu szczęście, że jest jedyna, piękna wyjątkowa. Nawet się nie wymigiwał, nie tłumaczył, nie kajał. Powiedział mi tylko, że się zakochał i żebym go zrozumiała. I to, żebym alimentami się absolutnie nie martwiła. Bo on zapłaci.

Chciałam mu dać czas, próbowałam przekonać, mówiłam, że chcę, by zaopiekował się mną i naszym dzieckiem. Ale Arek żył już innym życiem.

Ta cała sytuacja sprawiła, że trafiłam do szpitala z zagrożoną ciążą… Musiałam leżeć.

Nigdy bardziej nie pragnęłam tego dziecka niż właśnie wówczas, kiedy poczułam, że mogę je stracić.

Bałam się każdego bólu brzucha. Wsłuchiwałam się w swój organizm jak nigdy. Każdy kolejny dzień ciąży był takim moim małym zwycięstwem. Odliczałam dni, tygodnie, i błagałam moją małą istotkę, żeby mnie nie zostawiała.

Sytuacja się unormowała i Renata wyszła ze szpitala. Powoli wraca do stabilizacji emocjonalnej. – Był taki moment, że nie chciałam żyć. Powiedziałam rodzinie, że jestem w ciąży, matka mi wykrzyczała, że nie tak mnie wychowała. Nie akceptowała sytuacji, w której  się teraz znajduję. I nie akceptuje nadal. Tylko powiedz, czy mnie ktoś zapytał o zdanie, co ja mam do zaakceptowania?

Arek zapytał, ile jej potrzeba pieniędzy, bo wie, ile kosztuje wyprawka. Kontaktuje się z nią tylko w formalnych sprawach – ile, i na kiedy. O dziecko nie pyta w ogóle.

– Przedwczoraj zadzwoniła do mnie kuzynka, usłyszałam: ‘gratuluję’ i podziękowałam. A ona dodała, że głównie gratuluje mi odwagi, bo jestem w ciąży i jestem sama. Tylko wiesz co, ja nie jestem już sama. Ja byłam sama przez większość życia. Za sześć tygodni na świat przyjdzie Zosia, a ja już wiem, że moja samotność właśnie się skończyła. Silna jest z niej dziewczyna, lekarz prognozuje, że będzie miała prawie cztery kilogramy. I uwierz mi, to będą najlepsze dodatkowe kilogramy, jakie udało mi się uzyskać w życiu.


To wszystko już było, dlaczego znowu okrada się nasze dzieci i młodzież? 900 milionów na reformę zamiast w rozwój szkół i edukacji

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
10 stycznia 2017
900 milionów na reformę?
Fot. iStock/BrianAJackson
 

Zewsząd słychać: „Podpisał”, „Katastrofa”. Toczą się dyskusje na poziomie politycznym, czy to dobrze, czy źle, kto kogo nie słuchał, kto komu utarł nosa i w końcu kto ma więcej racji. Gdzie ci, co protestowali przeciwko tworzeniu gimnazjów, a gdzie ci, co teraz protestować zaczęli zbyt późno. Ktoś chce robić strajk w szkołach, ktoś inny wylicza czy miejsc pracy przybędzie, czy jednak ludzie stracą pracę. Bo przecież nie tylko mowa o nauczycielach, ale o sprzątaczkach, o paniach pracujących w kuchniach, o szkolnych pielęgniarkach, woźnych.

A przecież w tej reformie najważniejsze są dzieci i młodzież. Są tacy, którzy lubią sobie nimi wycierać buzię i dumnie mówić, że to przyszłość naszego narodu. Ja nie dyskutuję czy gimnazja były złe, czy osiem lat podstawówki dobre. Edukacji w gimnazjach nigdy nie doświadczyłam – ani ja, ani moja siostra, a moje dzieci wygląda na to już nie zdążą, więc wypowiadać się nie będę.

Boli mnie coś innego. Tej przyszłości naszego narodu odebrano właśnie około 900 milionów złotych. Tyle kosztować będzie reforma. Reforma wprowadzana na szybko, na gwałt, a edukacji nic bardziej nie szkodzi, jak rewolucja. Ale o tym widocznie wszyscy zapomnieli. Tydzień na konsultacje do podstawy programowej to kpina grzmiały środowiska związane z edukacją. Rada Języka Polskiego wskazała w swojej opinii szereg niezrozumiałych i archaicznych założeń, według których nasze dzieci uczyć się będą myślenia odtwórczego, daleko im będzie do kreatywności. Program nie zakłada bowiem żadnej swobody dawanej nauczycielom dotychczas. Przyjaciółka – od wielu lat nauczycielka, powiedziała: „Poznawałam klasę, widziałam, co ją interesuje, zwracałam uwagę, czy więcej jest chłopców, czy dziewczynek. Pod kątem danej klasy dobierałam lektury, a teraz będziemy na ślepo grzmocić Sienkiewicza, Żeromskiego, Krasickiego – powiedz mi, które dziecko pokocha czytanie po takich trudnych dla nich lekturach?”. Nowa podstawa programowa mówi: „zna zasady”, a nie że umie się nimi posługiwać. Kwestia nauczania i interpretacji zależeć będzie od nauczyciela. Ale czy on nie będzie miał dość, skoro nikt nie daje mu kredytu zaufania, narzuca z góry określone wytyczne, którego nikt nie słucha? Ja bym miała dość. Przyznaję.

Wychodzi na to, że nasze państwo stać na wydanie 900 milionów na reformę edukacji na już,  gdzie nie ma podręczników, gdzie tak naprawdę nikt nic nie wie, co dalej, co z programem do szkół średnich. Wiemy, że nasze dzieci od czwartej do ósmej klasy będą rozczytywać się w „Panu Tadeuszu”, ale co po podstawówce, co z kontynuacją nauki, czy to co zostało wyrzucone z programu matematyki znajdzie się w szkole średniej, czy lekcje historii będą ponownie wracaniem do tego, czego już uczyli się w podstawówce?

Mam w nosie polityczne rozgrywki, mnie interesuje, dlaczego wprowadzana zostaje reforma na siłę? Dlaczego nic nie jest tu poukładane, dlaczego nowym programem zostają objęci uczniowie niektórych roczników, a nie idzie to systematycznie od pierwszej klasy? Co z podręcznikami, które obecnie mamy darmowe, co wielu rodzinom pomogło przy szykowaniu szkolnej wyprawki? Co z drugim językiem obcym, na który niektóre samorządy znajdują pieniądze i wprowadzają już od czwartej klasy podstawowej? Czy utrzymując pustostany po gimnazjach nadal będzie je na to stać?

Rozumiem, że reforma edukacji jest potrzebna, ale czy nie powinniśmy iść do przodu, a nie wracać do metod nauki według jednej i jedynej słusznej teorii? Zgodnej ze światopoglądem akuratnie rządzącej partii? Co z wychowaniem do życia w rodzinie, co z informatyką, z wprowadzaniem nowych technologii do szkół. Co z doposażaniem placówek, choćby w szafki na ubrania, w nowe sale gimnastyczne, które teraz i tak stawiają zadłużone samorządy, w wyposażenie tych sal w nowe materace, piłki? Co z salami do informatyki, gdzie stoi kilka komputerów, z czego 50% jest zepsuta? Co z salami językowymi, z których dzieci mogłyby czerpać garściami?

Dlaczego za te pieniądze (skoro wychodzi na to, że są) nikt nie pomyślał o wyrównywaniu szans między dziećmi ze szkół wiejskich, z małych miasteczkach, a tymi z dużych miast, gdzie dostęp do zajęć pozalekcyjnych jest zdecydowanie większy. A tymczasem za zajęcia te po lekcjach płacimy i to nie mało, bo w szkołach ze świecą szukać zajęć dodatkowych z matematyki, przyrody, czy informatyki. Gdzie poszukiwania zdolności wśród dzieci, gdzie wspieranie ich w tym, w czym czują się dobrze, gdzie rozwijanie pasji i zainteresowań? Szkoła jest dzisiaj po to, żeby iść, odsiedzieć swoje na lekcji, wrócić do domu i zająć się tym, co naprawdę dzieci lubią. Nie ma zajęć sportowych, nie ma tych, które rozwijałby umiejętności plastyczne, artystyczne w ogóle.

900 milionów, które mogłyby zasilić szkolne budżety, z których można by zapłacić nauczycielom za godziny, kiedy zostają po lekcjach. Bo dlaczego nie? To ich praca, a nikt mi nie powie, że lepiej i efektywniej się pracuje, kiedy finansowo twój wysiłek jest wynagradzany. Tym, którym się nie chce i tak nic nie zrobią, ale znam tych, którym chce się bardzo, ale co chwilę mają podcinane umiejętnie skrzydła i chodzą szarzy i smutni, jak reszta, po szkolnych korytarzach.

900 milionów, z których okrada się przyszłość narodu, licząc, że oni to docenią, że będą piać z zachwytu nad listą lektur wyciągniętych sprzed 30 lat, kiedy to ja do szkoły chodziłam, a gdzie paradoksem jest umieszczanie Neli małej podróżniczki na liście lektur dla ósmej klasy, gdzie teraz czytają ją ośmiolatkowie.

Cóż, świat idzie do przodu. Rozwija się. Tylko nasze dzieci chce się zostawić daleko w tyle z obciętymi lekcjami z informatyki w szkole średniej, z jedyną słuszną wizją rodziny, gdzie antykoncepcja to tylko kalendarzyk małżeński, i z brakiem informacji o tym, jak niewiedza może skrzywdzić tych, którzy na oślep będą chcieli czerpać z tego, czego szkoła im nie da, nie pokaże. I z tablicami, po których umorusany kredą nauczyciel będzie chciał wyjaśnić wyższość Polski nad innymi krajami… To wszystko już było… Gdzie nas doprowadziło?


Zobacz także

fot. iStock/max-kegfire

Dlaczego wstydzimy się samotności?

Fot. iStock/shapecharge

Dlaczego jedni mężczyźni są lepsi od innych? To proste – przy nich kobiety są szczęśliwe

Fot. iStock/KristinaJovanovic

Dzisiaj wszyscy wymagają od ciebie bycia on line! Kurde, nawet siedząc na kiblu piszemy maile! Oszaleć można