Nie chcemy mieć dzieci. Zresztą nie po to zarzynam się nocami na siłowni, żeby teraz zniszczyć sobie figurę przez jakiegoś dzieciaka

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
1 grudnia 2017
Fot. iStock/YakobchukOlena
Fot. iStock/YakobchukOlena
 

Dawno niewidziani znajomi zaprosili mnie do siebie. Przyjechałem do najnowocześniejszego wybudowanego właśnie w Gdańsku, eleganckiego apartamentowca, z portierem w recepcji. Wszedłem po marmurowych schodach, wjechałem chromowaną windą, w absolutnej ciszy. Tuż za progiem przywitała mnie uśmiechnięta para nowoczesnych, energicznych ludzi sukcesu. Pracowali od świtu do nocy. Ona w jednej z największych agencji reklamowych, on jako prezes banku, niemal bez przerwy pod telefonem, bez przerwy przy komputerze. Ona podobno – gdy miała ważny kontrakt – potrafiła nie wychodzić z agencji i dwa tygodnie, spała w biurze, brała prysznic, jadła (błogosławiony catering dietetyczny) i pracowała dalej.

Pokazali mi to swoje imponujące mieszkanie. W pewnym momencie ku memu zdziwieniu zauważyłem, że ono nie ma… kuchni. Mieli olbrzymi salon kąpielowy z niesamowitą, wielką wanną, olbrzymi prysznic, saunę za szklanymi drzwiami i małą siłownię. Do tego wyłożona miękkim dywanem sypialnia i pięćdziesięciometrowy salon, cały urządzony z szarościach, wygodny, z olbrzymimi, miękkimi sofami i barkiem, na którym stał ekspres do kawy i czajnik elektryczny. Pół ściany zajmował olbrzymi ekran, zupełnie niczym w kinie. On opowiadał o jakichś nowinkach technicznych, które wykorzystali przy projektowaniu wnętrza, dzięki czemu mogą cieszyć się krystalicznie czystym dźwiękiem, gdy oglądają filmy, albo słuchają muzyki. Tylko czasu brak na oglądanie…

Jedliśmy zamówione dania z tajskiej restauracji, siedzieliśmy na miękkich sofach, każdy przy swoim malutkim szklanym stoliku. Stołu do wspólnego celebrowania posiłków również nie było. Rozmawialiśmy o tym, że nie jestem w stanie pojąć, jak mogą obyć się bez kuchni. Oni twierdzili, że kompletnie jej nie potrzebują, bo jadają wyłącznie na mieście albo w biurach.

– A co z dziećmi? – zapytałem w pewnym momencie
– Jakimi dziećmi? – odpowiedzieli zgodnym chórem pytaniem na pytanie wzdrygając się nieco.

Dzieci absolutnie nie wchodzą w grę – stwierdziła ona. Nie chcemy mieć dzieci. Zresztą nie po to zarzynam się nocami na siłowni, żeby teraz zniszczyć sobie figurę przez jakiegoś dzieciaka. Poza tym… wyobrażasz sobie mnie zmieniającą pieluchy? – powiedziała z nerwowym śmiechem. Nie, dzieci są obrzydliwe, zasmarkane… nie, nie, nie! To stanowczo nie dla mnie.

Spędziliśmy resztę wieczoru na rozmowach, śmiechu. Przez cały czas towarzyszył nam w tle koncert symfoniczny odtworzony w najwyższej jakości dźwięku. Było bardzo miło, chociaż gospodarz wydawał mi się nieco przygaszony. Zrzuciłem to na karby zmęczenia. On nawet podczas mojej wizyty przez cały czas był w pracy. Podłączony do laptopa niczym do życiodajnej kroplówki, albo aparatu tlenowego.

W końcu postanowiłem się zbierać. Kierowca gospodarza czekał przed budynkiem, by odwieźć mnie do domu. Ledwo zasiadłem w skórzanym fotelu z tyłu pojazdu, gdy zawibrował mój telefon. Dostałem SMS-a od niego: „Ja chciałbym mieć dzieci. Bardzo. Viola nie chce o nich słyszeć. Kocham ją, więc pozostaje mi się pogodzić z jej decyzją.”

Od tamtej pory nie mogę przestać o tym myśleć. Sam bardzo chciałbym mieć dzieci. Duuużo dzieci. Nie wyobrażam sobie bez nich życia. Ba! Upatruję w nich w dużej mierze sens mojego istnienia. I nie, nie chodzi mi o przedłużenie rodu, ale raczej przywołanie na świat istot, które pokocham całym sercem, za które będę odpowiedzialny, które będę uczył życia, przekazywał wiedzę, doświadczenia.

Czy byłbym w stanie pokochać kobietę, które stanowczo deklaruje, że dzieci nie wchodzą w grę? Czy w imię miłości byłbym gotów do takiego poświęcenia?
Czy taki związek jest w stanie przetrwać? Niby ich przykład pokazuje, że tak, ale… jak długo? Co jeśli on pewnego dnia stwierdzi, że jednak nie jest w stanie tak dłużej? Pytań sporo… i żadnych odpowiedzi.

A Wy co sądzicie o takiej postawie?


„Przyjaźń między facetem a kobietą jest niemożliwa i i tak za jakiś czas wylądują w łóżku”. Naprawdę?

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
1 grudnia 2017
Fot. iStock/pixelfit
Fot. iStock/pixelfit
 

Jakiś czas temu siedziałem w jednej z gdyńskich kawiarni, czekając na osobę, z którą miałem się spotkać, i napawałem się obecnością ludzi, gwaru, przyglądałem się osobom siedzącym po sąsiedzku. Lubię to, lubię przyglądać się obcym ludziom i dopisywać sobie w myślach ich życiorysy.

No więc siedzę sobie w kawiarni, a po sąsiedzku cztery koleżanki – przyjaciółki, w wieku mniej więcej trzydziestu lat. Ubrane od stóp do głów w Pradę, Miu Miu, Dolce&Gabbana – kompletnie nic oryginalnego, zero zwariowanych akcentów, ani pół góralskiego serdaka, żadnych kamizelek na drutach czy torebki po babci.

Ciuchy nowe, jakby wyjęte z magazynu stylistów amerykańskiego serialu. Po jakimś czasie doszła do nich piąta przyjaciółka, natchniona w wersji new age – miała na sobie wszystko hindusko-afrykańskie łącznie z toną koralików i chust wyszperanych w india shopie.

Zaczęły kompletnie nieinteresującą rozmowę o niczym… Jak to zwykle bywa, gdy spotykamy się z kimś, kogo długo nie widzieliśmy, relacjonowały, co u nich słychać, jak się mają itd. Interesująco zaczęło być dopiero, gdy dziewczyna z india shopu stwierdziła, że Marek jest jej przyjacielem. I tylko przyjacielem. Wystylizowane panie podzieliły się na dwa obozy. Dwie twierdziły, że tak być nie może, bo przyjaźń między facetem a kobietą jest niemożliwa i i tak za jakiś czas wylądują w łóżku albo, w najczarniejszym scenariuszu – połączy ich uczucie. Pozostałe dwie doszły do wniosku, że skoro to tylko przyjaźń, to on na pewno musi być gejem! Zupełnie nie rozumiem skąd przypuszczenie, że to Bogu ducha winny Marek ma mieć inną orientację, a nie ich koleżanka. Może to ona woli dziewczyny? 😉 A tak już zupełnie serio… może po prostu rzeczywiście są przyjaciółmi. Bo przecież przyjaźń między mężczyzną, a kobietą istnieje, prawda?

Miałem przyjaciółkę. Trzymaliśmy się razem od dziecka. Nigdy nie połączyło nas nic więcej poza przyjaźnią. Nie wylądowaliśmy razem z łóżku. To była osoba, do której mogłem zadzwonić w środku nocy, że mam problem, a ona ruszyłaby mi na pomoc. Wspieraliśmy się wzajemnie w dążeniu do swoich celów, pomagaliśmy sobie, mogliśmy rozmawiać o absolutnie wszystkim… do czasu, aż Kasia wyszła za mąż. Bartek, którego zdecydowała się poślubić – delikatnie powiedziawszy, nie przepadał za mną. Nie był w stanie pojąć naszej przyjaźni. Zrobił wszystko, co tylko był w stanie, żeby tę przyjaźń zabić. Nie do końca mu się udało… przyjaźnimy się nadal. Chyba? Bo… od lat nie mam z Kasią żadnego kontaktu, tylko dlatego, że on sobie tego nie życzy i zabronił jej się ze mną kontaktować.

Wśród moich znajomych również panuje przekonanie, że przyjaźń między mężczyzną a kobietą jest niemożliwa. Najczęściej pada sugestia, że zawsze prędzej, czy później któraś ze stron zacznie czuć coś więcej. Gdy druga strona tych uczuć nie odwzajemni – pojawia się rozczarowanie, frustracja, która bywa początkiem końca przyjaźni. Równie często pada sugestia o podtekście seksualnym takiej znajomości. Niezależnie od tego czy para wyląduje w łóżku, czy też nie, daj Boże jedna ze stron będzie chciała, a druga nie – to nie wróży nic dobrego, a tym samym taka przyjaźń z góry skazana jest na niepowodzenie.

Wypytywałem zawzięcie i niemal nikt nie był w stanie wskazać mi przyjaźni damsko-męskiej, która trwałaby latami i przez cały ten czas pozostawałaby wyłącznie przyjaźnią.

A Wy – macie takie doświadczenia? Wierzycie w przyjaźń damsko-męską? A może same przyjaźnicie się z facetami?


Ona myśli, że on jej nie kocha, a on boi się, że to ona go zostawi… Jestem przekonany, że przez brak rozmowy rozpadło się tysiące związków.

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
20 listopada 2017
Fot. iStock / Good_Studio
Fot. iStock / Good_Studio
 

Jestem unieruchomiony w domu, zatem jour fixe zaczął obowiązywać u mnie przez cały tydzień. Znajomi odwiedzają mnie dość licznie, pojedynczo i grupami. Kilka dni temu zaszczyciła mnie swoją obecnością dawno niewidziana znajoma. Lubimy się bardzo, ale ona podbija świat – otwiera z powodzeniem kolejne biznesy, przez co czasu ma niewiele. Ku mojej radości dla mnie go znalazła. Od początku wydawała mi się nieco przygaszona. W końcu po kolejnym kieliszku wina wyrzuciła to z siebie. „Mam kryzys w związku z Markiem”. – Jak to? Dlaczego? – nie mogłem wyjść ze zdumienia. Stanowili bowiem naprawdę wspaniałą, szczęśliwą jak mi się wydawało parę.

– On mnie kompletnie nie docenia. Wszystko robię dla niego. Tyram bez wytchnienia, niemal dniem i nocą, a mimo to staram się być kobietą domową. Wiesz – obiadki, zupki, posprzątane, poprawne, ugotowane. W sypialni też nam ogień przygasł. Nie wiem, co mam robić. Podejmuję poważne biznesowe decyzje, strategiczne z punktu widzenia firmy, a w życiu prywatnym – nie wiem… Kocham go! To facet mojego życia, a mimo to… a może właśnie dlatego… nie wiem.

W sobotę odwiedzili mnie kumple. Wśród nich Marek. Nie wiem, czy powinienem to zdradzać ;), ale jak to zwykle bywa zaczęło się utyskiwanie na kobiety. Każdy niemal zaczął wylewać swoje frustracje, zastrzeżenia i obiekcje do swoich wybranek. W końcu to Marek zabrał głos. – A ja nie mogę na Sylwię powiedzieć złego słowa. Wspaniała jest. Absolutnie wspaniała. Nie mogłem trafić lepiej. To ja jestem beznadziejny. A przynajmniej przy niej taki się czuję. Coraz częściej nachodzi mnie myśl, że to jednak nie moja liga. Boję się, że mnie zostawi. Wymieni na lepszy model. Nie daje mi to spokoju.

Im obojgu poradziłem, żeby ze sobą po prostu pogadali. Szczerze i otwarcie. O tym, co czują… Zastanawiam się dlaczego tak często o tej rozmowie zapominamy. Jestem przekonany, że przez jej brak rozpadło się tysiące związków. Czasami po prostu boimy się przyznać do tego, co czujemy. Bywa i tak, że wolimy żyć w atmosferze niedopowiedzenia. Boimy się prawdy i wygodniej jest tkwić w nieświadomości.

To nic, że często wtedy zaczynamy sobie dopowiadać, dobudowywać swoje teorie. To nic, że taka sytuacja nigdy nie wychodzi nam na dobre… Rozumiem codzienny natłok obowiązków, rozumiem zabieganie… Wychodzę jednak z założenia, że ZAWSZE mamy czas na to, na co chcemy go mieć. Może zatem warto wyłączyć 103569-ty odcinek serialu, wyłączyć komputer, odłożyć tablet, czy inny telefon… BA! Może warto nawet podarować sobie lekturę Oh!me! [Redakcja mnie zabije za to zdanie;)] i po prostu porozmawiać.

Mam świadomość, że nie zawsze jest możliwość umówienia się „na randkę”. Tak, tak… po wielu latach związku nadal należy umawiać się na randki! Nawet jeśli nie możecie pozwolić sobie na wyjście gdzieś razem – bo dzieci, bo brak kasy, bo coś tam… Świetnym rozwiązaniem jest po prostu spacer, nawet po mieście… Wymusza on odłożenie telefonów komórkowych. Najlepiej zostawcie je w domu. Ha! Trudne, co? Kto to widział wyjść na godzinę z domu bez telefonu. Uwierzcie mi jednak – świat się nie zawali, jeśli przez chwile nie będzie miał z wami kontaktu.

A jeśli naprawdę nie możecie ruszyć się z domu – zaparzcie sobie herbatę i przegadajcie wieczór. Skoro zdecydowaliście się być razem, to z pewnością kiedyś mieliście mnóstwo wspólnych tematów. Jestem przekonany, że naprawdę nadal tak jest. I tylko błagam… nie wykorzystujcie tego jako przyczynku do robienia wymówek. To nie ma być okazja do wzajemnego rozliczenia grzeszków. Macie oboje czerpać z tej rozmowy przyjemność. Będzie fajnie. Obiecuję…