Czy coś ze mną jest nie tak? Zostawić miesięczne dziecko, żeby pojechać na wakacje? Gdzie jest granica?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
30 sierpnia 2017
Fot. Screen z Instagrama / majabohosiewicz
Fot. Screen z Instagrama / majabohosiewicz

Siedzę i myślę, i wku*w mnie ogarnia na sam fakt, że się nad tym zastanawiam. Bo tak jak celebrycki świat mnie ani ziębi, ani grzeje, to jednak zatrzymało mnie gdzieś info o tym, jak Maja Bohosiewicz, która urodziła miesiąc temu drugie dziecko, wybrała się na krótkie wakacje ze swoim partnerem (w sumie nie wiem czy to mąż, czy narzeczony, nieważne).

No i tak siedzę i dumam, gdzie jest granica? Dobra, wiadomo nie od dziś, że miewam dosyć swoich dzieci, jak każdy normalny rodzic. Że z utęsknieniem czekam na wakacyjny obóz, kiedy to oni odpoczną od nas, a my od nich. A teraz modlę się o wrzesień – niech już idą do szkoły dając chwilę oddechu.

Ale czy przypominam sobie czas, gdy miały miesiąc? Jasne, że tak. Przy starszym synu pierwsze cztery tygodnie przeleżałam karmiąc go i śpiąc na zmianę. I jeszcze na spacer dość szybko wychodząc. Cała moja uwaga była skupiona na nim nie dlatego, że tak musiałam, ale tak czułam. Wiedziałam, że dla niego jestem najważniejszą osoba na świecie, że pierwsze trzy miesiące życia dziecka to czas krytyczny, kiedy najsilniej potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, znajomych zapachów, głosów. Kiedy przywiązuje się do najbliższych mu osób.

Dobra, ktoś by pomyślał – pierwsze dziecko – wiadomo, szał. Przy drugim już jest inaczej. U mnie było inaczej o tyle, że  czas musiałam dzielić na dwójkę. Ale pierwszy miesiąc, pierwsze trzy miesiące były tak samo istotne, jak wcześniej. Ta nauka uczenia się siebie nawzajem. Ono mnie, ja jego. Kiedy śpi, czego potrzebuje, jak reaguje na różne bodźce czy lubi, jak jest mu chłodniej, czy jak cieplej. Spacer bardzo długi czy lepiej krótszy. Jak często je, kiedy jest niespokojne.

To są najważniejsze chwile w życiu naszego dziecka, a uważam, że najpiękniejsze w życiu każdej matki. Dobra, wiem, są kolki, nieprzespane noce, ale w ogólnym rozrachunku? To czas kiedy my możemy dać z siebie najwięcej, obdarzyć dziecko takim ogromem miłości, które wyposaży go na całe życie tak naprawdę. Bo żaden etap życia dziecka nie jest tak istotny, jak te pierwsze miesiące.

Jedni zdają sobie z tego sprawę, inni pewnie trochę mniej, ale i tak często czują to intuicyjnie. Bo też takie jest macierzyństwo – intuicyjne.

I jestem pierwsza od podpisania się za postulatami:

– matki dajcie sobie luzu

– nie musicie być idealne

– pamiętajcie o sobie

– pamiętajcie o swoim związku

– pozwólcie sobie na zdrowy egoizm

– życie nie kończy się na dzieciach.

I będę głosić to wszem i wobec. Ale dzisiaj pytam siebie (was też w sumie), gdzie jest granica? Czy miesięczne dziecko zostawiłybyście na cztery dni, bo wasz mąż, ojciec waszych dzieci, zrobił wam prezent, żebyście odpoczęły? Jak mój mąż robi mi taki prezent teraz, zabierając na weekend, żebyśmy mogli pobyć sami, to jestem mu wdzięczna i kocham go jeszcze bardziej, ale odpocząć, gdy dziecko ma miesiąc?

Znajoma powiedziała: „To wbrew biologii”, kurczę no myślę podobnie. Próbuję wyobrazić sobie siebie zostawiającą miesięczne dziecko, takie maciupeńkie, zupełnie bezbronne, dla którego mam świadomość, że w tym momencie jestem cały światem – mój zapach, mój głos, moje bicie serca to wszystko, co zna i wie, że jest dla niego.

A może myślę źle, może właśnie to matka ma prawo decydować i wyjeżdżać, i zostawiać swoje dzieci nianiom, babciom, whatever. Bo dla dziecka i tak nie ma znaczenia z kim, znaczenie ma tylko, że nie z mamą. Tylko po co na cztery dni, może lepiej na tydzień, żeby już odpocząć na całego i później publicznie mówić, jak bardzo się tęskniło i jak takie wakacje dobrze robią, bo człowiek wraca mając więcej chęci do bycia mamą… Chyba.

A i nie można zapomnieć, że jak się na Instagrama wrzucało zdjęcia z wakacji, to teraz dla równowagi trzeba fotki z dzieckiem poumieszczać.

Jak zupełnie inaczej odbiera się rzeczywistość kiedy jesteś odpowiedzialny tylko za siebie. Kiedy jadący na około taksówkarz nie wkurza, tylko bawi. Bo przez jego zachowanie nie rozpłacze się dziecko/spóźnie się na drzemkę/ muszę dać jeść/zmienić pieluchę. Hotel wybierasz na miejscu, bo najwyżej będziesz spać na plaży. Wszystko jest przygodą. Nic nie jest zaplanowane. I nagle jest czas na żarty, na „nic nie musimy”, na to żeby leżeć w łóżku od rana i oglądać mtv oceniając nogi tancerek w skali 1-10, jest czas żeby chodzić za rękę na śniadanie i dawać sobie buzi co 7minut. Ale wiecie co jest najlepsze?! Jak googlowaliśmy czy jest jakiś samolot powrotny dzisiaj. Bo wakacje z dziećmi wymagają poświęcenia czasu i energi ale NIC nic na całym cholernym świecie nie daje mi tyle radości co te małe Śmierdziuchy, które kocham ponad życie i czuję się tu niekompletna. Szczęśliwa. Ale niekompletna. To tylko weekend, ale pierwszy. A pierwsze razy są trudne. #momslife

Post udostępniony przez Stara Dzidziutków (@majabohosiewicz)


„Słowo „kredyt” działa na mnie jak płachta na byka i kiedy zaczynam: „po ch*j nam to było”, mój mąż patrzy z politowaniem…”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
6 września 2017
Fot. iStock/avid_creative
Fot. iStock/avid_creative

Kredyt. Brrrr. Zimne poty, bezsenność, nocne koszmary. Brrr. Kredyt, który miał być cudowną przepustką do posiadania czegoś na własność staje się klatką, z której trudno się wydostać. Brrr.

Ile razy wyobrażaliście sobie lub (szczerze współczuję) śniło wam się, że przychodzi windykator, że zaglądacie na konto, a tam brakuje na kolejną ratę. I choćbyśmy nie wiem, jak mieli w dupie pieniądze, to jednak kredyt to coś, co nas prześladuje przez wiele dłużących się lat.

Nienawidzę. Słowo „kredyt” działa na mnie jak płachta na byka i kiedy zaczynam: „po ch*j nam to było”, mój mąż patrzy z politowaniem i tłumaczy zawiłości mało dla mnie widocznej inwestycji w coś, z czego na dzisiaj w ogóle nie korzystamy. Tak szczerze, to myślę, że sam sobie próbuje to zracjonalizować, by nie myśleć, że to była nasza wspólna najgłupsza decyzja w życiu.

Czasami, jak mnie nerw na początku miesiąca ogarnia, kiedy zliczamy wszystkie nasze wydatki, sratki i podatki, zastanawiam się, po co ludziom kredyt. Po co nam kredyt? Czy nasze życie nie byłoby szczęśliwsze, gdybyśmy nie dostawali tego przyprawiającego o chwilowy napad paniki SMS-a z banku: „Prosimy o uregulowanie należności w wysokości 8,23 franka szwajcarskiego”, bo akurat tyle zabrakło do całkowitej raty. Mąż źle przeliczył, o co nie mam pretensji, bo kto by się w tym połapał.

Kupiliśmy mieszkanie, na kredyt oczywiście, na raty, które wydawały się nam możliwe do spłacenia, kto by brał pod uwagę najbliższe 30 lat, kto by pomyślał, że wyprowadzimy się w pioruny? Żyje się tu i teraz. Młode małżeństwo, czekające na drugie dziecko, wszyscy mówili: „O teraz powinniście iść już na swoje”, „No teraz to już własne mieszkanie”. Gdzie ja wtedy miałam rozum? Dlaczego mi się lampka nie zaświeciła: „a po co ci?”. Źle mi było w naszym wynajętym mieszkaniu? Może i było już na czwórkę ciut za małe, ale zawsze do wynajmu można było znaleźć większe, a nie od razu kupować, kredytować się i czekać na analizy banku i ostateczne „tak” po dostarczeniu setki dokumentów, gdzie miałam wrażenie, że odarta zostałam ze wszystkich tajemnic, o których teraz wie bank, pośrednicy banku i wszyscy koledzy Królika.

Mamy jakąś taką potrzebę posiadania, społecznie czujemy się poważani mając coś swojego. Jasne, że dzisiaj jestem mądrzejsza o dekadę spłacania kredytu za mieszkanie, w którym od kilku lat już nawet nie mieszkam. I wiem jedno – dzisiaj na bank (nomen omen) nie wzięłabym po raz drugi kredytu tylko po to, żeby coś mieć. Żeby to mówiło o mnie: „patrzcie to moje, to znaczy, że zarabiam, że mój status materialny i społeczny jest na poziomie akceptowalnym przez innych, że stać mnie spłacać kredyt we frankach”. A kogo nie stać, jak już się wzięło, płacić trzeba, czy stać czy nie stać. I tyle. Można biadolić czy to uczciwe czy sprawiedliwe, że ten frank tak do góry poszedł, ale kogo to obchodzi. Byłaś głupia, jak podpisywałaś dokumenty, to teraz płacz i płać. No głupia byłam jak but.

Wiecie, nie żebym była amerykańskim fanatykiem, ale jednego od zawsze zazdroszczę Amerykanom. Zazdroszczę im nieustannej gotowości do zmiany, do przenoszenia się z jednego miasta do innego, z jednego końca kraju na drugi, bo jest praca, taka potrzeba, bo dzieci, szkoła, pasje. Tymczasem u nas nadal panuje kult mojego kawałka własnej podłogi. Musi być. Musimy zapuścić korzenie tak głęboko, że nogami w końcu nie możemy ruszyć, ba – wyjechać nigdzie nie możemy dalej, bo przecież kredyt i nas nie stać. Ale podłogę własną co drugi dzień umyć możemy. Chwała za to. Co tam marzenia o wakacjach, skoro rynek akurat się załamał i ktoś musi odkładać, bo rata najważniejsza, bo przecież nie mogą odebrać ci tego, na co tak ciężko harujesz.

Pytam siebie: serio? potrzebujesz domu z aktem własności do szczęścia? Oj tak, nie raz słyszałam: „Ale obcemu za wynajem płacić będziesz? Lepiej tę kasę daj na coś swojego”. Na swój bank. Oczywiście. Swój własny mały taki banczek, co to ratunię kredytunię zamiast opłaty za wynajem co miesiąc pobiera i czasami wspaniałomyślnie co niektóry daje wolne od spłaty na wakacje. A jak za 15 lat ci nie starczy, bo stracisz pracę, bo zachorujesz, bo może wydarzyć się dziesiątki nieprzewidywalnych rzeczy, to ten twój baneczek odbierze ci tej twój domeczek. O i tyle będzie twojego. 15 lat, czyli jakieś 180 rat pójdzie w pizdu z dymem. Ja pie*dolę.

A tymczasem, mając wynajętą chatę niczym się nie wiążemy. Jest praca w Krakowie – proszę bardzo przenosimy się, szukamy mieszkania, jest wyjazd na Filipiny, bo akurat znajomi Polacy szukają kogoś, kto im pomoże prowadzić knajpę? Żaden problem, zero stresu, czy rata wpłynie, czy nie, czy najemcy, dzięki którym kredyt się spłaca, przypadkiem nie zechcą zdemolować nam chaty i przepaść jak kamień w wodę? Życie bez kredytu byłoby piękne, ale nie liczę na przypływ gotówki taki, że stać by mnie było po prostu spłacić bank, który rozsiadł się jak panisko na mojej hipotece.

Nie mam pretensji do banku. Widziały gały co brały, a raczej widziały tylko to mieszkanie, a reszta, no przecież jakoś to będzie. Eh. Cwaniacy. Wiedzą, że rządzi nami potrzeba konsumpcjonizmu, że miarą naszego szczęścia coraz częściej staje się to, co posiadamy. Znajoma mówi: „wezmę auto w leasing, to moje jakieś takie już… wiesz, pewnie zaraz się popsuje”. Idealna wymówka, żeby wziąć coś na raty, tylko po co? Naprawdę jest taka potrzeba? Jak z pralką, a nie daj Boże z telewizorem. Większy, lepszy – taki, przy którym koledzy powiedzą: „wow, stary, ale wypas” i pralka z tysiącem funkcji, których w rzeczywistości nigdy nie wypróbujesz, ba nawet nie poznasz. Na raty, bo co to 50 złotych miesięcznie. Żaden pieniądz. Chyba, że jeszcze dasz się skusić na specjalne ubezpieczenie poza gwarancją. Bo czemu nie skorzystać.

Kredyt to pułapka przywiązania. Nie tylko do miejsca, rzeczy, ale też do ludzi. Przecież od kilku lat powtarzamy, że wspólne kredyty łączą nas bardziej niż małżeństwo. Rozmawiam z przyjaciółką, która mówi: „Stara, masz rację, ja dzisiaj myślałam, po co ja ten kredyt cholerny płacę, jak za mniejszą kasę wynajęłabym też fajny dom, a jak dzieci z niego by wyszły, to zamieniłabym na mniejszy albo jakby mi się znudził, to poszukałabym innego, bo ja wiem, czy dzieci będą chciały tu zostać? Płacę co miesiąc ratę z nadzieją, że moje dzieci na tym skorzystają? Wolałbym część tej kasy odłożyć na świetne wakacje z nimi i żyć spokojniej”. Jak to było: mądry kredytobiorca po wzięciu kredytu?

Mogę tu sobie pobredzić licząc na zrozumienie. Sytuacji i tak nie zmienię, bo dzisiaj mój kredyt przewyższa wartość mieszkania, więc nawet go sprzedać mi się nie opłaca. Co za paranoja. Na szczęście mam fajnych najemców, niech im się tam dobrze mieszka, żebym ja mogła pójść dalej.

A może, z drugiej strony, to kwestia znalezienia swojego miejsca na ziemi? Ale czy kiedykolwiek i już na zawsze możemy być pewni, że tu właśnie chcemy mieć swój własny kawałek podłogi? Mi życie pokazuje, że jednak niekoniecznie… Jedyne, co pewne, to kolejna rata do zapłacenia.


„Ktoś podpie*dolił mi dzień”. Jak to możliwe, że dajemy się tak wykorzystywać? Ha, znalazłam na to sposób

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
29 sierpnia 2017
Fot. iStock/Milan_Jovic
Fot. iStock/Milan_Jovic

Dzwoni do mnie przyjaciółka: „Ktoś podpie*dolił mi dzień” – wali prosto z mostu. Oho, myślę, jest grubo.

– Co się dzieje? – pytam, choć wiem, że pytanie jest tu zbędne.

– Wstałam, ku*wa z tysiącem planów, co dzisiaj zrobię, dzień wolny. Chciałam jechać po zakupy, dzieciakom rzeczy do szkoły kupić, zeszyty, piórniki – zresztą sama wiesz.

Wiem, sama jeszcze mam te zakupy przed sobą, a czasu jakby… coraz mniej.

– I wiesz – kontynuuje ona. – Myślę sobie, że cały dzień przede mną i już oczami wyobraźni widzę siebie wieczorem – chata wysprzątana, ciasto ze śliwkami upieczone, zupa brokułowa… No i właśnie, co mnie z tą brokułową podkusiło. Że ja też wcześniej nie pomyślałam.

– Ale co mają brokuły do twojego dnia pod tytułem: „Raz na jakiś czas chcę być idealna”? – pytam szczerze zaniepokojona (hehe, może nie aż tak bardzo szczerze, ale to tak brzmi poważnie, prawda?).

– Daj, mi skończyć (ups sorry, jest grubiej niż myślałam). Wyjechałam po zakupy, a tu telefon: „Słuchaj, podrzucę ci mojego Maksa na godzinkę, okej? Bo mam sprawy do załatwienia”.

Znam ten ten ton… I wiem, kto jest mamą Maksa. Więc powoli wku*w zaczynam rozumieć.

– Odmówiłaś? – znowu pytanie retoryczne.

– Ja? Ja i odmówić? Z choinki się urwałaś? Jak ona już z tym Maksem do mnie jechała, to mi się dopiero z dziesięć ciętych ripost włączyło, ale było już za późno. Maks wylądował.

Gwoli wtrącenia – Maks, a raczej jego mama notorycznie wykorzystują fakt, że moja przyjaciółka ma nienormowany czas pracy, dzięki czemu miewa wolne dni w ciągu miesiąca, o czym nie wiedzieć z jakiej sadomasochistycznej przyczyny, informuje wszystkich wokół. I oczywiście są tacy, którzy zręcznie to wykorzystują, jak mama Maksa. Żeby była jasność – to nigdy nie działa w drugą stronę, dzieci przyjaciółki jakoś trudniej podrzucić do Maksa…

Maks oczywiście wylądował nie na godzinę, ale na cztery i pół. – Wyobrażasz sobie? Od jedenastej do wpół do czwartej? To jest godzinka na załatwienie swoich spraw, a co do cholery z moimi?

Już się nie wtrącam, czekam na finał tej opowieści, bo wiem, że musi być ciąg dalszy.

– No i ona wpada po niego, jak gdyby nigdy nic i pyta, co mam na obiad. No to ja, że tę przeklętą zupę brokułową. Jak ta debilka kurtuazyjnie pytam, czy ma ochotę. Oczywiście, że ma! A jakże! Zjada trzy łyżki, chwyta za telefon, a ja wyciągając gary ze zmywarki słyszę: „Maciek, gdzie jesteś? Wpadaj do Jolki, ma świetną zupę!”. Stara, myślałam, że mi krew do oczu najdzie, a para pójdzie uszami. Miałam ochotę wypie*dolić ją z chaty z Maksem i drzwi zatrzasnąć na nosie jej męża.

Oczywiście mężuś przyjechał, zupę zjadł, kawkę jeszcze wypili dziwiąc się, że ciasta nie piekłam i wyszli tuż przed dwudziestą, kiedy musiałam już po dzieci do matki jechać. I tak, stara, ona podpie*doliła mi dzień. Jezuuuu, musiałam się wygadać.

Kurtyna.

No bo jasne, że teraz można gadać, że głupia, że się daje, że brak asertywności, że jak tak można. Ale z drugiej strony – która z nas tak nie ma. W większym, czy mniejszym wymiarze. Dajemy się za przeproszeniem dymać czasowo przez koleżanki z pracy, przez koleżanki z placu zabaw naszych dzieci, rodzinę – tę bliższą i dalszą.

„No co ty, żaden problem, ja to zrobię” – mówimy, choć nasze ciało krzyczy, że to wbrew nam, że wcale tego nie chcemy. Czasami durnie mamy nadzieję, że jak innym pokażemy, że można więcej, to oni pójdą w nasze ślady i zaczną starać się bardziej. Utopia. Chcesz to rób, to się staraj, ale mnie do tego nie mieszaj. Ale my z deficytem asertywności w to brniemy.

Ja naprawdę się zastanawiam, jak to możliwe, że jakiegoś styku w mojej głowie brakuje, tego między ciętą ripostą lub zwykłym „nie” a mózgiem. Jakoś opóźnioną mam reakcję. Podobnie zresztą, jak moja przyjaciółka. Ale jak już wiem, że ona tak ma, a ona, że mam identycznie, to przynajmniej nie wykorzystujemy nawzajem tej swojej słabości. O dzięki ci za tę przyjaźń, w której nie muszę wbrew sobie mówić: „dobra, nie ma sprawy” albo niezręcznie milczeć, żeby czasem „nie” ością w gardle mi stanęło.

Ja pierdzielę. Co takiego jest w nas? Jesteśmy mądre, świadome, fajne, a dajemy się „ruchać” na prawo i lewo, bo boimy się, że jak powiemy „nie”, „nie chcę”, „nie podoba mi się to”, „nie mam ochoty”, „nie pozwolę sobie, żebyś…”, to co? To świat się zawali.

Wiecie, ostatnio wpajam mojemu mózgowi jedną lekcję. Tak mi zależy, żeby się tego nauczył, wyćwiczył, bo to całkiem mądra lekcja. Otóż w sytuacji, gdy jest mi źle, gdy mam problem – jak chociażby z asertywnością (a raczej jej brakiem), mówię sobie: „Jaka jest najgorsza rzecz, która może się przez to wydarzyć”. Wyobraź sobie, co takiego najstraszniejszego się stanie, że tak bardzo boisz się zareagować w zgodzie ze sobą, a wbrew komuś, czyimś opiniom i nie twoim oczekiwaniom?

I wiecie, że to działa. Jak ostatnio znajoma pisze do mnie: „Pożyczysz mi kasę”, a nienawidzę pożyczać pieniędzy znajomym, bo to źle wpływa na relacje, pomyślałam: „co najgorszego się stanie, jak odmówisz”. No ona się obrazi, ale jak się obrazi o kasę, to słabo. To po co mi taka znajoma. I słuchajcie „niestety nie” przeszło mi przez gardło. Bez tłumaczeń, kłamstw, kombinacji. Krótko i na temat. Jeszcze po tej odmowie nie dzwoniła… Cóż.

No więc mówię tej mojej przyjaciółce: – Co najgorszego się stanie, jak jej odmówisz kolejnym razem?

– Przestanie w końcu wydzwaniać robiąc ze mnie niańkę do swojego syna. No i pewnie się obrazi.

– I co?

– I nic. I bardzo dobrze!

Proste? Powiem wam więcej – to działa i dobrze nam robi. Nam i naszej asertywności.