Biustonosz, sukienka, rajstopy – czy wiesz, jak często prać poszczególne elementy garderoby?

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
1 września 2017
Fot. iStock / vadimguzhva
Fot. iStock / vadimguzhva

Chyba nikomu nie trzeba przypominać, że bieliznę osobistą należy zmieniać każdego dnia. O ile w tym temacie wszyscy się zgadzamy, pewne kontrowersje może wzbudzać częstotliwość prania takich elementów garderoby jak: biustonosze, spódnice, wizytowe sukienki czy rajstopy. Wiadomo, że mechaniczne czyszczenie ubrań wpływa na ich jakość i wygląd, jednak warto przestrzegać pewnych zasad, by nie tylko wyglądać schludnie, ale przede wszystkim uniknąć problemów ze zdrowiem. Brudne czy przepocone ubrania są bowiem źródłem wielu chorobotwórczych drobnoustrojów.

Jak często prać poszczególne elementy garderoby?

Po jednym założeniu:

  • bielizna,
  • skarpetki,
  • koszulki,
  • kostium kąpielowy,
  • strój do ćwiczeń,
  • koszule,
  • rajstopy (pamiętajmy, by prać je w ręku),
  • jedwabne ubrania (również w ręku lub z zastosowaniem odpowiedniego programu).

Po dwóch, trzech założeniach:

  • szorty,
  • biustonosze (pranie ręczne),
  • jedwabne i bawełniane swetry,
  • sukienki (jeśli jest to sukienka wizytowa – po jednym założeniu).
Fot. iStock / zaMoment

Fot. iStock / zaMoment

Po czterech, a niekiedy nawet sześciu założeniach:

  • piżamy (najlepiej już po trzecim użyciu),
  • wełniane garnitury (po czterech razach),
  • syntetyczne garnitury (nawet po po pięciu),
  • spódnice (również po pięciu założeniach),
  • bluzy (po sześciu razach),
  • wełniane swetry.

Gdy się ubrudzą lub zaczynają brzydko pachnieć:

  • spodnie i jeansy,
  • buty.

Kilka razy w sezonie, w którym są używanie:

  • czapki, szaliki i rękawiczki,
  • wełniane kurtki, płaszcze i kamizelki,
  • skórzane kurtki (wystarczy raz na sezon).

Czyżbyś właśnie pobiegła nastawić pranie?


 

Źródło: Business Insider


„Nie jesteś moją bajką, Warszawo”. Spowiedź „słoika”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
1 września 2017
Fot. istock/jcarillet
Fot. istock/jcarillet

Jestem chyba twoim typowym „słoikiem”. Co miesiąc, w piątek wieczorem wracam do rodziców, pod Kielce. Spędzam cudowne dwa, trzy dni z bliskimi, odwiedzam stare kąty albo wcale nie wychodzę z łóżka, a tata przynosi mi kanapki z pomidorami z naszego ogrodu. W niedzielę, tuż koło południa, pakuję do walizki domowe ciasto mojej mamy, peklowane mięso, paprykę, domowe ogórki i maślane ciasteczka. Dorzucam kilka książek „na dobry nastrój”, tych, które czytałam, kiedy bezpieczna w moim pokoju na poddaszu, marzyłam o tobie. A potem wracam do ciebie, Warszawo i czuję, jak mocno cię nienawidzę.

Odkąd tu przyjechałam, jestem realistką. Wiem, że mam tylko siebie, nie liczę na twoją pomoc. Przekonałam się, że ludzie tutaj są albo obojętni albo podli. I że kiedy spotykam tych miłych, to na 90% nie są warszawiakami. Są obcy, jak ja. A ty, Warszawo, nie wybaczasz „obcym”, przyjezdnym. Traktujesz ich inaczej, uważasz za gorszych. Wykorzystasz i wyplujesz, jeśli nie potrafią o siebie zawalczyć. Czasem nawet zniszczysz, a często zawrócisz ich z drogi, którą sobie wymarzyli.

Szybko się o tym przekonałam. Wielu moich znajomych uciekło po kilku miesiącach, choć miało względem ciebie wielkie plany. Byłaś dla nich za szybka, zbyt bezwzględna, okrutna.

Przyjechałam do ciebie siedem lat temu, zaraz po studiach, bo mój pierwszy chłopak był warszawiakiem. Zamieszkaliśmy w domu jego rodziców, zajęliśmy piętro. Nie byłam darmozjadem, przyjechałam tu do pracy – miałam skończony dobry kierunek, znałam język. Zostałam asystentką w olbrzymiej korporacji. Dostałam pieniądze, o których wcześniej mogłam pomarzyć. Dziś wiem, że na podobnym stanowisku, przy tylu obowiązkach mogłabym zarabiać więcej, ale wtedy wydawało mi się, że złapałam Pana Boga za nogi. Wzięłam bez mrugnięcia, co mi dałaś.

W pracy szło mi dobrze, jestem zdyscyplinowana, szybko się uczę, zrobiłam na tobie dobre wrażenie. Z rodzicami chłopaka nie potrafiłam się dogadać. Niby życzliwi, a jednak fałszywi. Patrzyli na mnie jak na intruza. Kilka razy usłyszałam, jak mama Piotrka mówiła o mnie znajomym, przez telefon, że jestem z nim, bo chcę się tu „zaczepić”, „wżenić w rodzinę”, bo przyjechałam ze wsi. Nie rozumiałam tego. Jak można kogoś tak traktować? Kiedy on przyjeżdżał do mnie, do mojej rodzinnej miejscowości, moi rodzice przyjmowali go jak „swojego”, z życzliwością, otwartością. Tutaj, u ciebie ludzie są bardzo zamknięci w sobie, podejrzliwi.

Moja mama piekła Piotrkowi jego ulubione pierniki, z tatą pił piwo w ogrodzie. I dla mnie był inny, lepszy, kiedy byliśmy daleko od ciebie. Rozstaliśmy się, bo nie potrafiłam tego znieść. Tej hipokryzji, tego rozdwojenia. Że niby mnie kocha, ale jednak się wstydzi. Że jesteś dla niego ważniejsza.

Wynajęłam kawalerkę na Pradze i płakałam dzień w dzień w poduszkę, w mikroskopijnym pokoju z kuchnią. Zostałam sam na sam z tobą, Warszawo.

Oszczędzałam, jak mogłam. Obiad w pracy, w stołówce. Co dwa tygodnie powrót do domu, żeby uzupełnić zapasy, wypłakać się mamie, nabrać siły. Miałam znajomego z moich okolic, kiedy mogłam, dopasowywałam moje plany do niego, żeby razem z nim wracać do Ciebie, jego samochodem, byle nie płacić ciągle za bilety na pociąg. Odkładałam każdy grosz. Nie chodziłam do kina, o teatrze nawet nie marzyłam. Tramwaj, metro tramwaj, praca. Tramwaj, metro, tramwaj dom. Nie, nie dom. MIESZKANIE. Dom jest tam, pod Kielcami.

W mojej kamienicy poznałam dziewczynę z Białegostoku. Była nowa i przerażałaś ją, Warszawo, jeszcze bardziej niż mnie, więc zaczęłyśmy cię oswajać we dwie. Tym razem poszło trochę lepiej. Poznałam cię, ale nie polubiłam. Można powiedzieć, że nie kocham cię od pierwszego wejrzenia. Nie imponuje mi te kilka twoich żałosnych, nowoczesnych wieżowców – traktuje je z lekką pogardą. Chciałabyś być Nowym Jorkiem, ale nie stać cię nawet na Central Park. Nie zachwycasz mnie, nie jesteś piękna. I wciąż, kiedy tylko mogę, uciekam jak najdalej od ciebie.

Pytasz, co z pracą? Po roku dostałam awans i podwyżkę, po dwóch następnych kolejną. Rodzice wyciągnęli swoje oszczędności, ja dołożyłam, co mogłam i kupiłam mieszkanie – dwa pokoje w ładnej, nowoczesnej dzielnicy miasta. Zaczęłam chodzić do kina i czasem do opery. Przyjaźnię się tylko z „obcymi”. Po siedmiu latach  u ciebie nadal bezbłędnie ich „wyczuwam”.

Masz za sobą trudną historię, przyznaję. Ja też nie jestem łatwa – potraktowałam cię instrumentalnie. Dałaś mi wymarzoną pracę, możliwości i podróże służbowe do Irlandii. Dałaś mi dojrzałość, doświadczenie i pieniądze, komfort życia. Zabrałaś ufność i wiarę w ludzi, a mam wrażenie, że i empatię. Nie płaczę już w poduszkę, otrząsam się i idę dalej. Tylko wiesz, ciągle nie wiem, czy ten bilans jest dla mnie korzystny. Bo nigdy nie będziesz „moją bajką”, Warszawo. Nadejdzie dzień, gdy wrócę do domu.


Większość z nas łyka te suplementy diety. To nie tylko głupie, ale i niebezpieczne

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
1 września 2017
Fot. iStock / stock_colors
Fot. iStock / stock_colors

Magnez na kłopoty z koncentracją, witamina D na mocne kości czy potas, by wyrównać ciśnienie. Większość z nas każdego dnia sięga po suplementy diety, choć wcale nie musi tego robić. Dajemy się nabrać na agresywne reklamy, które mają za zadanie przekonać odbiorcę, że tego typu preparaty uwolnią go od niektórych, przykrych dolegliwości i zapewnią dobre zdrowie. Eksperci ostrzegają jednak przed nadmiernym spożyciem suplementów diety. Nie są one obojętne dla organizmu człowieka.

W Warszawie odbyła się konferencja: „Rynek suplementów diety”, pod patronatem honorowym Głównego Inspektora Sanitarnego, Narodowego Instytutu Leków, Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – PZH oraz Naczelnej Izby Aptekarskiej. Na spotkaniu zaprezentowano najnowszy raport Instytutu Ochrony Zdrowia pt. „Suplementy diety. Pacjent, rynek, trendy, regulacje”, który ukazuje zatrważające dane.

Chociaż większość z nas nie potrzebuje żadnych wspomagaczy, po suplementy sięga około 72 proc. Polaków. Jak sama nazwa wskazuje, preparaty tego typu mają uzupełniać niedobory witamin i składników mineralnych. Pytanie brzmi, skąd wiemy, że nasz organizm takiej pomocy potrzebuje?

Życie w biegu, stres, zła dieta i świadomość istnienia chorób cywilizacyjnych powodują, że coraz częściej, świadomie analizujemy sygnały ostrzegawcze wysyłane przez organizm. Zamiast udać się do lekarza, który przeprowadzi szczegółowy wywiad i zleci badania, wolimy zwalczać pierwsze, niepokojące objawy na własną rękę. Często jednak kierujemy się tym, co usłyszeliśmy w telewizji. – Już dzisiaj co czwarta reklama w mediach, a w stacjach radiowych nawet co druga dotyczy farmaceutyków, w tym suplementów diety – mówił Krzysztof Kwiatkowski, prezes Najwyższej Izby Kontroli. To właśnie w reklamach najwięcej mówi się o nieprzyjemnych dolegliwościach, które możemy okiełznać, przyjmując preparat X czy Y. W dodatku jest on aktualnie sprzedawany w większych opakowaniach, a wystarczy przecież zażywać jedną kapsułkę dziennie. Brzmi cudownie, prawda?

Choć suplementy diety dostępne są bez recepty i można je kupić nie tylko w aptece, ale również w drogerii, supermarkecie czy na stacji benzynowej, lepiej przy ich wyborze skonsultować się z lekarzem. Zażywanie takich specyfików ma sens wyłącznie wtedy, gdy uzupełniają aktualne braki. Tego jednak nie wywróżymy sobie z fusów, a dowiemy się z badań laboratoryjnych. Zanim więc wrzucimy do koszyka kolejne opakowanie multiwitaminy, potasu czy preparatu na odporność, przypomnijmy sobie, że suplementy mogą zaszkodzić. Nie chodzi tu wyłącznie o ewentualne przedawkowanie.

Prof. Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska, kierownik Zakładu Farmacji Klinicznej i Opieki Farmaceutycznej WUM, ostrzega przed beztroskim przyjmowaniem tego typu preparatów.  – Suplementy diety nikomu nie są do niczego potrzebne. Zdejmują odpowiedzialność za zdrowie osoby, która je przyjmuje. Ludziom wydaje się, że kupując je, pomagają sobie zdrowotnie. A tak nie jest. Do tego dochodzą interakcje między suplementami a lekami. Czasem ich działanie jest wręcz szkodliwe – mówiła profesor, podając przykład reklamy jednego z produktów ”na chrypkę”. – Nie wolno tego robić. To może być ważny sygnał dla lekarza, że coś złego dzieje się z naszym zdrowiem.

Fot. iStock / Yakobchuk

Fot. iStock / Yakobchuk

Podczas konferencji specjaliści zwrócili też uwagę na niestosowność nazewnictwa. Suplementy dedykowane są bowiem „klientom”, a nie „pacjentom”, jak często błędnie nam się wydaje. –  Każdy klient powinien mieć pewność, że kupowany produkt jest certyfikowany, powtarzalny i o odpowiedniej jakości. Obecnie trwają prace nad ustawą o bezpieczeństwie żywności. Według mnie, w tej ustawie nie do końca jest miejsce na suplementy. Ale być może będzie tak, że ich nadzorem nadal będzie zajmować się Państwowa Inspekcja Sanitarna. Z pewnością rynek musi zostać uregulowany – mówił były minister zdrowia, a obecnie pełnomocnik rządu do spraw utworzenia jednolitej instytucji odpowiedzialnej za bezpieczeństwo żywności, Jarosław Pinkas.

Nie dziwi więc, że środowisko medyczne domaga się większej kontroli nad rynkiem suplementów diety. Ich sprzedaż w ostatnich latach wzrosła. Szacuje się, że w 2017 roku wydamy na nie aż 4 mld zł. Jak wynika z danych Komisji Europejskiej, w latach 1997-2015 polski rynek suplementów diety wzrósł o 219 proc. Podczas gdy jeszcze 4 lata temu rocznie rejestrowanie 3-4 tysiące nowych produktów, w 2016 roku zarejestrowano ich ponad 7 tysięcy. Mamy więc w czym wybierać, obyśmy tylko robili to z głową.

Jeśli do lekarza nam nie po drodze, poprośmy o pomoc farmaceutę. Nie gryzie, a może uchronić nas przed skutkami ubocznymi niewłaściwej suplementacji diety.


 

Źródło: Rynek ZdrowiaPoradnik Zdrowie


Zobacz także

Adaptacja przedszkolaka

Adaptacja przedszkolaka – co każdy rodzic wiedzieć powinien

Fot. iStock/AntonioGuillem

Rozwiązanie konkursu „Jak zamierzasz zadbać o swoje zdrowie w nowym roku”

Fot. iStock/max-kegfire

Obudź się! 10 sygnałów na to, że powinnaś zmienić coś w swoim życiu