Czekolada, koc i beznadziejność. Uwaga, nadchodzi listopad!

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
30 października 2015

To chyba jeden z najbardziej znienawidzonych miesięcy. Właściwie po co znajduje się w naszym kalendarzu? Czy po październiku nie mógłby od razu przyjść pachnący Świętami grudzień? A te 30 listopadowych dni można by rozdzielić na inne miesiące?

Bo przecież maj mógłby trwać o pięć dni dłużej. I nikt by się nie obraził, gdyby wydłużono lipiec i sierpień. Święta można by było przedłużyć dzięki likwidacji listopadowych dni. Tak, nie cierpię tego miesiąca. I poważnie zaczęłam się zastanawiać nad obywatelskim projektem: „Wykreślmy listopad z kalendarza”. Pewnie problemów z zebraniem podpisów by nie było… No nic, ale to nie w tym roku. Bo listopad tuż tuż i na myśl o nim najchętniej schowałabym się pod kocem. Nic mi się nie chce. Bieganie – bleee, książka – fuj, chętniej sięgnęłabym po grzane wino. I nie dosyć, że wkurza mnie listopad, to jeszcze ja wkurzam samą siebie ulegając jego nastrojowi.

Przyjaciel napisał do mnie ostatnio: „Przewalcz to”. Jasne, łatwo mówić, zwłaszcza jak z zewsząd rozbrzmiewają głosy podobne do tych w mojej głowie: „Mam chu**owy dzień”, „Szkoda, że słońce tylko za oknem” (choć i tak chwała, że jeszcze się pokazuje w ogóle), „Jakoś tak do d**py się czuję”. Słowem beznadzieja i bylejakość.

A gdyby tak raz inaczej? Gdyby podjąć próbę przezwyciężenia listopadowego smęcenia? Czytam, że to miesiąc, w którym zwalniamy, bo tak jak każdy sportowiec, tak my również potrzebujemy czasu na odpoczynek. Ma to sens. W końcu nie możemy cały rok biegać maratonów… Ale jak odpocząć nie popadając w jesienną depresję? Wypisałam sobie listę rzeczy, które pozwolą mi się zrelaksować, ale nie zdołować. Mam zamiar wprowadzić je w życie.

Będę oglądać komedie romantyczne

To w końcu filmy, które nie zmuszają naszego mózgu do specjalnego wysiłku. Lekki i przyjemny – to jest nam potrzebne w listopadzie. Pewnie każdy ma swoją listę takich filmów. Po raz setny można obejrzeć Brigitte Jones, „Lejdis”, „Cztery wesela i pogrzeb”. Albo odgrzać wszystkie sezony „Przyjaciół” – to chyba nawet bezpieczniejsze. Bo przy „Przyjaciołach” nie będziemy płakać nad swoim losem: „Dlaczego mnie taka piękna miłość nie spotkała”, „Może popełniłam błąd zrywając z Wojtkiem/Tomkiem/Krzysiem w podstawówce. Może to on był miłością mojego życia?”. Tak, listopad to czasem zbieranina absurdalnych myśli.

Zamierzam słuchać pozytywnej muzyki

Żadnych tam starych smutków Kasi Kowalskiej, że on mnie traktował jak rzecz, czy o innych nieszczęśliwych miłościach, rozstaniach i cierpieniu. Basta. Pan Jutjub nie sprzyja walce z listopadowym nastrojem, bo zawsze natkniemy się na coś, przy czym zaczniemy ryczeć w poduszkę. I nikogo nie będzie dziwić, że akurat przy Irenie Santor i jej „Kawiarenkach”. W końcu to listopad. Więc poszukam lepiej płyty z pozytywną muzyką. O może ścieżka dźwiękowa do filmu „Mamma Mia”. „You are the dancing queen” i tego się w listopadzie będę trzymać! Tanecznym krokiem w grudzień!

Fot. Pixabay / kaboompics / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / kaboompics / CC0 Public Domain

Wyciągnę z szafy kolorowe ciuchy

Obojętnie czy to szale, chustki, bluzki, buty. Ważne, żeby było kolorowe. Trochę mam z tym problem, bo u mnie króluje jednak szarość, ale czego się nie robi dla poprawy nastroju. Kolorowe apaszki wiszą na pierwszym wieszaku. A zielone, fioletowe i czerwone rajstopy znalazły specjalne, widoczne miejsce w mojej szafie. Co z tego, że szaro buro i ciemno. A ja właśnie tupnę nogą w kolorowym bucie i nie dam się szarości! Nie wiedziałam, że to aż tak zmienia humor na lepszy

Przeczytam książki, która mnie rozśmieszą

Ciężko tu coś polecać, bo każdego śmieszy coś innego. Jednak w listopadzie nie mam najmniejszego zamiaru sięgać po ciężary, które mają mnie uduchowić, zwrócić uwagę na jakiś problem, zmusić do refleksji. Co to, to nie! W listopadzie mam się śmiać. Choćbym miała to robić nad książką kucharską!

Jedzenie wprawi mnie w dobry humor

Mam to szczęście, że dla mnie dobre jedzenie, to nie słodycze. Uff. Bo wiecie, niby czekolada poprawia nastrój, ale może skutecznie go popsuć wiosną, kiedy będziemy się wciskać w ulubioną sukienkę sprzed roku… Szukałam i znalazłam. Czekolada zalecana jest, bo zawiera magnez. Ale na szczęście ma go także szpinak (hmmm tarta ze szpinakiem), fasolka (na szczęście można kupić mrożoną), ryby (mniami) i orzechy, które przecież najlepsze są jesienią. Robię listę zakupów, żeby te rzeczy mieć zawsze w lodówce i móc ugotować sobie pyszny makaron ze szpinakiem. No i żeby się nie frustrować, że w ten beznadziejny listopad nie mam co zjeść. Każdy powód do narzekania, jest przecież dobry.

Mam zamiar spać, ile się da

Jak ja zazdroszczę niedźwiedziom, a w listopadzie zazdroszczę im potrójnie zimowego snu. Bo ja też chciałabym przespać 30 dni, nie wychodzić z łóżka, popijać ciepłą herbatę z cytryną i miodem i nic nie robić. Marzenie ściętej głowy, która w listopadzie syczy: „Widzisz, jak fatalnie, nie możesz nawet pospać”. Każdy argument na pogłębienie doła jest dobry. Więc w tym roku postanawiam uroczyście spać w listopadzie. Nie siedzieć do późna, nie prasować o północy, nie myć podłogi po 23-ej. Odkładam to na lepsze czasy, a teraz idę spać. Wyspać się. Wyleżeć. Człowiek wyspany, to człowiek szczęśliwszy, a szczęście w listopadzie to towar deficytowy.

Muszę się jeszcze zmusić do ruszenia tyłka. Dla mnie ruch to przyjemność, ale ta niemoc… Przełamanie się do założenia butów do biegania i dresu w listopadzie graniczy z cudem. Obiecuję sobie małe nagrody. „Jak pójdziesz pobiegać, to masz lody w zamrażalce do zjedzenia”. W końcu to listopad, miesiąc kiedy nie można odmawiać sobie przyjemności. O i właśnie był listonosz z przesyłką od przyjaciółki, w której znalazłam magiczny krem pod oczy. I cudownie pachnące perfumy. Tak, w tym roku zamienię listopad w przyjemnościopad. A wy? Macie sprawdzone sposoby na jesienną beznadzieję? Podpowiedzcie, z chęcią wprowadzę w listopadowe życie!


Wspólne życie, wspólna kasa. 5 powodów, dlaczego warto mieć wspólne konto

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
30 października 2015
Fot. iStock
Fot. iStock

– Miłość miłością, ale na co wydaję to, co zarobię, to moja sprawa – lub mniej dyplomatycznie – Od mojej kasy WARA! – Znacie? Albo w drugą stronę – My z Misiaczkiem nie mamy przed sobą tajemnic, prawda? Ale masz ci los, Misiaczek jakoś bez przekonania kiwa główką, jakby mu się po tym pytaniu zrobiło odrobinkę gorąco. Nie trzeba być Einsteinem, żeby od razu domyślić się, że wspólna kasa to temat drażliwy
i niewygodny. I na palcach jednej ręki wśród swoich znajomych policzyć można te pary, które naprawdę nigdy, przenigdy nie spięły się o sprawy rachunkowe.

Nie trzeba po ślubie zamieniać się w pasożytujące pluskwy albo porosty na każdym możliwym polu. Takie stwierdzenia można usłyszeć coraz częściej, szczególnie dlatego, że dziś kobieta zazwyczaj nie jest uzależniona od pieniędzy męża. Pracuje, zarabia, wydaje. Ale czy rozdzielność majątkowa (tak straszliwie nazwano, to zjawisko w świecie pieniądza) faktycznie sprzyja kochankom?

Oddzielne konta? Zwolennicy będą bronić tego rozwiązania własną piersią. Ale skoro razem (na zawsze), to czy jest miejsce na „separację” czegoś? Niby to takie oczywiste, ale gdy mamy już nie tylko deklarować – okazuje się, że łatwiej powiedzieć niż zrobić, no bo…

1. Kto i ile?

Mężczyźni częściej wydają pieniądze na alkohol, kobiety potrafią nieco zapomnieć się podczas zakupów.  Każdy z nas wydaje na coś innego i zazwyczaj okazuje się, że akurat na to, co w mniemaniu obozu przeciwnego wcale nie jest dobrym pomysłem.

Oni, zupełnie inaczej postrzegają kategorię „niezbędny” wydatek – np. taki lunch w mieście, to wydatek – okazuje się – niezbędny, bo przecież jeść każdy musi. Ona nie rozumie dlaczego wydawać przez 20 dni w miesiącu 35 zł, skoro można zabrać jedzenie z domu w cenie piątaka.

One upłynniają większość pensji na zakupy domowe i wszystko dla dzieci, bo przecież On nie wie co kupić, jak i dlaczego. A jak wie, to i tak kupi źle (zresztą panowie chętnie korzystają z tego stereotypu jako rozgrzeszenia z biegania po markecie). I gdzie tu sprawiedliwość? Ona zazwyczaj zarabia mniej, wydaje więcej. A gdy na koncie hula wiatr, trzeba poprosić o małżeńskie zasilenie.

Jak widzicie, taka niezależność może nas razem i oddzielne sporo kosztować. Wspólne konto wydaje się być dobrym rozwiązaniem. Wspólne wydatki – ze wspólnej kasy. Czarno na białym. – Dziwisz się mój drogi na co ja tyle wydaje, to się pofatyguj i sprawdź wyciąg – i po bólu, bo na wyciągu zakupy, opłata za przedszkole, rachunki i paliwo. A cóż miałoby się tam znaleźć?

2. (auto)Kontrola

A kwestia kontroli i zaufania? „No nie, daj spokój. Nie chcę żeby widział ile wydaję na fryzjera, albo robił mi wymówki ile kosztowały moje buty”. „Przecież Ona nie przeżyłaby tego, ile wydałem w pubie z chłopakami” – Po co to komu? Pytają Ona i On.

Owszem trzeba sobie ufać i chyba w żadnej zdrowej relacji, nikt nie będzie tłukł talerzy
o jedno wyjście na piwo (nawet to kosztowne), albo parę szpilek (jeśli nie kupuje się ich codziennie). A jeżeli boimy się reakcji drugiej strony? Hmm, to chyba coś tu jest nie tak – albo z kontrolującym, albo z wydającym. Może wstydzimy się, że tyle wydajemy? Niepotrzebnie, bo zwyczajnie „nie mamy racji”.

3. Gwóźdź do małżeńskiej trumny

Przecież WY nigdy nie będziecie się kłócić o pieniądze, przecież jesteście inny. Aha, milion razy. Na pewno. Tamci inni też tak mówili. Dopóki nie ma żadnych trudności, kasy starcza każdemu na wszystko, to i problemów nie ma (bo skądże miałyby się brać?). Ale kiedy zamiast PLN-ów na koncie jest wielkie i okrągłe „nic”, a kolejny SMS z działu windykacji twojej sieci komórkowej wyskakuje jak mina, już nie jest tak różowo. Prędzej czy później zaczynają się problemy. Bo Ty nie wiesz na co On tyle wydaje, a On nie rozumie jak może nie wystarczyć to, co zarabiasz.

A skoro nie wie i ma nie wiedzieć to przecież zaczyna się wojna pt. „To nie twoja sprawa, pilnuj swojego portfela”- Ależ pilnuję – usłyszysz – i  złotóweczka już z niego nie umknie na twoją kawę i pomidorki… I nieważne, że kawa tak naprawdę jest wasza, to już kwestia honoru. Warto?

4. Pokusa kolorowania rzeczywistości

Praca. Czasem się ją traci, czasem los przynosi nam awans i … „podniżkę”. Takie czasy: redukcje, zmienność. I czasem korci, żeby nie martwić tej biednej żony, że na ratę nie będzie – z miłości. Przecież zamysł jest taki, aby szybko znaleźć nową pracę i tylko odrobinę nagiąć rzeczywistość. Ale to szybko może zamienić się w cholernie wolno, a przyznać się do kłamstwa trudna sprawa. Ona z kolei trochę straciła rachubę korzystając z karty kredytowej, ajć, strasznie wstyd się przyznać. Już nie mówiąc o tym zarysowanym zderzaku – na szczęście nigdy się nie dowiedział (ale kosztowało ja to 500 zł limitu).
A teraz jakoś tak zapomniała spłacić na czas. Klops.

Ale u licha, przecież pobraliście się po to żeby to wszystko „razem”. I ten zderzak i rozsyłanie CV. A może nie?

5. Kasa i władza

Gdy wkłada do skarbonki tylko jedna strona – układ sił staje się mocno nierówny. I nawet jeśli tak się umawiacie, a On wcale nie żałuje ci na waciki, sam fakt, że musisz prosić może być powodem dużego dyskomfortu. Takie życie, czy nie byłoby prościej gdybyś mogła spokojnie robić zakupy bez tego cyrku? Przecież tak się umówiliście i kropka.

I chyba mimo wszystkich wad wspólny układ na 100% maja swoją przewagę. Jak razem, to razem. A jak chcemy się ukrywać lub oszukiwać ukochaną osobę – to chyba problem nie tkwi w 26-cio cyfrowym numerze rachunku…


Gorące trendy we wnętrzach na 2016 rok. Czyli jak ubrać nasz dom, by cieszył i był „na czasie”

Sylwia Smotarska
Sylwia Smotarska
30 października 2015
trendy2016

Gorące trendy nie w modzie czy makijażu. Tym razem podpowiadamy jak „ubrać” dom, aby nadal cieszył i był azylem, ale by był też „na czasie”.  Gorące trendy 2016 start.

Eco

Od ładnych paru lat wiedzie prym wśród wnętrzarskich trendów. Coraz chętniej zamieniamy laminowane podłogi na te prawdziwie ciepłe, drewniane. Więcej drewna też w dodatkach, w zabawkach. Tu szczególnie ten fakt cieszy, bo wszechobecny plastikowy kicz kłuje mnie w oczy już od dekady, czyli od czasu, kiedy zostałam mamą.

  Ekologiczne motywy pokazują się też coraz częściej na ścianach. To na przykład papierowe tapety z czarno białymi brzozami, motyw drewnianych pęknięć czy widocznych sęków. Nikt już nie wmówi nam, że drewniany blat w kuchni czy łazience jest rozwiązaniem mało praktycznym.  Szeroka gama wosków i olejów skutecznie chroni drewno przed wilgocią, pozwala nam długo cieszyć się jego pięknem, ciepłem, energią.  

Eco trend to też kolory. Sporo żółci, brązów, przygaszonych zieleni. Tak, jak by nasz salon, kuchnia czy hol był częścią otaczającego nas ogrodu. Jak gdyby wychodziły na zewnątrz nie tylko za sprawą otaczających nas materiałów, ale też kolorystyki. Nieśmiertelna wciąż pozostaje biel, która została okrzyknięta nawet kolorem roku 2016,  szarość i czerń. Kocham takie kontrastowe zestawienia. Prostota stylu, funkcjonalność, brak przesady.

Loft

Obecny „na salonach” od dawna wciąż jednak będzie się rozwijał i raczył nas oswojonym chłodem. Loft to oswojenie przestrzeni przemysłowych, odrobina surowości czy nawet kontrolowanej „brzydoty”.  Nie bójmy się eksperymentować z tym stylem. Oczywiście na miarę naszych umiejętności i wyczucia. Dla mnie loftowe wnętrze to piękne, skręcane kable nieprzykryte tynkiem, stare, ceramiczne, przekręcane włączniki, miedziane rury i podłączenia z premedytacją widoczne. To także stara, surowa cegła w swym naturalnym kolorze, czysty beton pod stopami i lampy z hydraulicznych złączek oraz spore pole do popisu dla domowych majsterkowiczów i miłośników wszystkiego, co industrialne.

Vintage

Wciąż bardzo modny, więc w przyszłym sezonie nie ma prawa być inaczej. Nadal miło jest pochwalić się przed znajomymi, że stary kredens znalazło się w piwnicy babci lub prababci, postawić w sypialni krawieckiego manekina po ciotce krawcowej, czy zrobić stolik kawowy z 50 letniej maszyny Singer. Im większa kreatywność w odzyskiwaniu materiału i darowaniu drugiego życia, tym piękniej, oryginalniej, lepiej.  

Odkupić można cegły z rozbiórki domu, podkłady kolejowe, deski ze starych stodół (uwaga na azbest! Haha) . Osobiście, jak zawsze, namawiam do zachowania umiaru w szaleństwie. Dużo lepiej wygląda wnętrze łączące w sobie elementy vintage z nowoczesnością niż przearanżowana starymi gratami sypialnia z siennikiem zamiast materaca ☺

Wzory prosto od projektantów

Sporym zaskoczeniem może być nadchodząca różnorodność deseni. Niemal geometryczne wzory wejdą szturmem do naszych wnętrz. Architekci zainspirowali się modą prosto ze światowych wybiegów. Charakterystyczne kratki, kraty, grochy czy pepitki znajdziemy już nie tylko na szalach, podszewkach płaszczy czy spódnicach. Teraz drobna, ceramiczna mozaika może układać się w biało czarną, klasyczną pepitkę w naszej łazience czy holu, a słynna szkocka krata pokrywać ściany w gabinecie czy bibliotece.

 

Wracają też „wałki”, pamiętacie co to? To gumowy pomocnik przy malowaniu ścian, z odpowiednio wytłoczonym wzorem, relikt rodem z czasów PRL-u znów wraca do łask. Dla mnie osobiście to hit i taki lekko sentymentalny powrót do dzieciństwa, pamiętam calutką kuchnię babci w takich właśnie kwiatowych „stemplach z wałka” 😉

Funkcjonalność

Tak moi drodzy, znana sieciówka nie może się mylić, jeśli chodzi o trendy na nadchodzący rok. Meble, którymi najchętniej będziemy się otaczać, będę proste w formie, często ekologiczne, z naturalnych materiałów i przede wszystkim będą pełnić w domach różne funkcje. Kuchenny pomocnik stanie się szybko śniadaniowym stolikiem, kanapa sofą dla gości a pufa podstawką na kwiaty czy „gazetownikiem”. Wszechstronność zastosowań jest na czasie, ma być nie tylko piękna, ale też jak najwszechstronniej użytkowa.  

Splot i aksamit

Kojarzące się z ciepłem i przytulnością, welur i robótki ręczne. Welurowe będą obicia mebli, dywany, pokrowce i narzuty… plecione i oplecione zostaną pufy, abażury, koce. Wszystko po to aby wydobyć z naszych wnętrz ciepło, otulić nas w zimny, jesienny wieczór. Aby dom kojarzył się z kominkiem i gorącą herbatą, z kotem na kolanach i pięknem, aby pozostawał naszym największym azylem.

Nieśmiertelni

Nieprzemijalni i zawsze na czasie: biel, pastele i wszystko co JEST stylem skandynawskim.


Podobno wraca moda na dywany. Hm… chyba nie miałabym nic ciekawego w tym temacie do napisania, nie potrafię też polecić tego typu ozdób na podłogi, bo osobiście jestem ich absolutnym przeciwnikiem. Nie lubię dywanów, jedyne ich zastosowanie jakie mi się w głowie roi to „koci pomocnik w ostrzeniu pazurów”. Nie napiszę też pod powyższym zestawieniem „MUST HAVE”, bo we wnętrzarstwie nic nie jest MUST. Z każdej ramy można wyjść, każde ograniczenie przeskoczyć. MUST być kreatywnie! MUST być tak, jak lubicie.

 


Zobacz także

Fot. iStock/Eva-Katalin

8 oznak, że masz silną osobowość. Nikogo nie musisz za to przepraszać

Fot.  Screen ze strony/ izabelaspilska.pl

Chciałabym tylko godnie żyć, choroba mi na to nie pozwala. Dzisiaj to ja muszę prosić o pomoc

Fot. iStock / martin-dm

Niekochane córki tracą emocjonalną równowagę. 4 destrukcyjne zachowania dorosłych kobiet