„Boże, niech ktoś da mi wolność”. Wyznanie matki, żony, pracoholiczki

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
6 stycznia 2016
Fot. Splitshire/ Daniel Nanescu /
Fot. Splitshire/ Daniel Nanescu / CC0 Public Domain
 

Mail: „Zbliżam się do czterdziestki. Czas podsumowań, choć kiedyś myślałam, że to wymysły. Ale nie. Patrzę na wciąż jeszcze delikatne zmarszczki i myślę. Czy wszystko zrobiłam dobrze?”.

Bilans jest średni. Pracuje w korporacji, w której pracować nie chcę, muszę wypełniać polecenia młodszej, bardzo pewnej siebie szefowej. Czuję złość. Nie, nie obwiniam o to nikogo. Tylko siebie. W domu czekają stęsknione dzieci. Syn potrzebuje pomocy w lekcjach, córka czeka, aż przyszykuję jej strój na urodziny. Jest stęskniony mąż, coraz bardziej zirytowane przyjaciółki, rodzice. Gdybym miała jeszcze raz planować swoje życie – zaplanowałabym je jednak inaczej”.

Ma tylko chwilę i to przez telefon. Jutro o świcie wyjazd do Berlina na weekend – organizuje tam imprezę dla współpracujących klientów. Przyszły tydzień też cały zajęty. Mówi: „Mogłabym ostrzegać młodsze kobiety na starcie życiowym. Byłam zakochaną żoną, perfekcyjną panią domu nie stawiającą granic, w końcu zostałam kobietą uzależnioną od pracy. Nie dlatego, że to mój wybór. Po prostu nie mam wyjścia. Czasem myślę: „zaszyję się w łóżku, odwołam wszystkie zajęcia, ludzie przecież tak dziś robią. Poddają się. Ale ja nie potrafię. „Kończ, co zaczęłaś”, „Bądź silna”, „Rób to co robisz dokładnie”. Tak wychowywała mnie mama, też perfekcjonistka”.

Pięć przykazań matki, perfekcjonistki.  Po przejściach:

Nie bądź uzależniona od pieniędzy męża

Nie wierzę w układy, że on pracuje, ona zajmuje się domem. To działa przez chwilę. Po czym on może odejść, może coś mu się stać, może w końcu stracić pracę. Mój mąż: człowiek sukcesu, wysokie stanowisko, kolejne awanse. „Nie pracuj, zajmę się nami” – mówił. Po pierwszej ciąży (11 lat temu) nie wróciłam do firmy. Wtedy nie myślałam, że to może niedobra decyzja, pracowałam od 19-tego roku życia, byłam przyzwyczajona do własnych pieniędzy. I do wolności. Nawet w najlepszym związku dochodzi w końcu do kłótni o finanse. A dlaczego tyle wydałaś, albo dlaczego mamy jechać akurat tam na wakacje, przecież ciężko pracuję – daj mi wybrać. Oboje stają się sfrustrowani. On, bo ciąży na nim odpowiedzialność za całą rodzinę i nie może rzucić pracy ot tak, ona, bo marzy, żeby swoimi pieniędzmi płacić za kosmetyki, przyjemności, czy za zakupy do domu.

Nie dawaj się rolować w pracy

Najpierw byłam szarą myszką. Pracowałam ciężko, ale najczęściej na czyjeś nazwisko i czyjś sukces. To może jest dobre i naturalne na początku, później już nie. Pomogłam coś koleżance, nie podpisałam się pod prezentacją, ona dostała pochwałę i awansowała. Miałam ileś takich sytuacji. Nie, nie obwiniam o to nikogo, siebie. Ale wiem jak ważne, żeby tego pilnować. Potem niepotrzebnie wpada się w spiralę frustracji. Może, gdybym przed urodzeniem dziecka walczyła o swoją pozycję, łatwiej byłoby mi wrócić.

W obowiązki angażuj ojca dziecka

Byłam idealną żoną. Matką chyba też. Śniadanie rano, kanapki do pracy, posprzątane, ugotowane, dzieci zadbane. Mąż nie musiał o nic dbać. Nie wiem czy chociaż raz przewinął syna czy córkę.  Ale to też nie jego wina, moja. Ściągałam z niego domowe obowiązki, bo przecież nie pracowałam. Na początku nawet mówiłam: „usiądź, odpocznij”. Potem on przestał pytać.

Ale byliśmy fajną parą. Problem w tym, że gdy stracił pracę, a ja jej szukałam, kompletnie nie mógł się odnaleźć w domu. Wściekły, sfrustrowany. Wtedy zobaczyłam też, że on nie ma żadnego kontaktu z dziećmi. Jest tylko „mama, mama”. Jego złość, że dzieci się nim nie przejmują, moja, bo wszystko było na mojej głowie. Nie mogłam odpocząć nawet sekundy.

Nie decyduj się na (kolejne) dziecko, jeśli go nie chcesz

Mnie na drugie namówił mąż. Inaczej – bardzo mu zależało. Namawiały mnie też przyjaciółki, obracam się w środowisku rodzin wielodzietnych. Ale ja byłam jedynaczką. I naprawdę po urodzeniu córki miałam już dość. Szczególnie, że była wymagająca. I to nie było proste macierzyństwo – kolki, nieustanne wizyty u lekarzy i ja… coraz bardziej zmęczona. „Milion razy wolałabym spędzić dzień w pracy”, mówiłam ukochanemu, gdy nie rozumiał czym ja właściwie jestem taka zmęczona.

Stawiaj w pracy granice

Wiele jesteśmy w stanie obiecać, gdy szukamy pracy i nie mamy bardzo mocnego CV. Zresztą, nawet jeśli mamy – w większości branż jest kryzys. W mojej też. Pracę dostałam dzięki dobrej znajomości rosyjskiego. Pierwsze spotkanie. Słyszę samą siebie: „Oczywiście, że to ogarnę”, „Pracujące weekendy? Dam radę”. Prawda jest taka, że wcześniej wysłałam chyba ze sto CV. Zaproszono mnie na trzy rozmowy.

Wpadłam po uszy z tą pracą. Wyciągnijcie kobietę z domu, dajcie jej stanowisko, a ona poświęci wszystko. Nie zamykałam laptopa. Wyjeżdżałam. W pokoju hotelowym przespałam swoją pierwszą noc od wielu lat. I ta cisza. Nie musisz gotować, sprzątać, rozmawiać, leżysz  na hotelowym łóżku i przerzucasz kanały. Tak właśnie widzi szczęście zmęczona matka i żona.

Przez ileś miesięcy walczysz o równowagę. To znaczy dajesz z siebie 100 proc i tu, i tu. Tak, żeby wszyscy byli zadowoleni. Również coraz bardziej sfrustrowany mąż i dzieci, które jednak są zbyt małe, by żyć bez matki.

I masz guzik, a nie równowagę.

Nie uciekaj

Po iluś miesiącach robisz szybki bilans. Wasze życie musi się zmienić. Nie jesteś w stanie ciężko pracować, a do tego również sprzątać i gotować. Pierwszy raz jesteś zła. Zaczynają się awantury, pretensje i fochy. A w biurze masz miłych kolegów. Uciekasz od tego, kto cię wciąż ocenia, krytykuje. To instynkt. Wolisz wstać o piątej i pojechać do firmy, niż minąć się z nim w drzwiach łazienki i usłyszeć: „Znowu będziesz nie wiadomo kiedy?”. Zagryzacie się wzajemnie i myślicie: „jakoś to będzie”. Tylko, że jest coraz gorzej. Płaczesz w łazience. A potem zbierasz się do pracy… tam jest chociaż miło.

Odpoczywaj

Nie wierz nikomu kto ci mówi, że kobieta może wszystko. Nie słuchaj teściowej, która patrzy surowo na twoją niedomytą  (jej zdaniem) kuchenkę i mówi: „Ja pracowałam, a w domu lśniło”. Zadaj sobie pytanie, czy chcesz żyć jak twoja teściowa i mama.

Ucz się od przyjaciółek, które znajdują czas na sport i pół godziny z książką. Ja nie nauczyłam swoich bliskich, że też istnieję, że moje potrzeby są ważne. Dziś wstałam o szóstej, żeby synowi (11 lat!!!) zrobić kakao. Myślę sobie: „gdzie ja byłam przez ostatnie lata? Spałam?”.

Tyle się mówi, że to młodsze kobiety powinny uczyć się od starszych. To nie zawsze prawda. Ja od dziś  (od teraz!) będę uczyć się od młodszej siostry. Ma 27 lat, dobrze zarabia, jej praca jest pasją. Stawia granice, potrafi prosić o swoje, mąż pomaga jej w opiece nad córeczką. Jest piękna i szczęśliwa. „Jesteś egoistką” – mówi nasza mama. A ona tylko odpowiada: „I co z tego?”.


„Jest mi bardzo przykro, że nie nauczę cię kobiecości, nie przytulę”. List matki do nienarodzonego dziecka

Listy do redakcji
Listy do redakcji
6 stycznia 2016
Fot. iStock /  Izabelite
Fot. iStock / Izabelite
 

Kochane moje dziecko…

Nie, to jednak głupi początek. Może: „skarbie” albo: „kochanie”? Nie wiem dlaczego to robię, dlaczego do ciebie piszę. Propozycja terapeutki. Rodzaj pożegnania z życiem, które mogłam mieć, a którego nie będę miała. Uciekam przed tą konfrontacją, jednak powoli zbliżam się do momentu, gdy muszę odpuścić. Właściwie ta decyzja już zapadła, bo twój tata powiedział, że nie będzie się więcej starać. Ma dość seksu na zawołanie, moich łez, frustracji, błagań. I nie chce już więcej przeżywać dramatu. Nie mogę go więcej przekonywać. Mija 14 lat od kiedy walczymy o to, by być rodzicami. Nie wyszło. Poza tą jedną chwilą. Więc może nie powinnam się z tobą żegnać, tylko poprosić, żebyś jednak przyszedł (przyszła) znowu, może powinnam ci powiedzieć, że to ostatni moment? Że świetnie nadajemy się na rodziców, kochamy się, że nie zawiedziemy?

Dziś byłam w parku, mróz zelżał. Widziałam kobietę w ciąży. Serce zabiło mi szybciej. Chciałabym wkraść się w jej życie, przez chwilę poczuć, co czuje kobieta, której marzenia się spełniają.

A może wcale się nie spełniają? Może jej macierzyństwo będzie przypadkiem, może partner nie nadaje się na ojca… Ale, nie, nie wierzę. Nawet jeśli jej kolorowe życie się popsuje, to ona i tak pokocha swoje dziecko. Zrozumie, że nic wcześniej ważniejszego nie było. Że żadne rozstanie jej nie złamie, żaden zawód. Macierzyństwo ją uspokoi. Dzięki niemu będzie walczyć, bo będzie miała dla kogo.

Tak jak ja miałam siłę walczyć o twoje pojawienie. Szprycować się hormonami, znosić bolesne zastrzyki i kolejne rozczarowanie. I nie bardzo widziałam granice tego cierpienia, i tej walki, której podporządkowałam ileś lat.

Najgorsze jest, że nie wiem dlaczego nie mogę cię mieć. Lekarze rozkładają ręce, jesteśmy zdrowi. To jest chyba najgorsze, nie ma przyczyny.

Moje ciało pokazało mi, że ma mnie gdzieś, to już wiem. A zobacz, taka byłam z niego zawsze dumna. Wtedy, gdy trenowałam sporty i wiedziałam, że mogę je pokonać. Wtedy, gdy się odchudzałam i potrafiłam z dnia na dzień rzucić mięso i czekoladę. Staranie się o ciebie pokazało mi, że niczego nie kontroluję, niczego nie mogę mieć na zawołanie. Nawet na zawołanie nie mogę cię zatrzymać.

Przeszłam wszystkie stany. Od złości, niedowierzania, obsesyjnej nadziei, nienawiści, po bezradność i rezygnację. Kiedyś nie potrafiłam sobie wyobrazić starości bez ciebie – dziś już ją widzę. Nie mogę liczyć też na adopcję, twój tata jej nie chce. Mówi, że albo będziemy mieli ciebie, albo nie będziemy mieć w ogóle.

Spokojnie, nie mów, że jest egoistą.

Jest mi bardzo przykro, że nie przyjdziesz. Mówię głośno, że to już za mną, ale każdy seks bez zabezpieczenia to gdzieś głęboko nadzieja, że się pojawisz.

Śnisz mu się często – czasem jako chłopiec, częściej jako dziewczynka, którą zawsze chciałam mieć.

Kochanie, wstawałabym do ciebie w nocy, znosiła kolki, chodziła na długie spacery. Nie byłabym zmęczona, albo udawałabym, że nie jestem. Zmieniałabym się z tobą, akceptowała twoje dorastanie, i odchodzenie chyba też.

Jest mi bardzo przykro, że nigdy cię nie przytulę. Że nie zobaczę dwóch kresek na teście, nie będę tyć i patrzeć, jak zmienia mi się ciało. Przykro, że nie będę miała dylematów: karmić piersią czy butelką, zapisać do żłobka czy nie, jaką wybrać nianię.  Nie kupię ci Dzieci z Bullerbyn, które namiętnie czytam siostrzenicy, Braci Lwie Serce, że nie opowiem ci o Kłopotach Rodu Pożyczalskich. Że nie będę zmęczona twoim nocnym niespaniem, znudzona układaniem klocków, czy za długim pobytem na placu zabaw.

Jest mi cholernie przykro, bo marzyłam o dużej rodzinie. O porannych śniadaniach, przekomarzaniach, wakacjach z czterema rowerami na dachu, dlatego kupiliśmy właściwie dom, psa i prawie urządziliśmy dziecięce pokoje.

Marzyłam, że będę cię uczyć kobiecości albo męskości, opowiem o dziadku i babci i o tym, że ugryzła mnie osa, a doberman dziadków był bardzo łagodny.

Nie pokażę ci zdjęć z młodości, a ty nie powiesz: „Mamo, ale byłaś śliczna, wciąż jesteś”. Nie poczuję tej miłości bezwarunkowej i twojego rozpaczliwego „Mamo…” w gorączce.Wiem, bo moja siostrzenica mnie uwielbia, ale gdy choruje wciąż tylko powtarza: „Mamo” i za nic jej nie zastąpię tej, którą kocha najbardziej.

Jestem zgnębiona, rozgoryczona i smutna.

Będę kochać dzieci przyjaciół, znajdować sobie cele zastępcze, będę pewnie jeszcze szczęśliwym człowiekiem, ale nigdy nie zapomnę, jak bardzo o tobie marzyłam.

Twoja, niedoszła, M.

P.S Nie chciałabym tylko słyszeć od Sam Wiesz Kogo, że mam nie marudzić i jest tyle dzieci do adoptowania i nie każdemu dziecko jest pisane. Szczególnie, że Sam Wiesz Kto dzieci ma. I żyje sobie całkiem szczęśliwy z tą uroczą gromadką. To budzi złość, choć, oczywiście obiecuje sobie, że jeśli miałbyś zmienić zdanie i jednak się pojawić, to nie będę czuła złości do nikogo z rodziny, znajomych i do żadnego polityka.


Gdzie dzisiaj jesteście? Jak blisko siebie, jak bardzo wspólnie, jak szczerzy wobec siebie? Związek nie musi być smutkiem i rozczarowaniem

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
6 stycznia 2016
Fot. i Stock / stock_colors
Fot. i Stock / stock_colors
 

To nie jest tekst do niej, jaka powinna być, by czuć się szczęśliwą w związku. To też nie jest tekst do niego, co powinien robić, jak się zachowywać, by czerpać satysfakcję z bycia z ukochaną kobietą. To tekst dla obojga. Dla niej i dla niego. Po równo. Po to, by odnajdowali szczęście w zwykłej codzienności.

Nigdy nie myśl, że nic dobrego już cię nie czeka, że trwasz tu gdzie jesteś i nic, kompletnie nic, się nie zmieni. Bo on się nie zmieni, bo ona już zawsze będzie gderliwa z pretensjami. A wystarczy wyjść poza ten utarty schemat. Usiąść pewnego wieczoru i spojrzeć na siebie inaczej niż dzisiaj czy przedwczoraj. Może odkopać stare zdjęcia. Powspominać. Uśmiechnąć się do siebie. I spróbować jeszcze raz. Być wspólnie szczęśliwymi. Jeśli chcecie. Jeśli wierzycie. Jeśli nadal gdzieś głęboko w sercu kochacie.

Bądźcie uważni            

Słuchajcie siebie. Reagujcie na nastroje. Nie mów: „Głowa cię boli?”, bo wiesz, że to bezpieczne pytanie, bo ona już zawsze odpowiada zrezygnowana: „Tak”. Nie wzruszaj ramionami, gdy on siada na kanapie bez słowa. Opowiadajcie o tym, że kot wam przebiegł dziś drogę, że wzruszyła was staruszka na przystanku autobusowym, że kolega z pracy jest bucem, a w radiu słyszeliście rano świetny kawałek. Mówcie o szczegółach waszej codzienności. Dzielcie się nią. Nie mów, że boli cię głowa, tylko, że jesteś zmęczona, bo za dużo wzięłaś na siebie obowiązków, albo smutna, bo czymś się martwisz. Otwierajcie się. Czasami najmniejszy szczegół dnia może stać się okazją do rozmowy. Nie myślcie: „To taka bzdura, szkoda mu/jej głowę zawracać”. Zawsze warto.

Bądźcie przyjaciółmi

Jesteście przyjaciółmi? Lubicie się? Macie do siebie zaufanie? Pewność, że możecie na siebie liczyć? Kiedy macie z czymś problem dzwonicie do przyjaciółki/przyjaciela, mamy, czy rozmawiacie ze sobą? Znajdujcie powody do lubienia się a nie tylko do kąśliwych uwag? Podziwiacie się nawzajem? Mówicie: „Lubię cię”? Bo to lubienie, ta przyjaźń do podstawa. To fundament najcenniejszy. Bo kiedy wydaje się wam, że już miłości brak, to ta przyjaźń pozwala wam zawalczyć. Kiedy potraficie nadal myśleć o sobie dobre rzeczy, wymienić pięć za które się lubicie, to już jest bardzo bardzo dużo. Mów, że lubisz, mów za co lubisz za co podziwiasz, mów to innym. Bądźcie z siebie dumni nawzajem.

Bądźcie blisko

Podobno powinniśmy się do siebie przytulać dwanaście razy na dobę. Im częściej szukamy fizycznego kontaktu: buziak na dzień dobry, trzymanie się za rękę przytulenie, pogłaskanie, tym bardziej chcemy być bliżej siebie. O tej fizyczności nie zapominajmy. To trochę jak uzależnienie. Im więcej gestów wobec siebie, tym większa ich potrzeba, tym większe przywiązanie. To naturalne, a nawet naukowo udowodnione. Nie bądźcie wobec siebie oziębli. Nie sprowadzajcie fizyczności jedynie do seksu. Choćby nie wiem, jak dobry by nie był, to bez codziennych przytuleń, dotyków, niejako „po drodze” w ciągu dnia, trudno będzie być blisko ze sobą.

Bądźcie sprawiedliwi

Nie powtarzajcie: „Moja racja jest moja, więc jest najbardziej”. Przyznawajcie się do błędów, do pomyłek. Mówcie, gdy nie jesteście pewni własnego zdania. Nie trwajcie uparcie przy waszym, tylko po to, by udowodnić sobie, kto jest mocniejszy, silniejszy, by mieć satysfakcję z wygranego choćby niesłusznie sporu. Słuchajcie się w kłótniach, konfliktach. Rozmawiajcie, dyskutujcie. Przecież w ogólnym rozliczeniu obojgu wam zależy na wspólnym szczęściu. Nie udowadniajcie sobie, że komuś bardziej. Inaczej – być może. Ale o tym „inaczej” też rozmawiajcie, tłumaczcie, dawajcie sobie nawzajem przestrzeń dla tych tłumaczeń. I dążcie do kompromisu.

Bądźcie wyrozumiali

Nie zmienicie nikogo na siłę, nie zmienicie tego, co głęboko zakorzenione. Co jest wynikiem wychowania, doświadczeń i poglądów. Z tym trzeba się pogodzić. Spróbować zrozumieć. Tak, to trudne. Bo wydaje się, że moja miłość sprawi, że on/ona będzie myśleć, postępować inaczej. Jeśli są to rzeczy, na które każdy z nas można wpłynąć bezpośrednio – oczywiście. Do nich należy późne wracanie z pracy, pomoc w domowych obowiązkach, opieka nad dziećmi. Nie oczekujmy jednak, że on będzie bardziej czuły, jeśli wychował się w surowym domu, gdzie nikt go nie przytulał. Możemy tej czułości uczyć, pokazywać, że można inaczej, ale nie oczekiwać. Ona jest zbyt mało energiczna? Rzadko wychodzi z inicjatywą? W jej domu o wszystkim decydował ojciec? Nie stanie się nagle kimś innym, uszanuj to i dawaj przestrzeń do budowania jej pewności siebie.

Bądźcie razem

Że jesteście? A może tylko bywacie mijając się gdzieś po drodze. Moja przyjaciółka ma z mężem pewną zasadę. Jedną rzecz w ciągu dnia muszą zrobić wspólnie. Czasami, gdy zdążą, jest to śniadanie zjedzone razem, czasami wypicie kawy – nie w biegu, ale z zatrzymaniem się dla siebie nawzajem. Czasami spacer, rower, czy pogranie w scrable. To niezwykle cenne – takie bycie razem, dla siebie. Wspólnie. Nie w codziennych obowiązkach, rytuałach, tylko właśnie poza nimi. Dostrzeganie siebie.

Bądźcie szczerzy

Nie mów: „Zdradziłem”, powiedz: „Kochanie, coś się dzieje, musimy porozmawiać, bo nie wiem, co robić”. Mówcie co złe w waszym związku, co was gniecie, zabiera spokój, odsuwa was od siebie. Nie czekajcie, aż zdarzy się to, co najgorsze, kiedy będziecie już bardzo daleko od siebie. Nic samo się nie naprawi, nie wyjaśni. Nie uciekajcie od problemów. Każda prawda jest lepsza, niż uciekanie od niej. Nie chcecie mówić, żeby nie ranić? Tylko dokąd was to zaprowadzi? Do narastającej frustracji, romansu, rozstania. Co jest ważniejsze? Wy, ci prawdziwi szczerzy wobec siebie, czy budujący fałszywą codzienność? Tchórzliwi, niezdolni do rozmowy, do wysiłku, by zawalczyć o siebie?

Gdzie dzisiaj jesteście? Wasz związek się zmienia, dojrzewa? Nie jest już tym pierwszym zakochaniem? Bywa rutyną, rozczarowaniem, smutkiem? Nie musi taki być. Pamiętajcie.


Zobacz także

Fot. iStock/pixelfit

Zobacz, jak wiele jesteś warta! Jak na sześciu filarach zbudować poczucie własnej wartości

Fot. iStock

„Love drug”, czyli tabletka, która wywoła uczucie miłości. Naukowcy już nad nią pracują

Fot. iStock/AleksandarNakic

„Nie wiedziałem, że jesteś taka gruba…”. Czy grubszy znaczy gorszy i czy miłość naprawdę liczy kilogramy?