Co twój ulubiony kolor mówi o tobie? Trochę o psychologii kolorów

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
27 października 2015
Fot. iStock
 

Nim zaczniesz czytać ten tekst – zamknij oczy i pomyśl o kolorze. Jaki pierwszy ci przyszedł do głowy? Mi się wydawało, że szary – bo uwielbiam, ale jak się głębiej nad tym zastanowiłam, to jednak niebieski. Bo nie chodzi o to, by wybrać swój (w tym momencie) ulubiony kolor, ale by skupić się na tym, o którym w pierwszym momencie się pomyślało, to właśnie ta barwa jest tobie najbliższa.

I jak? Udało się? Chciałabyś wiedzieć, co kolor twój ulubiony mówi o tobie? Ktoś mógłby powiedzieć – to infantylne, jak czytanie horoskopów. A jednak niekoniecznie. Kolor w jakim kupujesz ubrania, w jakim malujesz ściany swojego mieszkania, w końcu jakim się otaczasz, wiele może mówić o twoim nastroju i dookreślać twój temperament i osobowość. Co więcej, zmiana ulubionego koloru może pokazywać, na jakim etapie życia jesteśmy.

I nie są to jakieś tam infantylne rozważania, bo wpływem kolorów na nasze życie i określających nas samych zajmuje się psychologia kolorów, każdy z nich cos oznacza, opisuje nasze emocje, nastrój, a także w pewnym stopniu determinuje nasze relacje z innymi ludźmi. Nie bez powodu rodzicom sugeruje się na przykład, by pokoju dziecka nie malowali na kolor czerwony, który może wzbudzać agresję i nadmierną aktywność. Poza tym sami wiemy, że są pomieszczenia, w których czujemy się dobrze i takie, skąd najchętniej byśmy uciekli, a wpływ na to ma właśnie dominująca w nich barwa.

Jaki jest twój ulubiony kolor?

Jeśli jest nim czerwony, oznacza to, że jesteś osobą towarzyską, pełną energii. Jest w tobie głęboko zakorzeniona potrzeba aktywności zarówno fizycznej jak i emocjonalnej. Uwielbiasz być w centrum uwagi, być adorowanym, a twoja odwaga, przedsiębiorczość i pewność siebie wzbudza zazdrość innych. Co ważne, kolor czerwony działa pobudzająco na nasz organizm. Podnosi ciśnienie, pobudza krążenie krwi. Jest to w końcu kolor namiętności. Bardzo często kobiety po rozstaniu chętnie noszą czerwone dodatki, ubrania. Jest to znak – jestem wolna, odważna i niezależna.

 

Osoby, które utożsamiają się z kolorem niebieskim według psychologów są spokojne, pozytywne nastawiona do życia i świata, uchodzą za marzycieli. Ten kolor najbliższy jest ludziom, których cechuje duża kreatywność, a których często mogą ponosić emocje. Kolor niebieski budzi zaufanie, tym samym pomaga w nawiązywaniu nowych kontaktów. Może być jednak odbierany jako chłodny i mało przyjazny. Jednak przebywanie w pomieszczeniach, w których dominuje ta barwa łagodzi stres, a błękit rozjaśnia myśli i uspokaja, wpływa pozytywnie na koncentrację.

Fot. Pixabay / JensG / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / JensG / CC0 Public Domain

Chyba każdy wie, że zielony to kolor nadziei. Jeśli jest to twoja ulubiona barwa, to znaczy, że jesteś osobą o łagodnym usposobieniu, empatyczną, która ceni sobie rodzinny spokój i atmosferę. Poza tym kochasz naturę i wzbudzasz zaufanie innych osób. Kolor zielony jako symbol wiosny kojarzy się także z dobrobytem, brakiem głodu, może także przez to budzi w nas spokój, tak jak ludzie lubiący ten kolor. Trzeba jednak pamiętać, że zielony to także kolor zazdrości. Dlatego, osoby, które identyfikują się z tą barwą bywają zazdrosne i potrafią tę zazdrość okazywać.

Fot. Pixabay / Xeromatic / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / Xeromatic / CC0 Public Domain

 

Lubisz żółty kolor? To znaczy, że nie lubisz samotności i jesteś życiowym optymistą. Dla ciebie szklanka zawsze do połowy jest pełna. Osoby, które utożsamiają się z żółtym kolorem mają umiejętność szybkiego przyswajania wiedzy, są skromne, ale tez inteligentne. Bywają pewne siebie, jednak daleko im do zarozumiałości, cechuje ich raczej poczucie własnej wartości. Niestety mogą miewać problemu z przewodem pokarmowym z powody stresu.

Kolor brązowy to kolor ludzi, którzy są bardzo pracowici. Ten kolor lubią ci, którzy są realistami, a wokół siebie cenią ład i porządek. Uważaj, jeśli to twój ulubiony kolor masz zadatki na pracoholika. Ale trzeba pamiętać, że jest to także barwa uczciwości i zaufania. Osoby utożsamiające się brązem mogą jednak mieć kłopot z wyrażaniem swoich uczuć, bywają zamknięte w sobie i rzadko niestety miewają poczucie humoru.

 

Fot. Pixabay / Nikiko / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / >Nikiko / CC0 Public Domain

Szary jest w ostatnim czasie dość powszechnym kolorem. Sama uwielbiam ciuchy we wszystkich jego odcieniach. Okazuje się, że ubrania w tym kolorze zawodowo oznaczają  władzę i profesjonalizm. Hmm. Ale my skupiamy się na tym, jakie są osoby lubiące właśnie te barwę. Szary to trochę tajemniczy kolor, charakteryzuje osoby, które nie zbyt bardzo lubią się wyróżniać i raczej są skryte, unikają tłumu, a jeśli już na niego trafiają, wolą wtopić się w tło niż wyróżniać. Raczej nie są towarzyscy. Są to raczej introwertycy, którzy nie lubią na zewnątrz obnosić się ze swoimi uczuciami.

Wydaje mi się, że nie lubimy myśleć iż naszym ulubionym kolorem jest czerń. Rzadko kojarzy się pozytywnie. A jednak jest to kolor, który cechuje osoby o silnym charakterze, które wewnątrz bywają wrażliwe i kruche, ale nie lubią dzielić się swoimi kłopotami. Czerń to także pewnego rodzaju tajemniczość i niedostępność. Budzi jednak w ludziach poczucie emocjonalnego bezpieczeństwa.

Fot. Pixabay / Bev / CC0 Public Domain”>Holgi / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / Bev / CC0 Public Domain”>Holgi / CC0 Public Domain

Była czerń, pozostała biel. Tu skojarzenia są raczej jednoznaczne i tym samym trafne. Kolor ten kojarzy się z niewinnością, spokojem, a także elegancją. Osoby lubiące biel są prostolinijne, budzą zaufanie, a także wywołują pozytywne emocje. Kto lubi biel, ten bardzo dba o swój wygląd. Biel można zestawiać z innymi kolorami, co pokazuje, że osoby utożsamiające się z tym kolorem są zachłanne życia, a także mają potrzebę bycia docenianym przez innych.

Fot. Pixabay / Krzysiek / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / Krzysiek / CC0 Public Domain

I jeszcze fiolet, o który uzupełniam tekst, bo jak widać, wiele osób z tym kolorem się utożsamia… Fiolet bliski jest tym, którzy lubią żyć w luksusie, ale duży nacisk kładą na rozwój swojej sfery duchowej, między innymi poprzez medytację. Jeśli lubisz fiolet, to znaczy, że jesteś zamkniętym w sobie człowiekiem, introwertykiem, który jednak najpierw myśli o innych, a dopiero później o sobie. Ludzie utożsamiający się z tym właśnie kolorem są bardzo empatyczni i wrażliwi, bardzo łatwo jest ich zranić. Nigdy nie odmawiają pomocy.

 

I co myślicie o określaniu naszej osobowości na podstawie naszych ulubionych kolorów? Wy, którym z nich jesteście?


„Mojego dziecka nie będzie, nie mówcie, że jeszcze kiedyś urodzę!”. O bólu kobiety, która poroniła

Magdalena Modlibowska
Magdalena Modlibowska
27 października 2015
Fot. iStock
 

Umiera rodzic. Albo siostra. Albo bliski przyjaciel. Ogarnia cię smutek, a każdy wokół zdaje się emanować pełnym empatii zrozumieniem. Tracisz ciążę, to strata dziecka, ale otoczenie zdaje się zapadać na głuchotę i ślepotę. Jedni ludzie milczą jak zaklęci, bezczelnie zamiatając temat pod dywan. Inni pocieszają: „Przecież to była wczesna ciąża”, „Jeszcze urodzisz”, „Masz już dziecko”. Sama nie wiem, które reakcje są gorsze do zniesienia. Dlaczego nikomu nie przyszło do głowy, że oto umarło moje nienarodzone dziecko? A wraz z nim umarł kawałek mnie. Potrzebuję współczucia, zrozumienia, czasu na żałobę. Od tego momentu nic już nie będzie takie samo, ja też nie będę taka sama.

Wychowuję troje, urodziłam jedno, poczęłam czworo

Mam dzieci, których nie mam, bo straciłam je zanim przyszły na świat.

Pierwsza ciąża była niespodzianką, po 16 latach małżeństwa i dwóch adopcjach. Tak wielką niespodzianką, że przez 9 miesięcy zastanawiałam się, czy to prawda. Wszystko stanęło na głowie. Może ja jednak mam moc? Moc rodzenia dzieci. Przecież mam dowód. Urodziłam dziecko. A wraz z nim urodziłam wielką nadzieję.

W naszej rodzinie to mąż wymyśla imiona. Ma do tego talent. Już wcześniej mieliśmy wybrane imię dla chłopca, ale mnie dręczyła potrzeba imienia dla dziewczynki. Mówiłam: „Jak mogę czekać na kolejne dziecko przygotowana tylko na chłopca? Potrzebuję być gotowa również na dziewczynkę”. I wymyślił, piękne, wywodzące się ze słowa nadzieja. Dwa tygodnie później zrobiłam test. Czułam, że zobaczę dwie kreski. Jak mogłabym nie myśleć, że to dziewczynka? Zaczęłam tę ciążę z wielką arogancją. Przecież mam MOC! Co tam, że plamię od początku, moja mama też plamiła, to się zdarza. A położna sama mówiła, że każda ciąża inna. Zadzwoniłam nie tylko do położnej, jeszcze do przyjaciółek, rodziny… szczebiotałam szczęśliwa, jakie piękne imię będzie nosić nasza córka. Umówiłam wizytę u swojego lekarza, mówiłam z taką pewnością siebie, że nawet plamienie brzmiało radośnie. Wizyta i pierwszy zimny prysznic. Jest pęcherzyk, prawidłowo położony. „O zobacz, tutaj, ale…” – lekarz zamilkł, a ja chciałam go zabić wzrokiem, zanim nie usłyszałam „…jest za mały jak na ten tydzień i wydaje mi się, że jest pusty.” Czemu nie usłyszałam: „Wszystko będzie dobrze”?

Recepta na hormony, badania bHCG i mam dać znać, jak powtórzę je trzykrotnie. Do domu wracam późno, ale nie przeszkadza mi to rzucić się do internetu. Do rana już wiem wszystko o bHCG w poszczególnych tygodniach, o plamieniu, pustym pęcherzyku i… karmieniu piersią w czasie ciąży! Amplituda emocji jest ogromna, z aroganckiej pewności siebie spadam wprost do mysiej norki. Rano staram się normalnie wyprawić córki do szkoły, ale gdy półtoraroczny syn tradycyjnie przytula się na poranne mleczko, mam ochotę odciąć sobie piersi, byle tylko nie chciał ich ssać. Zaczynam panikować. Ukrywam się przed twarzami, głosami, telefonami. Drugi wynik nic nie pokazuje, zanim odbieram trzeci,  zaczynam mocniej krwawić. „Przykro mi”, słyszę od lekarza. Wtulam się w męża, widzę, że jest smutny. Ja zapadam się w poczucie winy. Nawet widok moich dzieci wywołuje we mnie jeszcze większe samobiczowanie: „Jak ja śmiałam liczyć na coś więcej?”. Wytykałam sobie wszystko, że karmiłam piersią, że powiedziałam innym, że jestem smutna, gdy patrzę na moje dzieci choć powinnam tryskać radością, że mogłam WIEDZIEĆ, że poronię.

W głowie pojawiły się twarze koleżanek, które wiem, że też traciły ciążę. Robię szybki przegląd, każda potem rodziła zdrowe dzieci. Zatem jest szansa. Rozmawiam z nimi, o wszystkim i o niczym, aż wreszcie pękam. „Poroniłam”, szepczę przez łzy. Słyszę różne pocieszenia, ale brakuje mi zwykłego: „Rozumiem, płacz, masz prawo”.

Straciłam dziecko, a razem z nim spontaniczność. Zaczęłam kontrolować dni cyklu, robić testy owulacyjne, współżyć z mężem w konkretne dni. Tak, współżyć, bo to już nie było kochanie się, nawet nie seks, tylko czynność prokreacyjna. Moim celem było zajście w ciąże, jak najszybciej. Teraz wiem, że chciałam tym zasłonić ból straty. Udało się po sześciu miesiącach. Test zrobiłam dopiero po 14 dniach spóźnienia miesiączki. Musztrowałam swoją cierpliwość w nadziei, że jeśli dłużej będę grzecznie czekać, to plamienie się pojawi, a ja nie będę mogła powiedzieć, że poroniłam, bo nie będę wiedziała, czy byłam w ciąży. Nie pojawiło się, ale dwie kreski tak. Siadłam obok męża i powiedziałam ostrożnie: „Udało się, teraz jest inaczej, będzie dobrze”. Moje życie zesztywniało. Nie schylałam się, nie biegałam, nie podnosiłam, nie robiłam nic.

Po dwóch tygodniach umówiłam się na wizytę u lekarza, żeby było jak najpóźniej, bo wtedy będzie wszystko wiadomo. Omijałam internet szerokim łukiem. Po skończeniu ósmego tygodnia wyraźnie czułam mdłości i senność. Przed snem snuliśmy z mężem wizję, szeptałam, że to będzie drugi syn. Tak czułam. Byle do czwartku, wieczorem wizyta. Rano obudziłam się z silnym bólem brzucha, w panice pobiegłam do łazienki sprawdzić, czy nie krwawię. Nie krwawiłam. Ale zanim z łazienki wyszłam, poczułam delikatną strużkę na udzie. Kolejną na policzku. Zadzwoniłam do najbliższej przyjaciółki, nie byłam w stanie nic powiedzieć, szlochałam coraz głośniej. Przyjechała, zajęła się domem, dziećmi, obiadem, ja leżałam. Krwawienie było słabe, więc do wieczornej wizyty żyłam z nadzieją.  Wróciłam załamana.

Obserwuję moje ciało, staram się je zrozumieć dlaczego odrzuca to, czego ja tak pragnę. Dlaczego moje dziecko nie zostanie we mnie. To okrutne, gdy wiem że poronię i tylko czekam, jestem jak kaplica, w której przechowuje się zwłoki. Po kilku dniach czuję silne skurcze w podbrzuszu. Rozpaczam głośniej tym razem. Rozpacz miesza się ze złością, ale już nie na siebie. Na innych, na los, na niesprawiedliwość. Przecież robiłam wszystko tak ostrożnie, bez arogancji. Płaczę głośno. Nie wiem, kto zaopiekował się moimi dziećmi, ale cieszę się, że nie muszę ich teraz widzieć. Mąż przytula, ale na niego też się wściekam, dlaczego jest taki spokojny, dlaczego nie rozpacza, dlaczego pozwala mi wyłączyć się z rzeczywistości, a sam tak mocno stąpa po ziemi. Mam gdzieś jego wsparcie i pocieszanie, chcę jego rozpaczy. Po kilku dniach rozpętuje się piekło bólu, bo do tego psychicznego dołączył fizyczny. Skurcze to jedno, ale widok jak razem z krwią ronię dziecko, przeraża mnie. Resztką władzy umysłowej proszę, żeby mąż zadzwonił po moją położną. Nie chcę szpitala, potrzebuję intymności mojego rodzinnego domu, ale potrzebuję też wiedzieć, że to co się dzieje jest… normalne…

Kilka dni bólu, kilka tygodni cierpienia, kilka miesięcy smutku

Ranią mnie słowa: „Przecież masz dzieci, czemu tak rozpaczasz?” Gdyby  jedno z żyjących dzieci umarło, to współczuliby mi ogromnie.  Zastanawiam się, jak sobie pomóc, jak przestać myśleć. Warsztaty, spotkania, kręgi kobiet. Dostaję współczucie i zrozumienie. Zaczynam dostrzegać słońce.

Boję się, że to jest już koniec i więcej szans nie będzie. Boję się, że znów zajdę w ciążę i poronię. Boję się, że jestem w tym całkowicie bezradna, tracę dzieci i nic nie mogę z tym zrobić.

Nie chcę parcia na kolejne dziecko, ale czy mam przestać marzyć? Chciałabym odzyskać radość spontanicznego seksu, życia. Nie chcę czekać i przeklinać każdej miesiączki. Mija rok. Skończyłam żałobę. Jest jesień. Czuję, że trzeba zrobić test, ale go nie robię. Czekam. Nie wiem na co. Boję się dowiedzieć, boję się kolejnej straty. Ten strach mnie przerasta, denerwuję się, że poronię, zanim potwierdzę ciążę. Paranoja. W końcu mąż prosi, żebym zrobiła test. Są dwie kreski. Teraz działam błyskawicznie, wizyta u lekarza za dwa dni, mam już pierwszy test bHCG. Wszystko jest w porządku. Zachowuję się normalnie, choć jestem w innym świecie. Pracuję, zajmuję się domem, bawię się z dziećmi. Ale jestem ubrana w strach, co chwilę sprawdzam w toalecie, czy nie ma plamienia. Potrzebuję uwierzyć. Ale strach nie odpuszcza. Najstarsza córka wchodzi cicho do sypialni, przytula się do mnie, pyta, czy jestem w ciąży? Zbaraniałam, ale odpowiadam szczerze.

„Wygląda na to, że tak.”

„To wspaniale! Dlaczego się nie cieszysz mamo? Przecież zawsze pragnęłaś mieć dużo dzieci.”

„Bo to bardzo wczesny etap i może się okazać, że jednak nie rozwinie się dalej moja ciąża”

„Rozumiem…  czy już tak było? Wtedy gdy byłaś taka smutna?”

„Tak…” – zaczynam płakać.

Co za rozmowa! Czuję jakbym dostała rozgrzeszenie, za pragnienie kolejnego dziecka. Ona to rozumie, dla niej to normalne. Następnego ranka zaczynam delikatnie plamić. Dzwonię do przyjaciółki, krzyczę i płaczę równocześnie, przyjeżdża mąż, jedziemy do lekarza natychmiast. Z cierpliwością tłumaczy, że ciąża rozwija się prawidłowo, ale jest krwiak obok, to on zapewne krwawi. Dociekam, męczę go pytaniami. Teraz potrafię być wdzięczna, że wtedy był tak bardzo stanowczy w swoim „nie wiem”. Nie dawał nadziei, ale też jej nie odbierał. Żyłam myślą o prawidłowo rozwijającej się ciąży, świat się zatrzymał. Zaklinałam się, że zniosę wszystko. Ale w podtekście był warunek – byle urodzić to dziecko. Następnego ranka zaczęłam czuć skurcze, uciekłam do łazienki, widziałam i wiedziałam co się dzieje, wrzeszczałam. Była moja mama, tuliła, była ze mną. Wrzeszczałam coraz głośniej, to nie był płacz. To był ryk rozpaczy, czułam jakby rozdzierały mnie te wszystkie razy. Siedziałam w wannie, nie mogłam się pogodzić z tym co widziałam. Chciałam umrzeć…

Wyłączam się

Z nienawiścią patrzę na toczące się w rodzinie życie. Każdy obchodzi mnie jak śmierdzące jajko. Nie ma rozmów, nie ma tematu. Nie mam siły iść choćby do łazienki, ale przecież dzieci, śniadanie, mąż idzie do pracy. Lekarz potwierdza, że macica jest dobrze oczyszczona, mam wracać do normalnego życia. Jakby moje było nienormalne. Koleżanki udają, że nic się nie stało. Nawet te, które to przeżyły mówią: „Przecież masz dzieci, nie ma co rozpaczać.” A ja po prostu potrzebuję zrozumienia, umarło kolejne moje dziecko. Żal tej straty nie zmniejsza miłości do tych dzieci, które są ze mną. Po prostu potrzebuję czasu żałoby.

Warunkiem udanego wejścia w adopcję jest przepracowanie straty biologicznego dziecka. Zrobiłam to lata temu. W teorii. Teraz doświadczyłam tego w praktyce. Poznałam cierpienie i rozpaczliwy żal. Pozwoliłam sobie na wejście w ten czarny stan bólu po czubek głowy. Dzięki temu, że mam dzieci zrozumiałam jak to jest silne uczucie. Patrzyłam na nie, wiedziałam, że są moim szczęściem, ale rozpacz zamroziła radość na jakiś czas. Kocham całym sercem dzieci, które są ze mną. I całym sercem tęsknię za tymi, których nie ma.

Strata to strata

Ostatnio w moim życiu dzieje się wiele dobrych rzeczy, ale wielkich zmian. Moja superwizorka mówi, żebym pamiętała o żałobie, o czasie jaki powinnam sobie dać na pożegnanie się z tym co odchodzi, bo każda zmiana, nawet na lepsze jest stratą tego co było, co było nasze, oswojone. Ależ ja to doskonale rozumiem. Każda strata boli i potrzebuje czasu żałoby. Czy to jest strata marzenia o biologicznym dziecku, czy poronienie ciąży w 6 czy 12 tygodniu, czy strata bliskiej osoby. Każda z nas ma prawo do cierpienia na miarę swojej straty.


Od 25 lat nie traci nadziei na odnalezienie syna. Czy to koniec poszukiwań?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
26 października 2015
Fot. iStock

Największy koszmar życia. Stracić dziecko. Nie wiedzieć, co się z nim stało. Latami go szukać.  Miliony nocy, które wyglądają podobnie. Są bólem, czekaniem, nadzieją. O takich historiach czytamy tylko w gazetach. Albo oglądamy je w filmach. Ja jestem tak blisko niej. I jest szansa na szczęśliwy finał. Po 25 lat… Już wiem, że wszyscy możemy pomóc. Zawsze.

Kilka miesięcy temu zadzwoniłam do fundacji Itaka. Pisałam tekst o matkach, którym zaginęło dziecko. Po jakimś czasie dostałam odpowiedź. Na rozmowę zgodziła się Jola. Może nawet czułam się trochę rozczarowana, Tomek, syn Joli zaginął 25 lat temu. „Nie wiem czy są szanse na szczęśliwy finał”, powiedziała przyjaciółka, dziennikarka. Powołała się na badania Itaki: im dłużej od zaginięcia, tym szanse na odnalezienie mniejsze. A przecież ja, jak każda dziennikarka, chciałam mieć misję. A czy może być misja większa, niż pomoc w odnalezieniu dziecka?

Jola na samym początku wyznała: „Przypadek? Wróżka mi kiedyś powiedziała, że mój syn odnajdzie się po 25 latach” Mówiła: „Przez te wszystkie lata czuję, że on żyje. I wiem, że znajdzie się przez przypadek, że to będzie wielkim cudem i czymś nieprawdopodobnym”.

Gdy pięciolatek nie wraca do domu

Pisząc o Joli i Tomku kilka miesięcy temu nie wiedziałam, czy w ogóle będzie finał tej sprawy. Pisałam przecież o matce, której życie wypełnione jest tęsknotą i nadzieją. Nie było tu happy end’u. Czułam jednak, że ta historia we mnie wrosła, że zostanie ze mną już zawsze. Kilka godzin rozmowy z matką, która straciła swoje dziecko 25 lat temu i która minuta po minucie potrafiła odtworzyć dzień zaginięcia swojego syna sprawiły, że płakałam razem z nią i czułam jej emocje na własnej skórze.

Tomek zaginął w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach. Był marzec, 1990 rok, sobota. Jola poszła do pracy. „Nie wychodź mamo, proszę” pięcioletni Tomek zatrzymywał mamę przed wyjściem. Nie robił tego nigdy wcześniej. Jola do dziś mówi: „To był dziwny dzień”. W sklepie, w którym pracowała mało klientów. Czuła niepokój. „Krążyłam od drzwi do lady” – mówiła.  Po pracy szybko pobiegła do domu. „Gdzie jest Tomek?” spytała męża. „Jeszcze  chwilę temu gdzieś się tu kręcił”, odpowiedział. Ale na kolację Tomek nie dotarł. Nie dotarł nawet wtedy, gdy  zapaliła się latarnia uliczna –  ich  umówiony znak, że powinien wracać do domu.

Jola szukała syna całą noc. Miała nadzieję, że zasnął gdzieś zmęczony, może wpadł do jakieś dziury, nie miał już siły wołać o pomoc. Światła w domu paliły się do rana.  Jola chciała pokazać Tomkowi, że ktoś na niego czeka.  Sama siedziała przed domem całą noc, płakała. I myślała, że pęknie jej serce. Tak po prostu.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

SEN: Mamo, przecież ja żyję

Tomka szukali niemal wszyscy mieszkańcy Dobrego Miasta, miasteczka położonego na Warmii.  Płetwonurkowie przeszukali rzekę w pobliżu domu. Ale Tomka nie znaleziono. Przyśnił się jednak Joli, nagi, niesiony na drzwiach domu przez płetwonurków. Kiedy w tym śnie wzięła go na ręce i przytuliła, spytał, dlaczego szuka go w rzece, przecież on żyje.

Poszukiwania trwały. Ale Tomka nigdzie nie było. Jakby zapadł się pod ziemię. Jedynym świadkiem w tej sprawie mógł być mały chłopiec, sąsiad, który tego dnia bawił się z Tomkiem. Jola rozmawiała z nim tylko raz. Usłyszała: „Tak, Tomek był u niego na podwórku, ale później odszedł z Panem z dużym wąsem w brązowo-burym płaszczu”. Nie, syn sąsiadów nie widział go nigdy wcześniej. Niestety  rodzice chłopca nigdy później nie pozwolili  go przesłuchać.

To właśnie kilka tygodni po zaginięciu Tomka Jola odwiedziła wróżkę, starą Cygankę. „Tomek nie zginął, odnajdzie się” powiedziała Cyganka. Gdy Jola spytała kiedy, usłyszała, że może to być nawet po 25-ciu latach.

Czy to, co mówiła wróżka, może się sprawdzić?

Właśnie mija ćwierć wieku, wiele lat tęsknoty, smutku, czasu, kiedy Jola myślała, że nie uniesie ciężaru straty syna i czekania, które zdawało się nie mieć końca. Dwukrotnie chciała popełnić samobójstwo. Dziś mówi, że przed śmiercią chronił ją Tomek i myśl, że nie może jej zabraknąć, gdy on wróci. Jego ojciec już dawno na niego nie czekał. Pogrzebał syna w swoich myślach. Jola została sama ze swoją nadzieją i wiarą.

Odeszła od męża cztery lata temu, opuściła dom, w którym tak długo czekała na powrót swojego dziecka. Wtedy, w maju mówiła mi, że najtrudniejsza jest dla niej samotność i że nie spocznie, dopóki nie odszuka Tomka.

Tomasz Cichowicz w dniu zaginięcia

Tomasz Cichowicz w dniu zaginięcia

Ciąg dalszy historii, która mogłaby nie nastąpić, ale następuje…

Opisywałam historię Joli myśląc o tym, jak niewyobrażalna siła potrafi tkwić w matce, jaką odwagę i nadzieję może nieść miłość do dziecka pomimo ogromu przeżytego cierpienia. Rozmowę z Jolą skończyłam słowami: „Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się usłyszymy, może w zupełnie innych okolicznościach”.

Wiedziałam, że Jola i Tomek na długo we mnie zostaną. Ale nie wiedziałam, że będzie ciąg dalszy ich wspólnych losów.

Tylko jak tu mieć nadzieję, że dziecko, które zaginęło w wieku pięciu lat nadal żyje? Że zostało uprowadzone, choć nigdy nikt nie trafił na trop porywaczy? Przyjaciółka: „Ewa, to niemożliwe, żeby on przeżył”, mąż: „A gdyby nawet przeżył, przecież może nie mówić po polsku, może został wywieziony za granicę”. Tak, to głos rozsądku. Ale jest jeszcze jeden głos, ten w środku, który mi też mówił – a może jednak, a może się uda, może trzeba mieć nadzieję. Zwłaszcza, że zasięg reportażu przerósł moje oczekiwania. Tekst się niósł, ludzie dopytywali o dalsze losy Joli i Tomka. Tylko, że wtedy dalszych losów nie było. Oprócz kilku maili ze zdjęciami mężczyzn podobnych do syna Joli, które sprawdzałam z drżącym sercem i emocjami, które nie pozwalały mi spać… Za każdym razem okazywało się, że to nie on.

A później wszystko ucichło… Na chwilę, na kilka miesięcy.

I wtedy dostałam na Facebooku wiadomość z profilu nazwanego „Zaginiony Tomasz Cichowicz”. Zamarłam. Tak poznałam Iwonę. Kobietę, która bez reszty zaangażowała się w poszukiwania Tomka. Kiedy dziś ją pytam, dlaczego postanowiła pomóc obcej kobiecie, przecież nie znała ani Joli, ani Tomka, przeczytała jedynie artykuł. – To było tak napisane, że kiedy skończyłam, poczułam, że on żyje… Miałam w sobie przekonanie, że uda się go odnaleźć. Nie dawało mi to spokoju – mówi Iwona mieszkająca na stałe w Wielkiej Brytanii.

To ona stworzyła profil na społecznościowym portalu, znalazła kontakt do mamy Tomka, zgromadziła wokół siebie setki osób gotowych pomóc w odnalezieniu chłopca, który zaginął 25 lat temu. – To oni tłumaczyli artykuł i informacje o Tomku na wiele języków. Udostępniali to na stronach, o których istnieniu nawet ja wtedy nie wiedziałam – wspomina Iwona.  Były momenty, kiedy myślała, że się udało. Wciąż przychodziły zdjęcia mężczyzn, na podstawie których można by sądzić, że to Tomek. Podobieństwo bywało uderzające. Jednak za każdym trop okazywał się nietrafiony. Jola patrzyła na zdjęcie i mówiła: „To nie on”. – Czułam to – tłumaczy dzisiaj.

Towarzyszyłam Iwonie w poszukiwaniach. I myślałam o tym, jak wielkie serce trzeba mieć, by bezinteresownie poświęcać swój czas na poszukiwanie syna nieznanej kobiety. Jola z Iwoną zaprzyjaźniły się i dzisiaj myślę, że wsparcie, które Jola otrzymała od obcej przecież osoby, z którą nigdy nie spotkała się twarzą w twarz, to wartość nieprzeceniona całego zamieszania, które po publikacji reportażu powstało.

Ktoś teraz pomyśli: „I co, finałem historii zaginionego syna jest przyjaźń dwóch kobiet?”. Nie! Być może jesteśmy blisko finału. Znaleziono mężczyznę. Jola myśli, że to mógłby być jej syn. Pierwszy raz tak poczuła: – Pamiętam ten moment, kiedy Iwona przysłała mi sms-a. Napisała: „Spójrz proszę na te zdjęcie i napisz mi, co czujesz, bo to bardzo ważne”. Spojrzałam w oczy tego chłopca. I pomyślałam: „To on”. Nie potrafię tego wytłumaczyć, widziałam masę zdjęć, wszędzie doszukiwałam się podobieństw. Ale ten jeden raz poczułam piorun przeszywający serce. Musiałam usiąść, to było coś potwornego. I słowa które  rozbrzmiewały mi w głowie: „Matko Boska, Tomek…”.  Nie patrzyłam na brodę, uszy, nos. Tylko w oczy. I nie potrafię wytłumaczyć emocji, które się we mnie pojawiły.

To zdjęcie ja też dostałam. Od Iwony, z informacją, że Jola pierwszy raz po 25. latach poczuła, że to może być jej syn.

Tak, Jola mówiła, że jej syn znajdzie się przez przypadek. Czy ktoś przypadkowo stworzył profil na Facebooku z fałszywym nazwiskiem mężczyzny tylko po to, by nam pokazać  jego zdjęcie. Link do tego fikcyjnego profilu otrzymała Iwona. Pięć zdjęć mężczyzny, bardzo podobnego do Tomka. Amerykanina, obok którego na zdjęciu stoi prezydent Stanów Zjednoczonych. I nic więcej. Żaden podany w profilu Warner Douglas nie pojawiał się obok prezydenta. Stał tam Ryan, którego prawdziwe imię i nazwisko w końcu ustaliłyśmy.

Te oczy, w które spojrzała Jola należą do bohatera narodowego USA. Mężczyzny, który w czasie wojny w Afganistanie wziął udział w bohaterskiej walce, w której odniósł wiele ran, w której zginęli jego koledzy. To mężczyzna, który odbierał odznakę od Baracka Obamy. Z którym przeprowadzano setki wywiadów i napisano wiele artykułów. Czy to ten cud i wyjątkowość sytuacji, o której mówiła Jola?

Z Iwoną spędziłam długie wieczory i noce przy szukaniu jakichkolwiek informacji o rodzinie i dzieciństwie Ryan’a. Znalazłyśmy wypowiedź jego babci o trudnym dzieciństwie chłopca. Kiedy okazało się, że Ryan ma przyrodniego brata, który jak on nie nosi tego samego nazwiska co rodzice, zaczęłyśmy zastanawiać się. czy Ryan nie został adoptowany. Porównywałyśmy zdjęcia jego rodziców z nim samym szukając podobieństw. Nie wiedziałyśmy, co robić. To trochę tak, jak zatrzymać się na 10 metrów przed metą, kiedy myślisz, czy  uniesiesz to, co jest za nią. Ustaliłyśmy miejsce jego pracy, wysłałyśmy maile i wiadomości na FB, nie mogąc znieść oczekiwania. I cisza. Tak bardzo się przedłużająca. Iwona próbie kontaktu z Ryan’em poświęciła niemal całą swoją energię. – Schudłam – śmieje się.

Interpol zgodził się zająć całą sprawą. Sprawdzić DNA rodziców zaginionego Tomka i porównać z DNA Ryan’a. I nagle on się odezwał pytając Iwonę: „Kim Wy jesteście”. Iwona opisała mu całą sytuację od początku mówiąc, że zależy jej na ustaleniu, czy to on nie został porwany 25 lat temu. Wystarczy, żeby powiedział, jaką ma grupę krwi i sprawdził, czy ma bliznę po wycięciu wyrostka robaczkowego, taką jaką miał Tomek. Iwona poprosiła jeszcze o przesłanie zdjęć z dzieciństwa. Ryan odpowiedział, że poszuka zdjęć i… wyłączył się. Minęły dwa tygodnie.

Jola nie sypia. – Czasami sobie myślę, że się pomyliłam, że może to złudzenie czasu. Powtarzam sobie, że to może nie być tak, jak sobie myślę… Ale skąd wzięło się to uczucie, kiedy spojrzałam w jego oczy? Martwi mnie, ciekawi, trochę intryguje, dlaczego on zapytany o grupę krwi i bliznę  nie dał jednoznacznej odpowiedzi.

Rozmawiając kilka dni temu z Jolą zdałam sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy. Dopiero teraz zrozumiałam, co znaczy, że ona nie zazna spokoju, dopóki go nie odnajdzie. Ona chce tylko wiedzieć, że jej syn żyje, że ma szczęśliwe życie i by on miał świadomość, że gdzieś jest kobieta, która kocha go całym sercem, która tęskni i która nigdy nie pogodziła się z jego zaginięciem, i nie zamierza poprzestać w poszukiwaniach. – Którejś nocy, kiedy nie mogłam spać, pomyślałam: „A co, jeśli te badania DNA się nie potwierdzą?”. Przecież tak naprawdę zaingerowałam w czyjeś życie,  nie mam prawa go nikomu niszczyć. I ta obawa, że to może nie być Tomek, we mnie jest i rozwala mnie od środka. I tak naprawdę, kiedy pomyślę, ile mogę skrzywdzić osób po drodze… – mówi Jola.

Nie mogę napisać, że to już szczęśliwy finał, choć bardzo bym chciała. Wiem, że sprawą interesuje się coraz więcej osób, także inni dziennikarze. Sprawa Joli i jej syna robi się coraz głośniejsza.

Zastanawiam się, co ja bym zrobiła na miejscu Ryan’a. Gdybym miała inną grupę krwi i brak blizny po wycięciu wyrostka, może napisałabym, że bardzo mi przykro i nie jestem osobą, której szukacie… A jeśli blizna i krew by się zgadzała – pewnie  potrzebowałabym czasu, by się z tą myślą i emocjami jej towarzyszącymi oswoić.

Wierzę, że zaraz się okaże, że Tomek się znalazł. Wierzę. Ja, jego mama, i Iwona, przypadkowa osoba, która tak pomogła.

Ale największa moc jest w czymś innym. To jak wiele setek tysięcy osób zidentyfikowało się z Jolą.  Matką poszukującą dziecka. Ilu ludzi udostępniło mój tekst, dopytywało, co może zrobić. Proszę jeszcze raz, jak kiedyś. Udostępniajcie. I historię Tomka, i  historię każdej cierpiącej matki. Czy to dziecka chorego czy zaginionego. To jest niewyobrażalne, jak wiele od nas zależy. Ja już to wiem. A wy?

Dziękuję!


Zobacz także

Niebieska herbata chroni przed rakiem i pomaga zrzucić zbędne kilogramy. Dlaczego jeszcze warto ją pić?

Jeden z największych romansów w historii. Czy była to miłość od pierwszego wejrzenia?

Komu pomożesz najpierw? Twoja odpowiedź ujawni twoją prawdziwą osobowość