Mam to wszystko w … , czyli jak się uodpornić na codzienność

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
8 listopada 2017
Fot. istock/Martin Dimitrov
Fot. istock/Martin Dimitrov
 

Patrzysz na ludzi, którzy zdają się mieć nerwy ze stali i przeklinasz w duchu swoją „wrażliwość”. Znowu zdenerwowała cię rozmowa telefoniczna z twoją własną matką, niekompetencja twoich współpracowników, korki na mieście, problemy w szkole twojego syna. Słowem – życie. Wieczorem parzysz sobie jakieś ziółka, ale poziom stresu nie spada. Rano wstaniesz już lekko podenerwowana i byle błahostka sprawi, że obudzi się w tobie niepotrzebna złość.

Kiedy jako nastolatka denerwowałam się problemami z przyjaciółką, szkołą, rodzicami, moja babcia mawiała po staroświecku „miej wszystko niżej krzyża”. Było w tym tyle uroku, uśmiechu i tyle prawdy, że negatywne myśli same znikały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ale w dorosłym, normalnym życiu trudniej wyrobić sobie umiejętność „filtrowania” tego, co powinno nas dotykać i odrzucania tego, czym sobie głowy zawracać nie warto. Bo życie jest na to za krótkie.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, jednak zdaniem psychologów, wystarczy jedynie poćwiczyć kilka strategii i zdać sobie sprawę z kilku prostych mechanizmów.

Jeśli często zwracasz uwagę na to, że łatwo dajesz się wyprowadzić z równowagi, tylko wzmacniasz swoją nadwrażliwość

Dlatego pielęgnuj te momenty w życiu, w których wykazujesz się odpornością. Chwal się za każdy trudny moment, w którym nerwy „nie puściły”, za każdą trudną rozmowę, której nie odtwarzałeś potem w myślach w nieskończoność, w stresie. Teraz wyobraź sobie, jak wyglądałoby twoje życie, gdybyś był bardziej „odporny” i nie czuł się ciągle zraniony. Jak mógłbyś reagować, jakie uczucia mogłyby ci towarzyszyć? Czujesz lekką ulgę, gdy sobie to wszystko wizualizujesz?

Jeśli chcesz mniej przejmować się błahostkami, powinieneś przeanalizować swój stosunek do własnych emocji

Zapisz na kartce następujące słowa i noś je w portfelu lub torebce: „To, że tak czuję, to nie znaczy, że to jest prawda”. Zastanów się nad tymi słowami, kiedy twoje emocje zaczynają wymykać się spod kontroli. To pomoże ci spojrzeć na twoją sytuację z całkiem innej perspektywy, zrozumieć, gdzie leży prawdziwy problem i uświadomić sobie, czy słusznie się nim przejmujesz.

Poznaj swoje „słabe punkty”

Pomoże Ci to dokładnie określić, kiedy reagujesz zbyt intensywnie, denerwujesz się niepotrzebnie. W jakim punkcie, obszarze swojego życia czujesz się najbardziej niepewnie? Kto z twojego otoczenia ma na ciebie zdecydowanie „zły wpływ”? Najprostszy przykład –  denerwujesz się, że w pracy znowu ktoś pochwalił twojego kolegę nie ciebie. Nie ma potrzeby kumulować w sobie tak silnych emocji, problemem nie jest nierówne traktowanie pracowników przez twojego szefa, ale twój brak pewności siebie w obliczu konkurencji.

Zrób przerwę

Kiedy czujesz, że zaczynasz się gotować, że już „nie możesz” – idź na spacer, zrób sobie drzemkę, policz do 100. Jeśli ktoś zranił twoje uczucia, po prostu rozważ możliwość, że jego intencją nie było sprawienie ci przykrości. Postaw się na chwilę w jego sytuacji.butach. Empatia jest najlepszym sposobem na pokonanie nadwrażliwości.

 

 


Twoje dziecko superbohaterem. Dlaczego już dzieci powinny się uczyć udzielania pierwszej pomocy?

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
9 listopada 2017
Fot. iStock /SerrNovik
Fot. iStock /SerrNovik
 

Ktoś powie: „on/a jest jeszcze za mały”, „co może dziecko?” – odpowiedź jest bardzo prosta: nigdy nie jest się za małym i zawsze można uratować czyjeś lub swoje życie.

No dobrze, ale co może zrobić bobas? – zapytacie. Zrobić jeszcze nic, choć i tu pojawią się głosy, że już roczne dzieci można nauczyć swobodnego dryfowania na wypadek upadku do wody. Prawda, można. Ale przede wszystkim każdy z nas, rodziców, może od samego początku z dzieckiem rozmawiać, pokazywać i uczyć. Nie straszyć.

Bardzo często unikamy tematów dla nas trudnych – takich jak choroba czy wypadki, jakie mogą się przytrafić każdemu z nas. Ze strachu, trochę nieświadomie okłamujemy nasze dzieci mówiąc „nic złego ci nie grozi”, „dzieci tak nie chorują”, „to zdarza się gdzie indziej, w domu jesteś zawsze bezpieczny”. Lub, wręcz przeciwnie, używamy mrożących krew w żyłach historii, jako wychowawczych straszaków. Prawda jest taka, że żadna z tych postaw nie pomoże ani nam, ani naszym dzieciom. A każde dziecko (i jego rodzic czy opiekun) może być prawdziwym superbohaterem. Właśnie dlatego zawsze warto uczyć udzielania pierwszej pomocy.

Niebezpieczeństwa

W zależności od tego ile nasze dziecko ma lat, możemy to robić na różne sposoby. Gdy mamy do czynienia z maluchem lub bobasem – po prostu wplećmy tematy dotyczące bezpieczeństwa i pierwszej pomocy w codzienność, zabawę i lekturę bajek. Nawet roczny maluch z chęcią będzie obserwował, jak założyć plaster misiowi i jak reagować na niebezpieczne sytuacje. Będziecie zaskoczeni, jak szybko maluch zacznie sam wskazywać na obrazkach różne sytuacje i żywo reagować.

Wzywanie pomocy

Gdy dziecko jest już w pełni komunikatywne można zacząć uczyć je wzywania pomocy. Dla przedszkolaka to pestka, jeśli tylko poświęcimy mu czas. Już nie jeden kilkulatek w ten sposób uratował dorosłego – mamę czy tatę z cukrzycą. Ale to wiedza i umiejętność, którą sami musimy naszym maluchom włożyć w rączki. Nie bójmy się tego. Naukę powinniśmy zacząć od upewnienia się, że nasze dziecko potrafi odróżnić sytuację niebezpieczną od zabawy. Nauczmy je rozpoznawać różnicę między snem a utratą przytomności. To też nie musi być trudne, nawet maluchowi można pokazać to na przykładzie łaskotek, na które przytomny człowiek zareaguje. Potem nauczmy dziecko korzystać w podstawowym zakresie z telefonu, nauczmy jednego numeru alarmowego ‚112’. Nauczymy adresu… Jak często wydaje się nam, że nie jest im to jeszcze potrzebne? Że przecież są zawsze z nami, pod opieką – a przecież i nam może się coś przytrafić.

Tak jak dbamy o nasze dzieci, dbajmy o bezpieczeństwo całej rodziny – również siebie. Mama i tata, to dla nich cały świat. Warto, prawda?

Pierwsza pomoc

Jeśli choć raz mieliście okazję poobserwować, jak dzieci uczą się pierwszej pomocy od ratowników – jesteście szczęśliwcami. Bo oglądając ich zaangażowanie, zainteresowanie i naturalną chęć pomagania można dojść do bardzo ważnego wniosku: możemy się od dzieci wiele nauczyć. Dla nich te umiejętności to nie tylko realna „techniczna” umiejętność. To nie tylko praktyka i dyplom – ale i potężna supermoc. Moc, którą można naprawdę zmieniać świat, być ważnym, być bezpiecznym – ale i też pomocnym, podziwianym i aktywnym.

Gosia-Ohme-awatar-SG-100pxMałgorzata Ohme:
„Uczenie dzieci od najwcześniejszych lat pierwszej pomocy to skarb. Nie tylko ze względu na ich bezpieczeństwo, ale także w odniesieniu do poczucia odpowiedzialności społecznej i wrażliwości. Dziecko, które potrafi pomóc postrzega siebie jako osobę sprawczą, samodzielną, ważną dla innych, a w konsekwencji ważną też dla siebie. Doświadczenie z tym związane, czyli wdzięczność poszkodowanego, podziw innych, aprobata, zachwyt tylko wzmacniają jego rozwijające się poczucie wartości. A ponadto, wszystko to sprawia, że czuje się bezpiecznie w świecie, w którym żyje, bezpiecznie nie dlatego, że chronią go inni, ale dlatego, że potrafi chronić się samo. Takie poczucie bezpieczeństwa jest ogromną psychologiczną zdobyczą”.

Pozwól dziecku zostać superbohaterem…

… tym prawdziwym, który nie musi ryzykować własnym życiem, a wręcz przeciwnie – doskonale wie (ba! wie to lepiej niż nie jeden dorosły), jak to życie chronić i ratować! Bo pierwsza pomoc to supermoc!

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Mali Ratownicy

W programie „Mali Ratownicy” wzięło udział już blisko sześć tysięcy dzieci. Umiejętność udzielania pierwszej pomocy powinna być jak oddychanie czy dodawanie – każdy powinien ją mieć w małym palcu. Właśnie dlatego Volkswagen, wspólnie z Fundacją Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, stworzył program „Mali Ratownicy”. Dzięki wspólnym działaniom każde dziecko może zdobyć supermoc i dowiedzieć się jak skutecznie udzielić pierwszej pomocy, kogo zawiadomić w sytuacji alarmowej, na jaki numer zadzwonić czy jak zadbać o swoje bezpieczeństwo w trudnej sytuacji.


Artykuł powstał we współpracy z Volkswagen


„Jeżeli nie potraficie wybaczyć i zapomnieć, nie ciągnijcie tego dalej. O tym, jak żona pchnęła mnie w ramiona innej”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
8 listopada 2017
Fot. iStock/Chalabala
Fot. iStock/Chalabala
 

Kobietom wydaje się, że my wszyscy jesteśmy cholernymi dupkami. Że zostawiamy was dla młodszych, piękniejszych, bardziej zadbanych kobiet. Porzucamy was, bo nudzi nam się proza życia i rodzinna sielanka. Bo seks jest beznadziejny lub nadchodzi kryzys wieku średniego. Nie chcę tłumaczyć wszystkich facetów. Nie będę ich obrońcą, bo z pewnością wielu właśnie tym się kieruje. Niestety są też takie związki, w których facet odchodzi, choć wcale nie oznacza to, że porzuca partnerkę. Odchodzi, bo został przez nią skutecznie odepchnięty. Odchodzi, bo jej zachowanie spowodowało, że zniechęciła go do siebie. SKUTECZNIE.

Uważam, że dom jest miejscem, w którym każdy ma czuć się dobrze. Ma być moją enklawą, oazą spokoju, bezpiecznym miejscem, do którego wracam z pola bitwy, gdzie chcę odpocząć i zregenerować się, by kolejnego dnia znów stawiać czoła wyzwaniom. Od swojej kobiety zawsze oczekiwałem tylko jednego – świętego spokoju. I mówiłem jej o tym od samego początku.

Między nami była pasja

Wybranka mego serca miała trudny charakter. Była bardzo kłótliwa i uparta, lubiła stawiać na swoim, co w konfrontacji z moim charakterem tworzyło mieszankę wybuchową. Chyba tylko ogromna miłość trzymała nas przez te wszystkie lata przy sobie. To była prawdziwa pasja, namiętność. Kiedy uprawialiśmy seks, to tak, że cały blok huczał. Kiedy się kłóciliśmy, sąsiedzi walili w rury. Nigdy nie było między nami obojętności. Zawsze na maksa, zawsze skrajnie. Nie wiem, ile razy pakowałem swoje rzeczy i mówiłem, że to koniec. Zawsze jednak wracałem do niej z podkulonym ogonem. Bo kochałem i ona też kochała.

Ogólnie żyło nam się naprawdę dobrze. Po prostu zrozumiałem, że takie mamy charaktery i musimy sobie z tym jakoś radzić. Przyzwyczaiłem się do jej dąsów i ciągłych oczekiwań. Poza tym wszystkim dawała mi naprawdę dużo miłości, potrafiła słuchać i służyła radą. Nigdy nie oczekiwałem od niej, żeby mi gotowała. Tym zajmowałem się w domu ja. Nigdy nie oczekiwałem od niej, żeby mi prała. To robiliśmy na zmianę. Nigdy też nie oczekiwałem, żeby po mnie sprzątała. I tym obowiązkiem się dzieliliśmy. Oczekiwałem od niej jedynie świętego spokoju. Pewności, że jedno zawsze stanie za drugim murem. Że tworzymy jedność.

Taki tam flirt

Kryzys przyszedł po siedmiu latach. Przyznaję, że trochę z mojego powodu. Nie wiem, co spowodowało, że wdałem się w wirtualny romans. Nigdy wcześniej nic podobnego się nie przydarzyło. Moja żona przeczytała naszą konwersację, która toczyła się od kilkunastu dni. To był taki zwykły flirt, nic wielkiego. Tak, pisałem jej, że jest piękna, oglądałem jej zdjęcia, opowiadałem co dziś robiłem i jakie mam plany. Ani słowa o tym, że mam żonę. Nie musiałem tego pisać, bo wcale nie chciałem, żeby coś więcej z tego było. Ot taka odskocznia. I właśnie tę rozmowę przeczytała moja żona. To był moment, kiedy rozpętało się piekło.

Nie broniłem się, nie wymyślałem żadnych pierdół. Dokładnie widziała, co pisałem, więc nie robiłem z siebie większego kretyna. Nie miałem wtedy nic do ukrycia, widziała wszystko. Zapewniłem ją, że do niczego więcej nie doszło. Uwierzyła mi. Zgodnie z jej życzeniem zerwałem kontakt z tą kobietą. Obiecałem też, że to nigdy więcej się nie powtórzy i przyznałem jej rację, że faktycznie postąpiłem niewłaściwie i ma prawo być wściekła.

To jest moment, w którym w normalnym związku wszystko powinno zacząć się od początku. Ale nie u nas.

Ubiczowałem się, przyznałem do błędu i przeprosiłem. Postanowiliśmy dalej być razem, bo przecież fizycznie nie zdradziłem. Zwykły flirt. Każdy z nas ma taki na sumieniu. Wy, kobiety – również. Po prostu mnie przyłapano, a was jeszcze nie.

Po tej akcji z moją żoną zaczęło dziać się coś potwornego. Coś, przez co obwiniam ją za rozpad naszego małżeństwa.

Początek paranoi

Zrobiła się bardzo nieufna. Ja rozumiem, że w jakiś sposób ją zawiodłem. Ale przecież nie oszukiwałem jej latami, nie zdradzałem jej na prawo i lewo. Po prostu wdałem się w nieco intymną pogawędkę. Ona natomiast podniosła to do rangi zamachu stanu. Zaczęło się sprawdzanie telefonu, maili, messengera. Zaczęła śledzić każdy mój ruch. Podnosiła wzrok, gdy dzwonił mój telefon i czasem aż sam nie wiedziałem, co będzie dla mnie gorsze – czy odbiorę i pogadam z jakąś znajomą czy może lepiej nie odebrać, a wtedy ona pomyśli, że coś ukrywam. Tak zaczęła się paranoja. Jeżeli nie zadzwoniłem do niej w ciągu 5 minut od wyjścia z pracy i nie daj Boże, ona zadzwoniła i usłyszała, że jest zajęte, już była awantura. Wciąż pytała, gdzie jestem i z kim. Dokładnie analizowała profil każdej kobiety, która skomentowała moje zdjęcie na Facebooku.

Jednocześnie chciała wszystkim pokazywać, jaką jesteśmy szczęśliwą parą. Publikowała zdjęcia z dopiskiem „mój ukochany”, odpowiadała na komentarze pod moimi zdjęciami. Wdawała się w dyskusję z innymi kobietami, moimi znajomymi. Długo zastanawiałem się nad jej zachowaniem, bo nie mogłem uwierzyć, że aż tak straciła zaufanie do mnie. Wydaje mi się, że czuła ogromne zagrożenie ze strony innych kobiet, co spowodowało, że straciła pewność siebie, którą miała kiedyś. Z resztą coś podobnego wykrzyczała mi w jednej z ostatnich awantur.

Na celowniku

Wraz ze sprawdzaniem wszystkiego, zaczęły się też ciągłe pretensje. O wyjścia z kumplami, o nieumyte naczynia, o późne telefony od kogoś, o brak kwiatów, o rzadszy seks. O wszystko. Wiedziałem, że gdy tylko przekroczę próg domu, spadnie na mnie lawina oszczerstw i pretensji. Miałem wrażenie, że ciągle jestem na celowniku, że ona nieustannie czeka na mój błąd. Skoro prosiła mnie o zrobienie zakupów, a ja zapomniałem o jednym produkcie, to znaczy, że nie słucham tego, co do mnie mówi i mam ją w dupie.

Tak minęły na trzy lata. Trzy okrągłe lata od pamiętnego dnia, kiedy to przeczytała moją rozmowę z inną kobietą. Ja nawet już nie pamiętam, o czym była. Przez te trzy lata awantury były co drugi dzień. Święty spokój, o którym kiedyś mówiłem, częściej dostawałem w pracy niż w domu. Moja żona, jako kobieta szalenie inteligentna, potrafiła jednym zdaniem, zupełnie mimochodem tak dowalić, że brakowało słów i argumentów. Krytykowała nie tylko mnie, ale także siebie. Ciągle porównywała się do innych. Mówiła, że pewnie oglądam się za innymi, bo znów nie udało jej się schudnąć. Wpadła w jakąś totalną paranoją, bo nigdy nic nie mogłem zarzucić jej sylwetce. Nieustanne jęczenie i narzekanie na wszystko spowodowało, że autentycznie przestało mi się chcieć na nią patrzeć, a do dopiero mówić o wspólnym spędzaniu czasu.

Kobieca logika

To był moment, kiedy zdradziłem ją już na poważnie. Powiedziałem jej o tym sam, pakując swoje rzeczy. Szalała jak zawsze. „Wiedziałam, po prostu wiedziałam, że okażesz się takim dupkiem” – wytrząsała się nade mną. Kompletnie nie docierało do niej, że przez te trzy ostatnie lata robiła wszystko, by mnie do siebie zniechęcić. Teraz zalewa się łzami, bo ją zdradziłem i PORZUCIŁEM. Przewrotna jest ta wasza, kobieca logika.

Pewnie moja historia wydaje ci się taka płytka. No jasne, nie da się wszystkiego opowiedzieć tak po prostu. Można za to wyciągnąć pewne wnioski. Takie, które otworzą oczy kobietom, które uwielbiają dramatyzować. Tym kobietom, które są porzucane na własne życie, ponieważ skutecznie odtrącają swoich partnerów. Odpychają ich od siebie swoim zachowaniem. Ja chciałem tylko świętego spokoju, a wręczono mi rękawice. Jeżeli nie potraficie wybaczyć i zapomnieć, nie ciągnijcie tego dalej. Jeżeli macie problem z ponownym zaufaniem, ten związek się nie uda. Zwariujecie, tak jak moja żona i sprawicie, że facet faktycznie was zdradzi i zostawi. Wtedy, jak te biedne sierotki, będziecie mogły płakać nad swoim losem i wieszać psy na tym dupku, który nie był was wart.


Zobacz także

Fot. iStock / marinovicphotography

5 kroków ku emocjonalnej niezależności. Prawdziwe szczęście jest wtedy, gdy masz poczucie kontroli nad życiem

Fot. iStock

Rozwiązanie akcji „7 dni dla siebie”

Fot. iStock / BraunS

Konkurs „Nowa JA”