Nie bądź służącą swojego męża

MamaM&M
MamaM&M
18 stycznia 2018
Fot. iStock/DGLimages
Fot. iStock/DGLimages
 

Mój idealny Pan Mąż pewnie nie byłby idealny, gdym mu na to pozwoliła. Facet pozwala sobie na tyle, na ile pozwala mu tak naprawdę kobieta. Tak sądzę i zdania nie zmienię. 

Coraz więcej obserwuję i coraz częściej pozwalam sobie na mówienie innym kobietom wprost, co myślę. Coraz częściej muszę więc robić unik, żeby nie dostać z półobrotu. Nie przestanę jednak, ponieważ tylko głośne piętnowanie patriarchatu może spowodować, że kobiety wokół mnie będą po prostu szczęśliwe i będą lubiły swoje życie. A często niestety żyją tak, jak nie chcą, ale inaczej nie umieją.

– To wstyd, że w naszym kraju potrzebne są takie instytucje jak BABA (stowarzyszenie pomagające kobietom-ofiarom przemocy domowej) – mówiła Anita Kucharska-Dziedzic, odbierając nagrodę Polskiej Rady Biznesu im. Jana Wejcherta za swoją działalność w Babie właśnie. Pomyślałam wtedy, że to najlepszy komentarz, jaki mogła w tym momencie puścić w obieg. I wszyscy jej bili brawo. A ilu na tej wielkiej sali było mężczyzn, których żony i partnerki do Baby chciałyby pójść, ale się boją, wstydzą lub nie zdają sobie sprawy, że pomoc jest im potrzebna?

Chyba najbardziej na świecie oprócz głupoty, denerwuje mnie, wręcz działa uczulająco, wykorzystywanie słabszego od siebie. To zapewne doświadczenia z domu rodzinnego sprawiły, że dziś jestem naprawdę silną, wiedzącą czego chcę, spełnioną i szczęśliwą, lubiącą swoje życie kobietą. Kocham mojego męża, powtarzam mu to często, szanuję jego, jego oczekiwania, cele, pragnienia, ale też od początku sygnalizowałam, że dla mnie związek to dwie idące ramię w ramię osoby. Partnerstwo jak w biznesie. Bez ściśle wyznaczonych ról, ale z wzajemnym uzupełnianiem się i wsparciem, zwłaszcza w gorszych momentach.

Kobiety, z którymi na co dzień się spotykam w pracy, w rodzinie, w gronie znajomych, patrzą na mnie jak na kosmitkę. Kiedy mówię im, że od swoich mężczyzn muszą wymagać przede wszystkim szacunku, słyszę: on nie zrozumie. Kiedy powtarzam, że trzeba mówić o swoich oczekiwaniach jasno, wyraźnie, a najlepiej z podaniem przykładu, słyszę: ale on pyta, o co mi chodzi. Kiedy mówię, że trzeba w życiu równać w górę, a nie pozwalać, żeby ktoś nas ściągał na dno, od którego sam się odbić nie może, słyszę, że łatwo mi mówić, bo mój mąż już się przyzwyczaił, że mnie wszędzie pełno i że ciągle się rozwijam.

Nie każę nikomu spędzać poza domem całych dni, pracować na 1,5 etatu, działać w stowarzyszeniu, a w „wolnej chwili” biegać na fitness, uczyć się angielskiego, a po powrocie do domu gotować słoików dla dziecka do żłobka i pisać tekstów na blog, bo i ja sama czasami nie mam siły się zatrzymać, jak rozpędzę swoją maszynę na maksimum mocy. Ja tak chce żyć, bo to mnie nakręca. Nakręca mnie też mój mąż mówiący po angielsku, robiący prawo jazdy na motocykl, grający w gry komputerowe. Lubię to, że jest w czymś ode mnie lepszy, że umie więcej ode mnie, że mogę się od niego czegoś nauczyć, ale też mam satysfakcję, kiedy mogę mu zaimponować choćby sposobem zarządzania ludźmi podczas organizacji jednej, drugiej, piątej imprezy, pozyskiwaniem kolejnych sponsorów, zdolnością do kompromisu podczas podejmowania decyzji ważnych dla stowarzyszenia.

Mój mąż poważnie zachorował. Miał operację. Siedziałam pod salą operacyjną, ponieważ i on dwukrotnie czekał na mnie na korytarzu podczas cesarskiego cięcia i wiem, jak miło jest zobaczyć tę najbliższą osobę zaraz po zabiegu. Po powrocie ze szpitala zajmował się mną i dziećmi jak rasowa położna, miałam czas, żeby leżeć i karmić piersią, na oddziale pilnował kroplówek, przywoził jedzenie, zajmował się synami. Kiedy więc on potrzebował mojej pomocy, a przynajmniej potrzebował wiedzieć, że może na mnie liczyć, ja chciałam stanąć na wysokości zadania.

Tymczasem mężczyźni często gęsto nie pomagają matkom swoich dzieci po powrocie ze szpitala. Nawet jeśli są na dwutygodniowym urlopie, niewiele ten czas ma wspólnego z opieką nad noworodkiem. Kobiety po porodach naturalnych, cięciach cesarskich, czasami różnych komplikacjach wracają do swoich obowiązków domowych na pełen etat plus w gratisie dostają dziecko. Kiedy jednak ich życiowy partner zachoruje, niańczą go, chuchają, dmuchają, a jak przytrafi się poważniejsza sytuacja, matkują i robią z domu szpital, zapominając, że same nie były traktowane „wyjątkowo”, nawet gdy chodziły po ścianach.

pixabay.com/3dman_eu

pixabay.com/3dman_eu

 

Podobnie rzecz się ma z wychodzeniem z domu. Nie za bardzo rozumiem stwierdzenia: „mąż mi nie pozwolił” i „mąż mnie nie puścił”, ale wiem, że są powszechnie używane. Mężczyźni spotykają się ze znajomymi przy piwie często. Kobiety częściej „nie mogą”, bo muszą coś zrobić w domu, dzieci do szkoły wyprawić, posprzątać, poprasować, nagotować na kolejne dni, bo będą w pracy dłużej i domownicy z głodu popadają. Łapię się na tym,że dostaję telefon i po prostu informuję, że wychodzę, choćbym była w połowie robienia sałatki. TataM&m podobnie, choć jemu częściej się nie che ruszać z domu (co ja wykorzystuję chętnie).

Kobiety same zrobiły z siebie niewolnice, a jak widzą jedną wolną, krytykują ją i próbują przeciągnąć na swoją stronę, żeby tylko nie miała lepiej od nich. Trzeba równać w górę i brać przykład z tych, które właśnie mają lepiej od nas… Idź  wieczorem sama na zakupy, idź na siłownie, na fitness, spotkaj się z koleżanką z liceum, z sąsiadką, odwiedź kuzynkę i zostaw męża z dziećmi, zostaw niepozmywane gary, zostaw pranie w pralce. Twój mąż jest często w delegacjach, całe dni spędza w pracy i oczekuje, że ty, mimo swoich służbowych obowiązków, utrzymasz dom na najwyższym poziomie, a dzieci będą jak z obrazka? Spakuj walizkę, nie gotuj obiadu, nie zmywaj, nie sprzątaj, miń się z mężem w drzwiach i powiedz, że wrócisz pojutrze. Spędź te dwie noce choćby w hotelu w tym samym mieście. Ty odpoczniesz, on doceni, kogo ma w domu i jaką prace wykonujesz na co dzień… Telefon zostaw na stole… przypadkiem…


Podział ról w małżeństwie. Albo jesteśmy drużyną, albo jesteśmy skazani na porażkę

MamaM&M
MamaM&M
22 stycznia 2018
© MamaM&M
© MamaM&M
 

Czytałem twój ostatni tekst i się z nim nie zgadzam – powiedział mój przyszywany brat, kiedy się wczoraj spotkaliśmy. W życiu nie pomyślałabym, że Dominik czyta tak długie teksty, a tym bardziej, że ma jakieś zdanie o tym, co ja piszę na blogu – bądź co bądź babskim.

-Z czym Ty się znowu nie zgadzasz? – zapytałam wprost. – Nie napisałaś, jak to u was wygląda naprawdę i przez to kobiety będą czytać ten twój wpis i będą wymyślać nie wiadomo co – usłyszałam. W dalszej rozmowie padły konkretne argumenty. Mój rozmówca miał na myśli podział obowiązków w związku.

Jesteśmy z TatąM&M małżeństwem wyjątkowym i nie boję się używać tego słowa. Coraz częściej spotykam się z głosami, że ta nasza miłość trąci myszką i jednocześnie jest bardzo „postępowa”. Dlaczego?

Wchodzę do salonu sukien ślubnych, żeby odebrać sukienkę na galę, którą rokrocznie mam przyjemność prowadzić. – Ale piękna ta sukienka – mówi o mojej kreacji przyszła panna młoda przymierzająca białą kieckę. – No ja to już wybieram kolorowe. Biały kolor był dla mnie dobry 8 lat temu. Dziś już za późno – odpowiadam z uśmiechem. – Teraz są modne śluby rozwody i ponowne śluby, więc może jeszcze białą pani założy – mówi pracownica salonu. – Byłabym kompletną kretynką, gdybym rozwiodła się z moim mężem. Mam najlepszego męża na świecie i kocham go nad życie – odpowiadam. – Nigdy jeszcze nie słyszałam, żeby kobieta tak po prostu, z taką pewnością, bez zastanowienia i tak ładnie mówiła o swoim mężu – słyszę.

Rozmawiamy w pracy. Wymieniamy babskie doświadczenia, snujemy plany na najbliższą przyszłość, trochę narzekamy na ból egzystencjalny, który znają tylko matki 3-latków. – Lubię, jak mówisz o swoim mężu, zawsze tak ciepło – słyszę.

-Lubię na was patrzeć, obserwować, jak się do siebie zwracacie, jak dbacie o siebie w każdej sytuacji, jak kupujesz śliwki w czekoladzie specjalnie dla Grzegorza – mówi koleżanka, która zna nas w wersji oficjalnej i w wersji „w kapciach”.

I na to wszystko Dominik mówi praktycznie na jednym oddechu: – Nie napisałaś ani słowa, że twój mąż (jego, Dominika znaczy, kolega ze szkolnej ławki- żeby było śmieszniej) nie przykłada palca do rodzinnych wyjazdów, że, jak trzeba, bierzesz wałek i ściany malujesz, że naprawiasz różne rzeczy, że załatwiasz formalności i wiele spraw go (TatęM&M) nie interesuje, że gra godzinami, siedzi przy komputerze.

I to jest prawda. Mamy dwa niezależne pola w związku. To Pan Mąż naprawia komputery, aktualizuje aplikacje, myje monitory, dba o sprawność sprzętu, czyta opinie, wybiera, kupuje nowe telefony, komputery, myszki, klawiatury, odkurzacze, samochody.

To ja załatwiam, a najpierw planuję, wszystkie wyjazdy (Pan Mąż zarezerwował nam przez 8 lat dokładnie jeden nocleg na jedną noc), obmyślam plan zwiedzania, dobieram nam ewentualne towarzystwo, tankuję dzień wcześniej auto, sprzątam je, jadę na myjnię (zazwyczaj to ja jeżdżę na myjnię), organizuję opiekę psu na czas naszej nieobecności, płacę zaliczki, kontaktuje się z hotelami, ale to TataM&M planuje trasę, pakuje walizki do auta (geniusz w Tetrisa).

Prawdą jest, że to ja planuję, nadzoruję, a czasami przeprowadzam remonty. Drobne malowanie to dla mnie czas na relaks i robię je często, gdy nikogo nie ma w domu. Jak domownicy wracają, jest już po „imprezie”. Podczas generalnego remontu Pan Mąż nie wstawał od komputera, nie interesował się, jaki jest postęp prac, ile będzie to wszystko kosztowało. Pytał tylko, czy nam pieniędzy wystarczy, a później, skąd weźmiemy brakującą kwotę.

Z kolei to Pan Mąż spędza więcej czasu z dziećmi. Chętnie się z nimi bawi, wspólnie grają na gitarze, układają klocki, oglądają przeróżne filmiki na youtube, siedzą na podłodze i wygłupiają się. To TataM&M częściej zajmuje się kąpielą i innymi wieczornymi sprawunkami przy dzieciach, to on wstaje godzinę wcześniej niż my, robi śniadanie, budzi, ubiera chłopców, przewija Mariusza, podaje Markowi śniadanie, po sto razy mówi do mnie: – Wstawaj, bo się spóźnimy.

Ja chodzę na zebrania wspólnoty, mieszkańców osiedla, zlecam przelewy za mieszkanie, media. Razem robimy zakupy, razem sprzątamy (tzn. sprząta ten, komu szybciej przeszkadza bałagan lub szybciej wróci do domu), nie kłócimy się, kto tym razem ma wyciągnąć naczynia ze zmywarki, powiesić pranie. Ja koszę trawę, zajmuję się ogrodem, zapraszam gości, organizuję imprezy, ale to on często po tych imprezach sprząta, wynosi śmieci, wyprowadza trzy razy dziennie psa. Ja składam pranie swoje i dzieci, Pan Mąż swoje (od 5 lat moją wersją oficjalną jest ta, że jego półki są dla mnie za wysoko).

Warto dodać, że ja mam od 8 lat pracę w tak zwanym nienormowanym systemie. Pracuję w różnych godzinach, w różnych miejscach, często poruszam się po naszym miasteczku, a TataM&M ma etat z 8 godzinami przy biurku i może się wyrwać do urzędu, może pojechać z chłopcami do lekarza, do fryzjera w czasie pracy, ale potem musi te godziny odpracować, a ja załatwiam wiele rzeczy przy okazji, będąc w konkretnym miejscu. Szybkie zakupy, koszenie trawy między spotkaniami, wolne dwie godziny wykorzystane na zrobienie obiadu, luźny dzień z pracą z domu poświęcony na odmalowanie ścian, pisanie artykułów z przerwą na przejrzenie promocji w hotelach, wypad na myjnię i szybkie odkurzanie po rozładowaniu samochodu z materiałów potrzebnych na organizację jednej, drugiej, piątej imprezy sportowej.

Dla nas budowanie związku i „ustalenie” zasad od samego początku było intuicyjnym pójściem na kompromis, ale na taki kompromis, żeby każdy był zadowolony, a nie, żeby każdy czuł niedosyt. Cały czas się ścieramy, granice naszych indywidualnych poletek nieustannie się przesuwają. Jak teraz myślę, jak udało nam się przetrwać te 8 lat i się nie pozabijać, dochodzę do wniosku, że jesteśmy silni tym, że niemal natychmiast sygnalizujemy, gdy nasza strefa komfortu robi się zbyt klaustrofobiczna, gdy coś nam zaczyna uwierać, gdy jakaś niepisana zasada jest przez drugą stronę łamana.

Powtarzam to z uporem maniaka. Mamy wspólny cel, mamy różne spojrzenia na wiele spraw, drogę do celu pokonujemy różną długością kroków, ale zawsze mamy to samo tempo i zawsze ten wolniejszy goni szybszego, bo trzeba równać w górę, a nie się uwsteczniać. No i się kochamy. Jak wariaty się kochamy…

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie, skomentuj artykuł, zdjęcie, wpis. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉


Dlaczego matka dwóch chłopców popiera prawo do aborcji?

MamaM&M
MamaM&M
17 stycznia 2018
pixabay.pl/sbtlneet
pixabay.pl/sbtlneet

Jestem za wolnym dostępem do aborcji, do tego, żeby kobieta mogła bez skrępowania, zażenowania i przede wszystkim bez strachu powiedzieć swojemu ginekologowi, że nie chce urodzić dziecka, które zostało poczęte. Żeby kobieta mogła pójść do lekarza i w ludzkich warunkach mogła wykonać zabieg, nie bojąc się o swoje zdrowie.

7 tygodni. Dokładnie tyle spóźniła mi się ostatnia miesiączka. 7- dokładnie tyle testów ciążowych zrobiłam. Nie zdążyłam z wizytą do lekarza, bo na dzień przed wyjazdem do SPA dostałam okres (taka sprawiedliwość dziejowa).

 

Przez te 7 tygodni zastanawiałam się, jaką decyzję podjąć, jeśli test pokaże dwie kreski, a finalnie ginekolog potwierdzi, że jestem w ciąży. Nie chcę w tej chwili kolejnego dziecka. Jestem mamą dwóch cudownych chłopców, ale padam na pysk niemal każdego dnia. 20 miesięcy przerwy między pierwszym i drugim porodem to zbyt mało, aby starszak urósł na tyle, by pochłaniać mniej czasu i dał możliwość skupienia się na drugim dziecku. Mamy w domu istny rozgardiasz emocjonalny. Staramy się żyć w miarę normalnie, ale chorujący młodszy syn absorbuje tyle energii i mojej, i TatyM&M, że nie tylko dniami, ale tygodniami nie mamy czasu, ochoty, a nawet możliwości być mężem i żoną, synem i córką, kolegą i koleżanką.

 

Na co dzień „normalna” rodzina. Dzieci w żłobku i przedszkolu. My pracujemy (ja zrezygnowałam ostatnio z głównego zlecenia, żeby odpocząć po wyczerpującej jesieni i początku zimy – tydzień później Mariusz złapał ostre zapalenie oskrzeli i … „odpoczywamy” razem w kolejce od lekarza do lekarza, w oczekiwaniu na powrót pozostałych domowników, pomiędzy inhalacjami, podawaniem leków, wymiotowaniem, przewijaniem – odpoczywam w chuj, aż mi ręce opadły z drugiego piętra do piwnicy naszej kamienicy), wiedzie nam się całkiem dobrze, nie musimy oszczędzać i sprawdzać, ile kosztuje cukier, mleko owsiane i mąka gryczana (młodszy jest uczulony na pszenicę, jajko, soję, mleko). Jeździmy na wakacje, możemy sobie pozwolić na posiadanie dwóch samochodów, remont mieszkania co kilka lat, budowę garażu, a ja na RoboJeta i budżet domowy tego specjalnie nie odczuwa, a nawet zostaje tyle, żeby innym pomóc, gdy potrzebują.

 

Kiedy jednak okazało się, że mogę być w kolejnej ciąży, pomyślałam, że ja tego trzeciego dziecka nie chcę urodzić. Nie chcę teraz być w ciąży, nie chcę zmieniać swoich zawodowych planów trzeci raz w ciągu 4 lat. Biorę odpowiedzialność za to, co robię,także za uprawiany seks (na szczęście uprawiam go tylko z mężem, więc mogę czuć się bardzo bezpiecznie i tak też się czuję), ale nie chciałam, aby jedna chwila spowodowała, że kolejny raz cały świat wywróci mi się do góry nogami.

 

Nie namawiam i nikogo nie zmuszam do tego, aby popierał moje poglądy. Ja nie oceniam innych i nawet nie próbuję wpływać na podejmowane decyzje, tym bardziej te dotyczące rodzicielstwa, bo są w cholerę trudne, nieodwracalne, rzutujące na całe życie – rodziców, dzieci, często też dziadków, rodzeństwa. Szanuję decyzję kobiet, które wiedzą, że płód jest poważnie uszkodzony, a mimo wszystko decydują się urodzić. Ale też rozumiem Natalię Przybysz, która dowiedziała się, że jest w ciąży i postanowiła tę ciążę przerwać. Prawdopodobnie zrobiłabym w obecnej sytuacji tak samo.

 

Chcę mieć wybór, chcę żyć w kraju, który daje mi wolność decydowania o sobie, chcę, aby między moje nogi zaglądał wyłącznie mój mąż i mój ginekolog. Szanuję światopogląd każdego człowieka i uważam, że siłę czyjeś wiary, czyichś przekonań, czyjąś silną wolę można poznać po tym, że nawet jak coś jest dozwolone, ale sprzeczne z tą wiarą, przekonaniami, postanowieniami, to ta osoba po prostu tego nie robi. I nie są potrzebne żadne zakazy, aby ktoś mocny swoją wiarą i posiadający silną wolę trwał przy swoim.

 

A nam po prostu dajcie robić ze swoim ciałem, co chcemy. I nie każcie mi rodzić dziecka, nawet jeśli jest w 100% zdrowe, bo to ja mam w tej ciąży chodzić, rzygać, źle się czuć, tyć, rezygnować z pracy na co najmniej kilka miesięcy (licząc wyłącznie końcówkę ciąży i połóg) i tylko ja wiem, czy te 9 miesięcy ciąży i połóg nie rozwalają mi życia na następnych kilka lat.

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie, skomentuj artykuł, zdjęcie, wpis. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉