Dlaczego ciągle wierzymy, że KOBIETY głosu nie mają? No ku*wa mają. Może czas najwyższy w końcu go użyć

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
28 maja 2018
Fot. iStock/andreonegin
Fot. iStock/andreonegin
 

Czytam od kilku dni doniesienia a propos Morgana Freemana, klikam, przerzucam strony, sprawdzam komentarze. Znajoma mówi: „No nie, nawet Freeman, faceci jednak są beznadziejni”.

Dla tych, którzy nie wiedzą o czym mowa: Morgan Freeman został oskarżony o molestowanie seksualne przez osiem kobiet, osiem kolejnych osób było świadkami jego wątpliwie moralnego zachowania. I szczerze – mam mieszane uczucia. Zresztą takie miałam przy akcji #metoo, kompletnie nie podważając jej potrzeby. Bo cała lawina, która ruszyła była zdecydowanie czymś dobrym, otworzyła kobiety na mówienie o swoich doświadczeniach, a społeczeństwu dała sygnał: „Uważajcie, żarty się skończyły”.

I żeby było jasne – żadnej kobiecie nie odbieram prawa do mówienia o tym, co ona sama uważa za molestowanie. Świetnie, że #metoo dało taką możliwość.

Ale czytam o Morganie, który ma 80 lat i tłumaczy się ze swoich – jak to nazywa – żartów. A to, że dziennikarka mogłaby nie trzymać nogi na nogę, skoro ma taką krótką spódniczkę, a to, że ślini się na widok innej dziennikarki, pyta czy umawia się ze starszymi facetami. Nagle na Morgana Freemana wylało się wiadro pomyj, a on sam zaskoczony tym faktem przeprasza wszystkich, którzy mogli się poczuć dotknięci jego zachowaniem.

No dobra. Ktoś powie – nie zgwałcił, nie zmuszał do seksu, pracy ze seks nikomu nie obiecywał. Starszy pan po prostu rzucił kilkoma niewybrednymi żartami, a tu takie wielkie halo. Przy skali doświadczeń kobiet molestowanych seksualnie, faktycznie skala zachowania znanego i uznanego aktora jest kroplą w morzu seksualnej przemocy. Z drugiej strony – jeśli kobiety nie życzą sobie takich żartów, mężczyźni powinni je sobie odpuścić, uszanować ich zdanie.

I tu jest, śmierdzący jak jasna cholera, pies pogrzebany. „Nie życzą sobie” – ale czy któraś z kobiet powiedziała, że się jej nie podoba, że nie chce, by tak do niej mówiono? Nie bronie Freemana, ale na litość boską, baby – my mamy prawo do głosu, do mówienia, co nam nie pasuje, do komunikowania: „Stary, wypie*dalaj z tymi tekstami”. Kobiety na planie filmu zaczęły się inaczej ubierać, żeby uciec od żartów aktora. Serio? Naprawdę tak trudno otworzyć buzię i powiedzieć: „Nie życzę sobie! Nie chcę! Nie podoba mi się to!”.

Wiecie, ja nie uważam facetów za półmózgie istoty. Wręcz przeciwnie – uwielbiam ich. I chociaż to dla kobiet jestem w stanie zrobić wszystko, to jednak, mając wybór, szybciej zdecyduję się na męskie towarzystwo w weekendowy wieczór. Moi koledzy, znajomi, przyjaciele nie stronią od żartów w stylu Freemana, co mi w ogóle nie przeszkadza, bo nijak we mnie nie uderza. Nie czuję się niekomfortowo, nie mam poczucia, że każdy z nich, gdyby tylko mógł, dopadłby mnie w ciemny zaułku i zgwałcił. Dlaczego? Bo ich znam, wiem, kim są, jakie mają poglądy, jak potrafią się zachować wobec swoich żon, partnerek czy koleżanek. Mówiąc: „Zajebiście wyglądasz” nie proponują seks randki nocą w parku. Ale to ja. Może tak zostałam wychowana, że nawet zbereźne dowcipy mnie nie ruszają, wręcz przeciwnie – śmieszą najbardziej. Może dlatego, że moja mama zawsze miała luźny stosunek do seksu i jak byłam nastolatką nie raz słyszałam dyskusje wśród jej koleżanek: „Połykać czy nie połykać” po zrobieniu facetowi loda. Może mam do siebie i świata wystarczający dystans. Ale mam znajomą, która nie życzy sobie, by jej mąż klepał ją w tyłek wśród dobrych znajomych i rzucał jakimś tekstem z seksualnym podtekstem w jej stronę, na zasadzie: „Dobra, zbieramy się, bo jeszcze bzykanie w domu”. Ona mówi temu stanowcze nie – co więcej, powiedziała o tym swojemu mężowi i on to szanuje, ba – nawet znajomi faceci wystrzegają się seksistowiskich żartów w jej kierunku. I wszystko jest okej. Wszyscy mają się dobrze. Ale dlaczego? Bo ona o tym POWIEDZIAŁA. Nie strzelała focha, nie unikała towarzystwa, tylko dała znać: „Stary, mnie to krępuje, nie życzę sobie”. Można? Można.

Ba – trzeba dać po pysku szefowi, nawet jakbyś miała za to wylecieć z pracy. No ku*wa, jeśli my będziemy robić dobre miny do w ch*j fatalnej dla nas gry, to nic się nie zadzieje, nic się nie zmieni.

Akcja #metoo oprócz wielu ważnych kwestii, pokazała mi (zresztą po raz kolejny) jeszcze jedną: my, kobiety, jesteśmy cholernymi hipokrytkami. Niby tu się śmiejemy, żartujemy, nie mówimy broń boże, że coś nam nie pasuje, a potem BACH – z grubej rury wyrzucamy, że „Masz fajne cycki” – wcale nas nie rozśmieszyło, tylko zażenowało. A co gdybyście powiedziały: „A ty fajnego ch*ja”? Co strasznego by się zadziało, oprócz tego, że gość poczułby się lekko zdezorientowany? I obojętnie czy to jest Morgan Freeman, czy twój przełożony czy pan z warzywniaka – NIKT NIE MA PRAWA TAK DO CIEBIE MÓWIĆ, jeśli tego nie chcesz. Tyle tylko, że nie masz tego wyrytego na czole. To trzeba wyartykułować, postawić jasne – nieprzekraczalne przez nikogo granice. A nie siedzieć cicho jak mysz pod miotłą i zakładać golfy i długie spódnice do pracy, byleby tylko ustrzec się od debilnych tekstów.

Ile kobiet w życiu Freemana powiedziało mu: „Nie życzę sobie?”, a ile po prostu na jego żarty nie zwróciło uwagi, bo nijak ich nie dotykały? Nie bronię go, ani żadnego z mężczyzn, który w komentarzach do artykułów na ten temat piszą: „No teraz, to już strach nawet kobiecie powiedzieć: „Ładnie wyglądasz””. Skoro włączyłyśmy się w akcję #metoo bądźmy konsekwentne i tam, gdzie nam męskie zachowanie nie odpowiada – mówmy o tym. Moim zdaniem, dopiero wtedy zostaniemy potraktowane poważnie.


Słuchajcie, TACY faceci naprawdę istnieją! To się w głowie nie mieści! Nie dajcie się złapać na ich wątpliwy urok osobisty

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
24 maja 2018
Fot. iStock/piola666
Fot. iStock/piola666

Szczerze – nawet nie wiem, jak zacząć, bo ostatnio mowę mi odebrało na hasło, że były (na szczęście) mąż mojej przyjaciółki (nie znamy się z tak zamierzchłych czasów) nigdy, ale to nigdy nie zaproponował, że jej pomoże przy jakiś domowych obowiązkach.

Wiecie, nie mówię od razu o myciu okien (choć my myjemy na zmianę) czy szorowaniu kuchenki (tu zawsze są kłótnie), ale o zwykłych, przyziemnych kwestiach jak odkurzenie, pomycie naczyń, ba – zebranie ich ze stołu po posiłku. Otóż ten typ nie robił nic. NIC kompletnie. Jakiś defekt genetycznych czy inny ch*j, diabli wiedzą.

Nie wiedząc, czy jestem gotowa na wysłuchanie tej mocnej w podstawach historii, nie powiedziałam nie, gdy ona zaczęła kontynuować:

– że on kiedyś przez trzy godziny, jak przyszedł jego teść nie zrobił mu herbaty, bo UWAGA – nie wiedział, w której szafce ich wówczas mikroskopijnej kuchni w wieżowcu ona się znajduje

– że każdego dnia miał przygotowane gacie, skarpetki, koszulę i spodnie do pracy, jakby robiły to dla niego krasnoludki, bo nie umiał się ogarnąć. BA – on nawet nie wysilił się nigdy na tyle, by dowiedzieć się, w której szufladzie jego rzeczy się znajdują

– że nigdy w życiu nie zrobił sobie kanapki, herbaty, kawy, co więcej – UWAGA to jest hard core – nie wyciągnął sobie piwa z lodówki i sam go nie otworzył! Czujecie?

– że myślał, że skoro łazienka jest po remoncie, to nowa muszla klozetowa nie wymaga szorowania, po prostu z nowości nieustannie jest czysta (tak, serio!)

– że nie mył sobie sam włosów…

Nie wytrzymałam i zapytałam: „Ale kto mu je mył?”. W odpowiedzi usłyszałam, że ona. Ona robiła wszystko w domu, wokół niego i dla niego. „Dlaczego z nim byłaś?” – zdołałam jedynie wykrztusić będąc w niemałym szoku, co naprawdę rzadko mi się zdarza. „Ja lubię, kiedy innym jest dobrze, a on ciężko pracował i zmęczony wracał po pracy”.

Nożesz… No nie wierzę. No gdyby ona z nim była nadal, to pomijając fakt, że byśmy się pewnie nie znały, pewnie przyłożyłabym jej razy w łeb, żeby się ocknęła. Ale ocknęła się po siedmiu latach… Czujecie? Siedem lat, przecież między 27 a 34 rokiem życia, to cała wieczność, to życie można sobie z pięć razy ułożyć na nowo i plany zmieniać stokrotnie! Ale można też tkwić przy gościu, który SAM SOBIE WŁOSÓW NIE MYJE. Matko, na szczęście ona dzisiaj się z tego śmieje i nie traktuje serio.

I żeby nie było – nie oceniam, miłość nie wybiera. W sumie nie spytałam, czy był dobry w łóżku, bo to jednak częsty powód trwania przy prawdziwych dupkach, przynajmniej jakaś korzyść z nich jest. Dlaczego o tym piszę? Bo okazuje się, że takich typów jest więcej – bez rąk, bez chęci do pomocy, kompletnie niezaradni w zwykłej codzienności.

Ta historia przypomniała mi się, jak inna moja przyjaciółka odwiedziła mnie ze swoim narzeczonym (narzeczonym, czyli kimś kogo zamierza poślubić). Lubię, jak goście czują się w moim domu jak u siebie, więc rzucam do niego: „Słuchaj to jest chleb, tu lodówka, będziesz głodny, to zrób sobie coś do jedzenia”. UWAGA odpowiedź tylko dla ludzi o mocnych nerwach: „Ale ja nie umiem”. Nożesz ku*wa, myślę, jak to nie umie – chleb, masło wędlina, pomidora dorzucić i gotowe, ale zaciskam mocno zęby nie wiedząc, po co drążę temat: „To co jesz, jak jesteś głodny”. I się wydało – K. mu gotuje, robi kanapki, herbatkę, ba nawet kakao, o które poprosił kolejnego poranka.

Myślicie, że to wyjątek? „Nie przyjadę, mąż mi nie pozwala” – usłyszałam ostatnio od dawno niewidzianej znajomej. Powiedziała to w bardzo złym momencie, bo zdążyłam zakrztusić się kawą. „Jak to ci nie pozwala?” – miałam nadzieję, że się przesłyszałam. „A wiesz, on nie chce, żebym jeździła autem, bo uważa, że jestem słabym kierowcą”. To może inny kaliber, ale ten sam koguci sposób myślenia: „Ja tu jestem najważniejszy, musisz się mnie słuchać i koło mnie skakać. A jak ci mówię, że się do czegoś nie nadajesz, to masz w to wierzyć, jak w „amen w pacierzu”.

Słuchajcie, to nie jest mit, że tacy faceci jeszcze istnieją, to nie zamierzchła historia tych, którzy wracali do domu umęczeni ośmiogodzinną pracą polegającą często na piciu kawy i klepaniu koleżanek z pracy po tyłkach. Oni nadal chodzą po tej ziemi. I jak widać mają się dobrze. Tyle tylko, że hodujemy ich na naszej własnej piersi. Jeśli któraś z was trzyma takiego gada w domu albo zna kobietę, która uległa wątpliwemu urokowi takiego typa i teraz nie wie, jak się z tego cholernego związku wykaraskać, chciałam powiedzieć: „Nic nie musicie”. Serio. Nie jesteście jakimś wybrykiem natury, który to pracuje, zajmuje się dziećmi, domem i jeszcze usługuje panu i władcy, co to sam nic nie potrafi wokół siebie zrobić. Potrafi. I korona mu z głowy nie spadnie, a nawet jak spadnie, to schyli ten swój leniwy tyłek i ją podniesie. Inna przyjaciółka wzięła takiego na przetrzymanie, nie odzywała się kilka dni po jakieś karczemnej awanturze, gdy po raz setny wykrzyczała mu, że „ma to wszystko w dupie i nic wokół niego robić nie będzie”. Po trzech dniach zrobił sobie jajecznicę na śniadanie – dacie wiarę? Jakby się nawrócił normalnie. Na szczęście kopnęła go w dupę, jajecznica była nikłą nadzieją na zmianę absolutną.

Odpuśćcie. Ja rozumiem, że kochamy i chcemy dobrze dla tych naszych facetów, że miewamy potrzebę ich rozpieszczania, ale błagam – we wszystkim zachowajmy zdrowy umiar. Nie zaprzedajmy duszy temu, który tylko czeka, aż doskoczymy z talerzem ciepłej zupki, w międzyczasie wracając z pracy, robiąc zakupy i godząc rozwrzeszczane w aucie dzieci. Nie musimy tego robić, naprawdę. A jeśli któraś z was boi się, że jak dbać przestanie, to on odejdzie… Krzyż na drogę. W końcu będziecie miały więcej czasu, by zadbać o same siebie, bo to nam wszystkim się należy.