Bogactwo, blichtr, przepych i elegancja. Najpiękniejsze kreacje z Cannes

Anna Wójtowicz
Anna Wójtowicz
26 maja 2017
Fot. Instagram/maffashion,nicolekidman,catulinn
Fot. Instagram/maffashion,nicolekidman,catulinn

Podczas słynnego festiwalu filmowego na Lazurowym Wybrzeżu pojawiają się największe gwiazdy. Jest to okazja, by na czerwonym dywanie zaprezentować wyjątkowe kreacje od największych projektantów. Jak w tym roku prezentują się celebrytki?

W 2017 roku gwiazdy postawiły na klasyczną i elegancką czerń oraz pastele. Królują długie suknie, ale nie zabrakło także krótszych, które odsłaniają zgrabne nogi. Zobaczcie najpiękniejsze kreacje oraz jak prezentowały się Polki.

Maffashion (Corizzi)

 

 

Nicole Kidman (Michael Kors)

 

 

Elle Fanning (Rodarte)

 

Charlize Theron (Dior)

 

 

Kirsten Dunst (Sciaparelli)

 

Grażyna Torbicka (Viola Piekut)

 

 

Marion Cotillard (Halpern)

 

Jessica Chastein (Prada)

 

 

Elizabeth Olsen (MiuMiu)

 

Anja Rubik (Saint Laurent)

 

 

Kristen Stewart (Chanel)

 

Irina Shayk (Versace)

 

 

Doutzen Kroes (Balmain)

 

Jessica Mercedes (Łukasz Jemioł)

 

 

Elsa Hosk (Alberta Ferretti)

 

Izabela Goulart (Roberto Cavalli)

 

 

Doda (Nicolas Jebran)

 

Która kreacja podoba wam się najbardziej?


„Nigdy nie będę taka jak moja matka” – mówimy, a potem boleśnie przekonujemy się, że właśnie takie jesteśmy. Za co warto podziękować każdej mamie?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
26 maja 2017
Fot. iStock
Fot. iStock

Relacja matka-córka jest jedną z najbardziej znaczących w dorosłym życiu każdej kobiety, ale chyba też najbardziej wymagającą i skomplikowaną. Ile razy mówiłyśmy: „Nie chcę być taka, jak moja mama”, jak często nie potrafimy zrozumieć naszych zachowań zrzucając winę za to, co złe na swoje dzieciństwo, na braki w czułości, miłości, pewności siebie, w które wyposażyła nas matka.

Możemy szukać winy w naszych matkach, obarczać je odpowiedzialnością za nasze złe decyzje, błędne wybory, a możemy spróbować zrozumieć, co leży u podstaw tej relacji. O tym właśnie rozmawiamy z psychologiem i psychoterapeutą Jackiem Skowronkiem.

Ewa Raczyńska: Na czym polega złożoność relacji między matką a córką?

Jacek Skowronek: Cóż, w sam układ matka-córka jest już wpisany pewien konflikt, który może być lepiej lub gorzej rozwiązany, choć bywa nierozwiązany w ogóle. Ta relacja jest kluczem i istotą do tego wszystkiego, co się dzieje w dorosłym życiu danej córki.

Ogromne znaczenie ma każdy etap rozwoju począwszy od bliskości lub jej braku, poczucia bezpieczeństwa już we wczesnym niemowlęctwie. Uwagę należy zwrócić na kontakt dziecka z matką, tego, jak przebiegał i w jaki sposób był realizowany. Temu wszystkiemu warto zawsze uważnie się przyjrzeć.

I spytać, jak było?

Tak, dopytać i sprawdzić, jak wyglądało macierzyństwo naszej matki. Spytać inne osoby – babcie, ciocie, jak ta relacja od początku się układała. Z tych informacji możemy wynieść bardzo dużo dla siebie. To pozwoli nam zrozumieć pewne nasze mechanizmy zachowań, ale też zrozumieć naszą matkę. Być może przeszła depresję poporodową, być może w czasie ciąży zdarzyły się dla niej jakieś traumatyczne przeżycia, o których my nie mamy pojęcia, a które odcisnęły piętno i na niej i na nas.

To wszystko, każdy element składający się na tę relację, od samego początku w poważny sposób rzutuje i ma daleko idące konsekwencje w dorosłym życiu. Nie bez znaczenia jest chociażby trening czystości, to czy matka była zbyt wymagająca w stosunku do nas. Jak został rozwiązany problem rywalizacji między matką a córką o uwagę ojca, jak przebiegał, na czym się skończył. Każda składowa naszego rozwoju ma ogromny wpływ na to, jakie relacje, związki sami będziemy budować, jak będziemy myśleć o sobie.

Ważna jest też sama obecność matki?

Oczywiście i jej kontakt z córką zwłaszcza w nastoletnim życiu. To jest najtrudniejsza faza, bo wtedy zrywa się taka najsilniej odczuwalna więź między matką a córką i często na tym etapie oddalają się bardzo od siebie. Różnie niestety bywa z powrotem, czasem się udaje, a czasem jednak nie.

I gdy matka i córka nie spotykają się w dorosłym życiu, nie wracają do siebie, to często zdarzają się takie obrachunki moralne prowadzone gdzieś wewnątrz siebie. Czasami dorosłe córki sięgają po pomoc specjalistów napotkanych gdzieś na swojej drodze, którzy pomagają im rozliczyć tak zwane rachunki krzywd. Niekiedy realizuje się je dopiero nad grobem, gdy matki już nie ma lub pisze się listy, które potem są niszczone. Ważne, że robi się to wszystko dla samej siebie, jeśli towarzyszy temu specjalista, pomaga przez to przejść, to z pewnością jest łatwiej.

Jaki mamy wpływ na to, żeby nie być, jak nasza mama, ale w kontekście tego, czego nie chciałybyśmy po niej dziedziczyć?

Trzeba wyjść od tego, że na naszą osobowość, oprócz wielu innych składników, składają się dwa podstawowe elementy. Pierwszym z nich jest dziedzictwo genetyczne, czyli to co dziedziczymy po naszych protoplastach w genach. Drugi element to wpływ środowiska. I teraz, jeśli chodzi o nasz genotyp i analizę tego, co odziedziczyliśmy, kiedy powstawał nasz łańcuszek DNA, to nie mamy wpływu, na to, co dostaliśmy. Dzięki genom odnajdujemy podobieństwa z matką, z innymi członkami rodziny w naszym wyglądzie zewnętrznym, w sposobie chodzenia, bycia, mówienia, w kolorze oczu, kształcie uszu, w uśmiechu.

Ale w tym całym splocie chromosomów są także cechy, które przejmujemy. I warto zdać sobie sprawę, że jest to coś, czego zmienić właściwie nie można. Można natomiast popracować nad zmianą naszego stosunku do tego, co dziedziczymy, a na co brak w nas zgody, akceptacji. Bo przecież skoro jesteśmy właścicielami cech, na które mamy bardzo ograniczony wpływ, żeby nie powiedzieć, że żaden, to jedyne co mogę, to zmienić ewentualnie mój do tego stosunek. W tym przypadku praca polega na tym, żeby jak najbardziej siebie zaakceptować, polubić, pokochać, a za tym idzie budowanie poczucia własnej wartości, radzenie sobie z kompleksami.

Co więc możemy realnie zmienić?

Pozostaje bardzo istotna druga połówka naszej osobowości, czyli wpływ środowiska – to jak uczymy się być człowiekiem, jako kobieta, córka, narzeczona, żona, matka będąc kodowanym przez najbliższe nam środowisko. I tutaj naukowcy dowodzą wybitnie i wyraźnie, że ten wpływ zaczyna się bardzo wcześnie. Już w okresie prenatalnym, kiedy matka przeżywa różne stany będąc w ciąży. Mogą to być silne przeżycia, napięcia, wówczas i dziecko, które ma z nią między innymi wspólny krwiobieg, wspólne hormony współprzeżywa wszystko, co czasami bardzo wyraźnie widać w jego późniejszych reakcjach na różne sytuacje. Obserwując dziecko swojej matki, można stwierdzić, czy ciąża przebiegała łagodnie, czy miała swoje burzliwe momenty.

W momencie narodzin ważna jest bliskość matki, później karmienie piersią, czy brak tego karmienia, budowanie poczucie bezpieczeństwa. To wszystko odkłada się w naszej podświadomości i ma znaczenie i wpływ w naszej dorosłej przyszłości.

Małe dziecko, które zaczyna się rozglądać i poznawać swoje otoczenie jest pewne, że cały świat wygląda identycznie. Że wszystkie kobiety na całym świecie wyglądają i zachowują się jak moja mama, że nie ma innej opcji, że mama jest ideałem, moja mama wie lepiej, moja jest mądra, moja mama wszystko potrafi, jest cudowna i w piaskownicy można na łopatki toczyć walkę na śmierć i życie, że taka jest prawda.

Potem wzrastając nasz horyzont się poszerza, wchodzimy w nowe grupy społeczne, poznajemy koleżanki i ich mamy, zaczynamy dostrzegać różnice.

Ta mama się bardziej uśmiecha, a tamta krzyczy.

Właśnie i na tym idealnym obrazie mojej mamy pojawiają się pierwszy rysy, pierwsze rozczarowania. A później coraz większą rolę zaczyna odgrywać grupa rówieśnicza, świat przestaje być zawężony tylko do rodziny, do matki. Tu ważne jest, w jakie relacje wchodzimy z koleżankami, jak się zachowujemy, dogadujemy, czy jesteśmy duszami towarzystwa, czy raczek outsiderami.

Jakbyśmy skupiły się na tym bardzo wczesnym etapie relacji z matką, to może łatwiej byłoby nam te pojawiające się zawiłości zrozumieć?

Tam się to zaczyna. Każda składowa naszego rozwoju ma na to wpływ. Także ta, kiedy pojawiają się głębsze rysy na obrazie matki, kiedy nie jest ona już ideałem, kiedy rywalizujemy z nią o uwagę ojca.

Należałoby się przyjrzeć, jaki kontakt córka miała z matką w wieku nastoletnim, czy tylko połowiczny polegający na pytaniu: „jak w szkole” i odpowiedzi: „dobrze”, po czym każdy rozchodził się do swoich spraw, a matka nie wie, czym żyje córka. Ślizga się po powierzchni kontaktu rozmawiając o życiu codziennym, to wtedy matka i córka oddalają się od siebie.

I zwłaszcza w przypadku córek, kiedy środowisko rodziny, relacje z matką nie były do końca dla nich sprzyjające, nie były odczuwane jako dobre, one starają się jak najszybciej z tego wyrwać. Taka córka nie może się doczekać, kiedy ucieknie wyobrażając sobie na wtedy, że te wszystkie złe, niedobre, negatywne rzeczy, których doświadczyła w środowisku domu rodzinnego, ona nigdy nie zafunduje swoim dzieciom, ani swojemu mężowi. Że ona nigdy przenigdy nie zachowa się, jak jej matka, przysięga na wszystko, że nie będzie taka jak ona. I, co ciekawe, bardzo w to wierzy.

I teraz, kiedy środowisko, dom, w którym wzrastała były w miarę normalne, to taka młoda kobieta jest prawie wolna w swoich wyborach i decyzjach. Ale, gdy to środowisko było uwikłane czy obciążone różnego rodzaju historiami, jak uzależnienia, przemoc, niekoniecznie ta fizyczna, ale psychiczna, pełna trudnych historii realizowanych w tak zwanym drugim obiegu i ta córka wzrasta wraz z tym, to jej się wydaje, że jest wolna w swoich wyborach, że ona decyduje o swoim życiu. I raptem bardzo boleśnie przyłapuje się na tym, że postępuje, zachowuje się podobnie, jeśli nie tak samo, jak jej matka. Wtedy najczęściej mówi: „Boże, co ta matka mi zrobiła” i czasami szuka sposobu, żeby sobie z tym poradzić. I jeśli szuka, to dobrze, bo ma szansę trafić do specjalistów, którzy pomogą przyjrzeć się temu uważniej, przepracować.

To co ważne, to chyba uświadomienie sobie, że można nad tym pracować?

To jest właśnie istotą sprawy. O ile w dziedzictwie genetycznym nie możemy zbyt wiele majstrować, tylko zmienić stosunek do tego co dziedziczymy, o tyle wpływ środowiska można spokojnie, systematycznie i wytrwale przepracować. Można się od tego uwolnić, można zatrzymać to, co było fajne. Można zbudować nową jakość i nową siebie, która sama wybierze i potem już będzie mogła bez tych wszystkich obciążeń całkowicie na nowo zdecydować o swoim życiu.

Najczęściej osoby z rodzin nazwijmy to „krzywo rozwijających się” bezwiednie powielają wybory, decyzje, choćby to, z kim się zwiążą. Jest tak na przykład w przypadku uzależnień. Jeśli przed kobietą uciekającą od rodziny alkoholowej postawi się 10 podobnych do siebie, fajnych chłopaków, to ona wybierze tego jednego z problemowej rodziny. I powie, że wszyscy byli fajni, ale ten jeden rozumiał ją najlepiej. Będzie tłumaczyć, że on ją dobrze zna, że „czuje” ją, czasami stara się usprawiedliwić i nie widzieć różnych jego problemów, a nawet jeśli widzi, to twierdzi, że mu pomoże. I tak wpada z deszczu pod rynnę. Dopiero później zastanawia się, dlaczego tak się zadziało. A to jest tak silny mechanizm… Jeśli go nie spróbujemy zmienić, zawsze będzie kierował naszymi wyborami, nigdy się nie uwolnimy.

Bardzo rzadko zdarza się, a jeśli już to raczej jakimś fuksem, że taka kobieta z trudnej rodziny, ze skomplikowanej relacji z matką, też z ojcem, trafia na partnera z tak zwanej „normalnej” rodziny, choć wiadomo, że nie ma chatki bez wadki. Ale ta rodzina staje się dla niej rodziną terapeutyczną. Ona widzi, uczy się, że można inaczej ze sobą rozmawiać, szanować się, okazywać sobie czułość i lgnie do tego, otwiera się na to.

Trzeba dużej dojrzałości ze strony matki, żeby zdać sobie sprawę z tego konfliktu w relacji z córką.

Nikt nas nie nauczył, jak być dobrym rodzicem, jak być dobra matką. Nie możemy zapierać się, że nie będziemy jak nasza matka. Ale może lepiej po prostu być sobą. Są różne matki, są takie, które mówią: „nie mów do mnie mamo”, grają rolę kumpeli, bo uważają się za wiecznie młode i aktywne. I okej, jeśli stawiane są w tym granice przyzwoitości. Jeśli jest się mamusią, która przytula, jest taka bardzo ciepła, kochająca domową atmosferę – to w porządku, takie mamy też są potrzebne. Ważne jest, aby pokazać córce taką propozycję, nie udawać nikogo. A przede wszystkim nie zawłaszczać sobie swoich dzieci, bo to moje, z mojej krwi i kości, noszone pod moim sercem. Dobrze jest zdawać sobie sprawę od samego początku, że dziecko jest autonomiczną istotą, jest osobnym bytem. Tak można budować dobrą relację nie tylko z córką, ale też z synem. Wystarczy mieć więcej luzu, swobody. Coraz mniej musieć, a więcej móc chcieć.

To może na Dzień Mamy powiedzieć swojej mamie: „Dziękuję ci, że byłaś najlepszą mamą na miarę swoich możliwości”? I przestać się zapierać, że nie chcę być taka jak ona, tylko wyciągnąć, co dobrego mi dała.

Przychodzi taki moment, kiedy córka zaczyna się zastanawiać: co ja z tego domu dostałam, czym mnie poczęstowano, w co mnie wyposażono, co mam. Analizuje sobie środowisko i jego wpływ. Dobrze jest zrobić sobie taki uczciwy rachunek, bo przecież nie wszystko było złe, bo było dużo fantastycznych rzeczy, które ja z tego domu i po mojej mamie mam. Bo przecież ona nie jest tylko koszmarna, wiecznie czepiająca się, ale potrafi sobie świetnie radzić w różnych sytuacjach, spełnia się, jest fantastyczna w niektórych obszarach. I to chcę zatrzymać, z tego się cieszę, że dane mi było tego doświadczyć, że mogłam to wszystko czerpać. Okej, to co niefajne spróbuję jakoś przepracować, z czasem może wyeliminować, wyrugować, może jakoś uda mi się pozbyć tego balastu, ale to co fajne niech mnie buduje, niech mnie stanowi, niech jest częścią mnie.

Za to mogę być mamie wdzięczna…

I za to mogę ją kochać swobodnie bez żadnych oporów.


18718329_10212527337633738_825219877_nJacek Skowronek
, psycholog, psychoterapeuta w Pilskim Centrum Psychoterapii. Jest absolwentem psychologii Uniwersytetu Humanistycznospołecznego SWPS w Warszawie, absolwentem teologii w Instytucie Nauk Społecznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Posiada kilkunastoletnie doświadczenie w prowadzeniu psychoterapii / psychoonkologii oraz jako psychoterapeuta w psychoterapii indywidualnej i grupowej. Pracuje także jako wykładowca/trener przy prowadzeniu szeregu szkoleń i warsztatów psychologicznych w tym warsztatu kompetencji i umiejętności rodzicielskich.


 

O trudnych relacjach rodzinnych, uwikłaniach, aniołach i demonach, które wychodzą przy barcelońskim, rodzinnym stole możecie przeczytać w  ciepłej, pełnej humoru, ale też poruszającej ważne kwestie książce Alejandro Palmas „O matko!”.

Tak szczerzy jesteśmy tylko w jedną noc w roku.
Barcelona. W sylwestrowy wieczór pewna nietuzinkowa rodzina przygotowuje się do uroczystej kolacji. Pośród gorączkowej krzątaniny, rodzinnych żartów i docinków toczą się rozmowy, dzięki którym na jaw wychodzą skrywane rozterki, smutki i sekrety. Każdy z członków rodziny chciałby bowiem, by przy świątecznym stole znalazła się jeszcze jedna osoba…

Wydawnictwo W.A.B.

PalomasOMatko (1)

 


„Mam 45 lat, 4 dzieci, 2 ręce i tylko 24 godziny w każdej dobie. Czy zechce mi Pan pomóc?”. List otwarty do Jarosława Kaczyńskiego

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
26 maja 2017
Fot. Agata Komorowska
Fot. Agata Komorowska

Szanowny Panie,

Nie znam się na polityce. Nie oglądam telewizji, nie słucham radia. Jednak musiałabym być zupełnie głucha i ślepa, żeby nie wiedzieć, że jest Pan obecnie najbardziej wpływowym człowiekiem w Polsce. Dlatego zwracam się do Pana jako do człowieka, nie polityka. Przyglądając się Panu, tak po ludzku, trudno nie zauważyć Pana ogromnej miłości do bliskich, w szczególności do zmarłego brata. Otóż mój syn też ma brata. Kocha go nad życie. Brat jest jego oczkiem w głowie. Pragnie go chronić i bronić z całych swoich sił. Jego brat ma na imię Krystian i ma zespół Downa.

Kiedy Krystian się urodził, Aleksander miał sześć lat. Przez sześć lat był jedynakiem i cały świat kręcił się wokół niego. 24 lipca 2007 roku, w dniu narodzin Krystiana, świat Aleksandra stanął w miejscu, a potem runął z łoskotem. Chyba Pan wie jak to jest. Czasem narodziny i śmierć mają wiele wspólnego. Aleksander miał brata, ale został sam, bo jego rodzice musieli skupić się na chorym rodzeństwie. Poszukiwałam placówki medycznej, która kompleksowo zajmie się Krystianem. Nie znalazłam. Jedyny Ośrodek Wczesnej Interwencji w Warszawie miał półroczne terminy. Pół roku w życiu nowo narodzonego dziecka, a dziecka niepełnosprawnego w szczególności, to cała wieczność. To czas kiedy waży się jego przyszłość. To czas kiedy można najwięcej zyskać lub najwięcej stracić. Potrzebne są dziesiątki badań, by ustalić zakres niepełnosprawności i towarzyszące jej choroby. Potrzebne są liczne zabiegi i bardzo intensywna, codzienna rehabilitacja już od pierwszych dni życia dziecka. To najważniejsza inwestycja w jego przyszłość. Wcześnie wykryte wady mogą zostać usunięte lub ich rozmiar zminimalizowany. Rehabilitacja rozpoczęta natychmiast po narodzinach daje większe szanse na to, że dziecko wyrośnie na samodzielnego dorosłego. Samodzielność w dorosłości przekłada się na wymiar obciążenia dla Państwa w zakresie koniecznej opieki zdrowotnej i socjalnej dla dorosłej osoby niepełnosprawnej. Przekłada się na rozmiar obciążenia dla jego najbliższych, a po śmierci rodziców, dla braci i sióstr.

Aleks jest bardzo inteligentnym 15-latkiem. Ma przed sobą ocean możliwości. Jako jego matka, wpajam mu, że niepełnosprawny brat nie jest jego obowiązkiem, nie może być jego obciążeniem na całe życie. Nie mam prawa oczekiwać od niego, że gdy mnie zabraknie, to on poświęci swoje życie by o Krystiana dbać, by się nim zajmować, by towarzyszyć mu aż do śmierci. Dlatego wzięłam na siebie wyzwanie jakim jest przyszłość Krystiana. Przez pierwsze 6 lat jego życia walczyłam zaciekle o to, by rozwijał się normalnie. Wierzyłam w to, że w pojedynkę pokonam zespół Downa. Ale to on pokonał mnie. Trafiłam do szpitala z nadciśnieniem, nerwicą i depresją. Dzisiaj dziękuję Bogu za to, że upadłam. Musiałam się zatrzymać, przyjrzeć sobie i mojemu dziecku. Całej trójce moich dzieci, bo dwa lata wcześniej zaadoptowałam 3-miesięczną dziewczynkę. Z powołania, nie z konieczności. Z wielkiej potrzeby dawania miłości.

Przez 6 lat nie byłam na zwolnieniu lekarskim, nie pobierałam żadnych zasiłków, o nic nie prosiłam. Wierzę w pracę własnych rąk i w to, że dam radę. I zawsze dawałam. Leczenie i rehabilitacja mojego syna kosztowały wiele tysięcy złotych miesięcznie. Nie jestem nawet w stanie policzyć ile wydałam na leki, suplementy, sprowadzane zza granicy specyfiki, wyjazdy rehabilitacyjne i zagraniczne konsultacje. Na szczęście mogłam na to zarobić. Jednak nie każdy ma tyle szczęścia. Znajomi z niepełnosprawnymi dziećmi potracili majątki, wydali wszystkie oszczędności i zadłużyli się po uszy, by zapewnić swoim dzieciom szansę na godniejsze życie, lepszy rozwój, specjalistyczny sprzęt, leki, miejsce gdzie będą mogli pracować. Ja też po drodze poniosłam wielką stratę. Straciłam rodzinę. I kiedy się rozwiodłam, kiedy zostałam sama z trójką dzieci, weszłam do Ośrodka Pomocy Społecznej, by dowiedzieć się co mi przysługuje. Dostałam transport dla mojego niepełnosprawnego syna do szkoły i z powrotem, za który jestem bardzo wdzięczna. Otrzymałam 153 zł zasiłku opiekuńczego. Mogłam otrzymać 1200 zł na dziecko niepełnosprawne, jeśli bym całkowicie zrezygnowała z pracy, zamknęła działalność gospodarczą i zamknęła się w domu by zająć się synem. – A co z jego bratem i siostrą – spytałam urzędnika. – Jeśli nie wolno mi pracować, to jak nakarmię pozostałe dzieci i siebie? – zapytałam. Urzędnik wzruszył ramionami…

Panie Jarosławie, nie chcę pieniędzy. Uważam, że rozdawanie gotówki demoralizuje. Uważam, że lepiej dawać szanse, ulgi i możliwości. Nigdy do nikogo nie wyciągałam ręki po pieniądze i nie zamierzam tego robić. Ale pragnę szansy. Dla wszystkich rodzin dzieci niepełnosprawnych. Dla mnie i dla moich dzieci. Całej czwórki. Tak czwórki, bo od roku jestem również Rodziną Zastępczą dla 15-letniego chłopca, którego Aleks poznał w szkole. Wierzę w powołanie, a ja jestem z powołania matką – biologiczną, adopcyjną, zastępczą. Nie patrzę na to ile mogę dostać, tylko ile mogę dać, a potem daję dziesięć razy więcej. Prowadzę bloga, na którym wspieram i pomagam swoim doświadczeniem w najróżniejszych życiowych sytuacjach. Piszą do mnie kobiety, które noszą pod sercem śmiertelnie chore dzieci. Noszą je ze świadomością, że dzień narodzin będzie również dniem śmierci ich ukochanego dziecka. Pomimo nalegań lekarzy na aborcję, te dzielne kobiety decydują donosić swoje dziecko, bo czują się za nie odpowiedzialne, bo je kochają. Ich decyzja nie ma nic wspólnego z ewentualnymi korzyściami finansowymi po narodzinach upośledzonego dziecka. One nawet nie wiedzą, czy ich dziecko urodzi się żywe. Uważają jednak, że ich obowiązkiem jako matki jest je chronić. Pragną chociaż raz utulić w ramionach swoje maleństwo. Są też kobiety, które urodziły dziecko z zespołem Downa, albo inną niepełnosprawnością i nie potrafią go pokochać. Nie mają wsparcia ze strony ojca dziecka, mają już inne, zdrowe dzieci i zostają z nimi wszystkimi zupełnie same. Szukają u mnie pomocy, wskazówki gdzie się udać, do kogo zgłosić, bo nie wiedzą jak żyć. Ale ja nie mogę im pomóc. Pan może. Pan ma to wielkie szczęście, że Pan może. Pan może sprawić, że kobieta, która rodzi dziecko niepełnosprawne zamiast 4 tys. dostanie coś o wiele ważniejszego:

PROGRAM WCZESNEJ INTERWENCJI DLA CAŁEJ RODZINY, który będzie obejmował następujące punkty:

  • listę koniecznych badan diagnostycznych, które zostaną niezwłocznie wykonane w najbliższej państwowej placówce medycznej
  • program leczenia i rehabilitacji opracowany na podstawie wykonanych badań i diagnozy dziecka
  • możliwość zatrudnienia jako OPIEKUN OSOBY NIEPEŁNOSPRAWNEJ wraz z pensją i świadczeniami zamiast zasiłków i zakazu pracy.
  • regularne szkolenia i konsultacje ze specjalistami
  • OPIEKUNA RODZINY w rejonowej Przychodni Pedagogiczno-Psychologicznej, który będzie czuwał nad funkcjonowaniem całej rodziny niepełnosprawnego dziecka. Pomoc psychologiczna jest potrzebna zarówno matce, jak i ojcu oraz braciom i siostrom. Potrzebny jest ktoś, kto będzie wspierał całą rodzinę, by przetrwała okres żałoby, by rodzeństwo nie czuło się porzucone i nieszczęśliwe, by ojcowie wiedzieli jaka jest ich rola. By nikt nie czuł się winny, nikt nie czuł się odrzucony. Żeby cała rodzina nabrała sił i nauczyła się żyć w nowych okolicznościach, by wszyscy czuli się zaopiekowani i potrzebni.
  • możliwość podjęcia pracy w domu. Mamy dzieci niepełnosprawnych to bardzo kreatywne i dobrze zorganizowane kobiety, które mają wielki potencjał. Malują, robią zabawki, mają mnóstwo pomysłów na zarabianie. Zakładając firmę nie tylko tracą zasiłek, ale muszą od pierwszego miesiąca opłacać ZUS w wysokości ponad 1200 zł. Zatem zamiast zyskać, tracą 2400 zł miesięcznie. A gdyby tak zwolnić je z opłat ZUS do momentu, gdy firma zacznie przynosić dochód? Potencjalne oszczędności dla Państwa są ogromne!
  • możliwość otrzymania profesjonalnej pomocy opiekunki na kilka godzin w tygodniu, by cała rodzina mogły wyjść, by matka mogła odpocząć, wyspać się, spotkać z ludźmi, zrobić zakupy. Tak, to brzmi jak banał, ale dla matki dziecka niepełnosprawnego to często największe marzenie, które nie ma szans na spełnienie.
  • możliwość regularnego uczestniczenia w GRUPACH WSPARCIA. Kiedy Krystian się urodził sama taką grupę zorganizowałam. Wiem jak wiele znaczy możliwość swobodnej wymiany doświadczeń i emocji, wylania nagromadzonych łez. Niestety zabrakło mi czasu i sił, by ją kontynuować. Ostatnie spotkanie tej grupy odbyło się 10 kwietnia 2010 roku.

PROGRAM INTEGRACJI dziecka w każdym stadium rozwoju – od narodzin, poprzez żłobek, przedszkole, szkołę, aż po pełnoletność:

  • możliwość uczestniczenia w zwykłym życiu bez konieczności ukrywania niepełnosprawności dziecka. Pragnę, by mój niepełnosprawny syn mógł bawić się wraz ze swoją pełnosprawną siostrą na wszystkich placach zabaw, by mogli razem chodzić do szkoły. By każda placówka zajmująca się dziećmi miała odpowiednio przeszkolony personel do opieki nad każdym dzieckiem, również niepełnosprawnym. By był to wymóg ustawowy, a nie dobra wola placówki.
  • postawę wszechobecnej tolerancji i akceptacji możemy osiągnąć jedynie poprzez wszechobecność dzieci ze wszystkimi wadami i zaletami, chorych i zdrowych. Marzę o tym by moja córka nigdy więcej nie usłyszała, że dzieci współczują jej z powodu brata z zespołem Downa. 
  • INDYWIDUALNE NAUCZANIE każdego dziecka z niepełnosprawnością intelektualną w zwykłym środowisku szkolnym. Każde takie dziecko wymaga indywidualnego podejścia w nauczaniu. Tu nie ma żadnej podstawy programowej, którą można zastosować dla wszystkich. Każde dziecko uczy się w innym tempie, każde inaczej. Często konieczne jest znalezienie indywidualnego sposobu na przekazywanie wiedzy, bo zwykłe metody są nieskuteczne. Edukacja indywidualna w zwykłym środowisku pozwoli na naukę poprzez przejmowanie wzorców, poprzez przykład innych dzieci. Jednocześnie każde dziecko powinno mieć indywidualnie dostosowany tryb nauczania, by osiągnąć maksimum swoich możliwości. Dzieci w pełni sprawne będą wzrastały obok ich innosprawnych kolegów i koleżanek, budując atmosferę tolerancji i akceptacji, które przeniosą w dorosłe życie. Tolerancyjni i otwarci młodzi ludzie staną się kiedyś pracodawcami, którzy bez uprzedzeń przyjmą do pracy osoby niepełnosprawne, bo każdy człowiek, który ma deficyt w jednym obszarze, staje się wyjątkowy w innym. Wystarczy to zauważyć i wykorzystać ich wyjątkowe talenty, pozwalając zarobić na własne utrzymanie. To znacznie zminimalizuje konieczność wsparcia ze strony Państwa.

PROGRAM USAMODZIELNIANIA:

  • nauka codziennego, samodzielnego funkcjonowania przy pomocy PROFESJONALNEGO TRENERA
  • przysposobienie zawodowe zgodne z możliwościami i talentami osoby niepełnosprawnej
  • miejsca pracy dla niepełnosprawnych
  • samodzielne lub wspólne mieszkania dla dorosłych niepełnosprawnych. Nie wszystkie osoby niepełnosprawne muszą mieć mieszkania specjalnie przystosowane. Jedynie osoby z niepełnosprawnością ruchową. Pozostali świetnie odnajdują się w zwykłych lokalach, mieszkając samodzielnie lub w kilka osób wzajemnie wspierających się i uzupełniających swoimi możliwościami.
  • długofalowy program KU DOROSŁOŚCI polegający na możliwości inwestowania przez rodziców w przyszłość dziecka, na dodatkowym ubezpieczeniu gwarantującym specjalistyczną opiekę zdrowotną aż do śmierci, możliwość inwestowania w lokale mieszkalne. I tu potrzebne są możliwości odliczeń od podatku, możliwość przekazywania części własnych podatków na program gwarantujący godną przyszłość dla dorosłych niepełnosprawnych. Możliwości jest bardzo wiele.

Panie Jarosławie, na przestrzeni ostatnich lat zabiegałam o godne życie mojego niepełnosprawnego syna Krystiana, starałam się budować szczęśliwy świat dla jego brata Aleksandra, zaadoptowałam córkę, a rok temu zabrałam z domu dziecka nastolatka i pokochałam jak własnego syna. Prowadzę wpływowego bloga, rozpoczęłam akcję społeczną Żółte Drzwi, która promuje miejsca prawdziwej integracji pełnosprawnych i innosprawnych, gdzie każdosprwny jest pełnoprawny. Założyłam grupę wsparcia na facebooku “Z Miłości do Inności”. Każdego dnia przełamuję tabu, łamię stereotypy i przecieram ścieżki. Pokazuję na swoim przykładzie jak cudowni są innosprawni, ile mają światu do zaoferowania, ile można się od nich nauczyć jeśli przestaniemy się ich bać i zamienimy wrogość w ciekawość. Serce mi rośnie, kiedy widzę zagraniczne filmy, gdzie osoby niepełnosprawne uczą się, pracują, zakładają rodziny i funkcjonują w zwykłym środowisku, a społeczeństwo akceptuje je i wspiera darząc szacunkiem i zaufaniem. Nie dalej niż wczoraj dostałam komentarz do takiego filmu. Komentarz przepełniony żalem i goryczą, w którym autor pyta po co pokazuję zagraniczne, piękne filmy dające złudną nadzieję, zamiast zamieszczać polską rzeczywistość pełną rozpaczy, desperacji i beznadziei. A ja nadal wierzę w to, że już niedługo będzie to również polska rzeczywistość.

Dlatego pokazuję swoim przykładem jak cieszyć się życiem z dzieckiem niepełnosprawnym, jak kochają dzieci adoptowane, jak można pokochać i zostać pokochanym przez nastolatka z trudną przeszłością. Promuję adopcję, oswajam niepełnosprawność, edukuję w zakresie rodzicielstwa zastępczego. Rozmawiam z młodzieżą, wspieram wychowanków domów dziecka. Pragnę założyć fundację wspierającą dzieci opuszczające te placówki. Marzę o tym, by domy dziecka zamienić na rodziny zastępcze, tak jak dzieje się w wielu innych krajach.

Mam 45 lat, 4 dzieci, 2 ręce i tylko 24 godziny w każdej dobie.

Czy zechce mi Pan pomóc?

Z wyrazami szacunku,
Agata Komorowska
Matka


List Agaty Komorowskiej pochodzi z bloga autorki i został opublikowany za jej zgodą.

agata komorowska awatar2Agata Komorowska
Prowadzi bloga z wielkiej miłości – do siebie, swoich dzieci i do Ciebie. Pisze szczerze o życiu. O dzieciach, adopcji, zespole Downa, depresji, rozwodzie i o miłości. O wszystkim czego sama doświadczyła. Pisze, bo kocha życie i kocha o tym pisać. A czy to co robi jest wielkie? Dla jednych tak, dla innych pewnie nie. I to dla niej jest zupełnie OK:-)

„Im więcej doświadczam tym bardziej wierzę w to, że wszystkie doświadczenia, bez względu na to jak wiele bólu nam sprawiają, są dobre. Mam wielką nadzieję, że moje doświadczenia pomogą tym, którzy znajdą się w podobnych sytuacjach. To egoistyczne pragnienie, bo istnienie nie tylko dla siebie, ale dla innych, sprawia mi ogromną przyjemność. Po to tu jestem:-)”

www.agatakomorowska.pl


Zobacz także

Fot./

Kiedy mężczyźni parodiują kobiety, efekt musi być oszałamiający. Genialne!

Fot. iStock / alexeyrumyantsev

Nauczyciele: pozwoliliście, żeby rodzice weszli Wam na głowę

Fot. iStock/SIphotography

Inteligentni ludzie kładą się spać późno, wszędzie robią bałagan i przeklinają. To potwierdzone naukowo!