Co czuje młody belfer po zawieszeniu strajku?

MamaM&M
MamaM&M
26 kwietnia 2019
© pixabay.com/johnhain
 
W pracy najważniejsza jest atmosfera. Dziś to wiem na pewno. Po akcji strajkowej stracę 3/4 swojej miesięcznej pensji, w maju i czerwcu odczuję to zdecydowanie.  Gdybym jednak miała przystąpić do strajku ponownie, zgodziłabym się, gdybym miała pewność, że będę strajkować z tymi samymi osobami. 

Szkoła, w której pracuję, to najlepsze miejsce pracy, z jakim do tej pory miałam do czynienia (a świadectw pracy, umów zlecenie i umów o dzieło trochę nazbierałam). Ja tam będę jeszcze tylko przez chwilę, ale cieszę się, że okres mojego zatrudnienia przypadł akurat między innymi na czas strajku.
 
Takiej integracji grona pedagogicznego w „normalnych” warunkach nie da się przeprowadzić.
 
Spędziliśmy ze sobą tyle czasu, że normalnie potrzebowalibyśmy lat świetlnych, żeby się o sobie dowiedzieć tak wiele. Podczas przerw część z nas ma dyżur, jedni kończą lekcję zanim inni zaczną. Mijamy się w pokoju nauczycielskim i zazwyczaj wymieniamy tylko uwagi na temat uczniów, spraw bieżących, rozmawiamy o pogodzie lub (tak było od stycznia) o strajku.
 
Dziś przed wyjściem z pracy zachowywaliśmy się trochę jak dwie kobiety po wyjściu z więzienia. Jeszcze 5-godzinna pogawędka pod bramą i do domu…
 
Legendą obrośnie gra w strajkówkę, którą z klasą i pokorą przegrywała Kaśka. Najbardziej emocjonowali się rozgrywkami Ela i Łukasz, ale ostatecznie mistrzynią została Milena.
 
Nikt nie karmi po wegańsku lepiej niż Agnieszka i nie otacza opieką pedagogiczną skuteczniej od Doroty.
 
Nikt nie podejrzewałby, że na imprezę najbardziej namawiać będzie Danusia, a Gośka ma tak dużo miejsca pod biustem, żeby schować pół talii strajkówki.
 
W końcu też nauczyciele z budynku głównego mogli spędzić czas z Siłaczkami z przedszkola i świetlicy.
 
No i na koniec dyrekcja, która rozwaliła dziś system, mówiąc, że jest z nas dumna… chyba każdy z nas tych słów potrzebował… zwłaszcza po tym, jak wczoraj dostaliśmy obuchem w łeb.
 
Strajk został zawieszony, trzeba umieć z podniesioną głową stanąć przed lustrem i przed uczniami.
 
Mamy pomysły, jak teraz integrować naszych uczniów i jak przy tym utrzymać fantastyczną atmosferę z ostatnich trzech tygodni. Na pewno nauczymy innych grać w strajkówkę, na pewno będziemy się starali, żeby dwa tygodnie bez lekcji nie wpłynęły negatywnie na poziom wiedzy w naszych klasach. To będzie od nas wymagało czasami stawania na głowie, ale kto jest lepszy od nauczycieli w poświęcaniu się dla innych.
 
„Trudno jest pokonać osobę, która się nigdy nie poddaje” – mówił amerykański baseballista Babe Ruth… my się nie poddaliśmy.  Część nauczycieli zapowiada, że będzie szukać pracy poza oświatą, inni nadal liczą na zmiany, jeszcze inni są bojowo nastawieni i gdyby nie decyzja prezydium ZNP, strajkowaliby nawet do 21 czerwca i w wakacje. 
Bez zmian w strukturach związków, w podejściu do sporu zbiorowego nowocześnie, z planem B, z pomysłem na każdą ewentualność nie uda się nic wywalczyć, bo ten rząd, to banda karierowiczów, która nie myśli o niczym oprócz własnych kieszeni i kieszeni własnych rodzin i znajomych… Będą pisać złe ustawy, będą łamać przepisy, będą swoich oponentów gnoić i mieszać z błotem, będą z góry traktować każdego, kto stanie im na drodze do celu, którym jest władza… drugim celem są pieniądze, „które im się po prostu należały”… i wszystko z szerokim uśmiechem minister Zalewskiej… 
—————————————————–
Podstawa programowa nadal przeładowana, płace nadal niskie, morale belfrów czołga się po podłodze najniższego poziomu piwnic Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie… rząd cieszy się, że egzaminy zostały przeprowadzone i uznaje to za sukces, pani Szydło dziękuje za zawieszenie strajku… kilka milionów uczniów przez 3 tygodnie nie chodziło do szkoły… sukces… jak ja p***


Naszą receptą na udany związek jest wspólny stół… i wspólne łóżko

MamaM&M
MamaM&M
8 maja 2019
© pixabay.com/kaboompics Codzienne wspólne posiłki pomagają utrzymać relację w związku
 

Pamiętam minę koleżanki, gdy szykowaliśmy w mieszkaniu teściów obiad. Stół nakryty obrusem, naczynia, sztućce, garnek z zupą na środku. Podobnie wyglądały śniadania i kolacje, jeśli tylko w domu były przynajmniej dwie osoby. Moi teściowie są małżeństwem od czterdziestu lat. Ja też chcę z Panem Mężem świętować perłowe, rubinowe, a może i złote gody. Właśnie dlatego staram się codziennie jeść obiad z mężem.

Jakoś tak się ostatnio złożyło, że w moim otoczeniu dużo mówi się o związkach, o trwałości uczuć, o jednomyślności o powodach rozstań i pomysłach na utrzymanie relacji. Nie mam złotego środka, uniwersalnego, działającego w każdej sytuacji, ale jestem przekonana, że bez codziennych starań, godzin rozmów i wspólnych priorytetów nie uda się zbyt wiele zbudować. Nie da się nic uszyć, udawać na dłuższą metę i pozorować szczęścia.

Wiem, że, patrząc na moje małżeństwo, wiele osób ma mdłości od wylewającego się cukru. Nie mówimy o naszych problemach, choć ich nie brakuje, nie opowiadamy o intymnych sprawach osobom trzecim, nie obrażamy się wzajemnie. Na palcach jednej ręki można policzyć awantury, które sobie urządziliśmy. Ja ich nie żałuję, bo pokazały mi one, jak wiele można stracić w jednej chwili, jak bezsensowne jest ukrywanie własnych uczuć i emocji, jak ważne jest mówienie o swoich oczekiwaniach, obawach, o tym, co nas wkurza w drugiej osobie.

Wypominki w listopadzie – taka maksyma u nas obowiązuje. Pozostała część roku to czas, kiedy należy żale wylewać na bieżąco, żeby lawina wulkanu nie zabiła nikogo.

Codziennie siadamy przy wspólnym stole. Jemy obiad, rozmawiamy o tym, co się wydarzyło w pracy, podziwiamy, jak rozwijają się nasze dzieci i jak szybko się usamodzielniają. Mniejsze zło jeszcze dwa miesiące temu wisiało na cycu, a już sam sobie nakłada posiłek na talerz i bez rozlewania przenosi na swój stolik. Starszy natomiast wymyślił system naczyń (stołków i drabinek) połączonych, który pozwala mu na wyciągnięcie jogurtu leżącego na najwyższej półce w lodówce. Podczas posiłków mamy czas omówić najważniejsze sprawy bieżące, plany na przyszłość (zwłaszcza wydatki 🙂 ). Uwielbiamy obiady w restauracjach, wozimy się, kiedy tylko czas pozwala. Próbujemy nowych smaków, co pozwala nam jeszcze lepiej się poznać. To celebrowanie jest ważne dla nas wszystkich. Jestem dumna, że nasi synowie pomagają nakrywać do stołu i już rozumieją, że obiad to cała otoczka, a nie tylko jedzenie. Nie ma u nas sytuacji, w której każdy zabiera paszę z kuchni i siada w sowim kącie, zajęty swoimi sprawami. Obiad to czas wspólny. Podobnie jest ze śniadaniami w weekendy. Kolacje jadamy osobno, ponieważ każdy ma inną porę posiłku wieczornego. Ja jem, jak już wszyscy śpią. Najczęściej czekoladę z kabanosami…

Poza stołem ważne jest dla nas wspólne łóżko. Ja gadam przez sen, Pan Mąż chrapie. Zaakceptowaliśmy to na tyle, że nie zwracamy uwagi na współtowarzysza… Nie śpią z nami dzieci i ta zasada obowiązuje od zawsze. Teraz już możemy mówić synom wprost, że nie chcemy nocnych odwiedzin, ponieważ mama lubi przytulać się do taty, a tata do mamy. Tłumaczymy, że na przytulanie do dzieci mamy czas w ciągu dnia, a także bez ograniczeń wieczorem przed snem. Kiedy dzieci śpią lub kiedy dzieci nie ma w domu rodzice przytulają się do siebie. Staramy się też nie zasypiać z nieprzegadanymi konfliktami, kłótniami. Bywa więc tak, że noc jest krótka, bo żadna strona gadać nie chce, a zasnąć głupio…

Ale łóżko to nie jest tylko przytulanie i sen. Od początku seks był ważny dla nas. Mamy to szczęście, że dobraliśmy się idealnie, nie tylko odnośnie preferencji, ale i częstotliwości. Nie za bardzo lubimy też dzielić się z innymi tym, co dzieje się między nami w sypialni. Nikt nikomu nie chciał niczego udowadniać, nie było niedomówień, jasno i otwarcie mówiliśmy, co sprawia nam przyjemność, a co niekoniecznie jest w kręgu naszych zainteresowań. Daleko nam do grzecznego, statecznego małżeństwa. Lubimy się zaskakiwać i bardzo lubimy być w domu sami. Uważam, że bez udanego seksu nie ma szczęśliwego związku.

Dziś obchodzimy gliniane (lub tez generalskie) gody. Mieszkamy razem ponad 9,5 roku, od ponad 10 lat jesteśmy parą. I dużo, i niewiele jednocześnie. Przeżyliśmy całkiem niezłą wyprawę. I choroba, i utrata pracy, i niechciana ciąża, i długie starania o kolejne dziecko, i rodzinne konflikty, i ważne rozmowy, i decyzje wymagające odwagi. Naprawdę nie wiem, jak trzeba być dobrym, cierpliwym i pełnym miłości i zaufania człowiekiem, aby akceptować mnie taką, jaka jestem. Jednocześnie oboje przyznajemy, że te wspólne 10 lat dla nikogo nie było poświęceniem, męką, czy rezygnacją z siebie… choć może Pan Mąż tak mówi, bo tak wypada… 🙂 dla mnie to piękny czas, chcę, żeby moi synowie kiedyś mogli usłyszeć od nas lub od kogokolwiek innego, że ich rodzice pięknie się kochali, a miłość ta była oparta na wspólnym życiu, na wspólnym przechodzeniu przez każdą, nawet najstraszniejszą burzę,  na wspólnym stole i na wspólnym łóżku…

 

Na zawarcie małżeństwa większe parcie miał Pan Mąż, choć oświadczył się dopiero kilka tygodni przed ślubem (wcześniej oświadczył mi, że pobierzemy się w maju 🙂 ). Ja miałam raczej luźne podejście do formalizacji związku. Zgodziłam się, bo w sumie nie miałam żadnych argumentów przeciw. Ślub nie warunkuje szczęścia i niewiele zmienia w relacji, jeśli jest ona oparta na porządnych fundamentach, ale pozwala dziedziczyć majątek po małżonku i uzyskać informacje medyczne w szpitalu…

.

.

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉


Czy dom rodzinny warunkuje jakość życia dorosłego człowieka?

MamaM&M
MamaM&M
14 kwietnia 2019

Wiele lat musiałam walczyć sama ze sobą, żeby w końcu przyznać, że mój dom rodzinny był patologiczny. Mimo usilnych starań mamy nie udało się zbudować bezpiecznego i ciepłego ogniska, do którego chce się wracać. 

Przez całe moje dzieciństwo przewijała się praca rodziców. Nie były to jednak takie zwyczajne obowiązki, do których się idzie na 8 godzin i wraca. Ojciec prowadził swoją firmę, mama miała sklep, później opiekowała się starszymi ludźmi, pomagała ojcu prowadzić firmę, a tak naprawdę ogarniała całą dokumentację, była gońcem. Ojciec nigdy nie mówił, ile zarabia pieniędzy, czy je ma, czy nie, ale na fajki i alkohol nigdy nie brakowało.

Mnóstwo alkoholu przelało się przez moje dzieciństwo, w domu unosiły się kłęby dymu. Mama ogarniała wszystko, jak umiała. Mistrzyni kuchni polskiej, trzymania wszystkiego w ryzach, uśmiechania się po nieprzespanej nocy. Ani ja, ani mój brat przez wiele lat nie byliśmy powodem jej niewyspania.

Zazdrościłam koleżankom szczęśliwych rodzin, zainteresowanych ich życiem ojców. Przez wiele lat mój sprawdzał dzień, miesiąc i rok urodzenia swoich dzieci w książeczkowym dowodzie osobistym i dziś zapewne nie pamięta tych ważnych dla rodziców dat. Ja pamiętam, kiedy ojciec się urodził, choć od 4 lat nie utrzymuję z nim kontaktu.

Jako nastolatka wyobrażałam sobie swój przyszły dom, w którym to ja będę szyją. Chciałam, żeby mój mąż był przeciwieństwem ojca. Jednocześnie koleżanki marzyły o młodszym modelu swojego taty. Kilka nieudanych prób i stwierdziłam, że ja jednak męża mieć nie będę. No i spotkałam w końcu TatęM&M.

I kiedy po 10 latach porównuję nasz związek ze związkiem naszych rodziców, to cieszę się, że poszliśmy bardziej w teściów niż w moich rodziców, a najbardziej w indywidualny tryb rozwoju… Niemal wszystko omówiliśmy na początku, poznaliśmy swoje oczekiwania na każdym poziomie i w każdej sferze życia, mówiliśmy, czego się boimy. Udało nam się znaleźć rozwiązania wielu spornych kwestii, w niektórych poszliśmy własnymi drogami, żeby spotkać się ponownie na wspólnym szlaku. Nie zmuszamy się do niczego. Mamy wspólne konto (i ja mam swoje 🙂 ), nie kontrolujemy się i ufamy bezgranicznie. Jesteśmy partnerami w rodzicielstwie. Lubię tę pewność, kiedy wychodzę, zostawiając męża z chorymi dziećmi. Wiem na stop procent, że poda leki, odpowiednie leki, odpowiednie leki odpowiedniemu dziecku. Nie muszę robić listy na zakupy, przypominać, na co syn ma alergię.

Jeśli karma wraca, to moje życie prywatne jest dowodem na to, że jestem całkiem niezłym człowiekiem, może nawet dobrym. Lubię swój dom, jest otwarty dla wszystkich, jak mój rodzinny, lubię gotować i karmić ludzi, jak moja mama, uwielbiam pałętające się po mieszkaniu zwierzęta (mój mąż nie lubi, dlatego obecnie za psa robi odkurzacz automatyczny, za kota zdalnie sterowane zabawki, ale wierzę, że to się zmieni), lubię brak kontroli jednych nad drugimi jak w moim domu rodzinnym. To jedyne elementy, które  odziedziczyłam z radością. Od teściów chętnie przejęłam celebrowane posiłki, wzajemny szacunek, pozostawianie pracy poza mieszkaniem (długo się uczyłam, jak nie obciążać swoimi służbowymi sprawami pozostałych domowników), mądrość mojego teścia, który chłodno ocenia rzeczywistość i umiejętność robienia niczego.

Po 10 latach wspólnego życia z Panem Mężem wiem, że dom rodzinny ma ogromne znaczenie w budowaniu własnej rodziny, ale dzieciństwo i jego jakość nie jest jedynym warunkiem szczęścia w dorosłym życiu. Nie wiem, czy zmieniłabym swoje najmłodsze lata na inne, dom na inny… chyba nie… to spowodowało, że dziś jestem silna, bardzo odporna na krytykę i wiem, kiedy zasygnalizować, a nawet powiedzieć wprost, że czegoś sobie nie życzę, kulturalnie (jak teść) i mniej kulturalnie (jak ojciec).

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉