Dlaczego tak szybko się poddajemy? Warto sięgać po to, czego naprawdę chcemy

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 sierpnia 2017
Fot. iStock/South_agency
Fot. iStock/South_agency
 

Słomiany zapał – to często cechuje tych, którzy mają tysiące planów, chcą realizować swoje marzenia, a tymczasem zatrzymują się w połowie drogi rezygnując z tego, o czym z takim zapałem mówili. Znacie to?

Często mówimy, że coś w naszym życiu chcielibyśmy zmienić – pracę, miejsce zamieszkania, że chcielibyśmy COŚ zrobić – wyjechać w podróż, zdobyć jakiś szczyt czy po prostu, zrobić to, o czym od dawna marzymy. Tyle tylko, że to się nie udaje, zostajemy w sferze snucia opowieści pod tytułem: „Co by było gdyby…”.

Dlaczego tak szybko się poddajemy?

Oczekujemy szybkich rezultatów

Brak nam cierpliwości. Chcielibyśmy już i teraz mieć sprawę załatwioną i cieszyć się z rezultatów naszego pomysłu. Ale tak się nie da. Osiągnięcie celu wymaga drogi do przebycia. Chcesz schudnąć 10 kilogramów, licz się z tym, że nie zrobisz tego w tydzień. Ale czy to już powód, żeby się poddać?

Przestajemy w siebie wierzyć

„Nie dam rady”, „Mam słabą wolę” – usprawiedliwiamy się już na samym początku, kiedy na przykład chcemy zacząć regularnie ćwiczyć. Cel, który sobie stawiamy po krótkim czasie wydaje się dla nas za trudny do zrealizowania.

Żyjemy przeszłością

Niby chcemy coś w naszym życiu zmienić, coś osiągnąć, ale i tak oglądamy się wstecz analizując wszystko to, co się wydarzyło, często też to, co się nam nie udało.

Myślimy tylko o swoich błędach

Skupiamy się na naszych słabościach, na deficytach obawiając się, że popełnimy błędy, że jesteśmy niewystarczająco dobrzy. Ale przecież to błędy pchają nas do przodu, rozwijają nas.

Boimy się przyszłości

To może wydawać się śmieszne, że marzymy o czymś, co ma zmienić nasze życie na lepsze, a jednocześnie boimy się to wdrożyć w życie. Dlaczego? Często chociażby z obawy przed rozczarowaniem – że może jednak nie tak dużo się zmieni, że iluzja jaką tworzymy sobie w głowie może okazać się nieprawdą.

Porzucamy swoje talenty

Nie skupiamy się na tym, w czym naprawdę jesteśmy dobrzy, nie podążamy swoją pasją, tylko cały czas próbujemy zniwelować swoje braki, skupiamy się na słabszych stronach.

Wierzymy w swe słabości

To przekonania, które są w nas zaszczepione od dzieciństwa: „Jesteś ślamazarą”, „Ty do sportu w ogóle się nie nadajesz” – ktoś nam to mówił, a my w to wierzymy. Podobnie jak w podszepty naszego wewnętrznego krytyka, który nie chce nas wypuścić ze strefy komfortu podszeptując, że nie damy rady.

Myślimy, że coś się nam należy

Tak po prostu, że życie, inni ludzie, są nam coś winni. Więc czekamy, aż kasza manna spadnie nam z nieba, zamiast sami wyciągnąć rękę po to, czego w naszym życiu chcemy.

Boimy się porażki bardziej niż chcemy sukcesu

Paraliżuje nas myśl, że się nie uda. Dlaczego z góry zakładamy, że poniesiemy porażkę? Warto odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie, dlaczego boję się porażki. Nie dlatego, że JA się jej obawiamy, tylko co powiedzą inni… Naprawdę chcesz, by to „inni” decydowali o twoim życiu.

Myślimy, że mamy coś do stracenia

Chcąc realizować własne cele często wydaje się nam, że coś stracimy. Nawet nie tyle my tak myślimy, co inni próbują nam to wmówić. Czy naprawdę straty będą takie wielkie, że można poświęcić dla nich własne plany?

Przepracowujemy się

Wydaje nam się, że tylko ciężko pracując osiągniemy swój cel, w efekcie przepracowujemy się a wyobrażenie tego, co chcemy zaczyna nam ciążyć, a wizja sukcesu w ogóle nie cieszy. Warto stworzyć sobie plan, jak krok po kroku zrealizować swoje pomysły.

Użalamy się nad sobą

Uważamy, że tylko nasze życie jest tak bez sensu i tragiczne, że tylko nam się nic nie udaje. Najchętniej załamujemy ręce i zamykamy się w tym naszym narzekaniu, zamiast podnieść głowę i iść do przodu. Z takim podejściem trudno cokolwiek osiągnąć.

Warto odpowiedzieć sobie czy wybieramy nasze życie takim, jakim jest dzisiaj, czy jednak chcemy coś osiągnąć, zmienić, pójść inną drogą, zrobić dla siebie coś, o czym marzymy od dawna?

 

 


Siostry od kuchni polecają: Grzanki z szynką parmeńską, grillowaną cukinią i miętową fetą

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
12 sierpnia 2017
Fot. Siostry od Kuchni
Fot. Siostry od Kuchni
 

Jak zawsze przepis brzmi pysznie!

Czas przygotowania: 40min

Składniki:

  • 1 cukinia
  • 1 duża cytryna
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
  • duża garść zielonego groszku (świeżego lub mrożonego)
  • 1 duża bagietka lub 2 małe
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 opakowanie fety
  • 2 garści świeżej mięty
  • 1 opakowanie szynki parmeńskiej (ok. 6-7 plastrów)
  • świeżo zmielona sól i pieprz

Wykonanie:

Cukinię umyć i poszatkować wzdłuż na cienkie plasterki. Cytrynę sparzyć i dokładnie umyć, a następnie skórkę z cytryny zetrzeć na tarce a sok wycisnąć. Szynkę parmeńską porwać na niewielkie kawałki. czosnek obrać i przekroić wzdłuż na połówki. Miętę posiekać.

Plasterki cukinii włożyć do miski, dodać sok z cytryny, 1 łyżkę oliwy z oliwek, doprawić solą i pieprzem, dokładnie wymieszać i odstawić.

Groszek wrzucić do wrzątku i gotować 1 minutę, po czym wyjąć groszek sitkiem i przełożyć do zimnej wody. Odcedzić.

Rozgrzać patelnię grillową na średnim ogniu. Bagietki pokroić na ukośne kromki, posmarować z obu stron oliwą i grillować z każdej strony ok 2-3 minut, aż będą lekko przypieczone. Gdy kromki bagietki będą jeszcze ciepłe, natrzeć je czosnkiem.

Cukinię odsączyć, pamiętając, by powstałą marynatę zachować, a następnie rozłożyć cukinię na rozgrzanej patelni i grillować ok. 1 minuty z każdej strony.

W misie blendera umieścić fetę, marynatę z cukinii, miętę, skórkę z cytryny, doprawić pieprzem i wszystko dokładnie zmiksować.

Grzanki posmarować fetą a na niej ułożyć cukinię, kawałki szynki parmeńskiej i groszek. Udekorować listkami mięty.

Fot. Siostry od kuchni

Fot. Siostry od kuchni

Zajrzyjcie koniecznie na bloga „Siostry od kuchni” i śledźcie na bieżąco ich poczynania na Facebooku!

18492427_10209141583683180_1950963320_n (1)


SIOSTRY OD KUCHNI, CZYLI

siostryKRZYSIA – na co dzień pracująca zawodowo, zabiegana mama dwójki dzieci. Mimo braku czasu odnajduje czas na swoją największą pasję, jaką jest gotowanie. Pewnie dlatego, że kocha dobre jedzenie. Zodiakalny Koziorożec, a więc konsekwentna w działaniach oraz bardzo ambitna i wnikliwa. Każde danie, które tworzy jest w 100% przemyślane, ale jej artystyczna wyobraźnia dokłada odrobiny szaleństwa i kulinarnej spontaniczności… Uwielbia kawę…ale tylko parzoną w kawiarce, a dobre ciacho to raj dla jej podniebienia. Lubi testować nowe przepisy i nie boi się eksperymentować.

EWKA – Można powiedzieć, że to człowiek orkiestra – znajdzie pasję w każdym zajęciu. Twardo stąpa po ziemi, mówiąc że nie ma rzeczy niemożliwych i z powodzeniem realizuje założone cele. W swojej pracy zajmuje się prowadzeniem projektów informatycznych, gdzie wykorzystuje i rozwija swoje menadżerskie zdolności. Uwielbia podróżować i odkrywać smaki lokalnych kuchni. Kocha kuchnię włoską i w tej dziedzinie chce się rozwijać, ale z sentymentem wraca rownież do polskich smaków znanych z dzieciństwa. Gotowanie i wypieki sprawiają jej ogromną przyjemność. Dzięki jej zdolnościom organizacyjnych każdy ruch w kuchni jest zawsze przemyślany, dzięki czemu przygotowanie dań trwa chwilę.


Wyzwanie: autobusem do Chorwacji. Czy wakacje mogą być lepsze?

Agnieszka Żukowska
Agnieszka Żukowska
11 sierpnia 2017
Fot. iStock / mbbirdy
Fot. iStock / mbbirdy
 

Ktoś kiedyś powiedział, że podróże kształcą. Potem ktoś inny dodał: „ludzi wykształconych”.

A ja dorzuciłabym jeszcze – pod warunkiem, że podróżuje się na kółkach. :)

Oj przypomniały mi się stare dobre czasy, kiedy do miejsca przeznaczenia trzeba było jechać bardzo długo, a już sama podróż była największą atrakcją. Dzisiaj wysadzasz tyłek z samolotu i nawet nie zdajesz sobie sprawy, że część pięknej przygody dawno za tobą, a ty oprócz rozgrzanej płyty lotniska i chmur nie zobaczysz prawdziwego świata za oknem. To były czasy.

I myślałam, że już nie wrócą, kiedy w naszej redakcji pojawiła się propozycja – wyzwanie! Tak, wyzwanie, bo człowiek czasem jak się w swojej pamięci zatrzyma na obrazie rodem z PRL-u, to wołami nie zaciągniesz na dworzec autobusowy a potem okazuje się, że nie dość, że wszystko działa, to i że lepiej nie można było trafić.

I tak właśnie było tym razem. Wyzwanie – wyprawa autobusem na Makarską do Chorwacji z biurem podróży Oskar. W panice sprawdzam stan floty autobusowej i od razu w myślach pakuję dodatkową walizę z zabawkami dla dziecka. Bo to, że się będzie nudziło przez ponad 20 godzin jazdy to pewne. „Przygoda, potraktuj jak przygodę” – mówił głos w mojej głowie – „daj spokój…”. No to na szczęście dałam. A kiedy w warszawskim punkcie zbiórki okazało się, że rzeczony autobus wygląda jak luksusowy kamper, a moje dziecko zaczęło urządzać sobie z zachwytem swoje legowisko – odetchnęłam z ulgą. Komfortowa przestrzeń, dzięki rozsuwanym siedzeniom, solidne odstępy między nimi, rzeczywiście pozwalają zapomnieć, że podróżuje się autobusem. Mina zadowolonych dzieci zaabsorbowanych nowoczesnym sprzętem – bezcenna.

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Mat prasowe

Mat. prasowe

Dalej już było tylko lepiej i równie komfortowo. Przesympatyczna pilotka z poczuciem humoru i widocznym zaangażowaniem w naszą wygodę, płynnie przeprowadziła nas przez Czechy i Austrię, fundując krótki kurs nauki czeskiego. Zapisałam kilka fonetycznie, bo zamierzam używać:

– mam pomysł – mam napad

– miejsce zamieszkania – trwale bydlisko

– wiewiórka – drewni kocur

– widz – dziwak.

Generalnie uważam, że Czesi muszą mieć niesamowite poczucie humoru, bo rozbawieni byliśmy dosyć długo. Był i film na dobranoc, ponieważ multimedia w autobusie funkcjonowały dosyć sprawnie i zanim się obejrzeliśmy rankiem przywitały nas chorwackie, wapienne wzgórza.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Kilka dni na Makarskiej Riwierze przypomniały mi, jak niesprawiedliwie dzielił wieki temu lodowiec swoje krajobrazy. Chorwacja jest absolutnie jednym z najpiękniejszych krajów do wypoczynku i tak idealnym na autobusową czy samochodową wyprawę. Znajdziemy tu wszystko: i przymorską jej część – Chorwację Dalmatyńską, i górzystą, stanowiącą centralną część państwa i rozciągającą się w dolinach rzecznych Sawy, Mury, Drawy, Dunaju, Kupy, Uny, Bosy i Driny – Chorwację Posawską. Ma pełne klimatu, wspaniałe, dzikie, urwiste wąwozy i najpiękniejszy w Europie obszar krasowy: to Welebit wraz z Istrią. Ciekawostką jest fakt, że poszczególne skały posiadają własne imiona i przypisane są im tajemnicze legendy.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

My mieszkaliśmy w Makarskiej. To swoistego rodzaju centrum turystyki i wypoczynku, więc jeśli ktoś nie lubi nocnego życia, głośnej promenady to musi zdecydowanie jechać dalej.

Na chorwacką plażę trzeba się przygotować, to chyba już dzisiaj oczywiste: obowiązkowe buty do wody (nie klapki), mocny krem z filtrem (30. minimum dla dzieci i chroni tylko przez max.2 godziny), litry wody… W sierpniu temperatura jest potworna, a słońce zwyczajnie parzy. Dobrze jest zaplanować sobie co najmniej dwie wycieczki na pobliskie wyspy. Nie dość, że na otwartym morzu zdecydowanie przyjemniej, to jeszcze nieustających zachwytów ciąg dalszy.

(Nie, to nie był mój pierwszy raz w Chorwacji). Wybraliśmy się na dwie: Hvar i Brac. Spokojnie mogę napisać, że to obowiązkowe pozycje, jeśli wypoczywa się w Makarskiej.

Określany mianem – wyspy lawendy – Hvar, a konkretnie w naszym przypadku wioska Vrboska, to pełna uroku przystań z najlepszymi lawendowymi lodami jakie jadłam. Więcej lawendy nie widziałam ale wysłuchałam przy okazji historii tak powszechnie znanego – krawata, albowiem jego pochodzenie przypisuje się właśnie Chorwatom. Podobno w 1660 roku, regiment wojska chorwackiego podczas celebrowania zwycięstwa nad Turkami, wybrał się do Paryża przyodziany w niezwykłej urody chustach, zawiązanych na szyjach. Król Ludwik XIV, słynny z dobrego gustu, zauważył te jedwabne cuda na szyjach Chorwatów i tak się nimi zachwycił, że polecił utworzyć własny regiment – Royal Cravattes. A wiadomo, że z Paryża, to już tylko krok do wielkiego świata i od tego czasu krawaty na stałe weszły do obowiązkowego, eleganckiego, męskiego outfitu.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Dalej popłynęliśmy na wyspę Brac, której „złoty róg” znany jest na całym świecie, albowiem to jedna z najpiękniejszych plaż, której charakterystyczny piaszczysty trójkąt widoczny jest na wszystkich pocztówkach z Chorwacji (coś jak wrak statku na Zakynthos, czy kolorowe kamienice w Portofino). Podobno mieliśmy fart, bo w drodze na wyspę zobaczyliśmy stadko delfinów i już tylko piękny zachód słońca dzielił nas od pełni szczęścia.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Nie mogę nie wspomnieć tutaj o naszym rezydencie, Panu Włodku, którego autentyczność i radość ze swojej pracy naprawdę była wyjątkowa. Nie wiem, czy to dzisiaj takie oczywiste, mnie jego wiedza i profesjonalna opieka nad nami dawała dużo ulgi.

Ale wracam jeszcze do zachodu słońca. W Makarskiej wszyscy oglądają go na najdalszym cyplu wysuniętym w morze, niedaleko pomnika św.Piotra. Pomijam wszędobylskie kraby na skałach, widok rzeczywiście piękny. Tak, wiem, nad naszym polskim morzem równie wspaniały dlatego od razu się wytłumaczę: mam dosyć tej nieustającej loterii z czerwoną flagą nad Bałtykiem, stresu podczas kąpieli dzieci, które muszą wyjść kilometr w morze, żeby zanurzyć tyłki. Tu miałam je na oku nieustająco, przy samym brzegu, z mnóstwem atrakcji: rowerkami, zjeżdżalniami, dmuchanym torem przeszkód. Kocham polskie morze, ale chyba nie w wakacje…

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Z tej autobusowej przygody przywiozłam coś jeszcze – mocne postanowienie częstszego podróżowania nie tylko samolotem. :)

A jeśli wy rozważacie podróż autokarem na wymarzone wakacje, koniecznie zajrzyjcie na stronę biura podróży Oskar. 


Zobacz także

Fot. iStock/SrdjanPav

Przebudzenie. Nie bój się umierania, bój się tego, że nie będziesz żyć naprawdę

Fot. Screen / You Tube

Jak wygląda najpiękniejsza twarz świata?

Fot. iStock / jaminwell

Każda z nas ma w domu tę maść. Wiesz, jak jeszcze możesz ją wykorzystać?