Bywa, że skarpetki na podłodze urastają do rangi konkretnego argumentu do rozwodu i to w dodatku z orzeczeniem o winie!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
7 stycznia 2017
Bywa, że skarpetki na podłodze urastają do rangi konkretnego argumentu do rozwodu i to w dodatku z orzeczeniem o winie!
Fot. iStock / THEPALMER

Muszę, bo się uduszę. Ja wiem, ja wszystko rozumiem i zdaję sobie sprawę, że jedne skarpetki na podłodze rozwodu czynić nie powinny… Ale żesz do diabła!

Kocham mojego męża, naprawdę. Wydaje mi się nawet, że akceptuję wszystkie jego dziwactwa wierząc, że on moje też jest już w stanie znieść. Ba, zaakceptowałam nawet fakt, że pewnych rzeczy zmienić się nie da. Pewne nawyki po prostu płyną we krwi i choć byśmy się dwoili i troili – dupa blada – on nadal kubek po kawie będzie zostawiał tam, gdzie stał z nim po raz ostatni.

Nie jestem jednak żadną świętą, co skutkuje tym, że od czasu do czasu krew mnie zalewa, para wychodzi uszami i zabiłabym za każdy okruszek pozostawiony na blacie w kuchni!

I niech nikt mnie nie tłumaczy PSM, czy innym cholerstwem. Jestem odporna na działania hormonów – przynajmniej tak sobie wmawiam. Ale przysięgam. Przysięgam. Raz na jakiś czas jakbym wrzasnęła, tupnęła, talerzy natłukła! Oj tak, zwłaszcza, gdy nie wiedzieć czemu, wszystko się nagromadzi, a skarpetki na podłodze urastają do rangi konkretnego argumentu do rozwodu i to w dodatku z orzeczeniem o winie!

A wystarczy jedna rzecz, jedna drobniutka, która z zasady nie wyprowadza mnie z równowagi, ale bywają takie kiedy, z czeluści mojej głęboko zakopanej drażliwości wypływają jedne po drugim obrazy, które wyprowadzić mogłyby wyprowadzić świętego, a już ustaliliśmy, że na to miano z pewnością nie zasługuję.

Macie tak? Proszę, powiedzcie, że macie, kiedy jedyne o czym myślicie to wykrzyczeć długą listę przewinień targających waszą cierpliwością, wyrozumiałością i akceptacją. Bo ja dziś muszę! Żeby nie popełnić żadnej zbrodni, która burzy się w mojej krwi!

No więc, jeśli kiedykolwiek on będzie chciał się ze mną rozwieźć nie będę się bała użyć tych argumentów w walce o to, kto był bardziej, mocniej i lepiej w tym związku i nie robił (a przecież mogłabym) co chwilę awantur o:

iStock-629296014– niezamkniętą maselniczkę, po prostu zawsze, ZAWSZE musi zostać otwarta, z czego od czasu do czas skwapliwie korzysta nasz kot

– zostawioną na blacie deskę do krojenia z brudnym nożem, kawałkiem wędliny i serem – jakby naprawdę trudno było to, co brudne wrzucić do zlewu, a jedzenie od razu schować do lodówki; nie jestem w stanie zrozumie na co i po co to…

– brudną kuchenkę, jakby syfu i brudu na niej widać nie było po zrobieniu obiadu… Przetrzeć, wytrzeć i po krzyku, to dwie minuty, no ale to ja muszę je wygospodarować…

– przekładanie rzeczy w lodówce – czy naprawdę tak trudno pojąć, że serki, jogurty itp. – na górze, wędliny – półka niżej itd.? Nie – jak on układa wszystko wywala do góry nogami! Gryzłabym!

– chowanie moich rzeczy – nagle okazuje się, że moje buty lądują w garażu, a kurtka gdzieś głęboko w szafie, bo on robił porządki jedyne co mu przeszkadzało, to mój nadmiar butów, ciuchów, książek – więc je schował, bo niby po co mi tyle

– chomikowanie – bo o punkt wyżej bym się nie wściekała, gdyby nie fakt, że mój mąż jest chomikiem, ale nie trzyma wszystkiego co niepotrzebne w polikach, tylko w pudełkach, pudełeczkach, skrzyneczkach… Stare buty, koszulki, których już nigdy nie ubierze, piłki podziurawione – mogłabym wymieniać jak szalona. Mogę tylko, jak nie ma go w domu wyrzucać co mi w ręce wpadnie – a on i tak nigdy tego nie zauważa…

– i ten kubek, który naprawdę zostawia akurat tam, gdzie skończył wypić kawę, już nie zbieram – pytam, gdzie są kubki i w prezencie otrzymuję całą stertę pochowanych po kątach, na podwórku naczyń…

– i skarpetki – a jakże – że to niby taki symbol. O matko jak ja bym chciała, żeby symbolem tylko pozostał. U nas te skarpetki NAPRAWDĘ leżą koło kanapy! I wyobraźcie sobie, że potrafię na nie nie zwracać uwagi, bo to i tak nic nie zmieni, ale jak przychodzi taki dzień jak dziś… włożyłabym do gardła i kazała zjeść na obiad!

iStock-629296100– o jeny i jeszcze – o te kanapki, które sobie robi wieczorem i którymi szczuje moją ledwo co podjętą dietę! Jak tak można, pytam się jak?!? I jeszcze pyta ze spokojem, czy chcę – je i nie zwraca uwagi na mój morderczy wzrok

O rety już mi lepiej. Choć szukam jeszcze w głowie powodów na usprawiedliwienie ewentualnej zbrodni mając nadzieję, że mnie rozumiecie i wspieracie w tak trudnym dla mnie dniu jak dzisiaj. Bo jak jeszcze raz zobaczę otwartą maselniczkę, to przysięgam… nie ręczę za siebie.

P.S. A może po prostu pójdę spać. Na szczęście jutro będzie nowy dzień z serem nie na tej półce, który nie wyprowadzi mnie z równowagi.


40 lat jak nowe 20! Co dziś wiem, a z czego nie zdawałam sobie sprawy! Uwaga świecie – nadchodzę!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
11 stycznia 2017
40 lat jak nowe 20!
Fot. iStock/yulkapopkova

Nie mam jakiegoś kryzysu, ciśnienia na przeżywanie, czy szukanie na siłę w sobie zmian. Czterdziestka, jak czterdziestka – ot kolejne urodziny. No ale nie byłabym sobą gdybym trochę nie podłubała, nie zajrzała w swoje ciemne zakamarki i nie odbyła rozmowy z przyjaciółką, która dosłownie kilka lat temu weszła w piątą dekadę życia (o matko, to już nie brzmi fajnie). I tak sobie rozmawiamy, że w sumie to nic się nie zmieniło, do trzęsienia ziemi nie doszło, a jednak… Kurde, a jednak.

Fajna ta czterdziestka! Fajna, bo człowiek wcale nie czuje się 40-latkiem, a wręcz przeciwnie, jeśli dobrze wykorzystał ten czas, który był mu dany, to dla niego 40 jest jak nowe 20. Poważnie! Kiedy wiesz, że możesz wszystko i to nie jest kwestia twojej wiary tylko pewności, że naprawdę możesz.

Do mojej czterdziestki zostało jeszcze chwilę, ale już zamierzam piać peany na jej temat i już dziś się nią cieszyć. Dlaczego? Bo kończąc 40 lat wiem to, czego nie wiedziałam mając 20 i to jest fantastyczne doznanie!

Wiem, że:

– jestem fajna – bo lubię siebie, bo tak naprawdę nie ma znaczenia, czy mam długie, czy krótkie włosy, płaski brzuch czy okrągły, grube czy chude uda. Akceptuję siebie nie przejmując się opiniami innych.

– dystans do świata to podstawa – bez tego człowiek wariuje, poddaje się trendom, opiniom, jest jak ta nieszczęśliwa chorągiewka, która w sumie już sama nie wie, w którą stronę wieje wiatr. Po prostu olać należy pewne kwestie, na które nie ma się wpływu, usiąść na krześle, zatrzymać się i zobaczyć, czy to czym się tak podniecam warte jest w ogóle moich emocji. Może lepiej skupić się na czymś innym,

– słabości są super – przestaję się korygować, że oj ja to nie, ja to wszystko potrafię, wszystko zrobię i wszystkim udowodnię, że stać mnie na więcej niż im się wydaje. Tyle tylko, że ci wszyscy mają to w głębokim poważaniu. To ja durna stawiam sobie poprzeczki nie wiedzieć czemu tak wysoko, że aż mi niedobrze, kiedy patrzę w górę. A teraz – znam swoje mocne i słabe strony i te słabe, których przez lata nie udało mi się przezwyciężyć oswajam, za to mocne trenuję wyciskając nimi największe ciężary.

– warto mieć marzenia – kiedyś marzyłam o niebieskich plażach i złotych piaskach – nie żebym dalej nie marzyła, ale większość moich marzeń przybrało realny cel. Nie są bajkami wyssanymi z palca tylko realną szansą na ich spełnienie. Siadam i myślę, co się wydarzy, jak już się spełnią i kiedy czuję i widzę to wszystko, co się stanie – wiem, że warto. I choćby mnie trzymali za fraki, rzucali kłody pod nogi, to będę dążyć do tego, w co wierzę i czego naprawdę chcę.

– odpuść to moje drugie imię – pokochałam to słowo i w końcu je zrozumiałam, że nie warto walczyć z niektórymi wiatrakami, że lepiej dać sobie spokój. To jedno. A drugie, że warto też odpuścić sobie, że nic na siłę nie ma najmniejszego sensu, że to, że odpuszczę teraz może doprowadzić do tego, że w końcu się uda, kiedy odpocznę, kiedy nabiorę dystansu, kiedy odmówię. Zamykam drzwi – otwierają się okna – jeny to taki banał, a taki prawdziwy.

– szkoda nerwów – na ludzi, na sytuacje. Czasami, a raczej częściej niż czasami lepiej odwrócić się na pięcie i pójść w swoją stronę niż się szarpać, dyskutować, próbować udowodnić swoje racje komuś, kto i tak nie chce ich zrozumieć.

– warto być sobą – zawsze i wszędzie. Nie ma sensu dla potrzeb innych udawać kogoś innego, korygować się, by pasować innym, by być lubianym. A w nosie to mam, bo albo ktoś akceptuje mnie taką, jaką jestem, albo nie. Nie musi, nie ma przymusu. Dla mnie ważne, żebym mogła sobie spojrzeć w oczy, powtórzyć każdemu to, co mówię głośno i nie wstydzić się swoich poglądów, opinii i uczuć. W końcu dać sobie przyzwolenie na bycie sobą, nie dopasowywać się do oczekiwań innych. Nie być jakaś. I dobrze mi z tym, najlepiej.

Czuję te energię, która przepływa mi przez ciało. Uśmiecham się do siebie, a w środku wszystko mi krzyczy: „Uważaj świecie! Nadchodzę!”.


Tylko nie mówicie, że myjecie podłogę raz dziennie, bo umrę. Mówię to ja: Pani Domu Dobra Na Miarę Swoich Możliwości

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
3 stycznia 2017
Fot, iStock/h2o_color
Fot, iStock/h2o_color

Na bank każda z was ma przynajmniej jedną koleżankę – idealną panią domu, która zawsze wszystko ma ogarnięte. Dom czysty, obiad ugotowany, ciasto w piekarniku, a ona piękna i uśmiechnięta.

Znajoma mówi: „No co ja poradzę, że nie położę się spać, dopóki chata nie lśni cała”, inna dodaje: „Ja muszę naczynia do zmywarki schować”. A ja sobie myślę – WTF? Czy naprawdę kubek w zlewie może unieszczęśliwiać?

Oczywiście wkurzam się na maksa, bo po pierwsze – ja tak nie mam i szkoda mi czasu na takie pierdoły, przecież one mogłyby w tym czasie uprawiać szaleńcy seks na podłodze, albo chociaż książkę fajną poczytać. A po drugie – wkurzam się, bo sama tak nie mam, a jednak do ideału chciałoby się dążyć. Więc w głowie układam sobie cały stos wytłumaczeń: że przecież jakie to głupie, że co daje taka lśniąca czystość w domu, że one pewnie udają, bo kosztem sprzątania zaniedbują dzieci, a męża to już na pewno i że te dzieci na bank są nieszczęśliwe w takim domu, bo tylko się im zwraca uwagę żeby nie brudziły. Bo jak inaczej. Oczywiście pewnie wcale tak nie jest, ale ja lepiej się czuję myśląc inaczej. Choć w głowie czai się chochlik: zazdrościsz, co? Zazdrościsz. No dobra. Niech będzie. Zazdroszczę. Równo poukładanych w szafach ciuchów, co u niektórych nawet kolorami, kiedy ja swojej boję się otworzyć przy kimś obcym, bo nie wiem, co z niej i ile wyleci. I znowu od trzech tygodni nie mogę znaleźć ukochanych spodni, wsiąkły gdzieś. I z przerażeniem myślę, że w końcu czekają mnie szafowe porządki…

Poza tym zamiast wziąć przykład z sąsiadki, która szoruje okna – czyli pewnie pogoda odpowiednia, bo ona się zna, ja spuszczam rolety. Mam takie specjalne „noc/dzień”, dzięki czemu idealnie kryję brudne okna. Pewnie na wiosnę się zbiorę, bo zimą i tak szaro i buro… Mycie okien tego widoku nie odmieni. Prawda?

Kurde. Kto nas tak koduje – na te, co muszą mieć czysto i na te, co czystości nie traktują za świętość, mają dom ogarnięty, ale bez przesadyzmu.

Oczywiście nikogo nie śmiem oceniać, bo po co to komu. Patrzę tylko na siebie, jak mnie to wkurwia niemiłosiernie, bo ktoś mi pokazuje, że jednak można. I tylko ja czasami wpadam w szał – zaczynam szorować okna, książki ściągać z półek, i piekarnik zaciekle próbuję pozbyć jakiś zacieków, które nigdy nie wiem, skąd się u diabła biorą i dlaczego koleżanki ich nie mają. Wrrr. Może nie pieką? Tli mi się w głowie taka przebiegła myśl, ale zaraz przypominam sobie pyszne ciasto ze śliwkami, które u nich ostatnio jadłam… Nie mogło być kupne.

No ale cóż, nie będąc idealną trzeba sobie radzić inaczej. Sposobem. Jak się nie ma co się lubi, to się do perfekcji doprowadza to, co się ma. No więc mam kilka tików na gości – tych zapowiedzianych i niezapowiedzianych, i na moją wściekle pedantyczną mamę – teraz to nawet ona da się oszukać.

Co robię?

– książki na ustawiam zawsze przy skraju półki, żeby kurz miał okazję zebrać się za nimi, a nie tuż przed. Wiecie kurz nie tknięty nie jest aż tak widoczny, jak ten, gdy ktoś próbuje wyciągnąć książkę, żeby do niej zajrzeć o wtedy wszystko widać. Jak książki stoją blisko – zero ryzyka. Poza tym za książkami idealnie chowają się rzeczy, które nigdy nie mogą znaleźć swojego miejsca – jakieś kartki, umowy, długopisy, linijki, kartki świąteczne. Są i tak w sumie nie wiadomo, co z nimi zrobić… A za tymi wysuniętymi książkami – można zgubić bez wyrzutów sumienia wszystko!

– opuszczam rolety w oknach – o roletach już wiecie, że są, jak przychodzą goście, to zawsze opuszczam, co by nam sąsiedzi w okna nie zaglądali, albo sprzedaję śpiewkę o wścibskim sąsiedzie, co to lubi wiedzieć co u kogo słychać.

– nakazuję nie ściągać butów – u nas jednak nadal panuje przekonanie, że wchodząc do kogoś buty należy zdjąć. Ja sama zdejmuję, bo czuję się swobodniej. Ale u mnie w domu – zwłaszcza, gdy ktoś wpada niezapowiedzianie nie ma szans na wejście bez butów. Po co ma się do czegoś przykleić lub moczyć skarpetki przed praniem. W butach nie widać, co kryje w sobie nasza nieumyta podłoga – tak wiem, dzisiaj wieczorem na bank to zrobię… Akurat!

Z tą podłogą to w ogóle dla mnie są schody nie do przejścia  – żeby utrzymać ją w czystości, to co najmniej raz dziennie z mopem trzeba by było przelecieć i to najlepiej, kiedy wszyscy już śpią… Eh. Tylko nie piszcie, że myjecie ją codziennie!

– orłem jakimś wielkim w gotowaniu nie jestem, ale coś tam zrobić umiem, za to nigdy, ale to przenigdy nie przyznam się, że to sosu, który wszystkim wybitnie smakuje, nawet szwagierce mocno pro eko doprawiony jest tym z paczki. Ale uwaga, zawsze sprawdzam, żeby ten z torebki nie był z glutaminianem sodu – czy jak to tam.

– nigdy też nie zaprzeczam, gdy ktoś mówi, że się napracowałam przy kolacji, zawsze delikatnie spuszczam wzrok: „nie ma o czym mówić” – kwituję skromnie. Bo kurde nie ma o czym, zawsze, ale to zawsze mam coś zamrożone w lodówce. I jak tylko słyszę – wpadniemy, to otwieram, a tam mrożonki, sronki i zawsze coś się wymyśli. Byleby na szybko. Powinnam w ogóle wydać taką książkę: „Chcesz olśnić gości? Szybkie przepisy na prostoty od nieperfekcyjnej”.  Ważne tylko, by uzupełniać zamrażarkowe zapasy.

– no i wiadomo, już w sytuacjach ekstremalnych mówię: „Właśnie miałam zacząć sprzątać”. Niezniszczalne, a najlepsze jest to, że zawsze wszyscy wierzą. Nikt się nawet nie zająknie. I to pranie, które WŁAŚNIE miałam zacząć składać. No jak niezapowiedziani goście, to nawet w sypialni pod kołdrę nie zdążyłam schować.

Ale żeby nie było – lubię porządek, ale bez przesady. Już dawno wyleczyłam się z tego, że zlew musi być pusty – może jak nie masz w domu dzieci, które w dodatku nie sprowadzają wiecznie swoich jedząco-pijących znajomych do domu. I jak ty pijesz kawę niezmiennie non stop w tym samym kubku (to ja). Dałam sobie też spokój z doprowadzaniem domu do lśnienia, kiedy wszyscy śpią, ja też chcę się wyspać, a czysta podłoga snu mi nie da… No i po prostu mam miejsce w domu, gdzie goście wchodzić nie mogą, bo tam kryją się wszystkie moje grzechy i przewinienia nieperfekcyjnej.

A tak w ogóle to zawsze sobie myślę o znajomej, która wpadła w pułapkę perfekcyjności, u niej w akwarium nawet roślinki muszą być dopasowane pod względem wielkości i kolorów… „Nigdy nie spełniałam oczekiwań mojego ojca”, powiedziała, kiedy powiedziałam, że jednak jej zazdroszczę… I zazdrościć przestałam… Pani Domu Dobra Na Miarę Swoich Możliwości – z tym tytułem zdecydowanie mi do twarzy.