Daria Ładocha: „Życie ma czasem smak pierogów z truskawkami – jest ciepłe, słoneczne, pachnące”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
11 czerwca 2017
Daria Ładocha/fot. Jarosław Roger Berdak
Daria Ładocha/fot. Jarosław Roger Berdak

Gotowanie to dziś styl życia. Można na nim zarobić, można się nim pochwalić w mediach społecznościowych, można dla niego rzucić karierę w korporacji. Ale ciągle zapominamy, że gotowanie, a raczej to, co z niego wyniknie, to przede wszystkim wspaniały element jednoczący rodzinę i bliskie sobie osoby nawet wtedy, gdy jest się bardzo zajętym. O tym wszystkim rozmawiamy dziś z Darią Ładochą – miłośniczką zdrowego żywienia, mamą i trenerem kulinarny z zakresu kuchni tajskiej.

Anna Frydrychewicz: Dziś wszyscy propagują slow food i hygge, radość z przeżywanej chwili, uważność, celebrowanie posiłku. Pani książka „Kuchnia dla zajętych kobiet i mężczyzn” to trochę ścieżka „pod prąd”…

Daria Ładocha: To jest moja idea nowoczesności –  zadbać nie tylko o to co jemy, ale również jak jemy i z kim jemy. „Dania w 15 minut” mają dać nam więcej czasu na spożywanie posiłku, więc w zasadzie wpisuje się to doskonale w ideę slow food. Czas przygotowania to kwadrans. To, co zostaje, poświęcimy na zjedzenie posiłku z bliskimi. Na tym właśnie polega sztuka pielęgnowania relacji. Dobrze pamiętam, jak moja mama wchodziła do kuchni i spędzała tam pół dnia. Nie miała dla nas czasu, choć chciała dla nas jak najlepiej – żebyśmy były bardzo dobrze odżywione i wkładała w to wiele serca. A mi brakowało jej obecności. Dlatego zamiast gotować pół dnia wolę przygotować coś szybko i mieć czas dla dzieci.

Codziennie gotuje Pani dzieciom?

Staram się, by codziennie w domu zjadły talerz ciepłej zupy, ale główne posiłki na co dzień jedzą w szkole i przedszkolu. Gotuję w weekendy.

Wtedy to jest małe święto, wspólne gotowanie?

Gotowanie w moim domu to nie jest święto. Raczej celebrujemy wspólne spożywanie posiłków. Często jest tak, że przygotowuję posiłek na cały weekend już w piątek, żeby mieć czas w sobotę i niedzielę, dzięki temu mamy też pole do manewrów, np. wczoraj smażyłyśmy razem z córką naleśniki.

Co to daje takie wspólne przyrządzanie posiłków z dziećmi?

Bałagan . A na serio – bardzo scala. Ten czas spędzony z dziećmi w kuchni jest czasem, który bardzo buduje więzi. Dzieci czują się ważne: mogą decydować o tym, co jedzą. Mogą wpływać na cały proces przygotowania posiłku, a potem chętniej go spożywają. Ale tu również chodzi o rozwijanie zdolności manualnych, o uczenie się smaków i ich łączenie. Dając dzieciom przywództwo w kuchni budujemy w nich poczucie wartości, pewność siebie, poczucie sprawstwa, satysfakcję. Samo gotowanie jest tylko pretekstem do budowania relacji.

A dla Pani, tak osobiście, czym jest gotowanie?

Dziś – pracą. Ale gotowanie było, jest i będzie moją pasją. Od tego się wszystko zaczęło. Kiedyś pracowałam w agencji reklamowej, zajmowałam się czymś zupełnie innym. Pewnego dnia postanowiłam, że nie chcę być w tym miejscu, w którym wówczas byłam. Zamknęłam się w kuchni, zaczęłam pisać bloga, gotowałam dla mojej córki. Z tej pasji wyszła mi fantastyczna historia spełnionej kobiety, matki, która łączy miłość do gotowania z pracą.

Jak się pisze o gotowaniu?

Pisze się szczerze. Wszystkie słowa, które zapisałam na kartkach każdej ze swoich książek płynęły prosto z serca. I pachniały innym aromatem. Sam proces gotowania i smakowanie jest przyjemną formą. Ale pisanie to przelewanie na papier uczuć, emocji, tych wrażeń, które towarzyszą temu procesowi. W myśl Ajurwedy ważne jest również to, w jakim jesteśmy stanie emocjonalnym, kiedy gotujemy. Gdybyśmy teraz ugotowały z tych samych składników zupę, to proszę mi wierzyć, byłyby to dwie, zupełnie różne zupy. Dlatego tak bardzo smakuje nam kuchnia naszych mam. Są kobiety, które zupełnie nie potrafią gotować, ale ich dzieci zawsze powiedzą, że w dzieciństwie dostawały najpyszniejsze dania na świecie. Mamy wkładają całe serce w te posiłki i to czuć.

Fot. Facebook/Daria Ładocha

Fot. Facebook/Daria Ładocha

To prawda, że jak jesteśmy zakochani, to gotujemy inaczej?

Oczywiście. Stan naszego umysłu wpływa na to, jak gotujemy. Proszę mi wierzyć, gdy na warsztatach mam pięć grup i wszyscy gotujemy tę samą zupę, krok po kroku, pod koniec okazuje się, że  każda zupa smakuje inaczej.

A jak smakuje życie?

Codziennie inaczej. Raz smakuje jak lody śmietankowe. I wtedy jest to sielski czas z rodziną. Raz smakuje jak zupa ostro-kwaśna i wtedy jak petarda sunę do przodu mimo przeciwności losu.  Raz smakuje jak jajko na miękko: jest proste, szybkie i nie wymaga od nas zaangażowania. A czasami smakuje jak pierogi z truskawkami – jest ciepłe, słoneczne, pachnące.

A dziś?

Dzisiaj smakuje jak ogromna beza z dużą porcją serka mascarpone i truskawek. To wspaniale smakuje!

Czy ludzie rozumieją Pani kuchnię?

Mam nadzieję, że tak. Staram się im dawać proste rozwiązania. Dobrze wiem, jak pędzi dziś życie. Wiem, jak trudno być matką, żoną, kobietą, pracownikiem. Jak to wszystko trudno pogodzić. Dlatego zwykłam mawiać: zacznij od prostych dań. Nie od razu Rzym zbudowano. Najtrudniej jest zrobić pierwszy krok – jak ze wszystkim.

Obejrzałam mnóstwo filmów o gotowaniu. Jednak przeważają w nich historie szefów kuchni, a nie szefowych. Faceci gotują lepiej?

Nie wiem skąd to przekonanie. Patrząc na szefów kuchni w restauracji, rzeczywiście dominują mężczyźni, ale dlatego, że to jest ciężka praca – fizycznie i psychicznie. Kobiety mają trudniej, jeśli chcą pogodzić macierzyństwo z byciem szefem kuchni – bo to jest praca 24 godziny na dobę. Ale wracając do pytania: są kobiety, które gotują świetnie i nie są szefami kuchni, są mężczyźni, którzy gotują słabo i zostają szefami kuchni. Tu nie ma reguły.

Kiedy to, co gotujemy, smakuje nam lepiej? Rano, czy popołudniu, a może te odczucia są w ogóle nie związane z porą dnia?  

Nie ma zasady. To jest trochę jak z pisaniem książki – albo jest natchnienie albo nie. Myślę, że najgorszą formą gotowania jest gdy gotujemy na siłę. Jeśli nie masz ochoty – nie gotuj. Znowu kłania się Ajurweda (śmiech)

Chyba większość z nas gotuje dziś z musu…

To jest przede wszystkim kwestia zmiany podejścia. Kiedy rano gotuję dzieciom owsiankę, to myślę o tym, że zjedzą dobry, ciepły posiłek rano, że to nasyci je na cały dzień. To, co wrzucę im to do garnka, to będzie „wartość dodana” ode mnie, która da im energię i radość na cały dzień. Ta świadomość sprawia, że każdego dnia staram się przygotować im co innego. A uśmiech, miłość, troskę, zainteresowanie będą czuły cały dzień. Jeśli tylko się tego zechce, gotowanie może być piękną historią o miłości.

A forma podania dania?

Prawdą jest, że jemy oczami, ale dzieci lubią proste rzeczy. Finezja na talerzu bardziej cieszy dorosłych.

Woli Pani zjeść w restauracji czy w domu to, co sama Pani przygotuje?

Dobre pytanie. Niezależnie czy to mój dom, czy restauracja, najważniejsze jest z kim jem i w jakich emocjach oraz to, co się dzieje dookoła. Czasem cudowna jest kolacja z rodziną, a czasem super szybki lunch z przyjaciółmi. To radość z tego posiłku jest najbardziej istotna.

„A przez żołądek do serca” to trafne określenie?

Oczywiście. Każdy lubi dobrze zjeść. To wywołuje pozytywne emocje. Jedzenie wpisuje się w nurt sztuki uwodzenia.

Dla kogo napisała Pani tę ostatnią książkę?

Dla ludzi, którzy chcą świadomie się odżywiać. Dla tych, którzy chcą rozpocząć swoją przygodę z gotowaniem. I dla ludzi, dla których ważna jest dbałość o jakość swojego życia. Dla zapracowanych kobiet i mężczyzn.


Całe życie pomagali zwierzętom, w pożarze stracili dosłownie wszystko. Dziś oni potrzebują pomocy, nie pozostańmy obojętni

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
11 czerwca 2017
Fot. Screen z YouTube /
Fot. Screen z YouTube / Super Stacja TV

Był sobie dom. Dom szczęśliwy, pełen miłości, tej najprawdziwszej. Do siebie nawzajem i do zwierząt, zwłaszcza tych bezdomych, którymi zajmowali się od ponad 30 lat, wspólnie, przygarniając, pomagając im wydobrzeć, dając im nowy start i bezpieczne schronienie. Było pięknie, aż w życiu pani Marioli i pana Kazimierza wydarzyło się nieszczęście. W styczniu ogień zabrał dom – cały dobytek, a przede wszystkim ukochane zwierzaki. Zostali z niczym. Pomagali innym przez kilkadziesiąt lat, dziś sami potrzebują pomocy, choć o nią nie prosili.

Od stycznia mieszkają na zapleczu sklepu, w którym pracują. Stracili wszystko, co mieli, ale najbardziej żałują tego, że w pożarze zginęły ukochane dwa psy, dwa koty i para królików. To na to wspomnienie pojawiają się w ich oczach łzy, powraca żal i rozpacz. Pan Kazimierz mówi o swoich zwierzętach, w sposób szczególny, z miłością i troską, której nie słyszy się często. Skąd ta miłość się wzięła? Właściwie nie wiadomo. To jego żona wychowywała się wśród kotów i psów, on w dzieciństwie  miał jedynie akwarium. Ale, jakoś się tak się złożyło, że odkąd są z panią Mariolą razem, dają schronienie wszystkim potrzebującym, zagubionym i porzuconym zwierzakom. I zanim ogień zabrał im dom, mieszkało w nim wiele, bezpańskich dotąd Burków, mruczków i mniejszych pupili. Kiedyś policzyli, że rocznie przychodziło i odchodziło w sumie około kilkudziesięciu sztuk. Tu miały opiekę, miłość i pełną miskę. Skąd brały się te zwierzęta? Znajdowali je na ulicy, podrzucali im je znajomi i nieznajomi. Jak można było nie pomóc?

– Nasze całe życie wspólne upłynęło pomiędzy zwierzakami – opowiada pan Kazimierz. – W tej chwili mamy 7 psów, 5 kotów, kilka królików, gołębia grzywacza. U nas tak było zawsze. Na drugą miesięcznicę (tak, tak – pani Mariola i pan Kazimierz od ponad 30 lat świętują miesięcznicę zawarcia związku małżeńskiego – przyp. red.) podarowałem żonie jaskółkę, która wypadła z gniazda. Potem doszedł kociak, z tego kociaka zrobiło się siedem kociąt, bo jedna z kocic przyszła i podrzuciła nam swoje dzieci. Zostawiła je na schodach, zamiauczała, jakby chciała powiedzieć: „A teraz wy wychowujcie, pora płacić alimenty, skoro to wasz kocur narozrabiał. I tak nagle mieliśmy kota i siedem kociąt. Bardzo je kochał, opiekował się nimi. Był dobrym ojcem”.

Czas płynął sielsko do momentu, kiedy w domu wybuchł pożar. Pani Mariola i pan Kazimierz wracali wtedy z pracy, o zdarzeniu poinformowała ich córka. Kiedy pytam, jak doszło do tej tragedii, nie rzucają oskarżeń, nie snują teorii.

– Nie chcę mówić na ten temat – mówi pan Kazimierz – nie chcę dociekać przyczyny. Mogę tylko powiedzieć, że nigdy w życiu bym nie podejrzewał, że można dostać tyle dobra od innych ludzi. Dzięki nim, w tej chwili zaczęliśmy budowę nowego domu. Ludzie pomagają nam z dobrego serca. Do tej pory spotykały nas raczej nieprzyjemne rzeczy. Ale w tej chwili, tyle serca dostaliśmy od innych.

Pani Mariola i pan Kazimierz są wyjątkową parą. Poznali się – jak zaznacza pan Kazimierz – 32 lata i 9 miesięcy temu. – Ja pochodzę z Wybrzeża Szczecińskiego, a żona z Wołomina. Dzieliło nas ponad 500 km, ale kiedy mojej żonie urodził się siostrzeniec – ją poproszono na chrzestną, mnie na chrzestnego. Strzał był „ostateczny”. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Przed ślubem znaliśmy się 9 miesięcy i 9 razy się widzieliśmy. No właściwie ten 9-ty raz, to na naszym ślubie. Szalone tempo, szalone życie.

O swojej pomocy zwierzętom, pan Kazimierz mówi z olbrzymią skromnością. – Na ile można było pomóc, na tyle się pomagało. Przez 32 wspólnie spędzone lata, były dwa dni, w których nie byłoby z nami jakiegoś zwierzaka. W nowym domu na pewno znajdzie się miejsce dla nich wszystkich. Mamy w tej chwili w sklepie kilka zwierząt, które powinny wrócić do domu: kilka ptaków, kilka żółwi, jeża afrykańskiego, którego córka znalazła przez ogłoszenie „pilnie oddam”, mamy parkę popielic. Córa pracuje w schronisku dla psów, przyniosła je tam straż miejska, i są tak z nami od 1,5 roku. To są tak piękne zwierzaczki, warto na nie popatrzeć, choć to typowo nocne gryzonie.

Pomoc państwu Zuchorom odbywa się metodą „składkową”. Ktoś przygotował plan domu, ktoś zajął się instalacją elektryczną, ktoś inny dachem. Ale pieniędzy wciąż brakuje. Dlatego bardzo was prosimy: jeśli tylko możecie, otwórzcie serca – liczy się każda wpłata.


Reportaż o pani Marioli i panu Kazimierzu znajdziecie tutaj.

Jak pomóc?

Zbieramy na odbudowę spalonego domu. Wpłat na cegiełki dokonywać można na:

BGŻ BNP PARIBAS SA

Fundacja Bonum Animae

Cele statutowe/dom/Zuchorowie

(złotówki) 17203000451110000004263240  (euro) 91203000453110000000367850

Przelewy z zagranicy (euro) : SWIFT GOPZPLPWXXX PL91203000453110000000367850

Paypal: fundacja.bonumanimae@gmail.com

Lub pomagam.pl/budujemydom

 

 

 


Prawdziwa miłość czy przelotny romans? 3 sygnały, które powiedzą ci prawdę o twoim związku

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
11 czerwca 2017
Kobiecość, pewność siebie, zgrabna figura i bliskość w związku - jak je zdobyć? Zatańcz
Fot. iStock / jeffbergen

Miłość bywa bardzo „nielogiczna” i sprawia, że podejmujemy zaskakujące decyzje. Czasem takie, których konsekwencje bardzo trudno odwrócić. Gdyby tak można było wiedzieć szybciej, czy relacja, którą właśnie nawiązujemy to tylko romans, czy coś trwałego i wartego niektórych zmian, prawdopodobnie ominęłaby nas cała masa kłopotów, wylanych łez i złości na samego siebie. Tymczasem silne przyciąganie, które odczuwamy na początku znajomości wzmaga produkcje serotoniny i dopaminy – hormonów, które mówiąc wprost, sprawiają, że w miłości „głupiejemy”.

Oczywiście, można zawsze powiedzieć, że najlepszą odpowiedź na pytanie: „czy to prawdziwa miłość, czy chwilowe zauroczenie?” da ci czas. Że to on pomoże ci odróżnić prawdziwe intencje – nie tylko po stronie twojego partnera, ale również twoje własne (ile razy zdarzyło ci się spotykać z kimś, a potem niespodziewanie zauważyć, że ta osoba wcale nie jest „w twoim typie” i właściwie niewiele jest rzeczy, które ci w niej odpowiadają?). Ale nie zawsze musisz czekać na rozwój wydarzeń. Są trzy sygnały, które pomogą ci nieco bardziej „trzeźwym” okiem spojrzeć na twoją relację i wasze uczucia.

1. Twój partner jest w stosunku do ciebie czuły i troskliwy „po prostu”, a nie dlatego, że oczekuje, że wylądujecie razem w łóżku

Kiedy naprawdę kogoś kochasz, seks odgrywa w twoim związku ważną rolę, ale jest tylko jednym ze sposobów wyrażania troski i miłości. Prawdziwa miłość jest pielęgnowana i umacniana przez obu partnerów, którzy szanują się nawzajem. Prawdziwa miłość to więcej niż zbliżenie i przyjemność płynąca z seksu. To troska o twoje samopoczucie, poczucie bezpieczeństwa, komfort psychiczny i fizyczny. Jeśli twój brak ochoty na zbliżenie w jakimś momencie, jest „karany” przez partnera chłodem i brakiem zainteresowania, trudno mówić o szczerym i bezinteresownym uczuciu z jego strony.

2. Twój partner zapoznaje cię z ludźmi, którzy są dla niego ważni

Jeśli osoba, z którą się spotykasz wprowadza cię do „swojego świata” i daje ci sygnały, że pragnie byś została jego częścią, jeśli chce dzielić z tobą swoje zainteresowania, pasje, chce pokazać ci swój styl życia – możesz odczytać to jako znak, że jesteś dla niej kimś naprawdę ważnym, że „widzi” was razem w dalszej perspektywie. Bardzo istotny jest moment, w którym poznajesz inne, ważne osoby w życiu swojego partnera. Jeśli to się dzieje intencjonalnie, a nie przypadkowo, jeśli jesteś przedstawiana jako „życiowa partnerka” (każde słowo nie pozostawiające wątpliwości, że łączy was poważna relacja miłosna, jest tu odpowiednie), a nie „znajoma”, świadczy to, że twój partner myśli o waszym związku „na poważnie”, a nie jako o przelotnym romansie.

Psycholodzy mówią, że powinnaś poznać przyjaciół swojego partnera w ciągu czterech pierwszych miesięcy związku. Jeśli tak się nie stanie, a ukochany na prośby o spotkanie z jego znajomymi reaguje nerwowo, zdecydowanie nie jest to sygnał zachęcający do kontynuacji relacji.

3. Twój partner snuje plany na wspólną przyszłość

Oczywiście, raczej nie od razu po pierwszej randce (choć zdarzają się pary, które „wiedziały od razu, że to właśnie to”). Jeśli mężczyzna, którego właśnie poznałaś, z entuzjazmem opowiada ci o tym jak w przyszłym roku weźmiecie ślub, a potem urodzisz mu czwórkę dzieci, jest to raczej przerażający początek znajomości. Chodzi o raczej o krótkie sygnały, że on zdecydowanie „uwzględnia cię” w swoich planach i najbliższych wydarzeniach życiowych (obecność na ślubie przyjaciela, wspólny wypad ze znajomymi nad morze), a nie dba przede wszystkim o swoje poczucie wolności i brak „ograniczeń” wynikających z jakiegoś emocjonalnego zobowiązania wobec ciebie.

Nie spiesz się nigdy z wyznawaniem miłości, ale przede wszystkim – znaj swoją wartość. Kiedy jesteś w naprawdę dobrej, zdrowej relacji, uczucie bycia kochanym i cenionym przez swojego partnera przyjdzie naturalnie.


Na podstawie: psychologytoday.com

 


Zobacz także

fot. iStock/ Jacob Ammentorp Lund

Baba babie wrogiem. Połóż kres nienawiści do innych kobiet

Fot. iStock/_jure

Odkryj w sobie Superwoman. Czy twój język ciała sprawi, że będziesz silniejsza?

Fot. iStock

Regulamin akcji „7 dni dla siebie”