Dieta mandarynkowa

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
27 kwietnia 2016
tangerine-snail
 

– Nie wolno ci słuchać takich rzeczy! – rzucił się wyłączać radio niczym do gaszenia pożaru. Leciał Piotr Bukartyk i jego „Małgocha”, a ja właśnie podśpiewywałam sobie z zapałem i ze wskazaniem: „Niektórzy chyba rodzą się przegrani, bo nigdzie miejsca nie ma dla nich…” – A już wypowiadanie takich słów to zbrodnia na feng shui, kabale, karmie i neopogańskim mistycyzmie!
– To co mam śpiewać? Co mam mówić? – zapytałam, lekko już rozbawiona.
– Temat przewodni z filmu „Rocky” najlepiej, eye of the tiger, cośtam, cośtam. I powtarzać sobie w kółko: „Jestem silna, nikt mi nie podskoczy, dupę każdemu złoję”. Nie wiesz, że jesteś tym, co mówisz? – przewrócił oczami, siląc się na poważną minę.
– Myślałam, że jestem tym, co jem – siliłam się na żart z całą siłą osoby leżącej na szpitalnym łóżku.
– Jesteś i tym, co mówisz, i tym, co jesz, i jeszcze tym, co śnisz. – wtrąciła się Pani Basia zza swojego biurka.

Pani Basia jest od jakichś dwóch tygodni moją muzą, prywatną boginią i jeszcze Ciocią Dobra Rada. Pilnuje niemal co dzień, żeby mnie nie kłuli za głęboko, wie dokładnie, gdzie mam krwiodajne żyły (bo u mnie to w tym temacie jest mało sympatycznie), a przede wszystkim karmi mnie mandarynkami. Mandarynki są podobno dobre na wszystko. Masz „doła”? Zjedz mandarynkę! Wenflon wypadł po raz dwunasty? Zjedz mandarynkę! Kolejny raz musisz budować życie od nowa? No przecież zjedz mandarynkę!
Najmniej spodobało mi się, że mam być tym, co mi się śni, bo ostatnio to mi się nic nie śni, a ja wolałabym być czymś niż niczym. Impuls, by zaprotestować, zszedł jednak na plan dalszy, przed oczami stanęłam bowiem sobie ja sama, z niezliczoną ilością plastrów, z wenflonami i tubkami, wystającymi z odnóży, wcielającą się w postać Rockiego.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu roześmiałam się naprawdę serdecznie.

I wtedy w zasadzie wszystko puściło:
– cały żal i złość na Troskliwego Misia, co to zarzekał się, że zawsze pomoże i oburzał się, gdy o pomoc nie prosiłam – ale telefonów w kluczowych momentach nie odbierał i nie miał w zwyczaju odpowiadać na smsy. Obietnice „na gębę” jak widać nic nie kosztują, a wyjście ze związku równa się odejście z życia,

– wszelkie obawy, czy dam radę. Wizja Rockiego z wenflonem zrobiła swoje.
– narzekanie, że świat jest okropny. Bo nie jest! Zawsze gdzieś jest Pani Basia, która się przejmuje i karmi mandarynkami.

I zawsze jest ktoś, kto jednak odbierze telefon.
Do ludzi ogólnie mam szczęście. Jedna wpadka reguły nie czyni.


I tak, podlewając moją ciszę we mnie, uczę się kochać siebie. Przed wszystkim

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
7 maja 2016
Fot. Unsplash/Jeremy Cai / CCO
Fot. Unsplash/Jeremy Cai / CCO
 

Lekarze chwilowo odradzili eskapady i zalecili dużo odpoczynku, więc ciepły dzień zastał mnie nie w Krakowie, jak planowałam, ale w domu. Wykorzystałam okazję i oddałam się pielęgnacji ogrodów – tego na balkonie, tego za domem, ale przede wszystkim: tego we mnie. Rośnie we mnie spokój. Budzę się rano i czuję, jak wypełnia mnie błogość. Nic we mnie nie krzyczy już.
Przez jakiś czas nie zauważałam tego, pochłonięta moim losem kobiety „tuż po”. Po rozstaniu, znaczy się. Brzydkim. Takim, które pozbawiło mnie złudzeń, że partner, który był ze mną 10 lat, jest człowiekiem odpowiedzialnym, dorosłym, dobrym. Koniec złudzeń zawsze boli, nawet jeśli poprzedzony jest okresem rozczarowań i buntem. Ten ból początkowo zamaskował największy prezent kilku lat: ciszę. Pewnego dnia, przy porannej kawie, ze zdziwieniem stwierdziłam, że w mojej głowie nie ma już wojny.

Wielka-cisza-470x260

Drogie Panie, drodzy Panowie

– spieszę donieść, że nie warto. Bić się samemu ze sobą, zaprzeczać, poświęcać się ponad wszelką logikę i rozsądek – dla kogoś, kto tego nie docenia. Mój prawie były mąż wydobył ze mnie to, co najgorsze, spychając w otchłań każdą dobrą myśl, jaką o sobie kiedykolwiek miałam. Nic nie było wystarczająco dobre, więc się spalałam, powtarzając sobie, że będzie dobrze, jeśli się bardziej postaram.

Jeśli tylko będę wystarczająco dobrze dbała o dom.
Jeśli tylko poświęcę mu więcej uwagi.
Jeśli tylko zafarbuję włosy na rudo.
Jeśli schudnę. I odpowiednio wydepiluję. Ugotuję obiad inaczej. Zrobię te zakupy, po 16 godzinach na nogach.
Albo wstanę rano na zakupy, bo on nie ma ochoty jechać wieczorem, a wiadomo, że ważniejsze, kiedy on ma ochotę.
Jeśli tylko kupię tę kanapę, na którą nas nie stać.
Zadłużę się jeszcze bardziej, żeby było nas stać, nieważne.
Jeśli kupię książkę, o której powiedział, że chciałby przeczytać, no może to mu pokaże, że słucham, myślę, kocham.
Chcesz dziecko? Dwoje? Troje? Dobrze, będziemy mieli dzieci! Hmm, już nie chcesz? A jeśli ja chcę, to… Nie no, masz rację, co z tego, że ja chcę.
I tak dalej.

Cały ogrom „jeśli”. Ciągła potrzeba zmiany (mnie, no przecież wiadomo, że problem to JA) i poczucie porażki. Nie zasłużyłam.
Wybaczałam chamstwo za chamstwem w imię jakiejś wyższej racji stanu, a na koniec i tak dostałam metaforyczny cios w brzuch.

Być może rację mają ci psychologowie, którzy twierdzą, że kobiety poczucie winy i niższości wobec mężczyzn wysysają z mlekiem matek. Od małego się nas uczy, że mężczyzna jest ważniejszy niż kobieta, zwłaszcza w związku. Jeśli pan Kowalski i pani Kowalska oboje leżą w łóżku z wysoką temperaturą i w końcu zgłodnieją, to kto wstanie i zrobi obiad? No raczej nie pan Kowalski.

Gdy było między nami źle, zaczęłam chodzić namiętnie do terapeutów, psychologów, psychiatrów, seksuologów, etc. – chciałam siebie naprawić, bo przecież TO ZE MNĄ BYŁ PROBLEM. Czytałam tony poradników o naprawianiu związków. O naprawianiu siebie, znaczy się. Mój luby nie widział potrzeby zmiany siebie. Aż kiedyś jeden terapeuta dał mi diagnozę, zapisaną na bloczku recept: „Zaleca się zostawienie jełopa. Nie ma oziębłych kobiet, są tylko leniwi mężczyźni. Nic Panią złego się nie dzieje. Proszę kochać najpierw siebie”.

I tak, podlewając moją ciszę we mnie, uczę się kochać siebie. Przed wszystkim.


Kiedy Książę w siną dal odjeżdża…

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
22 kwietnia 2016
Fot. Unsplash/Josh Felise / CCO
Fot. Unsplash/Josh Felise / CCO

Książę postanowił się wyprowadzić. Tak się dzieje w bajkach niekiedy, wbrew propagandzie mało która tak naprawdę kończy się na „I żyli długo i szczęśliwie”. Takie czasy. I nie o sam fakt wyprowadzki czasami nawet chodzi, ale o styl, w jakim Książę odjeżdża w siną dal. Jakże w punkt trafione jest stwierdzenie, że prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy. Niestety jest pewien problem, natury technicznej, rzekłabym.
No bo tak: sposób na sprawdzenie przed ślubem, czy księżniczka to prawdziwa Księżniczka, literatura fachowa nam podaje, i owszem: ziarnko grochu pod materac na noc i rano liczymy siniaki. Ale jak poznać, czy książę to prawdziwy Książę? No ni ma metody! I jakże często na koniec się okazuje, że ten nasz wymarzony, wyszukany, a czasem wymodlony Książę jest Made In China – mały i podrabiany. To się niestety na końcu wie dopiero na 100%.

I tak w pewną sobotę rano Księżniczkę obudził szum rozkładanych kartonów. To szanowny Książę postanowił się wyprowadzić. Zrobił to w charakterystycznym dla siebie stylu – weź się kobieto i domyśl, że idę. Bo niby wcześniej para książęca odbyła rozmowy tematyczne, jednakże samo wykonanie planu zadziwiło Księżniczkę. Wszak niedawno słyszała, że odpowiedniego pałacu Książę jeszcze nie znalazł, a w piątek wieczorem wszystko było po staremu. Przez noc widocznie go jednak natchnienie naszło, a że trudno było się w konspiracji spakować, to Księżniczka rankiem musiała zostać wtajemniczona.

divorce

Jednakże na tym jej poziom wtajemniczenia się zatrzymał – nie było już jej dane dowiedzieć się, gdzie ten nowy pałac Księcia, na jak długo się wyprowadza (być może na wieki wieków?), czy ma pracę i się utrzyma w tym swoim tajemniczym pałacu, ba! nawet co zabiera, owiane było niejaką tajemnicą.

Dziesięć lat wspólnego pożycia książęcej pary zostało zredukowane do przedmiotów, wkładanych namiętnie do coraz to nowych kartonów wyprodukowanych przez IKEA, bynajmniej zresztą przedmiotów nie pierwszej potrzeby. Nie miało znaczenia, czy ta książeczka została już przez Księżniczkę przeczytana, czy będzie potrzebować tego uchwytu do nawigacji, co to niby dostała od Księcia na urodziny, ani nawet przez kogo i w jakim celu co zostało zakupione. Zbiór przedmiotów bez ładu i składu wędrował w ramiona grubej tektury, a Księżniczka przez wiele kolejnych dni miała się sama przekonywać, czy przedmiot A ma w domu, czy już nie. Księżniczka przedmioty miała w głębokim poważaniu, uznając, że jak kupiła raz, to kupi i drugi, poraziła ją jednakowoż bezceremonialność, z jaką Książę potraktował ich wspólne, wieloletnie pożycie. Była mniej istotna w tej sytuacji niż pudło książek, to było oczywiste.

Rozmawianie o uczuciach i ciężarze sytuacji jest niemęskie i po prostu nie wypada Księciu, który jedną nogą jest poza progiem małżeńskiego pałacu. Lepiej powiedzieć Księżniczce coś okrutnego, niech ma, ku pamięci.

W tej sytuacji Księżniczce nie pozostało zbyt wiele do roboty, więc poszła spać. A jak już wstała, to energię skupiła na pomalowaniu paznokci na czerwono. Z każdym ruchem pędzelka od lakieru coraz wyraźniej wiedziała, co dalej. Była wdzięczna, nieludzko wręcz, za brak tekstów pt.: „Zostańmy przyjaciółmi”. Przyjaciółmi można być z kimś, kogo się podziwia, szanuje, lubi. A Księżniczka coraz mniej to wszystko czuła, z każdym kartonowym pudłem, pakowanym do karety innego, nieznanego księcia, coraz mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że zmarnowała całą masę pozytywnych uczuć na niedojrzałą podróbę. Brak informacji na temat tego, co się z Księciem dzieje, odebrała jako żałosną próbę wymierzenia jej kary, za cudze winy. Jej uczucia nie miały tu żadnego znaczenia. Książę postanowił tupnąć nóżką. Koniec związku to moment, kiedy w końcu spada maska królewskich manier.

Nawet jeśli królestwa upadają, to świat kręci się dalej.