Czy potrafisz rozpoznać kłamczucha? Wystarczy tylko poobserwować…

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
30 sierpnia 2016
fot. iStock/ İsmail Çiydem
 

Pamiętacie ulubione hasło najlepszego serialowego lekarza? House ciągle powtarzał, że wszyscy kłamią. Bez wyjątku. I wcale się nie mylił. W końcu każdej z nas zdarzyło się choć raz skłamać. Chociażby w kwestii ceny nowych butów lub wymarzonej torebki! Badania wskazują, że większość z nas kłamie raz  w ciągu dnia. Okazuje się, że przeciętnie kłamiemy raz w ciągu dnia. To całkiem sporo, jak na zarzekanie się, że nas to na pewno nie dotyczy. The Harvard Business Review wypuścił niedawno wyniki badań „Jak wychwycić kłamczucha”.  Ponoć to umiejętność, którą posiada każdy z nas. Jednak na jakie zachowania musimy być wrażliwsi, żeby być bardziej skutecznym?

Mówi dużo i szybko 

Dokładnie tak samo jak w bajce, gdy Pinokio zaczynał kłamać, mówił bardzo dużo i bardzo zawile. To taka forma zagadania. Kiedy płynie w twoim kierunku dużo słów, przestajesz zwracać na nie uwagę i nieświadomie poddajesz się kłamstwu. No chyba, że będziesz na to wyczulona.

Przeklina

Nasze mniej lub bardziej urocze kłamczuchy mają także tendencję do przeklinania. Być może jest to związane ze zwiększoną ilością energii, której wymaga kłamstwo. Lepszym wytłumaczeniem wydaje się jednak fakt, że kłamiąc, przestajemy nad sobą panować. Przynajmniej wtedy, gdy nie jesteśmy w tym specjalistami. A gdy tracimy kontrolę, przekleństwa mogą lecieć jedno za drugim.

Używa trzeciej osoby 

Zrzucanie winy na kogoś innego? A może unikanie odpowiedzialności za kłamstwo? Osoby wypowiadające większe lub mniejsze kłamstewka, bardzo często mówią w trzeciej osobie. Nawet, jeżeli chodzi o nich samych. W ten sposób dystansują się od rzeczy, o których opowiadają.

Kiedy prawda wyjdzie na jaw?

Wydaje się to bardzo proste, czyż nie? Nie są to sygnały, które trudno dostrzec. Jednak według badań, tylko 50 na 20 tysięcy osób potrafiło poprawnie wskazać kłamcę. Jak więc poradzić sobie w kłopotliwych sytuacjach? Najlepiej doprowadzić do bardzo grzecznego i uprzejmego „przesłuchania”. A tak właściwie, to szczerej rozmowy. Znając  trzy podstawowe sygnały kłamstwa, powinno nam być o wiele łatwiej. Pod lekką presją kłamca zawsze poniesie jakąś klęskę. Niezależnie od tego, czy będzie chodziło o potknięcie się we własnych opowieściach czy przyznanie się do winy.  Jak do tego doprowadzić? Najpierw zadawaj dość ogólne pytania. Na przykład o rodzinę, pogodę czy ostatnie wakacje. Kiedy już będziesz widziała, że twój rozmówca zaczyna ci ufać, zastaw na niego małą pułapkę. A raczej niespodziankę w postaci bardzo szczegółowego pytania, na które być może znasz odpowiedź. Pamiętasz kryminalne seriale, w których wszyscy detektywi blefują, a nagle przestępcy zaczynają mówić prawdę? Pora wykorzystać swoją serialową wiedzę!

Żądaj szczegółów! To one są największym problemem. Niezależnie czy chodzi o ceny sukienek czy opuszczanie lekcji przez twoje dziecko lub ilość piw wypitych przez twojego faceta. Pamiętaj tylko, że gdy prawda wyjdzie na jaw, trzeba być bardzo ostrożnym i delikatnym. W przeciwnym razie, czekają cię prawdziwe dramaty. Od płaczu po zarzucanie, że nic nie rozumiesz. Bo kłamstwo miało być dla twojego dobra!

Dr House miał rację – wszyscy kłamią.

źródło: MamaMia.com.au


Drogie Kobietki! Zamiast wylewać wiadro pomyj na tę inną, której czegoś zazdrościcie… zastanówcie się dwa razy

Listy do redakcji
Listy do redakcji
30 sierpnia 2016
fot. iStock/Andrew Rich
 

Baby jednak są jakieś dziwne. I mówię to z pełną świadomością jako przedstawicielka tej piękniejszej płci. Nie chodzi mi wcale o wydawanie ogromnych pieniędzy na ciuchy, bieliznę i kosmetyki. Jak dla mnie nic, co gwarantuje nam dobre samopoczucie, nie jest wyrzuceniem pieniędzy w błoto. Problemem jest raczej nie poniżanie i ciągła krytyka drugiej kobiety. Wymagamy od facetów świetnego traktowania, adoracji i akceptacji. Czy nie powinnyśmy zacząć od szacunku do swojej „siostry”?

Jako mała dziewczynka ciągle słuchałam o „solidarności jajników”. Wiecie, co tygodniowe spotkania mamy i jej przyjaciółek były dla mnie nie lada gratką. Byłam jedynym dzieckiem, a do tego dziewczynką. Jedna z przyszywanych ciotek na pytanie, o co tak właściwie chodzi z tymi jajnikami odpowiedziała, że boleśnie dowiem się jak dorosnę. No i się dowiedziałam. Nie myliła się nawet co do boleści, choć ostatnio wyznała, że miała na myśli bardziej okres. Zamiast solidarności poznałam zawiść. Faceci mają rację – synonimem słowa „zawiść” zaraz po „polak” jest „kobieta”.

Nigdy nie byłam najpiękniejszą laską w grupie. Nadrabiałam za to uśmiechem i pasją, przez co na zainteresowanie płci przeciwnej nie mogłam narzekać. Kiedy zaczęłam pracę w dość męskim świecie sportu, na wszystko musiałam pracować dwa razy ciężej niż panowie. Ale wiecie co? Wcale mi to nie przeszkadzało. Kochałam tę robotę. Aż w końcu pewnego cudownego dnia dowiedziałam się, że kolejny sukces odniosłam przez łóżko. Nie musiałam długo szukać odpowiedzialnej za tą informację. Weszłam w całe środowisko nad wyraz szybko i łagodnie. Nie traktowałam sportowców jak narodowych bohaterów, ale jak zwykłych ludzi. To był mój klucz do sukcesu, wcale nie łóżko. Ono mogłoby się okazać niezbyt dobrym wyjściem, bo moje ciało od sportowego odbiega dość znacznie. To była pierwsza sytuacja, w której poznałam tą „solidarność jajników”.

Mijały lata, a ja przyzwyczajałam się do coraz to nowszych plotek na swój temat. Co ciekawe, nigdy nie wypuszczanych w świat przez facetów. Ja wiem, my kobiety uwielbiamy plotkować. Taka nasza natura. Kochamy gadanie o nowych fryzurach, paznokciach, facetach. Jednak ponad wszystko, kochamy moment w którym tematem naszego sabatu staje się nieobecna wśród nas koleżanka. Zwłaszcza, gdy możemy powiedzieć o niej coś niezbyt miłego. Zgadłam?

Plotkarstwo to tylko jedna z tych wkurzających cech, których nigdy nie uda nam się wyplewić. Jest jeszcze cudowna siostra – zawiść. Kiedy poznałam mojego obecnego faceta, był w fazie rozwodu. Naprawdę się zakochałam, być może pierwszy raz w życiu. Ani środowisko sportu, ani muzyki w którym poprzednio pracowałam, nie było zbyt dobrym miejscem na rozwój prawdziwego uczucia. Być może właśnie dlatego z taką radością rozpoczęłam nową, wspólną drogę z przystojnym blondynem. Nic nie może jednak być idealnie, prawda? Razem z facetem, zyskałam wierną fankę, nabijającą wyświetlenia na wszelkich portalach społecznościowych. Niejednokrotnie ona wie lepiej, co się u mnie dzieje niż ja sama. Nowy komentarz od kolegi pod zdjęciem na Instagramie? Mam romans, a on koniecznie musi o tym wiedzieć! Nigdy nie czułam się tak osaczona.

Rozstania są trudne, szczególnie w długich związkach. Rozumiem, naprawdę. To, czego nie potrafię pojąć to kurczowe trzymanie się przeszłości. Nie wyszło, pora ruszyć dalej. Wina zawsze leży po obu stronach, nawet gdy wolisz grać ofiarę. Swoją drogą, to bardzo wygodne. Nie musisz się wtedy starać. Wystarczy, że całej swojej rodzinie powiesz, że on zdradził, wykorzystał i porzucił, a następnie osaczysz jego rodzinę, której wcześniej nienawidziłaś. No i przy okazji jego nową dziewczynę.  Zamiast rozpocząć życie od nowa, tkwisz w zawieszeniu. Wszyscy się nad tobą litują, a do tego głaszczą po głowie, bo jesteś w końcu taka biedna! Może ja żyję w innym świecie, ale czy nie lepiej po prostu się ogarnąć i udowodnić sobie samej i całemu światu, że stać cię na więcej?

Pozwólcie, że wrócę na chwilę do stalkingu. A tak, ciągłego obserwowania moich profili w Internecie. Okej, wrzucam wszelkie zdjęcia i posty ze świadomością, że może je zobaczyć każdy. Ile razy chce. Jednak w momencie, kiedy dowiaduję się, że trzy lata temu napisałam „uwielbiam facetów w szarych bluzach” zaczynam się bać. Trzy lata w kategorii social media to lata świetlne. Potem doszły fałszywe konta, a raczej hejt który z nich płynął. I może powinnam się przyzwyczaić, odpuścić, zrozumieć… Trudno mi jednak zrozumieć, jak można robić coś takiego drugiej kobiecie. Okej, możesz mnie nienawidzić. Ale przynajmniej zacznij żyć własnym życiem.

Drogie Kobietki! Mam do was prośbę. Kiedy następnym razem będziecie chciały wyrzucić wiadro pomyj na inną dziewczynę, której czegoś zazdrościcie… zastanówcie się dwa razy. A nawet trzy! Madonna zamiast niszczyć Britney postanowiła zostać jej przyjaciółką. I obie dobrze na tym wyszły.


Uratowała mnie, bo każdego dnia, gdy na nią patrzę, widzę i czuję dobro. Moja córka jest dzieckiem z gwałtu

Anika Zadylak
Anika Zadylak
30 sierpnia 2016
Fot. iStock/pecaphoto77

Wiem, o co chcesz mnie zapytać najbardziej. O to co czuję, gdy patrzę w oczy mojej córki. Chcesz wiedzieć, czy widzę w niej swoich oprawców.  Nie. Widzę tylko piękną, kruchą istotę, delikatną,  przepełnioną miłością i dobrem. Choć zrodzoną, z największego dla kobiety piekła. Piekła gwałtu.

Asia ma 35 lat, choć wygląda na  znacznie młodszą. Może to przez wymowny smutek, który choć skrzętnie skrywany, wylewa się z jej intensywnie zielonych oczu. Może przez zbyt szczupłą sylwetkę, poszarpane jeansy, T-shirt i trampki. A może przez to, że kilkanaście lat temu, ktoś w bardzo brutalny, bestialski sposób, odebrał jej poczucie godności. I zostawił lęk, którego nie pozbędzie się, już nigdy. I wstręt do siebie,  który wraca za każdym razem, gdy staje przed lustrem. I nocne koszmary, przez które panicznie boi się zasypiać. I rany na ciele, gdy pod prysznicem, usiłuje zmyć z siebie odór, który czuje do dziś. Ale oprócz, tych wszystkich złych emocji i tragicznych wspomnień, zostawił  coś jeszcze.  A właściwie kogoś.

– To nie był środek nocy, w szemranej dzielnicy, gdzie błąkałam się nietrzeźwa po imprezie, i szukałam przygód. Przyszli do domu, podczas nieobecności mojego chłopaka, z którym w zasadzie rozstałam się dzień wcześniej. Dużo pił, awanturował bez przerwy, bywał agresywny do tego stopnia, że czasem obrywałam, dlatego postanowiłam odejść. Moim błędem było to, że tam zostałam, na jego mieszkaniu, zamiast od razu się spakować i wynieść do rodziców. Ale było późno, a ja zmęczona kłótnią i wylanymi łzami, po prostu zasnęłam. Nie wiem skąd mieli klucze, najprawdopodobniej od niego właśnie, więc pewnie też wiedział, w jakim celu je im udostępnił. Brzmi jak scenariusz horroru, wiem, bo to co się później stało, było horrorem. Takim, który wydawał się nie mieć końca. Jeden z nich mnie trzymał, drugi coś na siłę podał, jakiś środek, po którym nie mogłam się praktycznie ruszyć, wydobyć z siebie, żadnego głośniejszego dźwięku. Ale cały czas, byłam świadoma i wszystko czułam.

Robili ze mną co chcieli, całą noc, na zmianę, a  czasem jednocześnie. Do tego bili, upokarzali wyzwiskami, śmiali ze mnie, pluli na twarz. Pamiętam, że przez cały ten czas, te kilka godzin, gdy byłam traktowana gorzej niż dręczone zwierzę, myślałam tylko o jednym. O tym, żeby zdarzył się cud i te łzy, które ciągle spływały po mojej zakrwawionej twarzy, zdołały mnie udusić. Żebym mogła się nimi zadławić, przestać oddychać i już nigdy więcej, nie obudzić. Zostawili mnie w końcu nad ranem, bo uznali, że już im się nie chce, używać trupa. Nie wiem jak długo tak leżałam, nie wiedziałam nawet, czy jeszcze żyje, bo czułam tylko odrętwienie. I  nieopisywalny fizyczny ból i rozpacz, taką najgorszą z możliwych. Taką, która zabiera wszystkie nadzieje na to, że kiedykolwiek jeszcze, będę umiała być kobietą.

Znalazła mnie koleżanka, zaniepokojona tym, że nie przyszłam do pracy i nie odbierałam telefonu. Szpital, zeznania, proces. To wszystko było jakby koło mnie, jakbym w tym w ogóle nie uczestniczyła. Cały czas, nie mogłam wymazać z pamięci obrazu mojego taty, do którego coś mówił lekarz, a on osuwając się po ścianie, płakał tak bardzo, że musieli podać mu coś na uspokojenie. I to, jak ściskając moja dłoń, ciągle mnie przepraszał za to, że nie zdołał mnie uchronić.  A ja chciałam tylko zapomnieć, wyjechać jak najdalej stąd i nigdy już, do tego nie wracać. Ale podłemu losowi, wciąż było mało i po dwóch miesiącach od całego zdarzenia, poczułam się bardzo źle. Zawroty głowy, omdlenie, potem mdłości. I napad paniki, w gabinecie ginekologicznym, gdy dowiedziałam się, że będę matką. Krzyczałam, żeby to ze mnie wyjęli, że sama to z siebie wyciągnę, uduszę gołymi rękoma. Albo siebie zabije, byleby tylko się tego pozbyć. Dziś, gdy patrzę na moją cudowną córkę, wstyd mi przed sobą, że mogłam o niej myśleć, w tak obrzydliwy sposób. Ale wtedy, nie wiedziałam co było gorsze. Gwałt czy to, co nastąpiło po nim.

Po powrocie do domu, podcięłam sobie żyły. Mama w porę zauważyła i tak znalazłam się w ośrodku,  gdzie prowadzono grupę wsparcia, dla takich kobiet jak ja. Oczywiście, ostateczną decyzję o tym, że jednak  urodzę, podjęłam sama, choć nie ukrywam, że terapie i rozmowy na ten temat, pomogły mi dokonać takiego wyboru . Do samego końca jednak, nie byłam pewna, czy zdołam ją zatrzymać, wiedziałam już, że to dziewczynka. I choć zdawałam sobie sprawę z tego, że dziecko nie jest niczemu winne, to jednak bałam się. Nie tylko tego, że każdego dnia będzie mi przypominać o tamtym zdarzeniu, że będzie podobne do któregoś z gwałcicieli, że nie będę umiała jej pokochać. Bałam się najbardziej tego, że ją skrzywdzę, że kiedyś w przypływie niepotrzebnych emocji, wykrzyczę jej, jak się znalazła na tym świecie. I będę obwiniać, za swoje niepowodzenia.

Po porodzie, nie chciałam jej widzieć.  Kazałam przygotować dokumenty, żeby się jej zrzec, żeby inna rodzina ją wzięła, wychowała i kochała.  Ale w nocy nie mogłam spać, snułam się po korytarzach porodówki. I natknęłam na salę, gdzie spały niemowlaki. Podeszłam do szyby i zamarłam. Od razu ją poznałam, po zielonych oczach. Weszłam tam, wzięłam na ręce i płakałam tak bardzo, jak wtedy mój tata, gdy nie zdołał mnie uchronić. Bo dotarło do mnie, że ta krucha, bezbronna istota, ma tylko mnie. I jest, tylko moja.  Gdy czasem pyta o swojego ojca, zawsze odpowiadam, że nasze życie ułożyło się tak, że mamy tylko siebie. Ona wtedy zawsze się uśmiecha, kładzie mi głowę na kolanach i odpowiada, że to jej w zupełności wystarcza. A ja głaszcząc ją po głowie, przełykam łzy, bo na myśl o tym, że mogłoby jej przy mnie nie być, pęka mi serce. Uratowała mnie, bo każdego dnia, gdy na nią patrzę,  widzę i czuje dobro, i cały ogrom bezwarunkowej miłości. I, że  ma nie tylko moje oczy, ale też barwę głosu i gesty. I nigdy nie myślę o niej inaczej, jak mój mały cud. Wymazała ze mnie, złe wspomnienia… Jakby tamta noc nigdy się nie wydarzyła.

Ale znam inne kobiety, które przeszły to samo co ja i podejmowały, różne decyzje. Usuwały ciąże, rodziły i oddawały do adopcji. Były też takie, które po  porodzie, widziały w dziecku, twarz swojego oprawcy i nie wytrzymywały. Czytałam później, że najpierw, zabijały te niewinne dzieciaki, a potem siebie. Ja tego nie komentuje i nie oceniam. Choć miałabym do tego większe prawo, niż ci,  którzy choć nie maja pojęcia o tym, co nas spotkało i jakie piętno na nas odbiło, wykrzykują, że trzeba być potworem, żeby oddać, czy usunąć własne dziecko. Więc odpowiedz mi. Skoro skrzywdzona do granic możliwości dziewczyna, która podejmuje i tak niełatwą dla siebie decyzje o aborcji, jest potworem, to kim są ci, którzy siłą i przemocą, gwałcąc i upodlając, na zawsze zabijają w niej kobiecość?

Gdy kończymy naszą rozmowę, po moją bohaterkę przychodzi jej córka z… dziadkiem, ojcem Asi.  Mężczyzna  wita się,  patrzymy przez chwilę na siebie i widzę, jak  szklą mu się oczy. Przytula mocno, obie dziewczyny, tak jakby je przepraszał.  I wtedy dociera do mnie, że w tej strasznej historii, ofiar jest znacznie więcej.

 

 

 


Zobacz także

5 prostych wskazówek, jak zbudować swoją siłę i odporność emocjonalną

„Żeniąc się z tobą, musiałbym się ożenić z całym światem”. Wszystkie miłości królowej ludzkich serc

„Moją żoną jesteś już tylko w dokumentach, a matką chyba nigdy nie byłaś…”