Bielizna i pewność siebie? Duet, który można wypracować!

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
25 lipca 2016
Bielizna i pewność siebie? Duet, który można wypracować!
fot. iStock/Lorado
 

Z bieliźnianą miłością jest jak ze szpinakiem, żeby zrozumieć jego wartość i przekonać się do unikalnego smaku, trzeba po prostu dorosnąć. Zakup pierwszego biustonosza nie dla wszystkich jest przyjemnością; czasem na zalew radości z powodu nowego kompletu bielizny musimy trochę poczekać. Jednak kiedy już znajdziemy idealny rozmiar, chcemy więcej i więcej. Dessous to najlepszy przyjaciel kobiety, który może być zarówno oznaką buntu przeciw panującym trendom, ale i potwierdzeniem, że o siebie dbasz, a do tego może sprawić, że poczujesz się lepiej!

Definicja stylu

Mówi się, że bielizna to narzędzie do uwodzenia mężczyzn, bo czy może być coś seksowniejszego od czarnej koronki na nagim ciele? Zamiast zmuszać się do ubierania tego, co modne i co powinno znaleźć się pod codziennym strojem, zastanów się, jaki styl preferujesz tak naprawdę. Myśląc o czarnej koronce zapominamy, że nie każda z nas czuje się w niej komfortowo, a przecież komplet dopasowany do naszego charakteru może nie tylko poprawić humor, ale przede wszystkim dać nam wygodę na cały dzień. Sportowy stanik na co dzień? A może najmodniejszy bralet? Cokolwiek wybierzesz, pamiętaj, że nie ma żadnych zasad, kiedy chodzi o styl. Po prostu ubierz to, co sprawi, że poczujesz się piękna i szczęśliwa.

Rozpieszczaj się!

Nowy biustonosz w ramach gratulacji dla samej siebie za kolejny udany projekt? Dlaczego nie! Kiedy bieliźniana miłość już zakwitnie, nic nie sprawia większej radości od nowego kompletu upatrzonego w ulubionym sklepie. Jako kobieta z serii plus size, bardzo często słyszę, że powinnam nosić zwykłą, ładną bieliznę, ale na pewno nie taką zarezerwowaną tylko i wyłącznie dla pięknych, szczupłych dziewczyn. Trochę czasu zajęło mi przekonanie siebie samej, że to wielka bzdura. Niestety dla społeczeństwa, jestem strasznie przekorną osóbką, co w tym wypadku polecam każdej z was! Nieważne, ile ważysz i jaki nosisz rozmiar, ważne, żeby sprawiać sobie drobne radości, które sprawią ci przyjemność, ale i podkreślą twoją kobiecość. Kiedyś usłyszałam, że seksowna, luksusowa bielizna przypomina kobietom o ich wrodzonej wartości – coś w tym jest!

Działaj pod przykrywką

Każda z nas lubi mieć słodkie tajemnice, a kiedy takim sekretem staje się ulubiony komplet pięknej bielizny, poczujesz się naprawdę wyjątkowo! Możesz pracować od dziewiątej do siedemnastej, szanować dress code, a jednocześnie sprawić, że poczujesz się sobą. W końcu nikt nie zajrzy ci pod sukienkę! Naprawdę nie doceniamy potęgi  tej części garderoby, która jest wielkim polem do popisu w temacie wyrażania swojej indywidualności. W końcu pod ogromny, wygodny sweter możesz założyć zalotny, koronkowy biustonosz, a pod profesjonalną garsonkę – piękne, tiulowe body. Dla mnie seksowna bielizna to pewnego rodzaju pokreślenie osobowości, ale i poczucie, że jestem sobą w każdej minucie dnia, niezależnie od tego, gdzie jestem. No i jak mawiają faceci – zawsze miło zobaczyć piękną bieliznę po zdarciu tradycyjnej spódniczki z ukochanej.

Doceniaj to, co czyni cię wyjątkową

Niezależnie od tego jaki kształt ma twoja sylwetka czy jaki aktualnie nosisz rozmiar, powinnaś cieszyć się swoim ciałem. Tak, doskonale wiem, że to wcale nie takie proste. Szczególnie jeżeli twój rozmiar odbiega od sieciówkowych norm, a przepiękny stanik w krzykliwym kolorze staje się obiektem pożądania. Na trudnej drodze do tej pięknej miłości stoi jeszcze ciężki okres dojrzewania, z którego czasem wychodzimy z minimalną pewnością siebie, a wrogiem numer jeden zostaje lustro. Cała sztuka polega na tym, żeby docenić coś, co czyni cię wyjątkową, choć wcześniej nie zwracałaś na to uwagi. W moim przypadku było tak z biustem, który zawsze odbiegał od przyjętych norm. Nienawidziłam go, aż w końcu dotarło do mnie, że może to być mój największy (dosłownie) atut. Pomogła mi w tym brafiterka, która idealnie dobrała rozmiar biustonosza, dobierając do niego piękne, wysokie majtki. Wtedy pierwszy raz poczułam się naprawdę piękna! Jeżeli w przeszłości nasłuchałaś się, jak bardzo jesteś: brzydka, gruba, za chuda, za niska, masz za długie ręce, za krótkie nogi – potraktuj noszenie pięknej bielizny jako trening pewności siebie i akceptacji. Zobaczysz, z czasem to, co kiedyś powodowało ogromny ból, stanie się twoim atutem!


Tato, o jedno tylko cię proszę – zakochaj się. Pora, żebyś pozwolił komuś zaopiekować się tobą

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
25 lipca 2016
Fot. iStock/svetikd
Fot. iStock/svetikd
 

Kochany Tato, u mnie dobrze, nie martw się o mnie!

Pamiętasz? Tak zaczynały się wszystkie moje listy do ciebie. Wiem, że trzymasz je ciągle w niebieskim pudełku po butach, razem z moimi pierwszymi rysunkami. Na tych rysunkach same kotki, pieski i królewny. Panie z przedszkola dziwiły się, pamiętasz Tato? Jak to możliwe, że tak jak inne, „normalne” dziewczynki, uwielbiałam rysować królewny, projektować im suknie i wycinać z papieru korony? Jak to możliwe, że przychodziłam codziennie na czas, ubrana w czyste i pachnące sweterki, spódniczki, rajstopki w serduszka? Jak to możliwe, że włosy miałam zaplecione w dwa, idealnie równe, cienkie warkoczyki? Jak to możliwe, że znałam tak dużo bajek i tak szybko składałam literki w wyrazy? Jak to możliwe, że jestem uśmiechniętym i szczęśliwym dzieckiem, skoro nie miałam mamy, miałam tylko… ciebie?

Dużo później, chyba kiedy zdawałam do liceum, opowiadałeś, żeby mnie rozbawić, jak nocami ćwiczyłeś te warkoczyki na mojej Barbie. Jak dzwoniłeś do znajomych z pracy i pytałeś, jak sprać jagody z mojej ukochanej sukienki. Jak kupowałeś różne poradniki i czytałeś o świnkach, różyczkach i pierwszych miesiączkach. Ojcowie moich koleżanek nigdy nie rozmawiali z nimi o miesiączkach, wiesz?

A jeszcze wcześniej, Tato? Zaraz po tym, kiedy zabrakło mamy? Mogłeś oddać mnie do babci, rzucić w wir pracy, zamknąć się w sobie. Przecież wiem, że cierpiałeś. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić twojego cierpienia. Nikt z nich nie potrafił, nawet babcia, która straciła córkę.

Kochałeś swoją żonę ze wszystkich sił, mieliście zbudować dom i pojechać w podróż do Nowej Zelandii. Mieliście się razem zestarzeć i patrzeć na nas – mnie i mojego brata, który nigdy się nie urodził. Mama odeszła, ty zostałeś tutaj, ze mną. Małym, wrzeszczącym, kilkumiesięcznym zawiniątkiem. Nie poddałeś się. Stałeś się dla mnie wszystkim, czego mogłoby mi brakować. Dałeś wszystko, za czym mogłabym zatęsknić, choć nigdy przesadnie nie rozpieszczałeś.

Podjąłeś decyzję, która wywróciła twój świat do góry nogami: przeniosłeś swoje biuro do domu, bez chwili zastanowienia zrezygnowałeś z życia, które miałeś wcześniej. To ja byłam przez te lata twoim życiem. Ustaliłeś zasady, z których jedna, najważniejsza, pomagała ci dokonywać zawodowych wyborów i podejmować decyzje: moja córka jest dla mnie na pierwszym miejscu – mówiłeś kolegom, którzy proponowali ci kilkumiesięczne, intratne wyjazdy daleko od domu.

Kiedy zaczęłam chodzić do szkoły, babcia pytała mnie, jak sobie radzisz. Nie rozumiałam, co to znaczy „jak sobie radzisz”. Nie wiedziałam, że ty możesz sobie nie poradzić. Dla mnie byłeś najwspanialszy i nigdy nie zawaliłeś, Tato. Ty pewnie sobie myślisz, że takich sytuacji, w których mnie zawiodłeś było mnóstwo. Wiem, że długo przeżywałeś, kiedy zapomniałeś o sukience na bal przebierańców i o urodzinach mojej przyjaciółki. I to jedno zebranie w szkole, na które nie mogłeś pójść. I wiem, że nigdy nie wybaczysz sobie, że nie mogłeś uratować mamy. Ale dla mnie jesteś bohaterem.

Widziałam twoje łzy i wiem, że słabość i strach  są bardzo ludzkie i bardzo męskie. Widziałam złość, kiedy cierpiałam z powodu choroby, albo złamanego serca i wiem, że rolą ojca jest być przy córce w trudnych chwilach. Widziałam szczęście i wzruszenie, gdy pewnego sierpniowego popołudnia odbierałeś mnie z autokaru. Wyjechałam na kolonie jako mała dziewczynka, a wróciłam jako świetnie radząca sobie nastolatka z patentem żeglarza.

Dziś jestem już całkiem dużą dziewczynką, ale chyba jeszcze bardziej niż kiedyś potrzebuję czuć, że jesteś.

Pamiętasz? Mieliśmy swoje święta, swoje małe rytuały. Rok otwierały imieniny mamy, dzień, w który wyjmowaliśmy wszystkie albumy ze zdjęciami z waszego ślubu i górskich wycieczek. W Wigilię, w każdą rocznicę jej śmierci, opowiadałeś mi o niej zabawne historyjki i o tym– ciągle chciałam tego słuchać – jak zobaczyłeś ją pierwszy raz.

Przez te wszystkie lata Tato, nie pojawiła się w twoim życiu żadna inna kobieta. Wiem, co mówili inni: „Powinieneś sobie kogoś znaleźć. Dziewczynka potrzebuje matki, ty potrzebujesz kobiecej ręki w domu”. I wiesz co? Już wtedy wiedziałam, że tego nie zrobisz. Kochałeś ją cały ten czas. A twoja miłość, do niej i do mnie, starczała nam z nawiązką.

Dziękuję ci za to, że kiedy brałam ślub, nie chciałeś odprowadzić mnie do ołtarza. Powiedziałeś: „Nie należysz do mnie, nie jesteś dla mnie rzeczą, którą można oddać innemu mężczyźnie. Będę dziś szczęśliwy, bo ty jesteś szczęśliwa, ale pamiętaj – należysz tylko do siebie”.

Kochany Tato, śmiałeś się ze mną, kiedy oglądaliśmy razem „Amelię”, pamiętasz? Jej ojciec latami pielęgnował pamięć o swojej żonie. Ja chciałabym dziś mieć w sobie odwagę Amelii by powiedzieć ci, że nadszedł czas na zmiany. Pora Tato, żebyś się zakochał i wyruszył w podróż marzeń. Pora, żebyś pozwolił komuś zaopiekować się tobą. Proszę cię tato, zrób to dla swojej córki.


Pozwól mi być sobą… Dlaczego udajemy „dla miłości”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
25 lipca 2016
Pozwól mi być sobą... Dlaczego udajemy „dla miłości"
Fot. iStock/teksomolika

Zastanawialiście się kiedyś dlaczego słowa: „Kocham cię takim jakim jesteś” przyjmujemy za najpiękniejszy dowód miłości? Bo prawdziwa miłość polega na dostrzeganiu wspaniałości drugiego człowieka w jego autentycznym, oryginalnym i niepowtarzalnym „ja”. Jeśli jest inaczej, to co sprawia, że kochamy? I co takiego się z nami stało, że zabiegając o czyjeś uczucia zatracamy siebie, gubimy gdzieś prawdę o sobie?

Udajemy. Nie jesteśmy szczerzy przed samymi sobą i tak samo gramy przed partnerem. I mamy ku temu bardzo poważne powody.

Udajemy z lęku przed brakiem akceptacji

Jak to smutno świadczy o naszej samoocenie! Nie możemy uwierzyć, że zasługujemy na miłość, że wszystko czym jesteśmy jemu czy jej wystarczy…Nie może być inaczej, skoro sami dla siebie nie jesteśmy wystarczająco dobrzy, piękni, mądrzy, wspaniali. Ile to razy słyszeliśmy, że kluczem do miłości szczęśliwej jest odpowiednia dawka miłości własnej? Zamiast nauczyć się samoakceptacji tworzymy nowych siebie dla niego/niej, starając się bardzo dorównać jakiemuś własnemu wyobrażeniu o partnerze doskonałym. I powoli stajemy się w tym związku kimś obcym dla siebie samemu. Nie rozpoznajemy już swoich potrzeb (bo które są te prawdziwe i nasze, a które tego wymyślonego „ja”?), nie odczuwamy autentycznej radości (bo nasze „czujniczki szczęścia” nastawione są tylko na wyczuwanie i odczytywanie nastrojów tego, kogo chcemy zadowolić, tego – dla którego zrezygnowaliśmy z prawdy o sobie). Przywdziewasz swoją maskę i zaciskasz zęby. Przestawienie musi trwać.

Udajemy by „zdobyć” miłość i zatrzymać przy sobie partnera

Skoro on kocha żeglarstwo, to zdecydowanie jedynym sposobem, by zwrócił na ciebie swoją uwagę jest… pokochać żeglowanie. Naginaj rzeczywistość, żyj wbrew sobie, wmawiaj sobie i jemu, że uwielbiasz to życie, że o nim marzyłaś, że nigdy nie byłaś bardziej szczęśliwa.

Nieważne, że w głębi duszy tego nienawidzisz. Przecież coś was MUSI łączyć. Kiedy jakiś głos rozsądku podpowiada ci, że działasz niezgodnie ze swoimi pragnieniami, zagłuszasz go: „coś przecież trzeba poświęcić, żeby być szczęśliwym”.  Zamiast kochać różnice między wami, wpadasz w panikę, gdy okazuje się, że on uwielbia coś, co ciebie przyprawia o mdłości. Wiesz dlaczego to robisz? Bo uwierzyłaś, że żeby być szczęśliwa, MUSISZ być w związku. Może to presja otoczenia tak sprawiła, a może ciąg jakiś niezbyt szczęśliwych wydarzeń w twoim życiu. Uzależniasz swoje szczęście od NIEGO, więc chcesz tego związku za wszelką cenę. Poświęcisz swoje samopoczucie. Okłamiesz siebie samą, byle „to” mieć.

Udajemy, by oszukać siebie

Dlaczego? Żeby nic się nie zmieniło. Panicznie boisz się zmian, więc kłamiesz przed samym sobą, że miedzy wami wszystko jest jak dawniej. Kochasz – nie widzisz. Nie widzisz, że ona coś przed tobą nieustannie ukrywa. Nie widzisz, że on nie radzi sobie z nałogiem, a to odbija się na całej waszej rodzinie. Usypiasz na siłę swoją czujność, lekceważysz niepokojące sygnały świadczące o tym, że się od siebie oddalacie. Trwasz w wielkiej, nadmuchanej bańce, którą podtrzymujesz przy życiu grą pozorów i zręcznie dopracowanymi kłamstwami. Nie przyjmujesz do wiadomości, że tego związku już właściwie nie ma. Wolisz to niż „oko w oko” z prawdą o waszej relacji, o braku miłości. Ze świadomością, że prędzej czy później, nastąpi koniec.

Udajemy by oszukać innych

Niech iluzja trwa, po co martwić tych, których kochamy? Dlaczego zasmucać rodziców, którzy już coś zaczynają nawet podejrzewać, ale zbywasz ich wymuszonym, radosnym „ No, co wy, jakie problemy? Po prostu zmęczona jestem, dzieci, praca, nie wiecie jak to jest?”. Karmimy złudzeniami najbliższych, niech myślą, że wszystko jest dobrze. Nie mów, że się wam nie układa, nie mów, że on bywa agresywny, że z jej powodu cierpisz. Udawaj, że to związek idealny. Pokazuj całemu światu wasze uśmiechnięte zdjęcia, pamiątki ze wspólnych podroży. Stwórz obraz perfekcyjnej miłości i utrzymuj go przy życiu jak długo się da. Zaklinaj rzeczywistość. Może, skoro udało ci się oszukać wszystkich wokół, to naprawdę wszystko się samo jakoś ułoży?

Jakże zmieniłoby się nasze podejście do naszych związków, gdybyśmy przestali udawać. Jakże łatwo byłoby przestać udawać, gdybyś potrafili kochać i akceptować przede wszystkim siebie samych.


Zobacz także

Fot. iStock/max-kegfire

Oda do przeklinania. Podobno najwięcej przeklinają ekstrawertycy! Czy to na pewno prawda?

życie

Chcesz być szczęśliwsza? Uprość swoje życie w 10 krokach

Mat. prasowe

7 powodów, żeby spędzić wakacje nad włoskimi jeziorami. Zaskocz najbliższych