Jaka ona była, ta twoja „była”? Gdyby była taka wspaniała, nie byłbym teraz z tobą, tylko z nią. Przestańmy wypytywać naszych partnerów o ich przeszłość

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
25 lipca 2017
Fot. iStock/Mixmike
Fot. iStock/Mixmike
 

Chyba w każdym związku przychodzi taki moment, kiedy zaczynamy rozmawiać o swoich byłych partnerach i partnerkach. Trudno dokładnie powiedzieć, co nami kieruje, kiedy staramy się dowiedzieć „jaka ona była”i czy na pewno nie lepsza od nas  Najczęściej wiemy przecież same, że była beznadziejna… Więc po co, albo raczej – dlaczego? Psychologia mówi, że ci, którzy mają liczne kompleksy, ci, którym brak pewności siebie, próbują jej sobie dodać, porównując się do innych i poniżając ich. Któż, jak była partnerka obecnego ukochanego, obiekt trochę abstrakcyjny, trochę z innej bajki, nadaje się do tego lepiej?…

Znam kilka kobiet, które uwielbiają katować się pytaniami o byłe dziewczyny, żony i partnerki. Zaczyna się niewinnie. „A, powiedz mi, dlaczego właściwie się rozstaliście?”. I wtedy facet, naiwnie albo w sposób przemyślany, zaczyna opowieść o tym, jaka to była małpa, jak wykorzystała, porzuciła, jak się czepiała. Lub taktownie milczy, odpowiadając półsłówkami i delikatnie dając do zrozumienia, że to temat nie tyle nieważny, co skończony. Jeśli związek się rozwinie, ona i tak znajdzie sposób, żeby się o „tamtą” dopytać. A potem poszuka zdjęć na Facebooku, a teściową podpyta o inetersujące fakty z przeszłości. Niby z babskiej ciekawości, niby przypadkiem, ale tak naprawdę dlatego, żeby poczuć się w związku pewniej. Żeby powiedzieć sobie samej, że jest „tą jedyną, najlepszą”. Taką, z jaką on nigdy wcześniej nie był. Cóż…

Jeśli się posprzeczają, w kłótni użyje koronnego argumentu: „To sobie wróć, do tej „swojej”, na pewno była lepsza ode mnie”. Ryzykowna to gra, bo w emocjach, chcąc jedynie zrobić jej na złość, on może podjąć wyzwanie i powiedzieć, że owszem, że tak, z chęcią, że „była” nie robiła scen o byle co. I nieszczęście gotowe, bo przecież nie taka była spodziewana reakcja.

Mój bardzo mądry przyjaciel, którego „wieczna narzeczona” zwykła kończyć dyskusję, która nie toczyła się po jej myśli, słowami: „W ogóle nie wiem, dlaczego ty się rozstałeś z Aśką, z nią się świetnie rozumiałeś, nie to, co ze mną”, miał na to zawsze jedną odpowiedź. Mówił jej: „Gdyby była taka wspaniała, to byłbym teraz z nią, a nie z tobą”. I właściwie tu następował koniec kłótni, pojednanie, pocałunki i powrót sielanki. Narzeczona po raz kolejny dostała sygnał, że to ona jest „tą wyjątkową”, więc zakopywała wojenny topór i szła robić herbatę z cytryną, w dwóch, identycznie zielonych kubkach.

Są i takie dziewczyny, które pytania o poprzednie związki zadają już na pierwszej randce, przybierając minę życzliwej obojętności, a jednocześnie koncentrując całą swoją uwagę na jego twarzy i obserwując jego reakcję. Niby nic w tym dziwnego, bo przecież to, jak mężczyzna mówi o swoich byłych partnerkach świadczy o tym, jaki jest naprawdę w stosunku do kobiet. A jednak, jeśli taka rozmowa nie wyniknie „naturalnie”, ale na skutek przypierania rozmówcy do muru pytaniem: „Jak właściwie się rozstaliście”, gdy właściwie dopiero się poznaliście, to, delikatnie mówiąc, robi się niezręcznie.

Jest jeszcze druga strona medalu, czyli sytuacja, w której to nasz partner jest przez nas porównywany do naszych byłych. Pół biedy, jeśli robimy to jeszcze w myślach albo w rozmowie z najbliższą przyjaciółką. Ale jeśli ukochany słyszy od nas na własne uszy: „Ale z ciebie nudziarz, kiedy byłam z Krzyśkiem, to nigdy się nie nudziliśmy. I on zawsze umiał mnie rozbawić”, to nic dziwnego, że ma ochotę uciekać. Nikt nie lubi być traktowany w tak okrutny sposób.

Szczytem nietaktu, ale i emocjonalnego samobójstwa jest dopytywanie się jaki on, albo jaka ona „była w łóżku”. Oczywiście, że oczekujemy od partnera odpowiedzi, że beznadziejna i że w żaden sposób nie może się z nami równać. Tylko, tak z ręką na sercu – po co nam to?… Naprawdę musimy komuś „dołożyć”, żeby być szczęśliwym z drugą osobą?

Oczywiście, zdarzają się też i niezwykle taktowni przyszli teściowie, wspominający w naszej obecności byłe partnerki naszego ukochanego i rzucający od niechcenia „No, my to chcieliśmy, żebyś się ożenił z tą Anią” lub „Czekaj, czekaj, z kim ty wtedy byłeś”? Znałam też jedną panią, która, gdy syn odwiedzał ją z narzeczoną, ostentacyjnie wystawiała na kredens zdjęcia przedstawiające go w czułym uścisku z poprzednią dziewczyną. Relacji z późniejszą żoną syna jej to zdecydowanie nie ułatwiło…

Nie warto rozmawiać o „byłych”. Fakt jest taki, że jeżeli jesteście razem, przeszłość nie powinna już nigdy między wami stawać kością niezgody, ani jako argument w kłótni. Sprawa zakończona, koniec. „Inna kobieta w jego życiu”  to nie jest temat do  wieczornej rozmowy z ukochanym. Lepiej i zdrowiej (dla związku i twoich nerwów) jest skoncentrować się na tym, by wam było dobrze. Poznawać wspólne oczekiwania, budować wspólną codzienność i nie pozwolić, by to, co kiedyś czuliście do kogoś innego, wdarło się zazdrośnie między was, psując atmosferę związku.


Spotkać miłość swojego życia i zrozumieć, że ona nie jest dla nas, może być ratunkiem i błogosławieństwem

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
29 lipca 2017
Fot. iStock / AleksandarNakic
Fot. iStock / AleksandarNakic
 

Odkąd pamiętam, zawsze wierzyłam w wielką miłość. Taką, która pokonuje wszelkie trudności, sprawia, że płaczesz i śmiejesz się jednocześnie, nie mogąc uwierzyć, że właśnie tobie się przytrafiła. Taką, która zjawia się nagle i wywraca całe życie do góry nogami. Uszczęśliwia, daje poczucie wyjątkowości. Przeznaczenie – tak się to chyba nazywa, prawda? Miłość twojego życia – ktoś, dla kogo jesteś w stanie zrobić wszystko, być każdym, zmienić się, oszaleć. Jednego dnia pokonać znaczną odległość, żeby się tylko z tą miłością zobaczyć. Żyć chwilą, byle z nim. Bo co będzie potem, nieważne, skoro macie siebie.

I na nic ci wtedy cała mądrość świata, doświadczenia z przeszłości, te bolesne i ważne, na nic myśli gdzieś z tyłu głowy „zaczekaj jeszcze, uważaj, bądź ostrożna”. Ty już w tym jesteś. Już TYM jesteś. I dobrze i źle.

Raz wydawało mi się, że to „to”. Pierwsza dorosła fascynacja, pierwsze „na poważnie”, pierwsze obietnice wspólnego życia, już zawsze. Kochałam i on kochał – naprawdę. To była dobra, jasna, pewna miłość. To było dobry, jasny i pewny człowiek. Dobry związek, bez łez, dramatycznych chwil. Zabrakło uniesień jak z książki, momentów, w których zapiera dech w piersiach.  Nie było też świtów, które przyprawiałyby o zawrót głowy. Była radość i pewność, że on zawsze będzie, że nic nas nigdy nie poróżni, tak jesteśmy do siebie podobni, tak zgodni. I przestało mi to wszystko wystarczać.

Położył mi na dłoni pierścionek, a ja poczułam, że nie mogę go przyjąć. Zrozumiał. – Nie oddawaj mi go – poprosił tylko. – Kupiłem go dla ciebie. Niech będzie pamiątką po tym, co razem przeżyliśmy. Może kiedyś będziesz mogła go przyjąć naprawdę.

„Może kiedyś?”. Nie, dziękuję. Odeszłam, uciekłam właściwie. Pierścionek wylądował na długie dziesięć lat w skrzynce z pamiątkami po mojej babci, kilkoma innymi świecidełkami. Nie miałam do niego sentymentu, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że M. nie był miłością mojego życia. O przyjaźni nie było mowy, zresztą on wyjechał, żeby jakoś sobie poradzić z tym uczuciem, z moim odejściem. Jakiś czas później dał swoją dobrą miłość komuś innemu. Komuś, kto ją przyjął i niósł z nim potem razem, przez życie.

A ja? Odnalazłam w końcu to, za czym tęskniłam. Po kilku latach, pojawił się mężczyzna mojego życia. Były emocje, o jakich marzyłam. Zachłysnęłam się tą miłością, prawie taką, jak na kartach słabego romansu. Z jednym wyjątkiem: tamte historie zawsze kończyły się happy endem, a ja nie byłam szczęśliwa. BYWAŁAM szczęśliwa tak bardzo, że wszystko inne stawało się nieważne. Myślałam wtedy, że tak powinna wyglądać miłość, że te chwile, kiedy czułam się przy nim nic nie warta, kiedy cierpiałam w samotności nic nie znaczą wobec ogromu naszego uczucia. Co z tego, że łzy skoro zaraz potem wielki powrót, kwiaty i najpiękniejsze słowa. Nie rozumiałam wtedy, że miłość najsilniejsza, może być miłością złą. Że czasami spotykamy miłości naszego życia, ale nie możemy z nimi być. Bo to jest dla nas złe, destrukcyjne. Bo to jest niemożliwe. Bo to się nie może udać. Że możesz spędzić z miłością swojego życia lata, oddać jej swoją duszę, młodość, wszystko, co masz najlepszego i nigdy nie zaznać spokoju, pewności. Prawdziwego szczęścia.

Ale, żeby to zrozumieć, trzeba się przekonać, poczuć to na własnej skórze: wielka miłość nie jest wszystkim, czego w życiu potrzebujesz. Tak, o jednym zapomnieć nam nie wolno. Miłość, nawet największa, nie rozwiązuje problemów, nie zaciera różnic nie do pogodzenia, nie zatriumfuje nad chorobami i nie zbawi nas od samych siebie, gdy nie potrafimy sobie poradzić z własnymi „demonami”. Nie trzymajmy się jej na siłę, nie stawiajmy dla niej wszystkiego „na jedną kartę”. Ja odchodziłam kilka razy.  Nie tak łatwo opuścić miłość życia.

Niektórzy ludzie pojawiają się w naszym życiu tylko na jakiś czas, ale ich obecność odciska na nas piętno, którego nie sposób wymazać. Niezależnie od tego, czy to doświadczenie jest złe, czy dobre, bądźmy wdzięczni za to, że spotkaliśmy ich na swojej drodze. Nie żałujmy. Spotkać miłość swojego życia i zrozumieć, że ona nie jest dla nas, może być ratunkiem i błogosławieństwem. Świadomością, że życie ma wiele wymiarów. Że miłość ma różne oblicza.

Spotkałam ostatnio M. . Szedł sobie, ze swoim normalnym życiem, z wózkiem i cudownie uśmiechniętą żoną.  Tak, jasne że poczułam żal. Mogłam mieć tę pewność i  czuć to dobro, płynące z przekonania, że szczęście można odnaleźć również w „umiarkowanym” uczuciu. Wieczorem długo obracałam w palcach pierścionek, odnaleziony na dnie babcinego kuferka. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jeśli jesteś mądry, potrafisz sprawić by miłością twego życia była ta najzwyklejsza miłość. Ta bez fajerwerków. Chcę być mądra.


Czego nie powinieneś mówić (w) rodzinie. To, co osobiste, zachowaj po prostu dla siebie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
19 lipca 2017
Fot. iStock/courtneyk
Fot. iStock/courtneyk
 

W mojej głowie takie wspomnienie: mam kilkanaście lat, przygotowujemy się do wyjścia na rodzinne spotkanie. Tym razem będzie nas sporo, bo jeszcze wujek z Ameryki, którego nigdy nie poznałam, ze swoją nową żoną, której nie zna moja babcia, ale już jej nie lubi i obiecała ją „znosić” tylko przez wzgląd na syna, bo dla niego, wiadomo – wszystko. Mama gorączkowo przypomina ojcu: „Z nim nie można o polityce, pamiętaj. A z ciocią Kazią o jej wnuczkach. Nie pytaj o nic, bo tam jest konflikt z synową, zrobi jej się przykro. I nie komentuj głośno bieżących wydarzeń (rzecz działa się przed wyborami).”

– Dajcie spokój  –  myślę głośno – to już nie można być ze sobą szczerym w rodzinie? I wtedy z małego pokoju odzywa się babcia. – Dorośniesz, to zobaczysz. Jest wiele rzeczy, o których nie możesz powiedzieć rodzinie. No bo co? Rodzina to tacy sami ludzie, jak inni. Nie można im tak do końca zaufać.

Dorosłam i zobaczyłam. Skończyłam studia, znalazłam pracę, zmieniłam pracę, kupiłam mieszkanie. Zakochałam się na zabój, poznałam JEGO rodziców, odkochałam się i zakochałam znowu, ale w kimś innym. Wyszłam za mąż, mam dwójkę dzieci i nagle stałam się częścią bardzo licznej rodziny. I już trochę rozumiem, że nie wszystko mogę im powiedzieć. Że pewne rzeczy trzeba zachować dla siebie.

Takie na przykład pieniądze. Moja przyjaciółka raz, dodajmy, że pod sporą presją, wydała się rodzicom, ile zarabia. Kwota imponująca, ale zasłużona, bo i praca odpowiedzialna i w stresie. Mama przyjaciółki powiedziała co prawda „tylko” swojej siostrze, ale jakimś cudem rozeszło się po rodzinie… I to tej najdalszej. Tydzień później, telefon. Od kuzyna, takiego, z którym kontaktu nie było 10 lat. Co u ciebie, jak żyjesz. Pożycz mi proszę, parę złotych. Parę tysięcy, mówiąc dokładniej, złotych Jak to nie pomożesz? Rodzinie?!

O kłopotach finansowych nie mówimy o nich rodzicom z dwóch powodów. Po pierwsze wstydzimy się, że nie potrafiliśmy sobie poradzić. Po drugie nie chcemy słyszeć „a nie mówiłem” i„gdybyś mnie posłuchał, nie wpakowałbyś się w taką kabałę”… No jasne, wiadomo – oni są mądrzejsi, rozważni i doświadczeni.

O, albo tajemnice zawodowe. Brat koleżanki jest policjantem. Prowadzi śledztwa, tropi przestępców. Każde duże spotkanie rodzinne to dla niego olbrzymi stres, bo ci „dalsi bliscy” wypytują go o jego pracę, proszą o zdradzenie szczegółów, których on zdradzić nie może, bo obowiązuje go tajemnica… „No jak to, stary? Wujkowi nie opowiesz nad czym teraz pracujesz? Przecież ja nikomu nie powtórzę”. Niektórzy naprawdę, nigdy się nie zmienią.

A polityka? Zwłaszcza teraz, gdy nastroje społeczne nie sprzyjają szczerym rozmowom o tym, kto na kogo i dlaczego, głosował? Znam rodziny, w których od ostatnich wyborów jest taki podział, że nie rozmawiają ze sobą bracia z siostrami, ojciec z synem, a ciotka z imienin wychodzi wcześniej, żeby się nie spotkać ze bratankiem, z którym się kiedyś tak posprzeczała na temat premiera i prezydenta, że trzeba było jej nalewać kropli na uspokojenie. Wigilia w takiej atmosferze to prawdziwe wyzwanie. Albo raczej – koszmar.

A choroba? Przecież to dość oczywiste, że kiedy jesteśmy chorzy, potrzebujemy wsparcia najbliższych osób. Wszystko zależy jednak od tego, jak oni wyobrażają sobie to wsparcie. Bo jeśli masz anginę i dzwoni do ciebie babcia dając dobre rady („przepłucz szałwią, zrób sobie ciepłe mleko z miodem i masłem”) jest uroczo. Ale jeśli twoje dolegliwości są nieco bardziej poważne, i traktuje się je jako rodzinną sensację, sprawa jest bardziej męcząca niż przyjemna. Zwłaszcza, jeśli za każdym razem musisz słuchać opowieści o operacjach (nie zawsze udanych) krewnych i znajomych, których na oczy nie widziałeś. I na nic wtedy powtarzane w duchu: „oni tak z życzliwości”…

Miłość? Jeśli jest świeża, „nowa” i szalona, zachowaj ją dla siebie. Nie chcesz przecież po trzeciej randce odbierać telefonów z gratulacjami od dziadka i nie chcesz, by twój ukochany wpadł w objęcia babci wołającej: „witaj w rodzinie, synku”. Świeże uczucie wymaga cieplarnianych warunków. I intymności. A jeśli coś pójdzie nie tak, nie będziesz zmuszona odpowiadać na miliony pytań i nikt cię nie będzie nieudolnie pocieszał („taka jesteś młoda, jeszcze znajdziesz męża”).

Kłopoty w małżeństwie to już sprawa złożona. Bo jeśli dzieje ci się krzywda, to oczywiste, że nie powinnaś przed bliskimi zatajać, że w twoim związku „coś jest nie tak”. Oni są po to, by ci pomóc, wesprzeć cię. Ale drobne, normalne sprzeczki to zdecydowanie rzecz, która powinna zostać między partnerami. Nawet nasi rodzice potrafią (często nieświadomie) wykorzystać taką wiedzę na szkodzę naszej relacji…

Zasada jest jedna i ta sama, co w przypadku każdej innej relacji: musisz wiedzieć, co komu możesz powiedzieć. A tak w ogóle, to, co osobiste, zachowaj po prostu dla siebie. Tak będzie lepiej. Dla twojego dobra i dla niczym niezmąconego, rodzinnego szczęścia również.