Dlaczego złe małżeństwo jest większą krzywdą niż rozstanie. Zewnętrzny konflikt rodziców to wewnętrzna walka dziecka

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
18 kwietnia 2017
Fot. iStock/zlikovec
Fot. iStock/zlikovec

Jeszcze całkiem niedawno na rozwiedzionych rodziców patrzyliśmy jak na nieudaczników, którzy również zniszczyli życie swoich dzieci. Rozwodnicy to egoiści, mający na uwadze jedynie własne dobro, chcący jak najszybciej uwolnić się z niewygodnej relacji i zacząć wszystko od początku, z kimś innym. Zresztą, ten nowy związek, też pewnie nie przetrwa. Przesłanie, jakie otrzymywały młode małżeństwa było jedno: utrzymać rodzinę za wszelką cenę. Rodzina jest święta.

Czasy się zmieniły, dzisiaj rozwód już nikogo nie dziwi. Wiele mamy rodzin patchworkowych, samotnych mam, nieco mniej samotnych ojców. To, czy rozwód pozostanie dla dziecka blizną na całe życie, zależy od tego jak do niego podchodzą rodzice malucha, ale jedno jest pewne: pozostając w toksycznym małżeństwie wyrządzimy naszym dzieciom więcej krzywdy niż przysporzymy im tą postawą pożytku.

Dlaczego? Bo wystawiamy je na długofalowe działania napięcia emocjonalnego oraz nakładamy na nie ciężar dysfunkcyjnej relacji rodziców. Dzieci intuicyjnie czują złość i gniew rodziców, wyczuwają chłód i brak intymności między nimi. W wielu przypadkach obwiniają siebie, uważając, że „wojownicze” nastawienie do siebie rodziców jest w jakiś stopniu ich winą. W takich przypadkach, bycie razem „dla dobra dzieci” brzmi jak okrutny, abstrakcyjny żart.

Jak cierpią dzieci niezgodnych małżeństw

1. Życie w ciągłym napięciu

Jego rytm wyznaczają lepsze i gorsze momenty w związku rodziców. Kiedy jest „spokojnie”, a więc w miarę dobrze między nimi, dziecko podświadomie czeka na kolejny kryzys. Związek naszych rodziców odciska na nas emocjonalne piętno, które nigdy nie zanika. Naturalną częścią rozwoju dzieci jest przyswajanie sobie modelu związku, na przykładzie relacji własnych rodziców. Gdy są oni w permanentnym konflikcie, taki właśnie model relacji „kodujemy” w sobie. Zamiast odczuwać spokój i bezpieczeństwo w obecności mamy i taty, czujemy stałą, męczącą presję. Ciągłe napięcie może powodować poważne emocjonalne, społeczne i fizyczne dolegliwości u dzieci, takie jak: depresja, poczucie osamotnienia i beznadziei lub przewlekłe zmęczenie.

2. Poczucie braku stabilizacji i brak wiary w siebie

Wojna między rodzicami „zakorzenia się” wewnątrz umysłów dzieci. Zabiera im poczucie bezpieczeństwa i pozostawia je z poczuciem niepokoju, dając doświadczenie sprzeczności z własnymi impulsami i instynktem samozachowawczym. W dorosłym życiu, będą pragnąć miłości, ale odrzucą bliskość. Będą tęsknić za przyjaciółmi, ale wybiorą samotność i izolację. Jeśli są utalentowane i twórcze, będą sabotować własne osiągnięcia. „Zewnętrzny” konflikt między rodzicami zamieni się w wewnętrzną walkę z samym sobą, sprawi, że ich życie się skomplikuje, a rozwój emocjonalny będzie utrudniony.

3. Strach przed bliskością i intymnością

Dzieci wychowywane przez „walczących” ze sobą rodziców, mają wielkie trudności z bliskością i „otwieraniem się” na innych. Intymność wyzwala w nich urazy emocjonalne, których doznali obserwując dysfunkcyjną relację rodziców. Unikają więc bliskości, starając się ochronić przed zranieniem i cierpieniem. Jeśli uda im się nawiązać bliższy związek z drugą osobą, pozostają ostrożni i zachowawczy. Kiedy w relacji pojawia się konflikt, najczęściej uciekają lub powielają schematy wyniesione z domu rodzinnego.

4. Zmienne nastroje

Dzieci z dysfunkcyjnych małżeństw borykają się z poważnymi zaburzeniami nastroju, takimi jak dystymia (jest to typ depresji objawiający się przewlekłym, złym samopoczuciem). Nieleczona dystymia może prowadzić do poważnych zaburzeń osobowości i uzależnień. U podstaw tych problemów jest głęboko zakorzeniony pesymizm i poczucie beznadziei.  Dzieci uczą się od małego, aby porzucić optymizm i spodziewać się najgorszego. Tak właśnie, „złe małżeństwa” wymuszają szybsze dorastanie i zabierają dzieciństwo

Warto „odczarować” rozwód czy rozstanie, zwłaszcza w kontekście prawdidłowo pojmowanego dobra najmłodszych.


Na podstawie: psychologytoday.com


„Mądrości” życiowe mogą zniszczyć niejeden związek. Proszę państwa, w te rzeczy absolutnie nie wierzymy

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
18 kwietnia 2017
Fot. iStock/mixetto
Fot. iStock/mixetto

Znacie to? Jest wielka miłość, motyle w brzuchu, LOVE taki, że głowa spada. Po prostu nic i nikt się nie liczy oprócz TEJ miłości!

Tyle, że po czasie ochów i achów przychodzi moment, kiedy pada: „zamieszkajmy razem”, a potem: „weźmy ślub” i… cała euforia bierze w łeb, bo odbijamy się od codzienności jak piłeczki tenisowe. Coś, co unosiło nas jak na skrzydłach, co dodawało energii, staje się tak powszednie i do tego bywa tak irytujące, że czasami zapala się nam lampka: „A po diabła mi to było”. No właśnie. Skąd ta zmiana, kiedy myślimy, że mamy go dość, że lepiej by nam było, gdybyśmy były same. I wiele jeszcze innych rzeczy, które jeszcze kilka lat wcześniej nawet by nam do głowy nie przyszły.

No więc sprawa wygląda taj, że my żyjemy w oparciu o przekonania, które nam ktoś wtłoczył do głów. Przyjęliśmy wiele „mądrości” życiowych kompletnie nieświadomie i powtarzamy schemat tak dobrze znany z naszych rodzinnych domów, domów naszych babć. A tak się zarzekaliśmy, że u nas będzie inaczej, że nie będziemy jak nasi rodzice siedzieć przed telewizorami w dwóch osobnych pokojach. I co? I nagle dochodzi do nas, że kurczę, my właśnie tacy sami jesteśmy.

Więc może pora obalić mity na temat związku i miłości, w które uparcie wierzymy, ale które sprawiają, że grzebiemy miłość żywcem, nie mówiąc już o radości z bycia razem, tak po prostu.

Skoro jesteśmy razem, wszystko powinniśmy wspólnie robić

To jest jedno z tych przekonań, które wychodzi nam po pewnym czasie bokiem. Kto to w ogóle wymyślił, że jak już jesteśmy parą, a nie daj Boże już małżeństwem to od teraz po wsze czasy wszystko, co będziemy robić musi być w dwupaku. Jak gotować to wspólnie, jak wyjechać w góry to też razem, choć ona nienawidzi łazić po górach i marzy o tym, żeby poleżeć na plaży. No, ale cóż zrobić, ubiera buciory, plecak i idzie… A on nie cierpi kursu tańca, na które ona ich zapisała. Nijak nie sprawia mu to przyjemności, jest wręcz udręką i przez cały tydzień myśli tylko, jakby się z tego wyplątać i nie iść. No, ale jak on nie idzie, to ona też nie, żeby jemu nie było przykro, a on znowu ma wyrzuty sumienia, że nie poszedł, bo wie, jak ona ten kurs tańca lubi. Opera mydlana normalnie. Do kina – też mordęga, bo ona na komedie, a on na horrory. Że osobno mogą iść? No skądże znowu, nie wypada i co ludzie powiedzą.

Ot, i frustracja gotowa, bo ile można wyrzekać się tego, co sprawia nam przyjemność na rzeczy przyjemności kogoś innego.

O wszystkim powinniśmy sobie mówić

Oczywiście, że nie musimy i pewnie czasami nie powinniśmy. Przecież są babskie tajemnice, o których najlepiej rozmawia się z przyjaciółką, a nie z osobistym partnerem. Bo kto nas lepiej zrozumie? Nasze lęki, obawy i strach, jak nie druga kobieta. Która nie uzna za fanaberię emocjonalną huśtawkę, która trwa chwilę, ale jednak obecna jest w naszym życiu. I czy naprawdę mąż musi wiedzieć, że fajnego faceta zatrudnili w dziale obok. Hmmm boski jest. No i tyle, powzdychacie we dwie i idziecie dalej, bez roztrząsania, co by było gdyby. No dobra, czasami lekko wodze wyobraźni puścicie, ale nie ma w końcu w tym nic złego. Są rzeczy, o których facet nie musi mówić kobiecie, a kobieta facetowi, bo zwyczajnie się nie zrozumieją.

Wszędzie powinniśmy chodzić razem

Jak papużki nierozłączki. Gdzie on tam ona, gdzie ona tam i on. Pewnie są znajomi, którzy wywracają już oczami. Bo koleżanki zapraszają cię na babski wieczór, ale ty przychodzisz z NIM, bo wy wszędzie i zawsze razem, bo już teraz i na zawsze jedno bez drugiego funkcjonować nie potrafi. Jakbyście sobie nawzajem tlen dostarczali. A przecież każdy potrzebuje odrobiny przestrzeni, powietrza, by nabrać go głęboko w płuca i nawet zatęsknić za tą drugą osobą.

Ty wolisz iść do teatru, on na mecz – proszę bardzo, droga wolna, dajmy sobie prawo do tego, by pobyć osobno, by móc opowiedzieć sobie nawzajem, co się przez ten czas zdarzyło, by nabrać dystansu do naszego związku. By zrozumieć, co każde z nas lubi, ale… osobno.

Powinniśmy czytać sobie w myślach

Oczywiście. Przecież on musi wiedzieć, co ty akurat masz na myśli, a ty po jego minie w mig powinnaś zrozumieć, o co mu chodzi. A później lament i łzy, że on się nie domyślił, a ona strzela focha za fochem, bo nie wie, o co ci chodzi. Normalni, dorośli ludzie ze sobą ROZMAWIAJĄ, a nie czytają sobie w myślach. Nietrudno udowodnić, że ta forma komunikacji zdaje egzamin w związku i sprawia, że ludzie są w końcu ze sobą szczęśliwi. Jasne, że zdarza się: „O ja cię, właśnie o tym samym pomyślałem”, ale to nie ma nic wspólnego z tajemną i niepojętą dotąd wiedzą czytania w myślach.

Musimy żyć w zgodzie

No przecież, bo szczęśliwe pary się nie kłócą. Nawet wtedy, gdy ją do furii doprowadza fakt, że on ZNOWU zapomniał zrobić zakupów, a on dostaje szału, kiedy ona po raz KOLEJNY mówi o niedzielnym obiedzie u teściowej. Wszyscy są dla siebie mili, przyjaźnie się do siebie uśmiechają, a potem słyszymy: „No taka to była zgodna para i patrz, rozwiedli się” albo: „Ja nigdy nie słyszałam, żeby oni się kłócili”. Bo pary, które się nie kłócą, które nie dyskutują rozwodzą się najczęściej – i to nie jest mit, to najprawdziwsza prawda, bo narastająca w nich frustracja zamienia się w niechęć, a jak pojawia się niechęć, to też o romans nie trudno. I tak to życie później się toczy. Było pięknie i szczęśliwie, a skończyło się… ups… tak szybko, jak nikt by się tego nie spodziewał.

Nie powinniśmy mieć siebie dość

„Jak ja się cieszę, jak mój mąż wyjeżdża. Jestem wtedy najszczęśliwszą żoną na świecie, gdy go nie ma” – powiedziała mi kiedyś przyjaciółka. I ja ją doskonale rozumiem. Bo ja też miewam dość, kiedy non stop ktoś mi się plącze obok i nie daje chwili wytchnienia. Idę biegać i zagryzłabym, gdyby chciał iść ze mną (w myśl zasady, że wszystko razem), oznajmiam, że wyjeżdżam – na weekend, na dzień, na noc – nie ma znaczenia, gdzie i jak i na ile. Ważne, żeby jak najdalej od niego. Dlaczego? Bo każdy w swoim związku potrzebuje odrobiny wolności i samotności. Żeby móc pobyć samemu ze sobą, poukładać myśli, emocje, poczuć się niezależnym bytem, strzepnąć z siebie tę stałą obecność drugiego człowieka, by móc spojrzeć na swój związek z dystansem. Zobaczyć, co mnie wkurza, a co cieszy, co sprawia, że jestem szczęśliwa i pogodzić się z tym, że bywam czasami smutna i zła. Jak w życiu, tak w związku.

Mam nadzieję, że wy etap wiary w te mity macie już za sobą, bo to, że każdy musi je przerobić i zrozumieć, że dalekie są od prawdy… to chyba naturalne.


Czas – to najcenniejsze, co możemy sobie podarować. Zrób sobie prezent i spotkaj się z nami podczas „Oh!Mamo – jestem kobietą”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
18 kwietnia 2017
PROFILE PICTURE

Jak często obiecujesz sobie: „Dobra, teraz to już naprawdę zadbam o siebie”? I jak często z tej obietnicy nic jednak nie wychodzi?

Tłumaczymy sobie, że

– jesteśmy zabiegane

– mamy dużo na głowie

– dzieci małe

– dzieci za duże

– beze nas nic się nie dzieje

– musimy mieć nieustanną kontrolę nad tym, co się dzieje.

Znajdujemy tysiące usprawiedliwień na to, że znowu, po raz kolejny siebie zostawiłyśmy na samym końcu, na takim końcu, gdzie już siły nam brak i chęci do działania. Jesteśmy mistrzyniami dawania: siebie, swojego czasu, energii, pomysłów. Organizujemy życie i przestrzeń tym, których kochamy, robimy wszystko, by oni byli szczęśliwi. I to jest cudowne, tylko… gdybyśmy umiały zadbać też tak o siebie.

A my wciąż odkładamy wyjazd z przyjaciółką na weekend, nieustannie odmawiamy babskiego wyjścia do kina, czy do teatru. Bo jak to? Ja sama? Ja mogę wszystko zostawić i dać sobie trochę przyjemności?

Pamiętam, jak mój młodszy syn miał 11 miesięcy, a ja postanowiłam pójść na basen. Zbierałam się z dwa tygodnie planując, jak to zrobić, jakbym co najmniej miała wyjechać na drugi koniec Polski… W końcu wyszłam z domu będąc jednym wielkim wyrzutem sumienia, jeszcze w samochodzie zastanawiając się, czy może jednak nie wrócić, że przecież tam moje dzieci małe beze mnie, że ja powinnam z nimi, obok nich, cokolwiek, żebym jak zapłaczą, była pod ręką… Spieszę wyjaśnić, że na basen wychodziłam o 21:00, kiedy moje dzieci już spały, nakarmione, utulone i zostawały pod opieką swojego taty, który świetnie się nimi zajmował…

I poszłam, i popływałam, i nigdy nie wycierałam i nie suszyłam się tak szybko jak wtedy, żeby wrócić do domu. A kiedy wróciłam… z ogromnym zaskoczeniem, stwierdziłam, że… nie się nie stało. Nic się nie wydarzyło, że mieszkanie z którego wyszłam i do którego wróciłam wygląda tak samo, dzieci nadal śpią, mąż ogląda film… Tylko we mnie coś się wtedy zmieniło, bo zrozumiałam, że to ja sama sobie narzucałam ograniczenia, że to mnie samej wydawało się, że tylko ja mogę być z moim synami najlepiej, że obowiązkiem mnie jako matki jest dbać o swoje dzieci, a nie o siebie.

Jak bardzo się myliłam… Często wracam do tamtego wieczoru, bo to pozwala mi pamiętać, jak ważna też ja jestem. Dzisiaj moje dzieciaki mają 11 i 9 lat, a tych „wyjść na basen” było całe mnóstwo. Były wyjazdy z przyjaciółkami, były samotne wypady w góry, wieczorne bieganie, weekendy tylko z mężem. I to nie jest tak, że nie mam wyrzutów sumienia, mam je nadal, bo zawsze mną targa poczucie, że tracę z nimi wspólne chwile, ale… nauczyłam się z tymi wyrzutami żyć i cieszyć się chwilami, które mam tylko dla siebie. I lubię wracać stęskniona do domu, ale też naładowana dobrą energią i entuzjazmem, że jestem właśnie tu i teraz i z nimi.

Która z nas tego nie przeżywałam, która nie zna tych emocji, tego miotania się między JA a całą resztą świata. Dotyczy to niemal każdej z nas…

Z tą myślą postanowiłyśmy z okazji Dnia Matki dać wam pretekst do tego, by o siebie zadbać, by jeden dzień dać tylko sobie, by wykorzystać te dane sobie godziny maksymalnie jak najlepiej. I nie chcemy słuchać wymówek, argumentów, że pewnie znowu się nie uda. Co to, to nie!

27. maja w sobotę zapraszamy was do Fortów Mokotów, do studia99, gdzie cały dzień spędzimy wspólnie. Chciałybyśmy, by to był dla nas wszystkich wyjątkowy czas, dlatego postanowiłyśmy zadbać o to, byśmy wszystkie wyniosły z tego spotkania jak najwięcej. Zaprosiłyśmy do udziału prelegentów, którym bliskie i znane są problemy kobiet, którzy opowiedzą nam między innymi o tym, jak budować pewność siebie, jak rozbudzać swoją seksualność, jak być matką szczęśliwą. Ewa Woydyłło opowie o relacjach matek i córek, Rafał Ohme udowodni, że kobiety są bardziej i wszędzie. Niesamowita mama Agata Komorowska na własnym przykładzie przekona nas, że żadna z nas nie musi perfekcjonistką…, że brak perfekcjonizmu nie jest niczym złym i nie szkodzi nikomu.

COVER PHOTO

Przestrzeń studia99 pozwoli nam na kameralność i pewnego rodzaju intymność spotkań. Oprócz wysłuchania wykładów, chcemy byście znalazły czas na rozmowy, na zjedzenie czegoś smacznego, rozkoszowanie się czasem, który sobie dajecie w prezencie. „Oh!Mamo – jestem kobietą” to czas dla nas, czas dla matek, dla kobiet, dla wszystkich tych, które w codzienności zapominają o sobie, a tego jednego dnia postanowią podarować sobie coś naprawdę niezwykłego.

Serdecznie zapraszamy.

Szczegóły na temat wydarzenia pojawiają się na wydarzeniu: „Oh!Mamo – jestem kobietą”.

Bilety można już teraz kupić na evenea.pl

Do zobaczenia! My już nie możemy się doczekać!

 


Zobacz także

Fot. iStock /  petrunjela

Najgorzej, to jak się ktoś przylepi… Jak uporać się emocjonalnym pasażerem na gapę

Fot. iStock / Petar Chernaev

Dlaczego mamy dwoje uszu, a tylko jedne usta? Pięć zasad aktywnego słuchania

asia2

Ktoś mi ostatnio powiedział, że ludzie są jak diamenty okute w kamień. Aby rozkuć kamień i wydobyć diament, musimy powrócić do pierwotnych nas, odnaleźć siebie. Musimy sobie przypomnieć kim w istocie jesteśmy.