Depresja to potwór, jest jak wirus, jak zaraza, przed którą nie ma ratunku. Źle zrobiłam uciekając, bo przed nią się po prostu nie da uciec

Anika Zadylak
Anika Zadylak
17 maja 2017
Fot. iStock/lolostock
 
Mam dziś 29 lat, a czuję się czasami jak staruszka stojąca nad przepaścią  i czekająca na to, że ktoś ją w końcu zepchnie w dół. Jestem zła, wściekła i  zazdrosna o to, że inni mają normalne życie, że potrafią się uśmiechać, czerpać garściami z każdego dnia, że są szczęśliwi.

Mam żal do losu i do rodziców, że nie potrafili mnie ochronić, że pomagali tylko mojemu choremu bratu, że wszystko kręciło się wokół niego. Tak jakby ta cholerna choroba dotyczyła tylko jednej osoby, a przecież cały nasz dom gnił od jego złych emocji, od ciągłego cierpienia i smutku. Matka uciekała w pracę, ojciec popijał po kątach i większość czasu spędzał na działce. Nawet zimą.
Wiesz jak to jest, gdy masz 12 lat i  z radością gnasz  na obiad pochwalić się rodzicom kolejną dobrą oceną? Ja nie wiem, bo zawsze wracałam najdłuższą drogą. Przesiadywałam na ławce w parku, żeby tylko oddalić ten moment, gdy przekraczam próg naszego mieszkania, w którym depresja mojego  brata pogasiła wszystkie światła, zasłoniła rolety i kazała nam milczeć. I patrzeć, jak bierze sznur i zakłada pętle, na jego szyję.

Kuba był starszy o 4 lata i zawsze taki skryty i cichy. Takie spokojne, kochane dziecko –  mawiała nasza babcia –  zupełne przeciwieństwo Lenki. Ja uwielbiałam głośno się śmiać, wygłupiać, śpiewać i broić ile wlezie. Brat nie był lubiany na podwórku, bo nie chciał ganiać z innymi chłopakami za piłką, stronił od hałasu i zabawy, wolał książki i siedzenie w swoim pokoju. Najlepiej sam, żeby nikt mu nie przeszkadzał.

Nauczyciele zwracali uwagę rodzicom, że ich syn unika rówieśników, że jest bardzo zamknięty w sobie. Pamiętam, że ojciec nieraz truł mamie, że Kuba jest jakiś dziwny, że może pójść z nim do lekarza, poradzić się kogoś. Że to nie jest normalne, żeby chłopak w tym wieku, nie miał żadnych zainteresowań i kumpli. Mama tylko głaskała go po głowie i  warczała do taty, żeby tak przy nim nie mówił, że sprawia mu przykrość, że widocznie taki już ma charakter. Ja się go trochę bałam,  bo miał taki nieobecny wzrok. Czasami, nagle, przytulał mnie mocno i się trząsł, jakby się bardzo czegoś bał, a zaraz potem uśmiechał się  i czytał mi bajki. Wtedy tego nie rozumiałam, nawet się go wstydziłam, bo na naszym osiedlu ciągle się z niego śmiali. Mówili, że pewnie jest pedałem, dlatego taki grzeczny i cichutki. Tydzień, po jego 16-tych urodzinach, ojciec zabrał mnie ze szkoły w trakcie lekcji. Był zmartwiony, szeptał coś z moją wychowawczynią. W samochodzie, powiedział mi, że jedziemy do szpitala, bo mój brat się bardzo rozchorował, że teraz będziemy musieli wszyscy bardziej na niego uważać. Byłam dzieciakiem, ale już wtedy czułam taką niesprawiedliwość, bo przecież ciągle wszyscy, martwili się tylko o niego. Leżał w szpitalnym łóżku, miał zabandażowane nadgarstki. Mama siedziała przy nim zgarbiona, a ojciec mocno mnie do siebie tulił i powtarzał, że wszystko będzie dobrze. Kłamał, bo było coraz gorzej.

 Psychiatra, psycholog, leki uspokajające, antydepresanty i terapia – to zbiór słów, których szczerze nienawidzę. Nie miałam dzieciństwa, depresja Kuby przysłoniła wszystko, bo każdy przejaw radości gasił jego przejmujący smutek. Albo dziwne wybuchy euforii, takiej krótkiej, nienaturalnej, jakby on sam jej nie rozumiał, jakby się tych stanów obawiał. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale to tak, jakby przerażał go uśmiech, jakby bał się zwykłej codzienności.
Patrzyłam na ojca, który miotał się pomiędzy, skrzętnie ukrywaną flaszką wódki, a byle pretekstem, żeby tylko wyjść z domu. I na mamę skrajnie zmęczoną, pracą i ciągłą walką o mojego brata. Biegającą od gabinetu do gabinetu, z terapii indywidualnych na rodzinne, których nie znosiłam. Bo miały pomagać, a gówno dawały. Rodzice przerzucali na siebie winę, Jakub płakał i powtarzał, że to bez sensu bo i tak nikt  go  nie zrozumie. Ja milczałam, zastanawiając się, czy w ogóle jeszcze ktoś pamięta, że  tu jestem. Że czuję, że tęsknię za dotykiem rąk mojej mamy, za przejażdżką rowerem z moim tatą. Ciągle słyszałam tylko o nowych metodach leczenia, nowocześniejszych ośrodkach, nawet o znachorach. Zupełnie, jakby moi rodzice byli ślepi, że nie tylko Kuba cierpi. Jakby nie dostrzegali, że my wszyscy potrzebujemy pomocy, bo się rozpadamy i oddalamy od siebie.
Wybłagałam szkołę z internatem, bo czułam coraz większą niechęć, do swojego brata. Obwiniałam go, że zabrał mi normalny dom, że wyniszczył psychicznie rodziców. Gdy tylko, dzwonił ktoś z domu, bałam się, że znowu o niego chodzi, że znowu się pociął albo nałykał prochów. Myślałam, że on to robi specjalnie, bo to  przecież niemożliwe, żeby pomimo takiej pomocy i leczenia, nadal w tym tkwić, że to pewnie jego wina, bo było mu tak wygodnie. Lubił te swoje ciemności, tę rozpacz, którą skrzętnie się okrywał, ten stan beznadziei, którą się otaczał i  w której tkwił. Jeździłam do domu coraz rzadziej, nie chciałam już w tym uczestniczyć, odbierałam co piąty telefon od mamy, bo i tak wiedziałam, o kim będziemy rozmawiać.
Ale z drugiej strony ściskały mnie wyrzuty sumienia. Może przez to, że nie wierzyłam w jego zmianę, że zbyt długo patrzyłam na tylko chwilowe zrywy, po których znowu choroba rządziła nim i nami wszystkimi. Do dziś gorzko się śmieję, gdy słyszę, że z depresją można żyć normalnie, że można z niej wyjść.

Trzy lata temu, w Wigilię, gdy wszyscy łamali się opłatkiem i śpiewali kolędy, ja trzymałam Kubę a tata, usiłował go odciąć. Mama krzyczała do słuchawki, żeby się pospieszyli z karetką. A  ja,  przełykałam łzy i błagałam cicho w sobie, żeby jeszcze tym razem zdążyli, żeby choć na chwilę odzyskał świadomość, żebym mogła mu powiedzieć to, co powtarzam za każdym razem, gdy jestem u niego na cmentarzu. Chciałam ci powiedzieć, braciszku, że dziś już wiem, że to nie twoja wina. Że depresja to potwór, jest jak wirus, jak zaraza, przed którą nie ma ratunku. Że źle zrobiłam uciekając, bo przed nią się po prostu nie da. Dziś staram się myśleć, że już jest ci dobrze, gdziekolwiek jesteś, że już nie dręczy cię ciemność, nie dusi ciągły strach, a smutek przestał zabierać twój spokój. Czasem tylko, gdy jestem sama, zasłaniam szczelnie zasłony i gaszę światła. Chowam się w ciemnym kącie, żeby zrozumieć, jak to jest. Wiedzieć, że za oknem świeci słońce, ale go nie widzieć i nie czuć. I już wiem, że  nie ma gorszego piekła.


Wysłuchała Anika Zadylak


Gdyby nie ciągłe wyrzuty i poczucie, że partner do nas „należy”, mielibyśmy takie wspaniałe związki

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
17 maja 2017
Fot. iStock/PeopleImages
 

O tym, że nikogo zmusić do uczuć nie można, wiemy bardzo dobrze, najczęściej przekonując się o tym sami, na własnej skórze. Kto nie poznał smaku nieodwzajemnionej miłości? Choć trudno nam się z nią pogodzić, rozumiemy, że serce nie sługa. Dlaczego jednak nie zawsze potrafimy zrozumieć, że nie powinniśmy winić bliskich nam osób za wiele innych emocji i uczuć?

Wyrzuty to broń, którą posługujemy się chyba codziennie, nie zawsze zdając sobie z tego nawet sprawę. Używamy wyrzutów do manipulowania poczuciem winy partnera, do wpływania na zachowanie naszych dzieci i przyjaciół, do przyspieszania decyzji „po naszej myśli”.

Najczęściej po prostu obie strony zgadzają się na ten mechanizm.

Oto ona i on, razem od kilku ładnych lat. Znają się tak dobrze, że doskonale wiedzą, czego u siebie nie lubią, co ich u siebie wzajemnie drażni. Więc on nie przepada za siatkówką, nudzi go ten sport śmiertelnie. Uważa, że to strata czasu, nie interesują go reguły tej gry. Ale rozumie pasję swojej partnerki i szanuje ja. Ona, kolejny raz, kupuje dwa bilety na mecz ulubione klubu i nie uznaje odmowy. A raczej, daje mu do zrozumienia, że jeśli ją kocha, to powinien pójść. Bo będzie jej przykro. Jaki jest efekt? Najpierw on czuje się winny, bo nie lubi siatkówki, potem dlatego, że marzy o tym, żeby tam nie pójść, ale nie chce sprawić jej przykrości. A ona? Na widok jego reakcji (nie była entuzjastyczna) denerwuje się, że on nie chce spędzić z nią czasu, więc widocznie już mu tak na niej nie zależy. Strzeli focha, zrobi minę zranionej sarny i dopnie swego. Szantaż emocjonalny zadziałał. Ale czy wspólne wyjście wzmocni ich relację? Chyba nie, skoro on idzie tam, bo nie chce jej zawieść, ale gdzieś w środku ma poczucie, że postępuje wbrew sobie. Ona w głębi duszy wie, że zmusiła go do czegoś, czego on nie lubi, tylko po to, żeby przetestować na ile jest w stanie się dla niej poświęcić. Tak naprawdę nikt tu nie zyskał.

Ona i on, razem od lat kilkunastu. Zapracowana żona i mama, zapracowany mąż, trochę mniej zapracowany tata. Nadchodzi sobota, pierwszy wolny dzień dla obojga. On chce wieczorem wyjść ze znajomymi, ona chciałaby wreszcie odpocząć w domu, spędzić trochę czasu z nim i dziećmi. Jest naprawdę bardzo zmęczona. Rozmowa zaczyna się od obwiniania: „Przez ciebie, stracimy znajomych.” (on), „Nie liczysz się z moimi uczuciami, nie obchodzi cię, że jestem zmęczona i będę się tam źle czuła.” (ona), „Nigdy nie pomyślisz o tym, żebym to ja mogła gdzieś wyjść sama i wreszcie odpocząć.” (ona), „Cały tydzień ciężko pracuje, żeby wszystko w domu było, chcę mieć też czas dla siebie.” (on)

W końcu, płacząc, ona ulega. Zostawia dzieci pod opieką babci i wychodzi z mężem na spotkanie ze znajomymi. Ale atmosfera nie jest dobra, napięcie między nimi widzą wszyscy wokół. Choć ogólny bilans miał być dodatni, konflikt powróci przy następnej takiej sytuacji.

Dlaczego on nie może wyjśc bez niej, jeśli rzeczywiście potrzebuje „odskoczni” i nie potrafi zrezygnować ze spotkania? Bo ona nie chce, by poszedł sam i „dobrze się bawił”. Dlaczego on rzeczywiście nie zaproponuje, by to ona odpoczęła i wyszła gdzieś z koleżankami? Bo ona i tak sama nie wyjdzie, przecież go samego z dziećmi w domu nie zostawi…

Gdybyśmy tylko nauczyli się rozmawiać bez wyrzutów, o wiele szybciej i łatwiej dochodzilibyśmy do porozumienia, a postępując w zgodzie ze sobą i nie traktując swoich partnerów jak własności, bylibyśmy wszyscy o wiele bardziej szczęśliwi. Pokazywanie sobie „kto jest silniejszy”, kto bardziej ważny, a kto się ciągle poświęca (z miną cierpiętnika) niewiele ma wspólnego z dobrą, partnerską relacją.


9 rzeczy, których nigdy nie ujawniaj na Facebooku

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
17 maja 2017
Fot. iStock / Hocus Focus Studio

Nigdy wcześniej w historii tak wielu nie ujawniało na swój temat tak wiele. Staliśmy się społeczeństwem niezwykle otwartym, odważnie pokazującym swoje aktywności i chętnie dzielącym się najnowszymi wydarzeniami z życia osobistego (niektórzy aż nazbyt chętnie!). A wszystko przez Facebooka, który na stałe zagościł w naszych smartfonach, komputerach i codziennych zwyczajach – wszak jeśli nie ma cię na „fejsie” to tak, jakbyś w ogóle nie istniał. Zanim jednak wstawicie kolejne zdjęcie lub selfie z rąsi, zameldujecie się, oznaczycie albo napiszecie post, upewnijcie się, że wasz wpis nie zawiera żadnej z rzeczy, których nigdy nie powinno się ujawniać na Facebooku.

Twoje dokumenty z danymi

Nowy dowód osobisty? Świeżo zdane prawo jazdy? Świetnie, gratulujemy, ale też ostrzegamy – wstawianie zdjęć osobistych dokumentów i ujawnianie tym samym swoich danych to ryzykowna sprawa! Imię i nazwisko, adres,  czy pesel widoczne w serwisie społecznościowym mogą komuś posłużyć do kradzieży tożsamości, a tobie przynieść niemałe kłopoty.

Informacje o dzieciach

Przede wszystkim pamiętaj, że raz wstawione do Internetu zdjęcie nigdy nie ginie – nawet jeśli je skasujesz, ktoś mógł je pobrać, skopiować lub wykorzystać do własnych celów. Nigdy nie wstawiaj fotografii roznegliżowanych dzieci, w krępujących sytuacjach czy ośmieszających – choć małoletni, to mają prawo do godności i szacunku! Jak urosną i sami zaczną korzystać z sieci, mogą mieć ci za złe taką otwartość. Dbaj też o to, by nie ujawniać nazwy szkoły, przedszkola czy informacji np. o zajęciach dodatkowych, w których regularnie uczestniczy twoje dziecko – ułatwiasz zadanie pedofilom i porywaczom, którzy tylko czekają na taki „prezent”.

Wakacyjne wyjazdy

Jeśli chcesz wstawić sweet focie z plaży, zrób to już po powrocie do domu – złodzieje też mają komputery i dostęp do Internetu! Ty meldujesz się na drugim końcu świata, a oni mogą bardzo szybko zameldować się u ciebie – i możesz być pewna, że nie wyjdą z twojego domu z pustymi rękami. Dla bezpieczeństwa swoje wyjazdy planuj w gronie najbliższych, a nie publicznie.

Plotki o znajomych

No bo przecież nie jesteś tym typem człowieka! Nawet jeśli znasz najnowszy towarzyski skandal, coś wiesz i język cię świerzbi, by puścić tego newsa dalej w obieg, to Facebook jest najgorszym miejscem na tego typu zachowania. Efekt będzie taki, że wyjdziesz na plotkarę, stracisz dobre imię i zaufanie znajomych. Warto?

Hejterskie komentarze

Dobrze się też zastanów zanim skomentujesz jakieś zjawisko społeczne, wydarzenie polityczne lub medialnie głośną sprawę. Jeśli masz zamiar jedynie „upuścić” swojej złości, skrytykować kogoś w brzydki sposób lub, po prostu, od serca mu nawrzucać, to lepiej odejdź od klawiatury i poczekaj, aż twoje emocje opadną, a myśli się wyklarują – przecież nie chcesz zostać hejterem. Pamiętaj, że twoje komentarze mogą przeczytać wszyscy, nie są anonimowe!

Filmiki lub zdjęcia z imprez

Każdy z nas lubi się dobrze bawić i zaszaleć, ale pewne rzeczy powinny zostać w gronie sprawdzonych przyjaciół. Szczególnie, gdy w grę wchodzi zabawa ze wspomagaczami – zdjęcie lub filmik pokazujący cię „pod wpływem” nie jest dobrym zabiegiem PR-owym, a w dzisiejszych czasach profil na Facebooku jest niczym drugie CV i pracodawcy coraz częściej „prześwietlają” w ten sposób kandydatów do pracy. Zastanów się też, czy czasami nie masz w znajomych proboszcza, nauczycielki swojego dziecka, sąsiadki z parteru albo szefowej – jak spojrzysz im potem w oczy?

Twoje uczucia wobec szefa

Bardzo, bardzo śliski temat. Różnie układają się relacje zawodowe i stosunki z pracodawcą, ale  dla własnego dobra warto przestrzegać jednej zasady – o swoim szefie na Facebooku nic nie pisz! Nawet jeśli nie masz go w znajomych, to może znaleźć się ktoś „życzliwy”, który chętnie mu opowie o twoich publicznych wyznaniach. Świat jest mały, czasami aż ZA mały!

Opinie o byłym

Nie warto palić za sobą mostów, nawet jeśli czujemy się skrzywdzone, wściekłe i zranione. Chcesz sobie ponarzekać na byłego partnera, obgadać go i obśmiać? Kup wino i zaproś przyjaciółki! Facebook nie musi wiedzieć o waszym rozstaniu i twojej złości, więc zapomnij o eks-ie, zostaw go w przeszłości i pokaż swoją klasę – wtedy to dopiero pójdzie mu w pięty!

Uczucia wobec partnera po kłótni

Złość jest bardzo złym doradcą, a pod jej wpływem możemy napisać o jedno słowo za dużo, przez które wyjdziemy na rozhisteryzowane, niekulturalne i tylko dolejemy oliwy do ognia. Rozwiąż konflikt z partnerem w cztery oczy, bo będzie ci potem wstyd i głupio za to, co publicznie napisałaś. Mądra zasada mówi, że własne brudy najlepiej jest prać we własnym domu – o Facebooku nikt tam nie wspominał.

Zapisz


Zobacz także

Nie liczę dni, miesięcy. Ból jednak nie mija…

Rozwiązanie konkursu „Przepis na prawdziwą miłość”

Rozwiązanie akcji „A co ty byś sobie podarowała w prezencie”