To były tylko dwa krótkie zdania. „Mamusiu wyzdrowiej proszę. Tak bardzo cię potrzebuję”

Magdalena Lis
Magdalena Lis
12 lutego 2017
Fot. iStock/efenzi
Fot. iStock/efenzi

Dług wobec losu

Marianna jest dobrym duchem swojego osiedla. Wszyscy ją tutaj znają. Trudno się temu dziwić, w bloku z wielkiej płyty mieszka od czterdziestu siedmiu lat, czyli całe swoje życie. Blok mieści się nieopodal parku miejskiego. Marianna często karmi tam łabędzie i kaczki, chodzi z wnuczką na pobliski plac zabaw. Jest członkiem wspólnoty mieszkaniowej, lubi się społecznie udzielać. Często wyciąga pomocną dłoń do kogoś, kto jest akurat w potrzebie.

– To nie jest jakoś strasznie wiele. A to komuś podam kanapkę, na przykład siedzącemu na ławce bezdomnemu. Kurtkę starą podaruję starszej pani z drugiej klatki, mnie już jest niepotrzebna przecież. Wózek tej młodej z bloku obok popilnuję, żeby spokojnie mogła wejść na górę. Ale to wszystko ciągle mało. Mam dług wobec losu. Życia by mi brakło, żeby go spłacić, staram się jak mogę i próbuję.

Córka

– Kiedy tak czasem patrzę na moją mamę, na to jak zajmuje się Milenką, ogarnia mnie duma i wzruszenie. Moja córka ma mamę, ma babcię, normalną ma rodzinę. Może dziwnie to zabrzmi, ale trochę jej zazdroszczę, bo ja mamy przez dobrych kilka lat w ogóle nie miałam. Teraz mam dwadzieścia sześć, a mama od trzynastu już nie pije. Od tamtej pory dziękuję Bogu za każdy jeden jej trzeźwy dzień. Życie z pijącym rodzicem to jeden z większych dziecięcych koszmarów.

Jeszcze po kropelce

Marianna jako młoda dziewczyna w ogóle alkoholu nie piła. Wszystkie zabawy, licealne dyskoteki, wyjazdy pod namiot – nigdy nie zawiodła swoich rodziców, zawsze trzeźwa do domu wracała. Na studia nigdy nie poszła, marzyła, by założyć rodzinę, by zacząć żyć na własny rachunek, pracować. Załapała się na etat w lokalnym zakładzie zajmującym się produkcją obrusów i firanek. Praca w systemie czterobrygadowym, duże hale, dobrzy ludzie, jak sama o tym mówi – dobra to była robota. Wyszła za mąż, urodziła się Karina. Nie ułożyło im się… Rozwiodła się, kiedy jej córka cztery lata skończyła.

– Zaczęło się od dnia kobiet, potem były kolejne wyjścia do barów z koleżankami. Małą podrzucałam mojej mamie, czasem teściowej. Karinka nie raz płakała, że nie chce znów zostać u babci na noc. Ja miałam wtedy ważniejsze sprawy, instynkt macierzyński w walce z alkoholem zdecydowanie przegrywał. Zamiast budować z córką zamki z piasku, czy wieżę z klocków drewnianych, budowałam przyjaźnie oparte na oparach alkoholu. Bardzo mocno wierząc w to, że one są prawdziwe.

Złudna nadzieja

Bywały momenty, że Karina przez kilkanaście wieczorów matki trzeźwej nie widziała. Potem z dwa tygodnie spokoju, i od nowa. Bo a to ostatki, a to imieniny, a to czyjaś rocznica.

– Pamiętam jak ksiądz podczas mojej komunii świętej w kościele podkreślał w ostatnim słowie, żeby w tym dniu dorośli wstrzymali się od picia alkoholu. Byłam taka radosna, przecież jak ksiądz tak mówi, to na pewno tak będzie. Przyjęcie było w domu, nie zabrakło gości, prezentów i… alkoholu. Byłam bardzo mocno zawiedziona. Mama wtedy za dużo wypiła, biegała za mną wieczorem, i wołała, no córcia, pochwal się wszystkim nowym rowerem. Boże, jak ja się wtedy wstydziłam. Inne dzieci z rodzicami w odświętnych strojach i moja matka w fartuchu, do tego tak nienaturalnie się śmiała.

Ze mną się nie napijesz?

Marianna z czasem picie przeniosła także do pracy. Na nockach nigdy nie było kierownika. No więc kanapka, a zamiast herbaty setka wódki. Sama nie piła, kompanów do kieliszka jej nie brakowało. Wesoło im było, robota szła jak trzeba. Myślała, że jest królową życia. Nie wie, jak długo by po trwało, gdyby nie fakt, że w jej domu któregoś dnia pojawiła się szefowa.

Wstydzę się Ciebie, mamo

– Otworzyłam drzwi jakiejś kobiecie, pytała mnie czy jest mama. Wpuściłam ją, choć mama spała. Słyszałam, jak ta pani mówiła mamie, że musi się leczyć, bo jest chora. Ja następnego dnia jechałam na szkolną wycieczkę, taką z noclegiem poza domem. W nocy się zesikałam. Ja, dziewięciolatka zmoczyłam całe łóżko. Tak bardzo nie chciałam, żeby moja mama była chora. Tak bardzo się bałam i bardzo wstydziłam. W ogóle, jak myślę o moim dzieciństwie dominuje we mnie poczucie wstydu, bo butelki z domu wynosiłam prawie że nocami, idąc na palcach, powoli, żeby w worku ze śmieciami nie brzęczały. Bo na szkolnych uroczystościach zawsze była tylko babcia, nigdy mama. Bo sprzątałam po niej, bo prosiłam, żeby się umyła i ubrała. Bo inne dzieci się ze mnie śmiały, a ja broniłam jej zawsze, że jest chora i że wcale się nie upiła.

Smutna prawda

Kierowniczka Marianny powiedziała jej, że musi się leczyć, nawet z pomocą się zadeklarowała. Matka Kariny jednak odmówiła. W pracy dostała najpierw dwa upomnienia, potem naganę, groziła jej utrata zatrudnienia. Mimo to nadal piła. Była w ciągu, nic do niej nie docierało. Do czasu. Pamięta jak przyszły do niej we trzy, szefowa, teściowa i mama. Zagroziły, że nie chodzi już tylko o pracę, ale także o Karinę. Że jej ją zabiorą, że szkoła się zaraz zainteresuje, bo Karina się w lekcjach opuściła. To była krótka piłka: „Zwolnienie lekarskie i zamknięty ośrodek”. Marianna uległa. A potem po tygodniu stamtąd uciekła. I tak jeszcze dwa razy. Karina w tym czasie u jej matki zamieszkała.

Mamusiu wyzdrowiej, proszę

To był taki czas, kiedy Karina wracała do domu pełna spokoju. Babcia czekała z obiadem, w domu było posprzątane. Poprawiała oceny, spotykała się z koleżankami. Do mamy napisała list, bo babcia jej kazała. To były tylko dwa krótkie zdania.

„Mamusiu wyzdrowiej proszę. Tak bardzo cię potrzebuję”.

Siła

– Paradoksalnie rzecz ujmując, moja córka dała mi siłę. Podjęłam pełne leczenie. Przyznaję szczerze, że łatwo nie było, ale warto na pewno. W ośrodku poznałam podobnych do mnie ludzi. Nawzajem żeśmy się wspierali. Boże, ile ja łez tam wtedy wylałam.

Ufam, ale kontroluję

Karina wiedziała, że jej mama zakończyła leczenie, że wraca do domu. Mimo to wielokrotnie jej nie wierzyła. Patrzyła jej w oczy, wąchała ją chcąc zdemaskować zapach alkoholu. Po domu szukała pustych bądź napoczętych butelek, kontrolowała zakupy, które Marianna przynosiła. Bała się jej powrotów z pracy, wyjść z koleżanką czy rodzinnych spotkań. Mimo upływu kilku lat wciąż się z tym lękiem nieustannie borykała.

Nowy początek

Marianna wróciła do pracy, próbowała zacząć swoje życie od nowa. W ośrodku poznała Krzysztofa, od tamtej pory są w związku, ale razem nie mieszkają. Ze starymi przyjaźniami już dawno zerwała. Nadrabia stracone lata, miłość, której nie potrafiła dać swojej córce, próbuje w całości na wnuczkę przelać. Mówi o niej „oczko w głowie”.

Wybaczenie

Córka Marianny studiuje, ma własną rodzinę. Zapytana, czy ma żal do matki, odpowiada, że nie ma.

– No może trochę – po chwili dodaje. – Bo wiesz, jak poczuję gdzieś zapach alkoholu to ta cała gama złych odczuć mimowolnie do mnie wraca. Mój mąż proponuje mi, bym poszła na terapię, mówi, że to czasem pomaga. Na razie sama się z tym zmagam. Przynajmniej próbuję. A mama? Wiesz, bywało różnie. Ale mimo wszystko chyba jej wybaczam.


5 typów wampirów energetycznych. Jak się przed nimi chronić?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 lutego 2017
Fot. iStock/Emir Memedovski
Fot. iStock/Emir Memedovski

Z ich obecności w naszym życiu nie od razu zdajemy sobie sprawę. Nie zawsze jesteśmy świadomi tego, co się z nami dzieje w towarzystwie tej drugiej osoby. Jedynie po spotkaniu miewamy takie nieodparte wrażenie, jakby ktoś przecisnął nas przez praskę, wysysając z nas całą energię.

Wampiry energetyczne mają jedną wspólną cechę – nie potrafią stworzyć własnej energii życiowej w żaden pozytywny sposób. Oni zawsze tylko biorą, nic nie dając w zamian, bo też nie mają nic do zaoferowania. W ich obecności zawsze czujesz się gorsza, głupsza, obrażana i niekochana, oni nie dają wsparcia, nie podzielają naszego entuzjazmu, gdy z czegoś się cieszymy. Zatruwają nas powoli, karmiąc się naszą energią.

Wampiry energetyczne mogą kryć się wszędzie – w twojej rodzinie, wśród znajomych, w pracy, są kochankami, ale też życiowymi partnerami. Tworzymy z nimi niezdrowe dla nas relacje, w których jest wiele dramatu, spada nasze samopoczucie. Wampiry to ludzie, którzy sprawiają, że czujemy się przygnębieni, źli, czasami bezradni.

Oto pięć typów ludzi, którzy zatruwają nasze emocje, wysysają z nas energię i prześladują nas tak, jakbyśmy byli ich ofiarą.

Pasywny agresor

Swoją wrogość przykrywa miłym uśmiechem. Nigdy nie atakuje wprost, nie mówi o swoich pretensjach wprost, wręcz przeciwnie jest ekspertem w w upiększaniu i słodzeniu swojej wrogości. Każdy z nas momentami zachowuje się w taki sposób, różnica polega na tym, że wampir energetyczny nadużywa tego. Mówi: „Odbiło ci”, „Zwariowałaś?” – a ty nie wiesz, co odpowiedzieć. Nawet, jeśli ty masz o coś pretensje, to nawet nie wiesz kiedy – zaczynasz się tłumaczyć ze swojego zachowania, bo nagle okazuje się, że to ty jesteś winna danej sytuacji. Oczywiście w mniemaniu wampira energetycznego.

Narcyz

Znasz kogoś, kto uważa, że wszystko kręci się wokół niego, bo wierzy, że jest pępkiem świata. Narcyzi są egocentryczni, próżni, głodni podziwu i uwagi. Przedstawiają się jako inteligentni i uroczy ludzie, ale to wszystko do czasu, do momentu, kiedy zauważą, że ich status osoby stawianego jak wzór, godnej naśladowania jest zagrożony. Często brakuje im empatii

Biorąc pod uwagę, że motto tego typu osobowości jest „ja pierwsza” złościć i / lub wyrażania siebie stanowczo nie będą miały żadnego wpływu na nich. Często brakuje im empatii, a bezwarunkowa miłość w ich przypadku jest dla nich trudna i właściwie niemożliwa.

Jak się bronić przed takimi osobami – najlepiej pamiętać o swoich mocnych stronach, stawiać sobie realne oczekiwania. Warto też spróbować uświadomić tego typu ludziom, że sprawiają, że czujemy się gorsi, kto wie, jeśli jest to ktoś, na kim nam zależy – może się zmieni i zrozumie swoje działania.

Atakujący

Te emocjonalne wampiry rzucają się na ciebie z całą siłą swojej agresji i złości – upokarzają, krytykują, doprowadzenie do konfliktów zdaje się być ich przeznaczeniem. Są uzależnieni od wściekłości, wtedy działają na wysokim C, potrzebują trzymania innych w potrzasku swojej złości. Czujesz się przy nich w nieustannym napięciu i strachu, bo boisz się, że powiesz, czy zrobić coś nie tak.

Najlepszą samoobroną jest… ochrona własnej samooceny, którą gniew może skutecznie zniszczyć. Dlatego nie spiesz się, odczekaj moment konfrontacji, nie reaguj i nie daj się wciągnąć w awanturę. Tylko tak jest szansa na uspokojenie nerwów i wyjaśnienie swojego punktu widzenia po pewnym czasie. Możesz spróbować uświadomić takiemu typowi wampira energetycznego, że na pierwszym miejscu stawia od atak, złość i agresję – że w taki sposób nie przyjmuje żadnych argumentów widząc tylko swoje racje.

Ofiara

Wampiry energetyczne bywają też królami dramatu, wchodzą bardzo chętnie w rolę ofiary. Oni doskonale wiedzą, jak się zachować, co powiedzieć, który przycisk przycisnąć, żebyś poczuła się niepewnie. Są mistrzami wzbudzania w tobie wyrzutów sumienia, oczywiście zupełnie bez powodu.

W relacji z tego typu ludźmi musimy przede wszystkim zrozumieć, że nikt nie jest idealny, że każdy z nas popełnia błędy. Można spróbować jeszcze zakomunikować: „Rozumiem twój punkt widzenia, ale kiedy tak mówisz, ranisz moje uczucia, byłabym wdzięczna, gdybyś przestał tak robić”.

Plotkarz

Jest jeszcze jeden typ – plotkarzy. Uwielbiają mówić o innych, ale też o nas za naszymi plecami. Psują reputację, rozprzestrzeniają złośliwe plotki. Robią to wszystko sprawiając, że czujesz się upokorzona, a oni sami podbudowują swoją wartość szukając potwierdzenia swoich opinii na twój temat u innych.

Oczywiście najlepiej by było się nie martwić tym, co o nas mówi, nie brać tego do siebie. Masz prawo rozsiewane plotki ignorować, być ponadto, co ta osoba o tobie mówi. A jeśli słyszysz, ze zaczyna plotkować w twojej obecności o innych powiedzieć wprost, że nie chcesz brać w tym udziału i zmienić temat.

Najlepiej byłoby się odciąć od relacji z wampirami emocjonalnymi, ale nie zawsze jest to możliwe. Czasami warto spróbować uświadomić im, jak nas krzywdzą, jak są niesprawiedliwi. Ale uwaga, warto to zrobić wtedy, gdy masz nadzieję, że spróbują to zrozumieć i pochylą się nad twoimi słowami.


źródło: exploringyourmind.com


„Daj, niech ja pomielę, a ty odpoczywaj” – powiedział mąż do żony. Tak brzmi najstarsze, zapisane, polskie zdanie

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
12 lutego 2017
Fot. iStock/duncan1890
Fot. iStock/duncan1890

Miłość najpiękniej wyrazić troską o ukochaną osobę, ale i (a może przede wszystkim) konkretnym działaniem. „Jesteś zmęczona, usiądź, ja popracuję, ty poodpoczywaj”… – są kobiety, które nigdy nie usłyszały tego od swoich partnerów.  

Czyżby średniowieczni mężczyźni wiedzieli  lepiej od współczesnych, jak okazać uczucie ukochanej? Najstarsze zdanie, zapisane w języku polskim, na ziemiach Śląska, brzmiało „Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj.”. Wypowiedział je Bogwał (Czech), właściciel wioski Brukalice, do swojej żony (Polki) i oznacza ono: „Daj, niech ja pomielę (pokręcę żarna), a ty odpoczywaj.”. Można je przeczytać w Księdze Henrykowskiej (wpisanej w 2015 roku na listę UNESCO), spisanej w opactwie cystersów w Henrykowie, ok. 1270 roku przez jej opata Piotra.
Ponieważ w okolicy, w której mieszkała owa para, młynów wodnych prawie nie budowano, żona Bogwała często stała przy żarnach mieląc ręcznie. Kiedy tylko mąż widział jej zmęczenie, wyręczał ją przy pracy.
Trzeba także koniecznie zaznaczyć, że w owych czasach, mielenie ziarna było uważane za pracę niegodną mężczyzny, więc sąsiedzi Bogwała jawnie z niego kpili, nadają mu przezwiko Brukała (zbrukany). Ale Bogwał niewiele sobie z tego robił, bo lojalność i chęć pomocy żonie, były dla niego ważniejsze.
I choć niektórzy naukowcy uważają, że owo zdanie należy interpretować inaczej („siadaj i podziwiaj, bo źle to robisz”), my wolimy zdecydowanie tę pierwszą wersję.

Na podstawie: poselskanazwa.pl


Zobacz także

Fot. Materiały prasowe / Osiedle Praha

5 rzeczy, dzięki którym znajdziesz miejsce idealne do zamieszkania

Fot. iStock / Voyagerix

Mam piękne oczy, lubię kształt moich uszu i piegi na nosie, a ty? Akcja „Jestem siebie warta”

tracy_green

Nasze nawyki