Bądźcie w tym roku bardziej niż zawsze. Nie wbrew komuś, ale dla kogoś. By pomagać. Finał WOŚP

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
22 grudnia 2015
Fot. Adam Kliczek, http://zatrzymujeczas.pl (CC-BY-SA-3.0)
 

Jak grali pierwszy raz miałam 12 lat. Siedzieliśmy z moimi rodzicami i oglądaliśmy transmisję w telewizji. Mój tata płakał ze wzruszenia, powtarzał: „Zobacz, jaka moc jest w ludziach, jaka potrzeba robienia czegoś dobrego dla innych”.

Później ja płakałam już na każdym finale WOŚP. Za każdym razem, kiedy Jurek Owsiak na koniec dziękował zachrypniętym głosem, choć bywało, że prawie nic nie mówił, kiedy zebrana kwota po raz kolejny zadziwiała, kiedy ludzie z różnych stron Polski przyjeżdżali do studia mówiąc, ile udało im się zebrać pieniędzy. Liczyła się zawsze każda złotówka, te najdrobniejsze rzeczy zbierane przez wolontariuszy. Wzrusza mnie to niezmiennie.

Kiedyś pracowałam w lokalnej gazecie. Przez całą niedzielę jeździłam po miasteczkach i wioskach. Orkiestra dociera do takich miejsc, o których, gdyby nie ona, nikt nigdy by nie usłyszał. Do miejsc, gdzie licytowane są ciasta, gdzie dzieci przynoszą swoje zabawki i książki, gdzie ksiądz apeluje o to, by nikt nie chodził bez naklejonego czerwonego serca WOŚP.

Wzrusza mnie młodzież, której tak wiele złego potrafi się zarzucać, a która w styczniu, kiedy zimno, wieje, pada, od rana chodzi po mieście chcąc pomóc najmłodszym, a ostatnio także i najstarszym.

I wzruszałam się, kiedy moi synowie mieli badany słuch po urodzeniu sprzętem orkiestrowym. Kiedy przyjaciółki syn leżał w inkubatorze z sercem orkiestry. Kiedy mamy wcześniaków mówią – gdyby nie WOŚP, moje dziecko by nie żyło.

Jedliśmy orkiestrową grochówkę przygotowaną przez wojsko. Wjeżdżaliśmy na strażackim wysięgniku na wysokość ósmego piętra mogąc podziwiać panoramę miasta. Poznawaliśmy psy policyjne, chłopcy ubierali się w policyjne czapki, siadali za kierownicą służbowych wozów Straży Granicznej. Zwiedzaliśmy okręty Marynarki Wojennej. Wszyscy uśmiechnięci w ten jeden dzień w styczniu zawsze jakiś taki cieplejszy i szczęśliwszy. Bo każdy, kto bierze udział w finale wie, ba – czuje, że robi coś dobrego. Że chleb pieczony w kształcie serca, kiełbaska z grill, nawet wata cukrowa – wszystko to dzieje się w jednym wspólnym DOBRYM celu. Jednoczy ludzi, wyciąga z domu.

Moje Dziki w tym roku idą po raz drugi z puszką. W tym roku ze swoją własną, wcześniej pożyczoną od zaprzyjaźnionej organizatorki. Wiedzą dla kogo zbierają pieniądze, znają dzieci, które z pomocy WOŚP korzystały. Biorą swoje oszczędności ze skarbonki i licytują w miejscowej licytacji, co się da i wzruszają mnie, gdy to, co wylicytują oddają do ponownej sprzedaży, żeby zebrać jak najwięcej pieniędzy. I nie chodzi o wyścig, o rywalizację.

I kiedy słyszę, jak ktoś finał WOŚP nazywa „hecą”. Ktoś, ba – polityk, który będzie postulował o zakaz udziału służb mundurowych w finale Orkiestry, to dostaję piany i mam ochotę gryźć. Mam ochotę życzyć mu na starość łóżka fundowanego przez WOŚP na jednym z oddziałów geriatrycznych.

Bo ta heca, proszę Pana, to tysiące zaangażowanych ludzi, także tych najmłodszych, to uratowane życia wielu noworodków, to w końcu czynienie ludzi lepszymi, bo takimi się czują mogąc wziąć udział w akcji.

I obserwuję profil WOŚP na Facebooku. I ponownie się wzruszam. Oni wiedzą, mają pewność opartą na 24-letnim doświadczeniu, że to nie politycy, nie władza, nie słowa stanowią o ich sile. Ale każdy choćby najmniejszy człowiek. „Wszyscy jesteście wielcy” piszą. I my to czujemy. Wiemy, że oni w nas wierzą. W nasze dobre serca, w chęć pomagania, bycia lepszym.

I choć nie lubię politykowania, to bądźcie w tym roku bardziej niż zawsze. Nie wbrew komuś, ale właśnie dla kogoś. Rozejrzyjcie się, pomyślcie, kto potrzebuje pomocy. I pomagajcie. Róbcie coś dobrego dla siebie i innych. Do końca świata i jeden dzień dłużej.


Bądź dla siebie dobry, przytulaj siebie, gdy mnie zabraknie. I żyj. Nie bój się żyć – List do syna

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
1 stycznia 2016
Fot. iStock / wundervisuals
 

Początek największej przygody mojego życia. Odeszły wody. Porodówka. Dreptanie po korytarzu. I leżenie. I to maleństwo położone na piersiach. Moje łzy. I tego, który został właśnie tatą.

Dzisiaj mój syn kończy dziesięć lat. A ja niezmiennie myślę o tym dniu. Tak bardzo się wtedy bałam. I boję się do dziś. O mojego syna. O to, czy zdążę go wszystkiego nauczyć, pokazać. Czy będzie mądrze wybierał i nie krzywdził innych.

Dlatego życzę ci Synku:

– żebyś nie skupiał się na problemie, tylko zawsze szukał jego rozwiązania. Tak wiem, że trudno je dostrzec, że łatwiej tkwić w problemie, obracać go w palcach i przeglądać się w nim, bo to nie wymaga od nas podjęcia jakiegokolwiek działania. Proszę, pamiętaj – każdy problem na swoje rozwiązanie, przynajmniej jedno. Znajduje je. Zawsze.

– żebyś szedł do przodu, podejmował wyzwania, ryzykował. Pamiętaj – życie masz tylko jedno i to, jak ono będzie wyglądać, będzie zależeć tylko i wyłącznie od ciebie. Boisz się? To naturalne. Oswój ten strach. Zaprzyjaźnij się z nim. Nie pozwól, by się paraliżował. Jeśli go czujesz, to znaczy, że zmiana jest trudna i znacząca, ale nie niemożliwa.

– żebyś miał odwagę bycia sobą. Nie był jak marionetka wobec czyichś poglądów, emocji i słów. Mów, co dla ciebie jest ważne, idź drogą, którą wybrałeś. Nie wiesz, kim jesteś? Spokojnie, szukaj siebie, ale w zgodzie z dzieckiem, które zawsze będziesz nosić w sobie. Pielęgnuj je w sobie. I słuchaj, gdy nie wiesz, gdzie iść.

– żebyś pamiętał, że życie składa się z wyborów. Że wybór masz zawsze i to, gdzie będziesz od twojego wyboru będzie zależeć. Nie musisz być tam, gdzie być nie chcesz. Wybieraj inaczej, wybieraj tak, by być szczęśliwym.

– żebyś potrafił popełniać błędy. Błędów nie robi ten, kto nic nie robi. Do swoich błędów masz pełne prawo. Popełniaj je, ale proszę – wyciągaj z nich wnioski. Bo to największa umiejętność i jedna z najbardziej wartościowych. Przyznawaj się do swoich błędów, choćby przed samym sobą. Dzięki błędom będziesz się rozwijać, będziesz coraz lepszym człowiekiem.

– żeby ludzie byli dla ciebie ważni. Żebyś nie zapominał o tych, którzy blisko. Żebyś był uważny na ich potrzeby i uczucia. Żebyś uczył się od innych, jakim człowiekiem być można, a jakim nigdy nie chciałbyś być. Przeglądaj się w ich oczach. Patrz na siebie ich oczami. I zawsze dąż do tego, by być zadowolonym z tego, co zobaczysz. I by inni byli przy tobie szczęśliwi.

– żebyś umiał mówić. Nie zamykał się w sobie – proszę. Mów o emocjach, o potrzebach i lękach, i wątpliwościach. Nie zostawaj z nimi sam. One nie są oznaką słabości. To siła, która jest w tobie. To ty. Bo z tego wszystkiego właśnie się składasz. Pamiętaj o tym.

– żebyś umiał prosić o pomoc. Wyciągać po nią rękę. Nie musisz wszystkiego zawsze sam. Potrzebujesz pomocy? Weź ją od tych, którzy chcą ci ją dać, czekają tylko na sygnał od ciebie. Nie martw się, nie będą myśleć, że jesteś słaby. Będą ci wdzięczni, że pokazałeś, jak im ufasz i jacy są dla ciebie ważni.

– żebyś uczył się kochać. To jedna z najtrudniejszych lekcji. Kochać dobrze, szczęśliwie. Pamiętaj miłość to szczęście, ale czasami też łzy i smutek i rozczarowanie. Niech ci, których pokochasz, tego smutku przeżywają jak najmniej. Dbaj o miłość. Pielęgnuj ją, bo zostawiona sama sobie odchodzi.

– żebyś czerpał z życia garściami, smakował go, zanurzał się w nim i dostrzegał jego kolory. Żeby twoje życie było zabarwione wszystkim, co dla ciebie będzie ważne. Żeby było „jakieś” – właśnie twoje.

– żebyś był dobrym człowiekiem. Jaki on jest? Taki jak ty. Z otwartym sercem. Z otwartą głową. Uśmiechnięty. Uważny. Tak kochanie, taki właśnie jesteś. Noś w sercu tę swoją dobroć, nie zapominaj o niej, proszę. Karm ją, niech dojrzewa razem z tobą, niech wzrasta, niech ciebie wzmacnia i podpowiada, co robić, gdzie iść, gdy się pogubisz.

Właśnie zrobiłeś mi kawę. Pogłaskałeś mnie po głowie i spytałeś: „Czemu płaczesz mamo?”. Ze wzruszenia, synku. Kocham cię. A ty kochaj siebie – to ważne. Bądź dla siebie dobry, przytulaj siebie, gdy mnie zabraknie. Pamiętaj o tych wszystkich czułych gestach. I żyj. Nie bój się żyć.


Święta mogą być wyjątkowe. Inaczej niż te z „wtedy”. Tylko od nas zależy, czy je takimi uczynimy

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
11 grudnia 2015
Fot. iStock / alga38

Coraz częściej słyszę: „Jakoś w ogóle tych Świąt nie czuję”. Smucą mnie te słowa. Bo przecież magię Świąt, ich wyjątkowość nosimy gdzieś głęboko w sobie. I nie, nie będę tu wartościowość na mniej i bardziej wierzących, czy tych, którzy nie wierzą. Nawet mój przyjaciel ateista wysyła mi zdjęcie jak z córkami targa ogromną choinkę do domu.

Bo Święta to tradycja

To spotkania przy stole, wzruszenia, emocje. Pamiętam, jak mój tata mówił: „Odkąd znowu przy stole siadają małe dzieci, to te Święta są inne”. Tak, wypełnione dziecięcym piskiem, radością, zniecierpliwieniem, podjadaniem ze stołu, wyglądaniem pierwszej gwiazdki i tym czekaniem na prezenty pod choinką.

A tymczasem z roku na rok coraz mniej tej wyjątkowości w nas. Mówimy: „To nie to samo co kiedyś”, „Pamiętasz, jak wtedy pachniały pomarańcze wyszarpane w jakimś sklepie spod lady”, „I te prezenty, człowiek cieszył się z każdej pierdoły”.

Były wyjątkowe, bo tak je zapamiętaliśmy

Biały obrus. W wannie pływał świąteczny karp. Choinka pachniała lasem. I tak się zastanawiam, skąd dzisiaj to uczucie pustki. Czy naprawdę z powodu tych pomarańczy? A może z braku czasu, z braku spokoju i ciszy, a przecież wtedy właśnie tego doświadczaliśmy. Wszyscy się zatrzymywali przy stole wigilijnym. Pachniało jeszcze umytą podłogą. Święta składały się ze szczegółów. Z ręcznie lepionych pierogów, mielonego samodzielnie maku, rozłupywanych orzechów. Zapachu barszczu, pieczonej czy smażonej ryby. Krochmalonego obrusu. Białych koszul i świątecznych sukienek.

Tymczasem znajoma mówi: „Nie wiem, kiedy zdążę wszystko ogarnąć”, ktoś inny: „Lepienie pierogów? Co ty, wszystko zamawiam, nie mam czasu gotować”. Traktujemy ten czas, jak kolejne zadanie do wypełnienia. Pojawiają się memy wyśmiewające świąteczne przygotowania. Bo rzeczywiście nie chodzi o to, żeby w Wigilię paść ze zmęczenia z poczuciem, że zadbaliśmy o wszystkich tylko nie o siebie. Tylko o co właściwie chodzi? Może o bycie razem. Nie tylko przez te dwa, trzy dni Świąt. Może warto być razem w świątecznych przygotowaniach. Oddać ściereczkę do mycia szafek córce czy synowi, mężowi płyn do mycia okien, podzielić się przygotowaniem ze wszystkimi. I nieważne, że okna będą pomazane, a szafki niedokładnie umyte. Ważne, że w tych przygotowaniach będziecie razem. A wieczorem można wyciągnąć piernikowy domek i wysmarować się czekoladą lukrem przy jego zdobieniu. Słyszycie ten śmiech?

Tak, tamte Święta były wyjątkowe, bo my byliśmy dziećmi

Bo wielu rzeczy nie mieliśmy, a nasze dzieciaki mają wszystko. Szukamy pomysłów na prezenty, bo czym zachwycić, zaskoczyć? Więc może pod choinkę włożyć rodzinny wyjazd na basen, do zoo, do kina czy teatru, a może na wakacje. Bo czego nam dzisiaj brakuje najbardziej? Czasu na bycie razem. Na zrobienie czegoś wspólnie, więc dlaczego tego czasu nie podarować sobie pod choinkę? Że wyjazd to prezent odłożony w czasie? I co z tego? To czekanie jest cudowne, ta odroczona radość podwójna, snucie planów. Nie dostajemy oczywistej rzeczy, uczmy się i nasze dzieci, że nie zawsze wszystko mają tu i teraz. Tylko czas wspólny im kradniemy – tabletem, grą komputerową, telefonem pod choinką

Właśnie, bo nasze dzieci mają wszystko, ale są takie, które nie mają

Nie bardzo chcemy te dzieci widzieć. Nie chcemy o nich rozmawiać. Wrzucamy żywność do koszyków w marketach, a kiedy dzieci pytają, co robimy, mówimy: „A tak zbierają” odwracając uwagę. Chowamy dzieci pod kloszem dając im złudne przekonanie, że wszystko jest im dane na zawsze. A przecież dobrze wiemy, że tak nie musi być. Skoro nasze dzieci mają wszystko, to może warto pokazać, że są ludzie, którzy nic nie mają. Nie mają domu, rodziny.

Przyszli do nas ostatnio bezdomni, z noclegowni. Wcześniej przygotowaliśmy dla nich trochę rzeczy, których nie używamy, choć wcześniej wydawały się nam niezbędne. Moi synowie pomagali pakować im wózki. Zadumali się: „Mamo, ale jak to nie mają domu”. I tłumaczyłam, że tak też bywa, że często to z ich błędów, wyborów wynika. Ale to nie znaczy, że mamy ich nie zauważać, nie pomagać.

Dzisiaj jadę z nimi do domu samotnej matki. Mamy worki rzeczy, ubrań, chłopcy przygotowali książki, które już przeczytali. „Mamo jestem taki szczęśliwy, że mamy siebie”, powiedział mi wczoraj mój młodszy syn, a starszy dorzucił jeszcze swoje ukochane maskotki do worków czekających na wywiezienie.

I wiecie, poczułam te Święta w sercu. Wiem, że nadchodzą. „Mamo, a zrobimy dla tych Panów bez domu barszcz na Wigilię?”, spytali chłopcy. Tak, zrobimy.

Święta mogą być wyjątkowe. Inaczej niż te z „wtedy”. Od nas zależy czy znowu zobaczymy ich magię i czy nauczymy nasze dzieci ją widzieć.

Rodzinnych przygotowań wam życzę! I Świąt w sercu.