Nie chcę kolejnego „faceta – zagadki”, nie będę się bawić w odkrywanie twojego prawdziwego „ja”. Czy nie ma już normalnych, szczerych mężczyzn?l

Listy do redakcji
Listy do redakcji
14 stycznia 2018
Fot. istock/Pekic
 

Nie jestem „kobietą – niespodzianką”. Nie mam w sobie tej pociągającej tajemnicy, którą podobno kochają mężczyźni. Nie jestem też mocna w uwodzeniu, choć nie narzekam na brak zainteresowania. Ale lubię grę w „otwarte karty”. Mam 32 lata i chciałabym związać się z kimś na dłużej niż kilka tygodni i więcej niż niezobowiązujące seanse kinowe i kawa z ciastkiem, a od czasu do czasu spotkanie u niego lub u niego na lepszy lub gorszy seks. Dlatego błagam, nie każ mi odkrywać swojego bardzo skomplikowanego wnętrza. Jeśli jesteś facetem- zagadką, zdecydowanie nie jesteś mężczyzną dla mnie. Nie znoszę zagadek.

Nie widzę żadnej wartości, żadnej korzyści w tym, że próbujesz zataić coś o sobie, wchodząc w relację ze mną. Jeśli udajesz kogoś kim nie jesteś, przecież to zaraz wyjdzie na jaw. Jeśli masz dziewczynę, żonę – przecież nie uda ci się w nieskończoność oszukiwać nas obu. Tak, wiem, że pewnie myślisz – przynajmniej przez jakiś czas coś z tego będę miał. Ale na litość boską, dlaczego mnie mieszasz w swoją brudną grę?

A może boisz się, że taki, jaki jesteś naprawdę mi się nie spodobasz? Dlatego wymyślasz te brednie o swoich wielkich sukcesach, o samochodach, które ciągle zmieniasz i karmisz mnie złudzeniami o tym, co możesz mi dać, choć nic z tego nigdy nie miałeś i jeszcze długo nie będziesz miał?

Powiem ci szczerze, mój facet może nawet jeździć rowerem, jeśli jest szczerym człowiekiem o dobrym sercu i jeśli tylko umie kochać. Uwierz mi, byłam już na zbyt wielu kolacjach, z mężczyznami takimi jak ty. Każdy z nich był w swoich oczach ideałem, tylko niestety w miłości nie miał szczęścia. Biedacy – wszyscy źle trafili. Oni chcieli tylko wspaniałego związku, chcieli założyć rodzinę, chcieli dać z siebie wszystko, ale nie mogli.  Chcieli, ale coś im nie pozwoliło. Wszystkie te opowieści miały jeden wspólny mianownik – nieodpowiednią kobietę. Bo każda z nich była okrutną materialistką, wymagającą rozpuszczoną księżniczką, która domagała się zbyt wiele i nie potrafiła docenić wszystkiego, czego od ciebie dostawała. O ile dobrze cię rozszyfrowałam, to wszystko, co masz do zaoferowania to puste obietnice, więc szczerze – nie dziwię jej się.

A może jesteś tym zagadkowym „milczkiem”, który właśnie mówi o sobie niewiele i chce być odkrywany i ratowany przez „wyjątkową kobietę”, tę jedyną, która będzie potrafiła go zrozumieć, pomóc mu poradzić sobie z jego demonami? O, nie, dziękuję bardzo. Ja się do tego nie nadaję. Ja nie jestem tą, która traci energię, emocje i czas na to, by dojrzeć w tobie to, czego inni nie dostrzegli, a na końcu zdobyć zasłużoną nagrodę – twoje, hmmm uczucie? Czy może raczej akceptację? Trudno określić, co właściwie możesz dać w zamian, skoro sam nie wiesz, czym jest związek i na czym polega „bycie razem”. Obawiam się, że twoja tajemnica oznacza jedynie problemy jakie masz z sobą samyn.

Wiem, że miłość wymaga podejmowania ryzyka – a kiedy podejmuję to ryzyko, daję z siebie wiele. Daję wszystko, co we mnie najlepsze. Ale nie potrzebuję w miłości niepotrzebnych komplikacji. Dla mnie bycie tajemniczym i zabawa w „odkrywanie dobra” tam, gdzie naprawdę niewiele go widać, całkowicie komplikuje sprawę. Miłość (związek z drugim człowiekiem) jest już i tak wystarczająco złożona.

Masz swoje tajemnice – zachowaj je dla siebie. Widocznie są powody, dla których jeszcze nigdy się przed nikim nie otworzyłeś. Może potrzebny ci ktoś, kogo zaintrygujesz na tyle, by na to „poszedł”, by zobaczył w tobie interesującego człowieka, by miesiącami i latami tego suzkał, czekając aż się łaskawie „otworzysz”. Na mnie nie licz.

Marzę o mężczyźnie prostolinijnym, otwartym, szczerym. Takim, który nie będzie oczerniał przede mną swoich byłych partnerek i uczciwie powie mi, że nie jest doskonały. Marzę o partnerze, przy którym nie będę się bała powiedzieć, że nie jestem doskonała, bo i on nie stworzy wokół siebie aury perfekcyjności.

Marzę o mężczyźnie, który będzie szczery sam ze sobą, który nie będzie tworzył bajek na swój temat, ani oczekiwał ode mnie, że w nie uwierzę.

Marzę o miłości prostej, wypływającej z serca, a nie z lęku przed byciem samotnym.

Czy nie ma już normalnych, szczerych mężczyzn?


Zawsze podobały mi się silne kobiety. Wojowniczki

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
15 stycznia 2018
Fot. iStock / nemke
 

(Wokół książki Sylwii Chutnik, Kobiety, które walczą. Rozmowy z zawodniczkami sportów walki)

Niestety całe dzieciństwo przesiedziałam podczas wuefu  na ławce z innymi takimi, jak ja… hmm niedysponowanymi koleżankami.

Pani od wuefu nie mogła być zresztą żadnym autorytetem. Z dużą nadwagą i w butach na obcasach stała z gwizdkiem i głośno wydawała polecenia. Nie zarażała miłością do sportu.

Całe dzieciństwo i młodość garbiłam się i panicznie uciekałam od piłki rzuconej (przypadkiem) w moją stronę. Takie to były czasy.

Dopiero po urodzeniu dzieci i dzięki jodze (a właściwie to dzięki asanom a potem oddechowi) odkryłam, że mam ciało. To było piękne uczucie! Zachłysnęłam się nim a ponieważ granica między pokorą a uczuciem, że wszystko już mogę, jest bardzo cienka, to po kilku latach intensywnych ćwiczeń przyszła pierwsza i dość poważna kontuzja. I dobrze, że się zdarzyła, bo dzięki niej rozpoczęłam żmudne i powolne treningi z moim trenerem Dominikiem, podczas których bardzo małymi, ale konsekwentnymi kroczkami, buduję w sobie siłę fizyczną (jestem przekonana, że nam kobietom siła fizyczna jest bardzo, bardzo potrzebna!).

Bo poczucie sprawczości i mocy swojego ciała jest pięknym uczuciem!

Kobiety, z którymi, w swojej najnowszej książce, rozmawia Sylwia Chutnik, są znanym lub mniej znanymi zawodniczkami sportów walki. Wojowniczkami, fighterkami. Poznajemy kulisy ringu i oktagonu.

Słuchamy bardzo szczerych opowieści o  budowaniu siebie od nowa , o tym, że „warto czasem wpaść w otchłań i zobaczyć, jak tam jest czarno” ( Iwona Guzowska).
I że „jak ja się nie zbuduję, to nikt mnie nie zbuduje” (Agnieszka Rylik), bo „samo się nie zrobi” więc „po prostu dzwoni budzik i wstaję”.

„ Chodzi o zasadę: upadnij siedem razy, a powstań osiem. To, że upadamy, to jedno. Ale wszystko opiera się właśnie na tym powrocie. To daje największą siłę” (Sylwia Zaczkiewicz).

Czytam o niezwykłej Hannie Gujwan, zawodniczce organizacji Ladies Fight Night, która jest też artystką i w przerwie między treningami maluje obrazy (Ostatnio maluje zawodników MMA).

Zachwyca determinacja i siła tych kobiet!

Książka Sylwii Chutnik jest dla mnie kobiecym manifestem przeciw ograniczeniom i stereotypom.

Przykłady silnych kobiet, których niestety wciąż jest mało w naszej kulturze, bardzo mnie inspirują! I trzeba o nich mówić, pisać, puszczać  te przykłady dalej i dalej.

„Dobrze by było, gdyby traktowano (silne kobiety) raczej jako brakujące ogniwo opowieści o odwadze i sile niż jako ozdoby przy męskim boku”  

Pani Sylwio, dziękuję za tą książkę!

Od lat obserwuję,  że kobiety, które budują świadomość swojego ciała zaczynają prostować się, unoszą głowę do góry i kiedy trzeba, to mówią mocnym i stanowczym głosem.

Małgorzata Halber we wstępie do książki pisze, że w poczuciu sprawczości chodzi też o wyznaczanie sobie celów.

„Maratonem może być przecież wyjście z choroby, zakończenie nieudanego związku, napisanie książki czy wymarzona podróż. Jesteśmy wojowniczkami każdego dnia”.

O tak!

Wcale nie muszę być zawodową sportsmenką, bokserką czy zakładać nogi za głowę i robić szpagat.  Małe cele stawiane sobie w cieplarnianych warunkach, bo na macie czy na sali treningowej – hartują w życiu. Chcę czuć swoje ciało jak najdłużej! I czuć radość z tego, że tak jest!

Bądźmy pięknymi i silnymi wojowniczkami na swoją miarę!

Polecamy  – Sylwia Chutnik. Kobiety, które walczą. Rozmowy z zawodniczkami sportów walki.

Katarzyna Szota-EksnerKatarzyna  Szota – Eksner prowadzi szkołę jogi Yogasana, współtworzy Sunday is Monday oraz gliwicki Klub Książki Kobiecej. Jak Polska długa i szeroka namawia kobiety do szukania (mimo wszystko!) siły w sobie. Dziewczyna ze Śląska, wegetarianka, felietonistka i feministka.


Matka, ojciec i córka. Każde z nich widzi tę relację inaczej, ale nie potrafią się ze sobą porozumieć, ani szczerze porozmawiać

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
14 stycznia 2018
Fot. iStock/Sam Edwards

Na pozór zwykła rodzina. Rodzice i córka, która samotnie wychowuje trzyletniego syna. Spotykają się często, oni pomagają jej w opiece nad dzieckiem, ona odwdzięcza się… swoją obecnością na niedzielnych obiadach, bo na razie na niewiele więcej może sobie pozwolić. Z zewnątrz wszystko wygląda, jakby było w porządku. Ale mało kto wie, że właściwie ze sobą nie rozmawiają. To znaczy, nie rozmawiają o sprawach ważnych, o takich, które ich dotyczą, bolą, które gdzieś w powietrzu „wiszą” między nimi i nie pozwalają im się porozumieć naprawdę, odetchnąć. Od lat. Czego się boją? Dlaczego to dla nich takie trudne?

Ewa, matka

Kocham moją córkę. Uważam tylko, że nie radzi sobie życiowo tak, jak powinna. Wiąże się z nieodpowiednimi facetami, właściwie od początku. Ojciec Maciusia zostawił ją jeszcze w ciąży, teraz jedynie przesyła marne grosze na utrzymanie synka. Nie mieści mi się to w głowie, ale nic już nie mówić, bo co ja mogę? Powtarzałam jej, że musi wystąpić o większe alimenty, że nie ma co się dumą unosić, ale ona się boi, że tamten zechce się widywać z Maciusiem.

Kasia dobrze wychowuje syna. Może tylko trochę zbyt wiele od niego wymaga. A może to czasy się zmieniły, teraz chłopców i dziewczynki traktuje się równo. Ja syna bardzo rozpieszczałam, przyznaję. Kasia mogła nie czuć, że kocham ją tak samo mocno. Ale teraz on wyjechał i mieszka za granicą, rzadko go widuję. A Kasia jest tu z nami, jej problemami żyjemy oboje z mężem. Jasne, że pomagamy jej finansowo. Nie pozwolę, żeby mojemu wnukowi czegoś brakowało. Nie ma ojca, ale ma nas. To dużo więcej.

Czuję, że Kasia często ma do mnie pretensję. Nie bardzo wiem o co, staram się jak mogę, by jej pomóc, by było jej lżej.  Mimo wszystko, wydaje mi się, że z biegiem czasu lepiej się rozumiemy niż wtedy, kiedy wchodziła dopiero w życie.

Mam dobry związek, po tylu latach nie mogę narzekać na męża. Wiele razem przeszliśmy, ale teraz jest między nami spokój. Nie wiem, czy mogę to nazwać miłością, na pewno jest stabilizacja i przywiązanie. Może czasem brakuje mi bliskości, rozmowy innej niż ta o tym, jak zaplanować dzień, zakupy. Ale nie można mieć wszystkiego.

Kasia, córka

Jestem zależna finansowo od rodziców. Bez ich pomocy nie dałabym rady. Jeszcze nie teraz. Marzę o chwili, kiedy będzie mnie stać na samodzielne utrzymanie siebie i synka. Maciusia bardzo kocham, jest najlepszym, co mi się przytrafiło w życiu.

Rodzice dobrze zajmują się moim synem, tata jest naprawdę świetnym dziadkiem. Moja mama bywa niestety szalenie bezkrytyczna, pozwoliłaby Maćkowi na wszystko. Nabrałam odwagi, kiedy coś mi się nie podoba, reaguję. Niewiele to daje, bo moje prośby (na przykład o ograniczenie słodyczy), zazwyczaj są ignorowane. Jest między nami olbrzymie napięcie. Zwłaszcza między mną a mamą, ona stara się wszystko kontrolować. Z tatą jest trochę lepiej.

A jednak nie potrafię z nimi szczerze rozmawiać. Mama zawsze wszystko ukrywała, „zamiatała pod dywan”, była apodyktyczna, decydowała o wszystkim za dwoje rodziców. Tata miał niewiele do gadania. Nigdy o tym nie mówiliśmy, ale przez pewien czas miał romans z koleżanką z pracy. Dowiedziałam się o tym przypadkiem, podsłuchałam, jak doniosła o tym mojej mamie jej przyjaciółka. Miałam wtedy 12 lat. Zawalił się mój świat. Do tej pory żyłam w przekonaniu o nierozerwalności związku małżeńskiego. Czy jakiegokolwiek związku. A jednak, stanęłam wtedy po jego stronie. W ogóle zawsze kochałam go bardziej i więcej mogłabym mu wybaczyć, nawet to, że właściwie rzadko go widziałam.

Z perspektywy czasu widzę to inaczej. Rozumiem, co musiała przechodzić wtedy moja mama. Sama przez to przeszłam. Rodzice nie rozwiedli się, tata został, myślę, że ze względu na mnie i na mojego brata. Nie sądzę, by wciąż kochał mamę. Ją trudno kochać.

Byłam „niewidzialnym” dzieckiem, od którego się wymagało, żeby się dobrze uczyło i nie sprawiało kłopotów. Za to, kiedy coś mi nie poszło tak jak trzeba, mama karała mnie ciętymi uwagami. I była strasznie zimna.

Za to mój młodszy brat, był jej oczkiem w głowie. Mama wybaczała mu wszystko, mi nie wybaczała nic. Teraz on wyjechał i właściwie nie utrzymuje z nami kontaktu. Myślę, że mama bardzo cierpi z tego powodu, ale jak zwykle nie daje po sobie nic poznać.

Paweł, ojciec

W młodości popełniłem błędy. Nie byłem dobrym partnerem, ojcem raczej też nie. Często myślałem o tym, żeby odejść od żony, ale nigdy się na to nie zdecydowałem. Teraz już jest na to za późno. Staram się naprawić, co mogę.

Martwię się o córkę. Chciałbym, żeby ułożyła sobie życie, nie błąkała się tak, jak do tej pory. Chciałbym, żeby była bezpieczna, żeby znalazła kogoś, kto się nią dobrze zaopiekuje.

Mam wspaniałego wnuka, z którego jestem bardzo dumny, uwielbiam się nim zajmować. Tak, jak nigdy nie zajmowałem się moimi własnymi dziećmi. Bardzo tego żałuję.

Moja żona jest dobrym człowiekiem, uważa, że chroni naszą rodzinę. Całe życie to robiła i tak już będzie do końca. Trudno mi jest odpowiedzieć na pytanie, czy ją kocham.

Często myślę o synu, nie widzieliśmy go dwa lata. Uważam, że to on nie chce z nami utrzymywać kontaktu, ale nie potrafię zrozumieć dlaczego.


Zobacz także

„Żartujesz, przecież P. nie jest asystentką, co robi karierę przez łóżko! To jest facet!”. A ty co, baba jesteś?

Wszyscy wkładamy te produkty do lodówki. To duży błąd, czy też go popełniacie?

Jak się dobrze spakować? Pakowanie nie musi boleć!