Coco Chanel – 7 faktów, które musisz poznać

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
3 kwietnia 2016
Coco Chanel - 7 faktów, które musisz poznać
Fot. Screen z / YouTube / CHANEL

„Coco Chanel urodziła się, rozumiejąc kobiety z epoki, która miała dopiero nadejść” – powiedział o niej Karl Lagerfeld. Ikona stylu i jedna ze 100 najbardziej wpływowych osób dwudziestego wieku to niezwykła kobieta, silna i pełna determinacji. Zmieniła świat mody, nadając jej wymiar „codzienności”. Jeśli o Coco Chanel wiecie jeszcze niewiele, przed wami 7 faktów, które zdecydowanie powinniście poznać!

1. Trudne dzieciństwo

Urodzona w 1883 roku Gabrielle Bonheur (co oznacza „szczęście”) Chanel przyszła na świat w domu, w którym się nie przelewało, jako córka praczki i ulicznego sprzedawcy. Jej mama zmarła w wieku 31 lat na skutek powikłań po zapaleniu oskrzeli, a wówczas ojciec oddał córkę do sierocińca. Gabrielle tak bardzo wstydziła się tego faktu, że wymyśliła nawet historię, zgodnie z którą po śmierci żony, ojciec Coco popłynął do Ameryki, a ona mieszkała w przytulnym i czystym domu z dwiema ciotkami, które w rzeczywistości nigdy nie istniały.

Fot. Screen z YouTube / Coco Chanel

Fot. Screen z YouTube / Coco Chanel

To właśnie w sierocińcu Coco nauczyła się szyć.

2. Jestem „Coco”

Na początku XX wieku trudno było się utrzymać jedynie z szycia, Gabrielle zaczęła więc występować w kabarecie „La Rotonde”, to tam zyskała przydomek „Coco”, który wywodzi się od słów najbardziej popularnej, wykonywanej przez nią piosenki „Qui Qu’a vu Coco?”.

Coco Chanel - 7 faktów, które musisz poznać

Fot. Screen z YouTube / Coco Chanel

3. Mężczyźni się przydają…

Coco Chanel umiała dobierać sobie partnerów tak, by pomogli jej osiągnąć jak najwięcej. Szybko poznała wartość pieniędzy i zalety znajomości z bogatymi mężczyznami. Jej pierwszy kochanek, Étienne Balsan zapewnił Coco dostatnie życie, dach nad głową (w postaci zamku, a później prywatnego apartamentu w centrum Paryża) i możliwość rozwijania swoich umiejętności. To jemu zawdzięcza początki  kariery. Natomiast przyjaciel Balsana, Arthur Capel poradził Coco, żeby otworzyła sklep z kapeluszami i obiecał jej wsparcie finansowe. Niedługo pozniej stał się jej partnerem w biznesie i życiu osobistym. Dzięki jego pomocy Coco zaczęła spełniać swoje marzenia: projektować nie tylko kapelusze, ale i pozostałe części garderoby kobiecej. Szczęście nie trwało jednak długo, w 1919 roku Arthur „Boy” Capel zginął w wypadku samochodowym. Coco oświadczyła wtedy: „Albo również umrę, albo skończę to, co zaczęliśmy razem”. To tragiczne wydarzenie sprawiło, że zaczęła eksperymentować z czarną tkaniną. Niektórzy mówią, że spopularyzowała czarny kolor, aby wszystkie kobiety we Francji mogły nosić żałobę po ukochanym. Coco nie wolno było opłakiwać Arthura oficjalnie, bo nigdy nie go poślubiła.

Fot. Screen z / YouTube / CHANEL

Fot. Screen z / YouTube / CHANEL

4. Narodziny perfum. TYCH perfum

Chanel No. 5, jest jedną  z najbardziej rozpoznawalnych i najlepiej sprzedających się zapachów wszech czasów. Szacuje się, że gdzieś na świecie ktoś kupuje butelkę Chanel No.5 co 30 sekund. Nie byłoby tego zapachu, gdyby nie krótki romans Coco z rosyjskim emigrantem, wielkim księciem Dymitrem Pawłowiczem. To książę poznał ją z Ernestem Beaux, którego ojciec przez wiele lat pracował na carskim dworze. Ernesta stworzył dla Chanel 10 próbek perfum  i zaprezentował je projektantce w dwóch grupach. W pierwszej umieścił te ponumerowane od 1 do 5 i to właśnie „piątka” przyciągnęła uwagę Coco. Zapytana dlaczego, odpowiedziała wprost: ta cyfra przynosi mi szczęście.

Na liście klientek domu mody Chanel, które używały właśnie TYCH perfum były najpiękniejsze kobiety w wieku. Ale to  Marilyn Monroe wypromowała je najlepiej i zrobiła to za darmo. Na początku 1950 roku, w jednym z wywiadów powiedziała, że do łóżka ubiera się jedynie w  kilka kropli perfum Chanel No. 5. Sprzedaż produktu wzrosła z dnia na dzień.

5. Czy masz swoją ” małą czarną”?

We wczesnych latach 20-tych, świat prawie zakończył walkę z nierównością płci. Kobiety miały prawo do pracy, do głosowania, do aborcji, ale moda damska przestała być… kobieca. Wtedy właśnie Coco Chanel wprowadziła na rynek swoją „mała czarną” . Ten decydujący krok przyniósł jej światową sławę, a z prostej w swej formie sukienki uczynił symbol elegancji, luksusu i dobrego smaku. Dziś mówi się, że każda z nas powinna mieć  ją w swojej garderobie. Prosty krój, wąskie rękawy sięgające nadgarstków oraz długość do kolan (Coco uważała, ze sukienka nie powinna być krótsza bo nie wszystkie kobiety mogą pochwalić się zgrabnymi nogami) . Do tego długi sznur pereł lub inna biżuteria, mała kurteczka lub bolerko. Ten zestaw zawsze się sprawdza!

Fotomontaż / Screen z / YouTube / CHANEL

Fotomontaż / Screen z  YouTube / CHANEL

 

6. 10 lat przerwy

Druga wojna światowa zmusiła Coco do zamknięcia sklepów w Paryżu, a jej romans z niemieckim oficerem zmusił do opuszczenia Francji na długie 10 lat. Powrót do świata mody po tak długim czasie wydawał się bardzo ryzykowny, a nawet niemożliwy. Rynek pełen był nowych, odważnych projektantów, takich jak na przykład Christian Dior o którym Chanel mówiła żartobliwie: „Spójrz, jak śmieszne są te kobiety, noszą ubrania zaprojektowane przez człowieka, który nie zna kobiet, nigdy nie miałem żadnej, a marzy o byciu jedną z nich”. Po powrocie do Paryża Coco szybko zorientowała się, że większość  nowych projektantów kojarzy nazwę „Chanel” jedynie z perfumami. Wynajęła więc dwa pokoje (mieszkała w nich do śmierci, 1971 roku) w swoim ukochanym hotelu Ritz i zabrała się do pracy.

Coco CHANEL was born on this day in 1883 – revisit her 20 most famous quotes http://vogue.uk/z9BxaQ

Posted by British Vogue on Wednesday, August 19, 2015

7. I jeszcze… różowy kostium Chanel

22 listopada 1963 roku, kiedy  prezydent John F. Kennedy został zamordowany, jego żona Jacqueline miała na sobie dwurzędowy, truskawkowo-różowy wełniany kostium Chanel wykończony granatowym kołnierzykiem. Tragiczne wydarzenie sprawiło, że  kostium Chanel stał się na długie lata symbolem zabójstwa prezydenta i jednym z kultowych elementów mody. Od tej pory jest nieustannie kopiowany, „ulepszany” przeszyciami i doszywaniem złotych guzików, niemniej jednak, wzór marki „Chanel” pozostaje gwarantem prostoty i elegancji.

Fascynująca Coco Chanel, wizjonerka, rewolucyjna dyktatorka mody pozwoliła kobietom nosić krótkie fryzury, sztuczną biżuterię oraz spodnie (tak!). Pomyślcie o niej ciepło zakładając „małą czarną” lub zwykłą parę dżinsów. Coco kochała kobiety naprawdę i tworzyła z myślą o nich, o ich wygodzie, dobrym samopoczuciu. A tego w dzisiejszym świecie mody często brakuje…


„Ja to pani szybko usunę” powiedział lekarz, wielki przeciwnik aborcji. Śmiać mi się chce z tej ustawy

Listy do redakcji
Listy do redakcji
3 kwietnia 2016
Fot. iStock / RapidEye
Fot. iStock / RapidEye

Jestem Polką, matką, żoną. I jestem ostatnio (wczoraj, przedwczoraj) świadkiem jakiegoś kuriozum. Moje koleżanki, katoliczki planują wyjść z kościoła podczas czytania listu biskupów do wiernych. Moje koleżanki, aktywistki (ale nie tylko) wysyłają Pani Premier wieszak i pikietują pod sejmem. Do grupy „Dziewuchy dziewuchom” (nie związany z żadną grupą polityczną ruch kobiet sprzeciwiających się zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej) każdego dnia dołączają setki (i więcej) kobiet.

Śmieszą mnie argumenty tych, którzy tak walczą o zaostrzenie ustawy. A najbardziej argumenty dotyczące tego, że od 93 roku wciąż maleje liczba dokonywanych aborcji i dlatego trzeba ustawę zaostrzyć jeszcze bardziej, bo to przynosi oczekiwany skutek. Tariraram i srututu.

Działa gówno, bo według statystyk organizacji pozarządowych co najmniej 300 kobiet dziennie usuwa ciążę. Ja byłam jedną z tych kobiet. I wiele moich koleżanek też.

Czy jestem z tego dumna? Nie, nie jestem. Ja swojej decyzji żałowałam, przepłakałam wiele nocy, do dziś myślę co by było gdyby…

Mężczyzna, z którym byłam nie chciał tego dziecka. Powiedział: jestem za młody, niegotowy itd.. Może moje cierpienie po aborcji wiązało się z tym, że opłakiwałam też miłość? Może moją decyzję ktoś mógłby zmienić? Może.

Ale znam mnóstwo kobiet, które ciążę usuwały i nigdy tego nie żałowały. Wrzucanie więc nas wszystkich do jednego worka jest nie tylko grubą przesadą, ale i kłamstwem.

Jesteśmy kobietami z dużego miasta, wykształconymi. Mamy lepiej, bo każda z nas zna lekarza, który „to” robi. To przykre, bo lekarz, który usuwał moją ciążę wypowiada się jako zwolennik ustawy aborcyjnej. Zastanawiam się: jaką trzeba mieć moralność, żeby hurtowo (za bardzo duże pieniądze) robić jedno, a mówić drugie.

On jeden? Ależ skąd. Znajomy ginekolog opowiadał mi jak nagle zdanie na temat aborcji, zmieniają skrajni konserwatyści. Ludzie, którzy zawsze mówili: aborcja to zło. Zmieniają, gdy sprawa dotyczy ich. To ich żona ma urodzić śmiertelnie chore dziecko, to ich partnerka jest w ciąży pozamacicznej. Ostatnio nawet powiedział:  „Ten pan X co go pani ogląda w telewizji i który właśnie mówi, że będzie głosował za ustawę, o, jego żonie usuwałem ciążę”.

Sama mam koleżankę, wielką przeciwniczkę aborcji, która gdy się dowiedziała, że jej dziecko urodzi się z zespołem Edwardsa (ciężka wada genetyczna, dzieci, które ją mają umierają najczęściej miesiąc po urodzeniu) jechała do Niemiec, żeby ciążę usunąć.

Znam różne historie i proszę, nie mówmy: „nie”, gdy nie musieliśmy decydować. A nawet jeśli mówimy my, pozwólmy innym podejmować samodzielne decyzje. Bo to oni będą musieli z tym żyć, nie my.Nie dyskutujmy o sumieniu, tego czym jest dla nas aborcja. Zabójstwem czy nie. Nie dyskutujmy gdzie zaczyna się życie – bo o tym dyskutują naukowy i filozofowie i nawet oni nie znają odpowiedzi. Nikt nikogo nie przekona. Przestańmy wierzyć, że zaostrzona ustawa antyaborcyjna coś zmieni. Kobiety usuwały ciążę i będą usuwać.

I co? Pójdę do więzienia, gdy moja koleżanka się na to zdecyduje, a ja jej dam namiar? Jak bardzo możemy ingerować w decyzje dorosłej kobiety? Możemy z nią rozmawiać, przekonywać, tłumaczyć, ale ona i tak podejmuje swoją decyzję. Księża biskupi nie widzieli chyba zdesperowanej kobiety. Wszystkie nas wsadzicie do więzienia? Cofniemy się do średniowiecza?

Czytałam dziś badania na jednym z portali. 90 proc. Polaków jest przeciwko zaostrzaniu ustawy antyaborcyjnej.

Drodzy Rządzący i Drodzy Biskupi, zajmijcie się może wsparciem psychologicznym dla kobiet, które zachodzą w ciążę zdrową i myślą o tym, żeby usunąć z różnych powodów. Mi nikt nie zapewnił wsparcia, a doktor Pan Sprzeciw w Telewizji słysząc mój wahający głos, powiedział po prostu: „szybciutko to pani usunę”.  Zajmijcie się organizowaniem wsparcia dla kobiet zgwałconych tak, żeby nie bały się zgłaszać tych spraw na policję i dla kobiet, które są w ciąży, a ich dzieci mają urodzić się z ciężką wadą. Zorganizujcie pomoc, a potem zostawcie w spokoju i pozwólcie zdecydować, bo mamy XXI wiek. I to nie jest wasze życie.

Zróbcie coś pożytecznego. Wy drodzy Biskupi też. Zamiast krzyczeć, zaopiekujcie się słabszymi. A opieka to nie kary i nakazy. To tylko i wyłącznie wsparcie.

P.S Moje koleżanki wyszły z kościoła. Wyszły też inne kobiety w Polsce. Na Facebooku krąży świetne zdjęcie, które udostępniają kolejne osoby: „Nie chcesz aborcji? To jej sobie nie rób”.


„Czy jesteśmy gotowi podjąć ryzyko bycia szczęśliwym?”. Jak znaleźć siłę, by życie było bardziej znośne

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
3 kwietnia 2016
Fot. iStock / mirabellart
Fot. iStock / mirabellart

„Już nic dobrego mnie w życiu nie spotka”. Jak często myślimy w ten sposób? Zapędzamy się w kozi róg, z którego nie widzimy wyjścia. Siedzimy w swoim poczuciu beznadziejności własnego życia i świata, który jest przeciwko nam, bo nie daje nam szans na szczęście. I żadne „wszystko jest w twoich rękach” do nas nie trafia. Bo niby co ode mnie zależy? Co mogę zrobić, żeby moje życie zmienić, by stało się bardziej znośne?

Ewa Raczyńska: Dlaczego nie dajemy sobie prawa do szczęścia?

Dorota Hołówka: Po pierwsze robimy to nieświadomie, gdyż działamy według wzorców, które utrwaliły się nam w dzieciństwie. Już wtedy zaczynamy wierzyć w coś, co ktoś do nas mówi na przykład: „Na szczęście trzeba zasłużyć”, „Nic się samo nie zrobi”. Nie zawsze jest to komunikat pesymistyczny. Możemy słyszeć „jesteś najlepszy, dasz radę”, ale okazuje się, że ta motywacja była gdzieś w głębi duszy podszyta lękiem, że jednak sobie nie poradzę.

Cała ta energia myśli i emocji wpływa na nas w przyszłości. To ile z tego co dostaliśmy w spadku przyjmiemy jako prawdę będzie kształtować nasze życie. I to jest jedyny powód, dla którego w życiu nam się układa, albo się nie układa. Okazuje się, że jestem nieszczęśliwa dlatego, że noszę w sobie mocno zakorzenione przekonanie, że nie zasługuję na szczęście, że ludzie szczęśliwi to kombinatorzy – tak słyszałam w dzieciństwie. W związku z tym mam nieprzyjemną konotację, więc nie zamierzam dołączać do grupy szczęśliwych ludzi. Spotykam wśród swoich klientów ludzi, który twierdzą, że pozytywne nastawienie do życia to objaw naiwności.

Jak widać mechanizmy myślowe są bardzo różne, a to właśnie one sterują naszymi decyzjami.

Czyli trzeba sięgnąć do tego, z jakiego domu wyszliśmy, jakie mechanizmy zostały nam w spadku dane.

Tak i to niezależnie od tego, jaka była nasza rodzina. Bo możemy pochodzić z domu zamożnego, gdzie rodzice odnoszą sukces. Ale gdzieś w głębi duszy coś takiego się wydarzyło, że my nie chcemy należeć do tego środowiska, albo w jakiś sposób czujemy się gorsi. Dotyczy to zwłaszcza dzieci rodziców, którzy odnieśli spektakularny sukces. Dzieci takich rodziców czują się niewidziane, bo na świeczniku był tata lub mama. Przez resztę życia porównują się nieświadomie, i dźwigają ten ciężar.

Podobnie niewidziani mogliśmy czuć się wychowując się w biednej rodzinie, co skutkuje tym, że w dorosłym życiu muszę zrobić wszystko, żeby być widzianym. Taka osoba działa, odnosi sukcesy w życiu, tylko w tym przypadku motywacja nie do końca jest zdrowa.

Bardzo dużo zależy od tego, jak zinterpretujemy to, co się nam w życiu wydarzyło. Mamy taką tendencję do postrzegania naszego życia przez pryzmat rodziców, bo to ich wina, że taka/taki jestem, to wina środowiska, w którym się wychowałam, albo tego, że zawsze byłem biedny i nigdy nic mi się nie udawało – a wcale tak nie jest.

Możemy coś zrobić? Pomóc takiej osobie, uświadomić: „Hej życie masz jedno i od ciebie zależy jak je przeżyjesz”?

O osobach , które nie mogą ruszyć z miejsca – tkwią w swojej beznadziejności i cierpieniu mówimy, że są w zamrożeniu. One naprawdę  mają problem, żeby ruszyć do przodu. Kiedy słyszą od innych: „Zrób coś, zmień coś. Odejdź od niego” (gdy mówimy o relacji), to jeszcze bardziej zapadają się w siebie, tracą siłę, bo ktoś im mówi, żeby coś zmienili, a oni nie mogą, więc czują się coraz gorzej.

Weźmy jako przykład kobietę, która jest nieszczęśliwa w związku i nie wie, jak się z tego wyplątać, jak coś zmienić w swoim życiu. W tej sytuacji jedynym wyjściem jest uświadomienie sobie, że ta relacja, w której jestem, czy to w czym jestem to odzwierciedlenie moich myśli o sobie, moich wyobrażeń na swój temat – na temat tego na co zasługuję, co mi się należy, jak jestem ważna. Z tym powinniśmy pracować.

Mogę sama sobie pomóc?

Być może trochę to kontrowersyjne, ale mam głębokie przekonanie, że można sobie samemu pomóc. Wystarczy zauważyć jak działam, jaką rolę w życiu sobie przypisałam. Do tej roli zawsze znajdę w życiu odpowiedni scenariusz i aktorów. I jeśli zauważę, w co gram w swoim życiu, kim jestem, jakie mam wyobrażenie na swój temat to już pierwszy krok. Kolejny to znaleźć w sobie gotowość, by zmienić swoją tożsamość na nową, napisać nowy scenariusz, który wychodzi poza nasze wyobrażenia o tym co możliwe i znaleźć w sobie zgodę na nowe- wtedy w naszym życiu dokonają się zmiany.

To spore wyzwanie, bo trudno porzucić to, co budowałam przez lata.

Tak, to trudne, bo dotychczas byłam w tym, co znane. I choć nie jest mi tu dobrze, to jednak wiem, czego się spodziewać, po tym cierpieniu.

Dodatkowo cały czas tę tożsamość wspieram poglądem, że nie mam wyjścia, że muszę w niej tkwić. I tu pierwszym krokiem jest wyobrażenie sobie, w jakiej innej roli bym siebie widziała. I nie chodzi tu o pełen kontrast, przeciwieństwo – że nagle jestem szczęśliwa, jestem z księciem z bajki i moje życie jest cudownie. Najpierw należy odpowiedzieć sobie na pytanie: w jakiej roli czułabym się dobrze. I tu zaczynają się schody, bo to najtrudniejsze pytanie, jakie pada w mojej pracy. Większość ludzi zaczyna opowiadać wyobrażeniami społecznymi, filmowymi.  Mówią o swoich wyobrażeniach na temat związku, o tym, jaki partner powinien być, żeby czuć się lepiej. A tu nie o to chodzi. Najpierw trzeba znaleźć swój stan emocjonalny, z którego dopiero powinniśmy stworzyć obrazy. Upraszczając: jeśli czuję się źle, to należy pomyśleć, jaki stan emocjonalny sprawiłby, żebym poczuła się dobrze i dopiero wyobrazić sobie, kto by wtedy przy mnie był, co wokół mnie by się zadziało, jak by moje życie wyglądało, kogo bym spotykała, co bym robiła.

Trochę odwrotnie niż zazwyczaj: najpierw emocje, a później obrazy.

Kiedy pytam: „jakbyś chciała, żeby twoje życie wyglądało”, to słyszę wizję rozsnuwaną przed oczyma. Ale, gdy zadaje kolejne pytanie: „co czujesz w ciele, jakie emocje tobie towarzysza”, to pojawia się płacz, napięcie w gardle i brzuchu, bo okazuje się, że nie jestem gotowa przyjąć tego co widzę.

Dlatego tak ważne jest, by zacząć od stanu emocjonalnego. My marzymy o wielkiej miłości, a nasze ciało mówi: „miłość nie jest przyjemna, nie jest bezpieczna, pamiętasz, jak on cię zranił? Jak się zakochasz, ktoś może cię odrzucić, przypomnij sobie, jak się czułaś”. I tak można próbować w nieskończoność. Najpierw musimy zmierzyć się ze stanem emocjonalnym, oswoić go, uporać się z nim i wtedy możemy budować wyobrażenia o nowym życiu.

Często mówimy: „chciałabym, żeby on był dla mnie lepszy, by dzieci były grzeczniejsze”.

Ważna jest świadomość tego, co ja mówię. Gdy komunikuję: „Chciałabym, żeby mój mąż był dla mnie lepszy” to trzeba zastanowić się – jaką ja widzę kobietę w tym momencie. Zamienić „chciałabym, żeby on był dla mnie lepszy” na „chciałabym być w relacji, w której czułabym się dobrze, spokojnie i bezpiecznie”. I znaleźć ten swój stan emocjonalny. Chciałabym czuć się  relacji, w której będę doceniona i co to dla mnie znaczy, czuć się docenioną. To jest świadome wizualizowanie celu.

Więc dlaczego tego nie robimy, tylko wybieramy nieszczęśliwe życie?

Problemem jest przywiązanie się do tożsamości cierpiętnika, czyli człowieka, który przez długi czas był w cierpieniu, w nieszczęściu. Warto się temu przyjrzeć, odpowiedzieć sobie na pytanie, jakie mamy korzyści z bycia nieszczęśliwym, bo przecież nie tkwilibyśmy w tym, co nam nie daje korzyści. Może będąc nieszczęśliwym bardziej zwracam na siebie uwagę? Wszystko zależy od tego, co sobie wmówimy, dlatego tak trudno jest nam stworzyć nowy wzorzec. Najtrwalsze zmiany to te, które przeprowadzamy małymi krokami- tylko wtedy nasz układ nerwowy zdąży przetransformować stare w nowe.

Zaczynamy więc od  wyobrażeń, że to też jest fajne, że ta inna tożsamość, która będzie radosna, szczęśliwa i rozluźniona też będzie mi służyła. Ale to my sami musimy się do tego przekonać, bo nikt nigdy w żaden sposób nie zdoła tego zrobić za nas.

Często nieświadomie pozostajemy w poczuciu beznadziei, bo boimy się zacząć działać ze względu na obawę przed oceną lub porażką. Trzeba sobie jednak uświadomić, że celu nie osiągają dwa rodzaje osób. Jedna grupa to ta, która chce szybko i natychmiast coś zmienić w swoim życiu, a druga to ta, w której ludzie uważają, że oni sami są przeszkodą. Na przykład myślę o sobie, że nie jestem atrakcyjna i jeśli wyobrazimy sobie przeszkodę, jako kamień na drodze, którym to kamieniem jesteśmy, to nie ma szans, by tę przeszkodę ominąć. A to właśnie dzięki przeszkodom zmieniamy siebie, napotykamy je po to, by mieć nowe życie. Nie da się osiągnąć nowego życia bez zmiany swoich przekonań, myślenia o sobie.

Dlatego musimy iść malutkimi kroczkami, by przy każdej przeszkodzie poradzić sobie z naszym systemem obronnym, który mówi: „daj sobie spokój, po co ci to, i tak się nie uda, pamiętasz, już kiedyś się nie udało”. Przeszkody mają za zadanie zmienić nasz sposób myślenia, po to żeby osiągnięcie celu stało się możliwe. Jeśli chcemy iść na skróty możemy spodziewać się zmian pozornych, ale nie na poziomie emocjonalnym.

Fot. iStock / mirabellart

Fot. iStock / mirabellart

Każdy może to zrobić?

Z mojego doświadczenia zawodowego mogę powiedzieć, że nie istnieje osoba, która nie mogłaby sięgnąć po marzenia, zrealizować swoje cele, być szczęśliwa.

Może się okazać, że sytuacja, w której czujemy się nieszczęśliwi – na przykład małżeństwo, jest jednak dla nas dobra?

Oczywiście. Często, gdy pracujemy w grupie, w tak zwanym polu, widać, jak w ciągu kilku minut, gdy zaczynam inaczej rozmawiać z samym sobą, prowadzimy inny dialog wewnętrzny, zmienia się układ w całej naszej rodzinie. Nie tylko w relacji kobieta – mężczyzna, ale też w relacji z dziećmi. Pamiętam taką sesję: kobieta, mężczyzna i dwójka dzieci. Mąż czuje się słaby, nie ma siły, nie podejmuje działań, niczego nie proponuje. A kobieta zachowuje się jak ofiara, ma spuszczoną głowę, mówi tylko do dzieci. Wygląda na bardzo zmęczoną osobę. Gdy pytam, co mówi do siebie, odpowiada: „Nie mam siły”. Idąc dalej proszę, by zastanowiła się, co by chciała pozytywnego sobie powiedzieć i przychodzi jej do głowy: „Ciesz się z tego co masz” . I nagle sytuacja zmienia się diametralnie. Dotychczas było tak, że ojciec wchodził do domu, dzieci na nim się wieszały, on się denerwował, bo był zmęczony. Obiad jedli w ciszy, kobieta siedziała z boku. Po zmianie dialogu wewnętrznego – mężczyzna wchodzi do domu i zauważa żonę, podchodzi do niej. Ona czuje wzmocnienie i prosi dzieci, żeby dały tacie odpocząć. Siadają do obiadu i mąż zaczyna snuć plany, co zrobią, że pójdą na basen. Kobieta siada obok niego przy stole. To jest niesamowite.

Później mężczyzna zapytany, dlaczego zachował się inaczej, nie umiał odpowiedzieć, nie wiedział, że kobieta inaczej ze sobą rozmawia. I to się dzieje za każdym razem. Sam dialog wewnętrzny daje nam siłę do wyjścia z nieszczęścia. Przeprowadziłam setki takich sesji i nigdy mi się nie zdarzyło, żeby nie dochodziło do diametralnej zmiany.

To pokazuje, jak pod wpływem mojego sposobu myślenia, zmienia się ktoś inny. Do takiej zmiany w każdej chwili mamy dostęp. Trudnością jest takie myślenie utrzymać, ale jest to do zrobienia. Jeśli znajdziemy w sobie tyle silnej woli, żeby to ćwiczyć, to mamy podstawę do tego, żeby żyć szczęśliwie.

Tylko czy gotowi jesteśmy podjąć ryzyko bycia szczęśliwym?


Dorota Hołówka/arch. prywatne

Dorota Hołówka/arch. prywatne

Dorota Hołówka – psycholog, international coach ICC, jest ekspertem w dziedzinie budowania relacji oraz swobodnego realizowania celów. Od 12 lat wspiera ludzi w obszarze motywacji, założycielka Stowarzyszenia Nowa Psychologia. Twórczyni autorskiego programu pracy z ciałem, który od kilku lat zmienia życie bardzo wielu ludziom. Doradca w programach radiowych i telewizyjnych, felietonistka miesięczników psychologicznych.


Zobacz także

aniaw

Ania Witowska: „Zacznij od przebaczenia i zostań szefową swojego życia”. W kilku słowach o świadomym dążeniu do szczęścia [film]

Fot. Screen http://www.stopaborcji.pl/plakat-o-akcji-zadzwon-do-posla-juz-w-poznaniu/

Szokujące billboardy podzieliły mieszkańców miast. Zdjęciami martwych płodów zajmie się prokuratura

Fot. iStock/efenzi

4 przejawy mikroszowinizmu. Sygnały przemocy wobec kobiet, tak delikatne, że wręcz niezauważane