„Czy chcę, by tak wyglądało moje życie”. Pomyśl o sobie, o tym, co dla ciebie dobre

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
9 marca 2017
Fot. iStock / martin-dm
 

Rozmawiam z przyjaciółką i słyszę: „Z moją mamą kiepsko już, umiera”. Rak postanowił wygrać tę wojnę. To już właściwie przesądzone.

„Wiesz, jakkolwiek by to nie zabrzmiało – cieszę się, że mamy jeszcze wspólny czas, czas nam dany”. I opowiada o tym, że z mamą, która mieszka kilkaset kilometrów od niej, spędza teraz dużo czasu. Urlop, weekend. „Wiesz, pamiętam, jak byłam mała i krzyczałam, kiedy obcinała mi paznokcie u nóg, a dzisiaj śmieję się z jej miny, kiedy sama zaczynam jej obcinać. Pamiętam, jak myła mi włosy, a dziś ja jej mogę umyć. Kładę się obok niej pod kocem i słucham jej spokojnego oddechu, bo ona co chwilę już przysypia. I tak bardzo się cieszę, że za chwilę znowu do niej jadę, że znowu pobędę z nią kilka dni. Wiem, że kiedy odejdzie, będę spokojna, będę pamiętać to, co dobre, a nie wyrzucać sobie, że czegoś nie zrobiłam, że skupiłam się tylko na własnym rozpaczaniu”.

Myślę dziś o nich. Myślę o przyjaciółce, która już teraz też jest kilkaset kilometrów ode mnie, a która przypomniała mi wczoraj jedną bardzo istotną rzecz: by cieszyć się tym, co mamy. By wyciągać z każdej sytuacji to, co dobre. Bo co nam da rozpaczanie, kopanie sobie jeszcze większego doła. Jasne, że smutek jest naszą integralną częścią, że każdy z nas miewa chwile zwątpienia, załamania, kiedy wydaje się nam, że świat się skończył. Ale on się nie kończy, choć czasami tylko tego sobie życzymy.

Tak łatwo przykryć się kocem naszego nieszczęścia. Stać się bezsilnym, zupełnie bezradnym na to, co nas dotyka. Łatwiej myśleć, że nie mamy wpływu na wiele rzeczy: na to, gdzie mieszkamy, co robimy, na to, że ktoś nas porzuca, ktoś inny odchodzi, ktoś krzywdzi.

Wolimy tkwić w tym, co złe. Przyjąć rolę ofiary, której wszyscy wokół będą żałować, będą głaskać po głowie pytając, jak można nam pomóc. Tak, wtedy jesteśmy w centrum uwagi. W końcu wydaje się nam, że tylko, gdy cierpimy wzbudzamy czyjąś litość, zainteresowanie. Bo inni lubią pocieszać, lubią myśleć, że ich życie jest lepsze, wygodniejsze, dalekie od zmartwień, które my mamy.

Tylko zamiast siedzieć w tej swojej norze smutku i szarości, może lepiej wystawić głowę, rozejrzeć się wokół, ale też spojrzeć tak bardzo głęboko w siebie. Odpowiedzieć sobie na pytania:

„Czy chcę, by tak wyglądało moje życie?”.

„Czy chcę właśnie w taki sposób wykorzystać czas, który jest mi dany?”.

„Czy chcę płakać nad swoim losem, czy go jednak znaleźć powody do uśmiechu?”.

„Co mogę dzisiaj zrobić dla siebie?”.

„Na co mam ochotę?”.

„Czy świat jest taki zły, czy tylko ja chcę go takim widzieć?”.

Jesteś w permanentnej niechęci do wszystkiego i wszystkich? Może czas spytać się, jakie masz z tego korzyści. Dlaczego wolisz się udręczać, niż wyjść poza to myślenie o świecie, o sobie, o innych ludziach, które teraz jest twoim udziałem. Dlaczego nie poszukasz rozwiązań, nie podniesiesz głowy? Czy naprawdę wolisz żyć smutnym życiem człowieka zadręczonego problemami, który nie chce szukać rozwiązania, który myśli, że wszyscy inni są winni, a samemu nie ma na nic wpływu.

Tak, ja wiem, że wszystko może przerastać. Zwłaszcza te rzeczy, na które wpływu nie mamy. Ale czy na pewno? Czy realnie musimy zmieniać to, co nas spotyka?

A gdyby tak zacząć od zmiany myślenia? Nie mam wpływu na drugą osobę, na sytuację, ale mam wpływ na to, jak ja będę o tym myśleć. Czy wymagającego i niesprawiedliwego szefa przyjmę jako lekcję, jako pokazanie mi, w jakim miejscu być nie chcę? Jego nie zmienię, ale mogę zmienić siebie. Mogę przestać godzić się na brak szacunku, na poniżanie. Mogę pomyśleć – ok, jestem w stanie w tym wytrwać, bo praca daje mi satysfakcję, a może pieniądze, dzięki którymi mogę robić coś więcej.

A może ten szef właśnie ci pokazuje, jak żyć nie chcesz, że czas na zmiany, których się boisz, a które przecież rozwijają nas i nasze myślenie o świecie.

Masz partnera, z którym nie jesteś szczęśliwa? To może czas pomyśleć, jak popracować nad tym związkiem, porozmawiać, powiedzieć, co nam w duszy smutno gra. Może czas wyciągnąć wnioski, dostrzec, jak traktowaną nie chcesz być. Znaleźć w sobie odwagę na zmiany, na zbudowanie siebie silniejszej.

Może, tak jak mojej przyjaciółce, tobie umiera najbliższa osoba – wykorzystaj ten czas najlepiej jak potrafisz. Bądźcie wspólnie jeszcze przez ten czas szczęśliwi, dostrzegajcie szczegóły, chwile, do których później będziesz mogła się uśmiechać.

Pomyśl o sobie, o tym, co dla ciebie dobre. W tym nie ma nic złego, bo każdy z nas ma prawo do szczęścia. To wtedy, gdy jesteśmy szczęśliwi, zostają przy nas przyjaciele, ludzie, którzy szczerze dobrze nam życzą. Zostają w nas samych dobre emocje, które sprawiają, że mamy wpływ na to, co dzieje się wokół nas, które budują nas mocniejszymi, które pozwalają nawet w najtrudniejszych chwilach dostrzegać jasne światło, jeśli nie nadziei, to wiary, że żyjemy w zgodzie ze sobą, a nie przeciwko…


Czasami rozwód, to jedyny sposób, by uratować to, co dobrego jeszcze zostało…

Anika Zadylak
Anika Zadylak
9 marca 2017
Fot. iStock / kieferpix
 

„Świadoma praw i obowiązków, wynikających z założenia rodziny…”

Marianna i Rafał są małżeństwem z 10-letnim stażem i już blisko 15 lat po rozwodzie. Patrząc na nich i słuchając, aż ciężko uwierzyć, że nie są  ze sobą, że od dawna tworzą nowe i szczęśliwe związki. Mają dwoje dzieci już zupełnie samodzielne i pełnoletnie, osobne rodziny i życia. Ale przez bardzo długi czas byli rodzicami i małżeństwem. Jak najbardziej zgodnym, a do pewnego momentu nawet ze sobą szczęśliwym.

Marianna

– Poznaliśmy się na studiach, ale długo mijaliśmy. Rafał był taki stonowany, poukładany i z tą przylizaną grzywką na bok. Ja punkiem, kolorowe sukienki i ciężkie buty, czyli dwa różne światy. I chyba to prawda, że przeciwieństwa się przyciągają, bo my do siebie lgnęliśmy coraz bardziej. Zaczęło się od manifestacji. W naszym mieście chcieli zamknąć jedyne schronisko dla zwierząt i to wtedy odkryłam w nim coś niezwykłego. Stał za mną zupełnie inny człowiek, krzyczał i domagał się praw zwierząt, był wrażliwy. A gdy się wtedy rozpadało, dał mi swoją kurtkę.

Przedziwną byliśmy parą, ja jak ten paw, on niczym lekko wystraszony kujon. Ale ta jego cisza i spokój dawały mi poczucie bezpieczeństwa, czułam się kochana, wiedziałam, że ktoś się mną opiekuje. Kochałam go bardzo mimo różnic i odmiennych poglądów. Po prostu, bo był mądrym i dobrym facetem, a takiej wariatce jak ja przydał się ktoś do wyciszenia.

O ślubie zaczęliśmy rozmawiać (jeśli mam być szczera to Rafał bardziej naciskał) jakieś trzy lata później. W sumie, nie mogę powiedzieć, że tego nie chciałam, nie przeszkadzało mi, że pójdziemy do urzędu i zmienię nazwisko. Było nam ze sobą dobrze, obrączka niczego nie mogła zmienić.

„Uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński…”

Rafał

– Jak ją pierwszy raz zobaczyłem, to się wystraszyłem i jakoś mnie tak odepchnęło. Marysia była jakby nie z tego świata, a już na pewno nie z mojego, bo faktycznie miałem zgoła inny charakter. Ale na manifestacji dostrzegłem w niej zupełnie inną osobę. Delikatną dziewczynę, która płakała, gdy do klatek siłą wsadzano psy, żeby je przewieźć. I poszliśmy później razem na kawę, a potem kolejną.

Nie mogłem się z nią nagadać i nagle okazało się, że wcale nas tak wiele nie dzieli. A wręcz przeciwnie. Nigdy nie byłem tak zakochany i szczęśliwy, zmieniło mnie to i otworzyło. Byliśmy nierozłączni, choć nadal tak skrajnie różni, ale przez to, że nie wywieraliśmy na sobie nacisków. Marianna lubiła koncerty, więc częściej chodziła na nie z przyjaciółmi niż ze mną, ja natomiast, z kumplami, na bilard czy wieczór jazzowy. A potem, wracaliśmy do wspólnie wynajmowanego mieszkania i do siebie.

Było nam cudownie, na uczelni szło po naszej myśli, nasi rodzice się uwielbiali, a my snuliśmy wspólne plany.

Chciałem ślubu, takiego okazania, że traktuję nas poważnie i na zawsze. Było pięknie, choć skromnie i kameralnie, bo mniej więcej 40 osób, najbliższych nam ludzi. Pół roku później Marysia wróciła do domu, z jedną z najlepszych w moim życiu wiadomości. Miałem być ojcem, czego jeszcze w  życiu można pragnąć bardziej zasypiając u boku ukochanej kobiety?

To był ciężki, ale też dobry okres, bardzo nas scementował i jeszcze bardziej udowodnił, że to właściwą kobietę poprosiłem o rękę.

Psuć zaczęło się nagle – wtedy, tak to widziałem, bo dziś inaczej na to patrzę. Myśmy od pewnego momentu naszego syna traktowali trochę, jak kartę przetargową, z tym najgłupszym argumentem, że to dla dobra dziecka.

„I przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne…”

Marianna

– Tak, byliśmy zgodnym związkiem. Bez większych, a w zasadzie żadnych uniesień, ale też bez awantur i znikania na długie dni. Nie wiem, kiedy przestaliśmy się kochać, a  zaczęliśmy lubić, jak dobrzy kumple, którzy przy okazji mają dzieci i mieszkają pod wspólnym dachem.

Było poprawnie, pracowaliśmy, wychowywaliśmy synka, a potem też córkę, jeździliśmy na wakacje i kłóciliśmy się czasem. Wszystko w granicach zdrowego rozsądku i ułożenia, które wypadało nam rodzicom i odpowiedzialnym ludziom.

Z cichym jękiem w sypialni, żeby nikt nie usłyszał. Niby dobrze, a coraz gorzej.

Miałam wrażenie, że jestem w klatce. Takiej idealnej, gdzie codziennie ktoś dba o to, żebym nie była głodna, żebym miała ciepło i żeby mi się krzywda nie działa. Ale do której drzwi zgubiłam klucze.

Nie kłóciliśmy się, było gorzej, bo przestawaliśmy ze sobą rozmawiać. Co może dzielić bardziej niż mur milczenia?

Oddalaliśmy się od siebie, stawaliśmy obcy, bo jednak każde z nas miało inną wizję życia. Ja nadal chciałam być tą spontaniczną dziewczyną, która we mnie była, ale Rafał, tego nie rozumiał i nie chciał się zgodzić. Uważał, że już nie powinnam ubierać się wyraziście, głosić niektórych poglądów, śmiać i tańczyć. Czułam, że już dłużej nie wytrzymam, że dzieci rosną, a my, jesteśmy fikcją na papierku z urzędu stanu cywilnego. I że to ostatni dzwonek, żeby coś z tym zrobić.

Próby wszelkiego dogadania się i kompromisów nie przynosiły żadnych efektów i wtedy, zdobyłam się na tę najtrudniejszą w życiu rozmowę.

„Wyrokiem Sądu Okręgowego, rozwiązuje małżeństwo stron…”

Rafał

– Gdy Marysia przyszła i powiedziała mi, że chyba chce rozwodu, to odetchnąłem. Darzyłem ją jeszcze głębokim uczuciem i zawsze będę, bo to matka moich dzieci, ale to trochę za mało, żeby się ze sobą zestarzeć. Od dawna już nie było tak, jak powinno.

Ja chciałem spokoju i statecznego życia, a ona była niespokojnym duchem, pełnym energii i słońca. Był okres, że nawet się z kimś spotykałem za jej plecami i przyznałem się choć do niczego, poważnego nie doszło. Chodziło mi o danie sygnału, że coś musimy poradzić na to nasze małżeństwo, bo wspólne dotąd drogi rozchodzą się nam coraz bardziej.

A dzieci rosną, pewnie już dostrzegają, zaczynają rozumieć i cierpieć przez to, że nie potrafimy się dogadać. Że nie umiemy podjąć konkretnych decyzji.

Bardzo kochałem dzieciaki. Nie chciałem ich krzywdzić i wiedziałem, że moja żona jest rozsądną kobietą i wie, że na siłę jeszcze nic się nie udało i nie było trwałe.

Długo rozmawialiśmy i to nie jeden raz. Dokładnie wszystko przedyskutowaliśmy, z dziećmi też usiedliśmy razem, żeby im powiedzieć i wytłumaczyć.

Córka była trochę wystraszona, ale szybko ją uspokoiłem, że niewiele się zmieni, oprócz tego, że się wyprowadzę. I z tego byłem najbardziej dumny, że nam się udało. Rozwieść jak ludzie, którzy spędzili ze sobą kawał dobrego życia i nadal potrafią się wspierać i razem wychowywać swoje dzieci.

Marianna

– Gdy sąd ogłaszał wyrok i mówił o uzasadnieniach dotyczących rozpadu naszego związku, prawie nie słuchałam. Uśmiechałam lekko do mojego już nie-męża i cieszyłam, że to właśnie jemu kiedyś powiedziałam „tak”.

Wyszliśmy razem z budynku i poszliśmy na wino. Zawsze mi potem bardzo pomagał i był, kiedy tego potrzebowałam. Z dziećmi miał kapitalny kontakt, mimo tego, że po latach, stworzyliśmy nowe, osobne rodziny. Znamy się wszyscy i świetnie dogadujemy. Gdybyśmy wtedy nie podjęli tej niełatwej przecież decyzji, może dziś, nie mówilibyśmy sobie nawet „dzień dobry”, a nasze dzieci wiele by straciły. Rozwód to nie zawsze jest ostateczność. To często nadzieja na uratowanie tego, co jeszcze zostało. A my mieliśmy przecież, tak wiele.

Kuba, syn Marianny i Rafała

– Jestem losowi wdzięczny za moich rodziców, za to, że byli i są tak mądrymi ludźmi. Zaoszczędzili nam najgorszego, co może spotkać dzieci, bo ich rozwód tak naprawdę uratował nasz dom.

Nadal mieliśmy oboje kochających nas rodziców i nie musieliśmy patrzeć, jak ojciec nie wraca na kolejną noc, jak się awanturuje, a matka płacze. Czasem lepiej się rozejść i zostać przyjaciółmi, jak mama i tata. Dziękuję im za to, że nauczyli nas, że miłość to też czasem wybranie innej drogi. Nawet, jeśli oznacza, że trzeba się pożegnać.


7 rodzajów przedmiotów w twoim otoczeniu, które skutecznie mogą psuć ci humor

Redakcja
Redakcja
9 marca 2017
Fot. iStock /portishead1

W naszym otoczeniu znajduje się wiele przedmiotów, bez których mogłybyśmy się obyć. Początkowo dom meblujemy i dekorujemy zgodnie z własnym gustem. Z czasem przybywa rzeczy, które otrzymujemy w prezencie od innych. W następstwie tego poprawiamy na ścianach obrazy od ukochanej ciotki, ścieramy kurz z kryształów pamiętających młode lata babci, przyczepiamy do lodówki kolejne „arcydzieła” malowane ręką dziecka. To, co powinno być dla nas czymś pozytywnym i wywoływać uśmiech, bywa czymś, co zaczyna działać na nerwy albo wpędza w poczucie winy. Bo mimo chęci, czasem z powodu sentymentu, trudno jest się tego pozbyć.

7 rzeczy w najbliższym otoczeniu, które mogą psuć ci humor

1. Pamiątki i prezenty

Trudno nimi otwarcie wzgardzić, szczególnie gdy osoba darująca liczy na to, że dla ciebie to będzie coś pięknego, wyjątkowego. I dana rzecz, np. kolejna figurka do niechcianej kolekcji, zalega na półce łapiąc kurz. Najczęściej głupio jest wprost odmówić przyjęcia prezentowego bubla, czy powiedzieć, by darczyńca na przyszłość zweryfikował twoje potrzeby. Pozbyć się pamiątki czy prezentu nie jest łatwo, bo od razu pojawia się poczucie winy, nawet gdy tworzą one bałagan czy kompletnie nie pasują do wnętrza.

Fot. iStock / jstankiewiczwitek

Fot. iStock / jstankiewiczwitek

2. Kolekcje z czasów młodości

To może być wszystko — tematyczne pocztówki, serie książek, hobbystyczne czasopisma, płyty danego wykonawcy. Z jednej strony szkoda, bo kiedyś cieszyło, a z drugiej może wkurzać, bo nie tylko łapie kurz, ale wciąż przypomina o miejscu, w którym kiedyś byłaś. A życie wymaga, by mimo pamięci i sentymentów, iść ciągle do przodu. Takie sentymentalne „zawalidrogi”, zajmują miejsce dla nowej energii.

3. Akcesoria hobbystyczne

Włóczki, modele samolotów, sztalugi i inne. Kiedyś stanowiły o prawdziwej pasji, której mogłaś oddawać się godzinami. Obecnie przewracają się w pudłach, z których najpewniej już ich nie wyciągniesz albo zajmują każdy wolny kąt garażu. Szkoda wyrzucać, bo może do tego wrócisz, choć sama podskórnie czujesz, że to nie twoja bajka. A tak naprawdę zabierają przestrzeń i napawają poczuciem zmarnowanych chęci i czasu.

4. Uszkodzone przedmioty

Szczególnie te, które mają wartość sentymentalną czy materialną. Żal wyrzucić, ale jednocześnie brakuje motywacji, by naprawić. Gromadzone z założeniem, że „jeszcze się przyda” przypominają o braku chęci do konkretnego działania, powodując wyrzuty sumienia.

Fot. iStock / sanse293

Fot. iStock / sanse293

5. Gazety

Przeczytane do połowy lub też jedynie omiecione wzrokiem po przyjściu do domu, zalegają na rosnącym stosie makulatury. Za każdym spojrzeniem tłumaczysz sobie, że szkoda wyrzucać, bo na pewno będziesz czytać. Nie masz jednak za grosz motywacji, przy przeczytać wszystkie interesujące cię artykuły, i zostawiasz je na wieczne „niedoczytanie”, W międzyczasie przynosisz kolejne numery, składając je na wierzch stale rosnącej sterty. Koniec końców, gdy stosik zaczyna się przewracać, wynosisz wszystko, bez przeglądania, nie czytając ostatecznie niczego, marnując pieniądze.

6. Promocyjne gadżety

Długopisy, breloki, kubki, koszulki i inne darmowe haczyki na klienta, znajdą się w każdym domu. Przygarniasz bez zastanowienia, czy właściwie kolejny długopis jest ci potrzebny, bo jest za darmo. W myśl powiedzenia – „dają to bierz, biją to uciekaj”. A później kubki same wychodzą z szafki i klucze przytrzymuje pięć breloków na raz. Niektórym trudno zdecydować jest o wyrzuceniu niepotrzebnych bibelotów, bo są za darmo. A jeszcze trudniej ich nie przyjmować.

7. Zbyt małe ubrania

Chyba w każdej szafie znajdzie się choć jedna para zbyt ciasnych, niegdyś ukochanych spodni, czy bluzka, do której czujemy sentyment. Gorzej, gdy kilogramów przybyło albo ciało zmieniło się po ciąży, a ty nadal z uporem maniaka, wydzielasz w szafie przestrzeń dla rozmiaru S. Za każdym razem, gdy nieudolnie próbujesz wbić się w przyciasne biodrówki, opuszcza cię dobry humor. Zamiast zadręczać się wspomnieniem przeszłej figury, zaakceptuj obecną lub przynajmniej nie katuj się widokiem za małych ubrań. Oddaj je na cele charytatywne, bo za chwilę i tak przestaną być modne. A gdy uda ci się zejść z rozmiaru M na S, wtedy wybierz się na zakupy, żeby odświeżyć garderobę i poprawić sobie humor.


źródło: www.womansday.com


Zobacz także

Zjedz banana! Jest przynajmniej 8 powodów, by robić to codziennie. Akcja #ŁapENDORFINY, wyzwanie #23

7 sygnałów ostrzegawczych perfekcjonizmu

Perfekcja na 99% nie jest gorsza od tej na 100%. Akcja #BabaCud – wyzwanie #7

#SlimemGO

Podsumowanie akcji „Zadbaj o siebie naprawdę”. Masz problem? #SlimemGO