„Jak to dajesz im mrożonki?!” – czyli kochająca matka ma dla dzieci zawsze dwudaniowy obiad. A ja nie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
18 grudnia 2017
Fot. iStock/maximkabb
 

Co jest złego w mrożonkach? Nic, dopóki nie masz dzieci. Jeśli nadal nie rozumiesz, wyjaśniam: dzieci, zadbane i kochane, mrożonek nie jedzą (nawet po odgrzaniu). Dzieci zadbane i kochane jedzą tylko „domowe”. Skoro nie rozumiesz, jesteś złą matką.

Pochodzę z domu, w którym po przyjściu ze szkoły zawsze czekał na mnie dwudaniowy obiad, przyznaję. Zupa (moja ulubiona pomidorowa) i drugie były obowiązkowe. A do drugiego – surówka. Jasne, że zakładałam, że w moim „dorosłym” domu będzie tak samo. I jakiś czas tak było. Ten magiczny czas spędzony razem przy stole to nie żadne bujdy na resorach, to jest rzeczywiście fajne i pozytywnie działa na rodzinne relacje – jest czas na rozmowę, na bycie ze sobą, na przyjrzenie się sobie uważniej, nawet jeśli słychać jedynie „proszę cię, jedz!”.

Odkąd jestem samotną mamą, bywa różnie. To proste. Brak mi czasu na codzienne gotowanie, bo biegnę bez tchu z domu do przedszkola i szkoły, potem do pracy, po zakupy i z powrotem do szkoły i przedszkola.

Pewnie nie jestem najlepiej zorganizowana, bo prościej byłoby przygotować gar zupy na kilka dni i zapakować do lodówki michę mielonych z koperkiem. Ale jakimś dziwnym trafem, to się udaje naprawdę rzadko. Bo jak już przyjdzie chwila wolnego, brak sił. Albo po prostu fajniej jest usiąść z dziećmi na dywanie i pograć w chińczyka, wyjść na spacer, pójść na wspólny rower. Więc najczęściej jemy to, co zdążę przygotować już w domu, nierzadko korzystamy z wałówki od dziadków albo… No właśnie. Albo zjadamy pierogi, kupione w pobliskiej, osiedlowej garmażerii. (Szczytem obciachu są nasze mrożonki, które wiele pań przyprawiłoby pewnie o zawał. „Jak to z mrożonek?! Ty wiesz, co tam jest w środku, ile to ma czasu, kto to przygotował?!”. Jedna z moich koleżanek powiedziała mi raz wprost: „Nie ufam mrożonkom”. )

Albo raz na ruski rok, jemy pizzę, zamówioną w ulubionej restauracji. I jasne, zdarza się, że dwudaniowy obiad zmienia się w jednodaniowy. Zawsze mam wtedy z tyłu głowy poczucie „Jezus Maria, dobrze, że moja mama tego nie widzi”. Miałabym za uszami. Bo przecież „to nie jest jedzenie”, „tak się dzieci nie karmi” i „jak oni mają być zdrowi?”. Ano, jakoś odpukać są. Dzień z pizzą to nawet przysłowiowe „święto lasu”, moment, kiedy zostaje najlepszą matką na świecie. I dobrze mi z tym nawet, choć nie przyznam się rodzicom. Patrzę na szczęśliwe miny moich dzieciaków i wiem, że nie popełniłam zbrodni.

Wiecie co? My się po prostu już „nie spinamy”. „Już”, bo kiedy było nas w domu o jedno więcej, napięcie towarzyszyło nam cały czas. Dopiero teraz zdarza nam się postawić talerz z kanapkami na dywanie, nakruszyć nieco na kanapie, a wieczorem nie być w łóżku o 20 tej, bo ważniejsze są pogaduchy. A z córką mogę nawet zabalować przed domowym kinem do 22- giej (pod warunkiem, że lekcje odrobione, oczywiście!), jeśli tylko na Polsacie leci „Merida Waleczna”. I to są najdroższe, najfajniejsze momenty razem. Nie zawsze mamy dwudaniowy obiad. Ale jesteśmy szczęśliwi, spokojni, zdrowi i dbamy o siebie nawzajem.

Na koniec przyznam nie bez wstydu, że zdarzyło mi się zebrać z dywanu śpiącego syna i na śpiocha przebrać go w piżamę. Tak, bez mycia zębów. Umyliśmy dopiero rano…


Właśnie, że kupię sobie taką choinkę jak chcę. Bo były mąż mówił, że mała wystarczy

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
20 grudnia 2017
Fot. iStock/SrdjanPav
 

Kilka dni temu koleżanka wysłała zdjęcie. Na tym zdjęciu choinka – piękna, wielka, ślicznie ustrojona. Drzewko – marzenie. I jeszcze podpis: „Bo były mąż zawsze mówił „po co duża choinka, w doniczce wystarczy”. „Jezus Maria” – pomyślałam – „przecież to o mnie”. Ta choinka to symbol mojego życia. To znaczy tego, które właśnie zaczynam. Tego „potem”. Od dziś koniec z rezygnowaniem z marzeń. Nawet z tych o dużej choince w małym mieszkaniu. A przede wszystkim, o spokoju w domu.

Siadam sobie wieczorem z kanapką na mojej ukochanej sofie. Dzieci śpią. Właśnie, że będą teraz oglądać telewizję, mimo, że pewnie rozsądniej byłoby się położyć do łóżka. Albo przynajmniej spróbuję obejrzeć jakieś wiadomości, zanim zasnę. Pierwsza, odruchowa myśl? „Matko Boska, gdzie jest tacka, przecież zaraz tę kanapę uświnię?! Upaćkam jak nic”. I za chwilę rozum wraca.

Uspokój się, nie masz trzech lat, nie wetrzesz w nią łapami majonezu, a jak nawet nakruszysz to posprzątasz. Nikt na ciebie nie patrzy z wyrzutem, nie wydrze się znacząco: „Wiesz, ile to kosztowało?! (nie bułka z szynką, rzecz jasna, tylko kanapa w gustowny rzucik), wiesz, ile ja to będę czyścił?! „. Co ja wtedy robiłam? Na paluszkach przechodziłam do stołu albo jeszcze lepiej do kuchni, bo tam płytki, to już naprawdę łatwo zmyć i nikt nic nie zaważy nawet jak dżemem nakapiesz. I ta jego mina, tez wzrok mordercy na widok czerwonej plamki na białej posadzce…

I chociaż to już było, chociaż to już skończone, taką mam ochotę kiedyś specjalnie tym dżemem nakapać…

Swoją drogą, co ci się działo ze mną takiego, że ja po pierwszym tekście o płaceniu za praniu kanapy i o tym, że, „wszyscy jesteście leniwi w tym domu”, nie pokręciłam mu po prostu kółka na głowie i nie postukałam znacząco w czoło? Do dziś nie potrafię zrozumieć.

Wyciągam odkurzacz i nie czuję oddechu na plecach. Nie słyszę, że źle odkurzam, nie tą końcówką, nie takimi ruchami i nie w takim tempie. Że on wie lepiej, a mi nie ufa. A w ogóle to tak mi nie ufa, że zabierze ten odkurzacz ze sobą do pracy, żebym więcej źle nie odkurzała.

Rano myję zęby i nie zastanawiam się, czy równo pluję i czy po każdym pluciu spłukuję ładnie brzeżki umywalki, bo wiem, że nikt obok nie stoi i nie pilnuje, komentując, że to „obrzydliwe”. Pluję sobie spokojnie w głowie błądząc myślami gdzieś daleko i myjąc te zęby trochę dłużej niż trzy minuty, ale mam to w nosie, bo perfekcyjnie odmierzającej czas (na górę i dół) wibrującej szczoteczki elektrycznej brak. Jak skończę, to sobie opłuczę co trzeba, zgarnę nieposkładane wcale do kupy dzieciaki i pobiegnę do metra, nie bojąc się, że ON już przecież na mnie czeka w samochodzie. Zdenerwowany, a więc zły. A dzieci spięte, przestraszone, milczące. Na wszelki wypadek, żeby bardziej nie zdenerwować.

Ach, samochód. Ten, w którym nawet podczas długiej podróży nad morze nie wolno było nakruszyć, że o wymiotowaniu nie wspomnę. Ten, w którym śpiewać też nie wolno, bo słuch absolutny pana i władcy każdy najmniejszy fałsz wykryje, skrytykuje i zabierze całą radość z bycia razem, z wyjazdu na wakacje.  A ja śpiewać kocham. I moje dzieci podobnie. I dziś śpiewamy głośno, kiedy mamy na to ochotę.

Kiedy zaprosimy znajomych na obiad, nie będziemy szorować przez pół tygodnia podłóg, ani robić ciasta, którego nie wolno będzie dotknąć ani nawet spróbować, zanim przyjdą. Nie będziemy układać na półkach książek pod linijkę i pilnować, żeby nikt nie wyjął, gdyby naszła go, nie daj Boże, ochota na czytanie, bo jak raz ułożone, to już wyjąć nie można.

I nawet zaczęłam myśleć o psie. Tak, takim co ma sierść, a z pyska czasem mu coś poleci. Takim, co kiedy szczeka, nie myśli o tym, czy fałszuje.

Idę po choinkę. Wielką. Taką, żeby mi pół salonu zasłoniła gałęziami. A potem powieszę na niej niepraktyczne bombki, niesymetrycznie. I we wszystkich kolorach tęczy. A anielskie włosy będą mi się walać po dywanie. Odkurzę po świętach. Zrobię sobie sama dobre życie. Takie, jak chcę.


Niespełnieni i niedoświadczeni w miłości wiedzą o niej niewiele. A jednak kochają udawać ekspertów od naszych związków

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
7 grudnia 2017
Fot. iStock/fabianaponzi

Wpadła do mnie bez zapowiedzi, bo chyba podskórnie wyczuwa (od lat), jak bardzo tego nie lubię. Umościła się wygodnie na kanapie i głośno skomentowała fakt, że pracuję. W dzień. W domu. A nie w pracy, jak „normalni ludzie”. Wie doskonale, że mam dokładnie wyliczoną ilość czasu, którą muszę poświęcić na wywiązanie się z zawodowych obowiązków, by zdążyć ogarnąć „życie domowe” (odbiór dzieci z przedszkola, zakupy, obiad). Ale specjalnie jej to nie wzrusza. Moja ciocia. Całe życie sama i całe życie wszechwiedząca. Wszystko o wszystkich, ale najwięcej o miłości. I zdradach.

Jedno spojrzenie i już wie. „Jak ty wyglądasz? Na pewno się pokłóciliście. Zdradza cię, prawda? On od początku mi się nie podobał. Wiedziałam, że to nie jest facet dla ciebie”. Nic nie wiedziała, od początku była moim mężem zachwycona, ale chętnie się wypowie. Zawsze. Co jej szkodzi? Jest w tym wieku, że „jej wolno i ma prawo dzielić się ze mną swoim doświadczeniem, jako starsza kobieta z młodszą”. A że doświadczenia brak, to nie szkodzi. Liczą się dobre chęci.

Jak to możliwe, że ludzie, którzy o związkach i miłości mają najmniejsze pojęcie, tak chętnie wtrącają się w uczucia innych? Łączą ich w pary, rozwodzą, sugerują romans?… Jak to możliwe, że ci, którzy nie zaznali życia we dwoje, pod jednym dachem i w jednym łóżku, dzień w dzień, w zdrowiu i w chorobie, z taką łatwością feruję wyroki i oceniają decyzje innych?

Ciotka nigdy nie wyszła za mąż, chyba nawet z nikim się nigdy nie spotykała. Całą wiedzę o miłości czerpie z teorii, czyli… z ukochanych seriali. W nich znajduje rozwiązanie na problemy życiowe swojej starszej bratanicy, odpowiedź na pytanie „czy powinnam go rzucić”, zadane przez tę drugą, młodszą. Uważa też, że serialowe intrygi (zwłaszcza takie, podczas których jedna pani w podstępny sposób chce odebrać drugiej pani ukochanego mężczyznę), to „samo życie” i że tak się dzieje w każdym związku. Przykład? Tysiące razy słyszałam od niej, żebym nie zapraszała do domu przyjaciółek w weekend, gdy jesteśmy całą rodziną razem. „Nigdy nie wiadomo – mówiła – Facet to tylko facet, można go sobie okręcić wokół palca i tyle go zobaczysz. Kontrola to podstawa zaufania”.

Ciocia nie potrafi zrozumieć, że mężczyzna ma również wolną wolę, uczucia, o mózgu nie wspomnę. Nie potrafi uwierzyć, że jeśli się kogoś kocha i jest się z nim szczęśliwym, zdrada nie wchodzi w grę. Uważa, że osobą odpowiedzialną za małżeństwo czy związek jest kobieta. To ona do niego doprowadza i ona może go… rozbić.

Na studiach miałam koleżankę. Fajną, młodą dziewczynę, otwartą na ludzi i miłość, zaczytaną w psychologiczne powieści o miłości, namiętną fankę komedii romantycznych. Spragnioną uczucia. Ale jakoś tak jej się poukładało, że nigdy nie „była z nikim”.  Nie zakochiwała się „od tak”, właściwie nie zakochiwała się wcale, choć bardzo tego pragnęła. Pewnego dnia, przyjaciółka przedstawiła jej swojego chłopaka. Moja koleżanka nie była zadowolona, jak zresztą za każdym razem, gdy ktoś z jej otoczenia odnajdywał swoją „połówkę”. Długo nie mogła pogodzić się ze związkiem przyjaciółki, długo szukała „dziury w całym”, starając się radzić jej jak być dobrą partnerką, choć sama nigdy nią nie była. Była jak cień dla tej relacji, chciała wiedzieć wszystko i sterować przyjaciółką. Przyjaźń się skończyła, związek przetrwał do dziś.

Mam znajomą. Przychodzę do niej czasem na kawę albo na zieloną herbatę. Nigdy nie pijemy razem wina, nigdy nie zanosimy się płaczem rozmawiając o naszych życiowych i miłosnych rozterkach. Czuję, że gdybym znalazła do niej klucz, opowiedziałaby mi historię, o którą nikt jej nie podejrzewa. Skąd wiem? Bo wali mi się uczuciowy świat, nie daje dobrych rad, nie udaje, że czegoś doświadczyła.

Wie, że muszę sobie poradzić w tym wszystkim sama. Raz tylko szepnęła do mnie, gdy nie mówiąc o co chodzi szlochałam w głos siorbiąc rumianek z zielonego kubka w koty: „Płacz. Ja wiem co to znaczy, zrezygnować z miłości”. Zrozumiałyśmy się bez słów.