Coraz więcej ludzi, coraz mniej nas. Epidemia samotności

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
23 września 2017
Fot. iStock / 5xinc
 

Czy można być samotnym na planecie tak pełnej ludzi? Czy można przeżyć lata w tym samym domu, łóżku z drugą osobą i nosić w sercu rozdzierającą samotność? Tak, bo zbyt szybko, zbyt pochopnie wchodzimy w relacje, bo nie pytamy samych siebie, z kim czujemy się naprawdę dobrze, czego w głębi duszy pragniemy, by być szczęśliwym. Zachłystujemy się płytkimi uczuciami, wpadamy w czyjeś ramiona, a potem budzimy ze snu i okazuje się, że nasz mąż, partner, wspólnik jest kimś, z kim mamy niewiele wspólnego. Kimś, kto nas nigdy nie zrozumie. I on też czuje się samotny.

Kasia jest w związku od 12 lat. 4 lata temu wzięła z Jackiem ślub, mają półtora roczną córeczkę. Jak sama mówi, ta relacja toczyła się siłą rozpędu. Zaczęli się spotykać, na początku było fajnie, robili wspólnie mnóstwo rzeczy, a potem wspólne tematy się wyczerpały. A może stracili zainteresowanie sobą nawzajem? Przestraszyło ją to, zdecydowała się przyjąć oświadczyny Jacka, żeby „coś zmienić”. Pomyślała, przyjdzie nowe, wszyscy mówią, że ten papierek to jednak jakaś gwarancja. Może ten dziwny niepokój minie? Może wszystko stanie się prostsze, nie będzie sobie stawiała niewygodnych pytań, jak wtedy, gdy wyjechał na dwa tygodnie służbowo do Stanów, a ona zastanawiała się jakby to właściwie było, gdyby nigdy nie wrócił i w panice zauważyła, że nie tylko nie tęskni, ale nawet czuje się lepiej, swobodniej, pewniej. Że tak mogłoby zostać. Ale przecież, nie po to są ze sobą tyle czasu, żeby teraz zerwać. Rodzice znają Jacka, traktują jak syna. Więc pobrali się, szybko na świat przyszło dziecko i wtedy jeszcze wyraźniej zobaczyła, jak bardzo im do siebie daleko. Że ona nie zamyka się w domu, że stara być na bieżąco, że chce wiedzieć więcej, podróżować. A on w tej swojej firmie jest tym, kim miał być. Poczuła taką samotność, taki ciężar wynikający ze świadomości, że oboje nigdy nie będą w stanie się zrozumieć, ani cieszyć swoim towarzystwem, że aż straciła oddech.

Kasia dużo płacze, coraz mniej rozmawia z partnerem. Uważa, że nie przełamie tej samotności, że ich już nic nie uratuje. Będą trwali, zamknięci w swoich kokonach, w tym ona nieco szczelniej niż on. Będą nieszczęśliwi.

Asia o samotności w relacji z innymi ludźmi mogłaby napisać książkę. Ale mówi, że u niej ta samotność jest chroniczna. Że ona po prostu czuje, że ludzie nie potrafią się do siebie zbliżyć, zainwestować siebie w jakąś relacje, bo ogranicza ich lęk. Zakładają sobie konta na Facebooku, przyjmują do grona znajomych ludzi, których widzieli raz w życiu, z którymi nic ich nie łączy. Chwalą się potem liczbami lajków i popularnością, która nie przekłada się na prawdziwe, ludzkie emocje. Na kontakt, dotyk, na uczucie namacalne, które sprawia, że nie czujemy się samotni, ale kochani, doceniani, ważni. To nie musi być miłość, to może być przyjaźń, sympatia, a nawet krótka rozmowa na przystanku autobusowym z kimś, kogo widzisz pierwszy raz, ale czujesz, że dobrze się rozumiecie, że mówicie tym samym językiem. Coraz mniej nas na to stać – mówi Asia.

Zakładamy rodziny i nie potrafimy być blisko z własnymi dziećmi, nie potrafimy dać im siebie, swojego czasu, zbywamy je kilkoma słowami, gdy chcą zaprosić nas do swojego świata. I one też są samotne i w tej samotności wyrastają, nie potrafiąc podzielić się tym, co nam bliskie z innymi. Bo jak tu nagle opowiedzieć o tym, co bliskie, jak przeskoczyć ten mur, który się budowało latami?

Epidemia samotności to prawdziwa choroba naszych czasów. Paradoksalnie, bo przecież wszelkie nowoczesne technologie wykorzystujemy po to, żeby się do siebie jeszcze bardziej zbliżyć: komunikatory traktujemy jak „smycz”, którą można założyć partnerowi i go kontrolować. A jednak, gdy wracamy do domu, wciąż rozbrzmiewa w nim przerażająca cisza.


„Być jak tata…”. Kiedy ambicja rodziców nie pozwala ci cieszyć się życiem

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
24 września 2017
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain
 

Być kimś. Taki cel (bo to nie jest marzenie) przyświeca jej, odkąd pamięta. Rodzice, a właściwie tata, powtarzali, odkąd poszła do pierwszej klasy: „musisz się uczyć, musisz być ambitna, wtedy do czegoś dojdziesz”. Do „czegoś”, czyli do tego, czego dla ciebie chcemy. A chcemy najlepiej – dobrej pracy, wygodnego życia, zasobnego portfela.  Partnera godnego ciebie. Naszym zdaniem. Mamy dla ciebie gotowy przepis na szczęście. Nic tylko brać i stosować.

Musisz. To słowo znienawidzone równie mocno, jak wszystko, co ono oznacza. Matematyki nie znosiła od zawsze, ale MUSIAŁA ją opanować w takim stopniu, jak życzył sobie jej tata, żeby był z niej zadowolony. Dla niego wkuwała po nocach tabliczkę mnożenia, nie dla siebie. Żeby tylko był wreszcie dla niej miły, żeby zobaczyć aprobujący uśmiech w kącikach jego ust. Żeby przynieść do domu w zeszycie szóstkę, a nie „tylko” piątkę. Żeby poczuć się ważna, akceptowana, kochana. Mądra. Bo przez większość swojego życia czuła się przy nim głupia.

Rysować nigdy dobrze nie umiała i nie lubiła, ale MUSIAŁA chodzić na zajęcia plastyczne do tej wykładowczyni z ASP. Tej, która patrzyła z politowaniem na jej prace poklepując ją po ramieniu, a potem bez skrupułów zgarniała do portfela gruby banknot za półtorej godziny takiego współczującego podziwiania jej wysiłków. Tak, nauczyła się rysować. Ale jedynie odtwórczo, powielając pewne schematy. W jej szkicach nigdy nie było tego „czegoś więcej”, czegoś, co by ją wyróżniało, sprawiało, że można by było powiedzieć „to dziewczyna ma talent”. Były poprawne – to wszystko. Jakim cudem wystarczały jej ojcu? Nigdy tego nie zrozumie. Ona nie mogła na nie patrzeć, on wieszał je na ścianach jej domu i chwalił się nimi znajomym.

Na egzamin wstępny z ekonomii, zaraz po maturze (jedna z najlepiej napisanych w szkole), szła z duszą na ramieniu. Wiedziała, że tata będzie sprawdzał wyniki, porównywał punktację, żądał wyjaśnień. Nie, żadnych krzyków czy wyrzutów. Jedynie to, co zawsze. Spojrzenie – badawcze, surowe, oceniające. Spojrzenie mówiące więcej niż tysiące słów. No bo dlaczego ona jest „inna” niż cała reszta rodziny? Mniej zdolna? Mniej ambitna?

A przecież do tego egzaminu przygotowywała się całe dziesięć miesięcy. Dziesięć, długich miesięcy, podczas których nie mogła, tak jak jej rówieśnicy, zaznać trochę luzu, odpoczynku, położyć się na godzinę i nie myśleć o niczym. Oddać się dziewczęcym marzeniom, poleniuchować. Potracić czas. O nie, jej czas był zaplanowany – zawsze, co do minuty.

Ona nigdy nie była „wyluzowana”. Zawsze w stresie, zawsze przygotowana do zajęć, a po szkole biegnąca na dodatkowe lekcje. I pianino, raz w tygodniu, potem dwa. Z tym pianinem było jak z rysunkami. Nie dawało jej przyjemności, ale MUSIAŁA nauczyć się na nim grać. I dawać popisowe koncerty przed całą rodziną. Wymiotowała ze stresu, gdy zbliżało się Boże Narodzenie. Wiedziała, że tata jej „nie daruje”, że dla niego to oczywiste, że jego jedyna córka zagra podczas wigilijnego wieczoru. I że zagra BEZBŁĘDNIE.

O czym marzy?

Czasem, żeby zniknąć. Zaszyć się gdzieś, daleko, byle dalej od nich. Żeby dali jej wreszcie święty spokój, przestali kontrolować jej życie, zajęli się swoim. Nie, no jasne. Ich życie jest doskonałe, zgodne z planem, takie jak TRZEBA. Świetne studia, kariery pierwsza firma, druga firma, świetny dom. I golf wpleciony gdzieś między siłownią, a spotkaniem na kawie z KIMŚ ważnym.

A innym razem marzy o tym, że to ich nie ma. Umarli, albo wyjechali i nie wrócą. Że żyje sobie sama, całkiem wolna, że skończyła zupełnie inne studia, że podróżuje po Ameryce Południowej i spotyka tam miłość swojego życia. Zapomina się. Jest sobą, promienieje szczęściem.

Nauczyła się być ambitna, choć dobrze wie, że jedynie ze względu na nich. Może rzeczywiście inaczej, nic by nie osiągnęła?

Deszcz dzwoni o szyby jej gabinetu na 13 piętrze warszawskiego wieżowca. Szybko odrywa wzrok od tych deszczowych łez. Ma 32 lata, zdobyła tak wiele. Kierownicze stanowisko w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Musi sobie stale o tym przypominać, by nie zapomnieć, dokąd zmierza.

Stara się nie pobłażać swoim pracownikom, bo jej nigdy w życiu nikt nie pobłażał. Nawet wtedy, gdy z gorączką i zapaleniem ucha, musiała iść na klasówkę do szkoły. Jeden, jedyny raz błagała wtedy tatę, żeby pozwolił jej zostać w domu, że nadrobi zaległości, klasówkę napiszę w innym terminie. Pani od matematyki patrzyła na nią wtedy długo, a potem pogłaskała po ręce i powiedziała: „Dzielna jesteś, ale nie zawsze trzeba być dzielnym”.

Te słowa wracając do niej często, wtedy, kiedy w swoim własnym, całkiem sporym mieszkaniu płacze po cichu, by nie usłyszał jej tata, którego przecież tam nie ma. Jednego punktu nadal nie zrealizowała, choć rodzice nie potrafią zrozumieć, dlaczego. Jest przecież taka piękna, mądra, taka zdolna, ambitna. Ale nie ma nikogo bliskiego. I to się na razie nie zmieni.


13 buddyjskich prawd o życiu. „Największym dobrem jest spokój umysłu”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
23 września 2017
Fot. iStock / den-belitsky

Warto mieć swoją prywatną mantrę. Kilka prawd o życiu, powtarzanych w trudnych momentach, w chwilach zwątpienia naprawdę pomaga wrócić „do pionu”. Nawet jeśli wydaje ci się, że to tylko słowa. Te, które zagoszczą na dłużej w naszym sercu zaczną kreować naszą rzeczywistość.

13 buddyjskich prawd o życiu

1. Największym osiągnięciem jest bezinteresowność.

2. Największą wartością umiejętność samodoskonalenia, chęć rozwoju.

3. Największą zaletą jest umiejętność pomagania innym.

4. Największą nauką o sobie samym jest stała świadomość.

5. Największym lekarstwem jest brak pragnienia, by mieć więcej.

6. Największym wyzwaniem jest brak konformizmu.

7. Największą trudnością jest kontrolowanie swoich namiętności.

8. Największą hojnością jest umiejętność nieprzywiązywania się do rzeczy materialnych.

9. Największym dobrem jest spokój umysłu.

10. Największą miarą cierpliwością jest pokora.

11. Największym wysiłkiem jest umiejętność godzenia się z porażkami.

12. Najlepszą medytacją jest pozwolenie swojemu umysłowi, by czasem zapomniał.

13. Największą mądrością jest widzieć ponad to, co rzuca się w oczy.

Fot. iStock

Fot. iStock


Na podstawie: curejoy.com


Zobacz także

Przeczytaj, zanim pomyślisz, jak bardzo beznadziejną jesteś matką

Co wy wiecie o przemocy domowej…

6 rzeczy, które ułatwiają życie współczesnej kobiecie