Baby, wrzućmy na luz. Serio do szczęścia potrzebujemy obrączki na palcu i sakramentalnego „tak”?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
1 maja 2018
Fot. iStock / mailtobee
 

Spotykam dawno niewidzianą znajomą. Wiadomo – pytam, co u niej i słyszę, że właśnie rozstała się z facetem, z którym była prawie 10 lat. 10 lat życia w dupie. Gość był ogólnie mega dupkiem, ona odsunęła się towarzysko, bo przecież miłość, życie we dwoje. Każdemu na początku związku na mózg pada i obiadki z dwóch dań robi, żeby później usłyszeć: „Nie tak widziałem swoje życie. Wybacz, odchodzę. Zawsze będę cię kochał”. (pie*dolenie)

No dobra, ale nie o tym. Pogratulowałam znajomej, że w końcu uwolniła się od tego typa, co to jednak bardziej ją unieszczęśliwiał niż dawał powody do radości. I co usłyszałam: „Jestem starą panną, rodzina patrzy krzywo, matka mówi, że już męża sobie nie znajdę”. Patrzę i nie wierzę. Laska ma 34 lata, piękna, mądra kobieta, a ona, że jest nikim, bo pierścionka na palcu nie ma?

Matko – ja swój zaręczynowy zgubiłam, obrączka nie wiem, gdzie leży i nigdy nie przyszło mi do głowy, że to ma jakieś znaczenie. Owszem przed ołtarzem (z synem na ręce) stanęłam, przysięgę złożyłam, ślub okazał się nieważny (o tym, kiedy indziej), ale to nijak mnie nie definiuje i czasami lubię poudawać nawet, że męża nie mam i sama dygam przez życie. Wiecie, co wtedy widzę – zazdrość w umęczonych oczach innych kobiet, które co rano pozwalają sobie na zbieranie jego skarpetek w łazience

Szczerze, gdybym miała cofnąć czas – nie wzięłabym ślubu. Mówi się, że on podobno niewiele zmienia, przecież się znamy, już trochę ze sobą za rączkę chodziliśmy, ba często nawet seks był, a nawet dziecko czy chociażby ciąża się po drodze przytrafiła. My – mężowie i żony, dobrze wiemy, że to gówno prawda. Małżeństwo zmienia wiele. Oczywiście nie tylko na gorsze, bo to nieprawda, wiele dobrego można z niego wyciągnąć, jeśli oboje tego chcemy (zwłaszcza dwie pensje, za które łatwiej się utrzymać i spłacać kredyt). Fatalnie jednak, gdy obrączka na palcu to znak mojej przynależności, zależności i braku wolności – a tak chyba dzieje się najczęściej.

Dlatego też kompletnie nie rozumiem presji „pierścionka”. Tylko, gdy ktoś cię chce ze żonę, to jesteś coś społecznie warta, zamienisz swoje życie na niezbędną do przetrwania gatunku najważniejszą komórkę społeczną, czyli rodzinę. No ej, bez przesady. Naprawdę, jedyne na czym kobietom powinno najbardziej zależeć w życiu, to założenie białej sukni, a wcześniej powiedzenia „tak”, gdy on klęka na jedno kolano (jeśli w ogóle klęka albo raczej razem z tobą odczytuje wynik testu ciążowego).

Przyjaciółka, kilka lat ode mnie młodsza, mówi: „Jeny, bo ja nie usłyszałam jeszcze, że jestem dla niego ważna”. Zdębiałam i wyliczam: „Piżamę ci kupił, żebyś miała u niego? Auto zatankował? Na wesele rodziny zaprosił? SMS-y w ciągu dnia wysyła, choć jeden na trzy dni?”. Okazuje się, że tak, więc o co chodzi? O przynależność, o to, żeby powiedzieć: „Mój ci on”. Albo, że ja jestem jego. I to nie przed samą sobą, bo kurde, jak ci facet piżamę kupuje i twoje zdjęcia pokazuje przyjacielowi, to sorry – no chyba traktuje cię poważnie, co nie? Nieee, my musimy całemu światu ogłosić: „ON MNIE CHCE. JESTEM JEGO”. Wcale nie zostałam wybrakowana, nie jestem trudna, ciężka, brzydka, za gruba, za chuda. Jestem coś warta, bo jakiś facet założy mi w końcu na palec obrączkę.

Ja pie*dole. No dobra, może ja jestem stara, może spaczona własnym i innych doświadczeniem, może zbyt sceptyczna w podejściu do miłość długotrwałej i na wieki wieków amen, ale do cholery jasnej, serio? Serio małżeństwo i wiązanie się w pary jest szczytem naszych marzeń, czy może stereotypów, które każą nam wierzyć, że jak już raz facet mnie do łóżka zaciągnął, to skoro dałam się przekonać, znaczy, że kocham?

Baby, wrzućmy na luz. Tego kwiata pół świata, jak mawiała babcia mojej przyjaciółki. Czy nie lepiej dobrze się bawić? Założyć sobie, że ślub, jak coś, to wezmę po 35-tym roku życia. Zobaczcie, jak by było zajebiście, o ile mniej rozwodów, o ile więcej świadomych i dojrzałych związków. A nie szczyli, którzy chajtnęli się w wieku 23 lat (sama miałam niedużo więcej) i byli święcie przekonani, że ta miłość co ich dzisiaj uskrzydla, będzie ich niosła przez resztę życia. No nie będzie. Raczej pozwoli rozbić się na pierwszym lepszym zbyt wysokim drzewie.

Nie lepiej pożyć sobie razem, poznać się. Mieć świadomość, że to ja wybieram tego faceta, a nie że ona wybiera mnie, bo już za stary jest na życie pod skrzydłami matki i teraz musi znaleźć tę, która go opierze, nakarmi i po plecach wieczorem posmyra. I bierze – sorry – pierwszą, lepszą, naiwną, której rodzice, dziadkowie tłuką do łba, że starą babą będzie, a przyjaciółki – jedna po drugiej stają na ślubnym kobiercu? I rach ciach – pierścionek, w zdrowiu, szczęściu i chorobie i się nie obejrzysz, a lądujesz u boku faceta, który za 10 lat będzie cię wku*wiał do granic możliwości, a ty będziesz z nim „dla dobra waszych dzieci”. Słabe.


Nie wierzę w instytucję małżeństwa. Jest ono mocno przereklamowane

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
2 maja 2018
Fot. iStock / Valery Kudryavtsev
 

Pod swoim ostatnim tekstem o tym, że presja pierścionka i wyjścia za mąż mnie przeraża, znalazłam komentarz, że są kobiety, które chcą założyć rodzinę i nie ma w tym nic złego. I jasne, że nie ma. Zło pojawia się, jeśli chcą to zrobić za wszelką cenę i jedynym dla nich źródłem szczęścia staje się: mąż, dzieci i mieszkanie na kredyt. Nie ma nic więcej. Tylko to. Nikt mi nie powie, że taka kobieta już na wieki wieków amen będzie szczęśliwa. No za diabła nie będzie, zwłaszcza gdy dzieci pójdą w świat, a ona zostanie z facetem, którego zaciągnęła pod ołtarz, bo marzyła o rodzinie.

Małżeństwo jest przereklamowane. Takie jest moje zdanie. Szczerze zazdroszczę parom, które nigdy na ślub się nie zdecydowały i żyją razem bez potrzeby sankcjonowania związku, z pełnym poczuciem zaufania, że nie muszą mieć na papierze potwierdzenia, jak bardzo się kochają. Tyle, że do tego trzeba cholernej dojrzałości. W końcu, która z nas mając 20 kilka lat nie poczuła się wyjątkowo, gdy on o rękę poprosił. Pomyślałaś: „Matko, jak on mnie kocha, traktuje mnie poważnie, chce ze mną spędzić resztę życia”. Ale, że my na to dowodu potrzebujemy? To tylko świadczyło o naszej szczenięcej naiwności, która podpowiadała: „No teraz, to będziecie szczęśliwi na zawsze razem”. Ja pierdolę, a potem rach ciach – zdrada, kłamstwa, przemoc, nuda, rutyna, romans, rozwód. No dobra, może nie jest to aż takie proste, ale to scenariusz wielu małżeństw, w których nie zawsze dochodzi do rozwodu, bo przecież w imię dobra dzieci, poświęcamy własne szczęście. Czekamy aż będą większe, same stworzą patologiczne jak nasze związki. I wcale nie chodzi mi o alkohol i agresję, tylko brak zrozumienia, akceptacji i faktycznej radości z bycia razem. Trzyma nas raczej poczucie obowiązku, niż to, co wydawało się na początku, esencją każdego „bycia razem”.

Spotkałam się jakiś czas temu z przyjaciółką, która stwierdziła: „Wiesz co, obligatoryjnie powinno być tak, że pary z 10-letnim małżeńskim stażem, weryfikują swoje uczucia i określają, czy chcą być razem czy nie. I żeby odbywało się to bez żadnego ostracyzmu, po prostu – naturalna kolej rzeczy”. Hmm, mi osobiście bardzo się ten pomysł spodobał, bo przecież to często zmora każdego małżeństwa. Poznają się, zakochują się w sobie, a raczej są pod wzajemnym swoim urokiem, idą ze sobą do łóżka i wydaje im się, że to już twarda podstawa do tego, by spędzić ze sobą resztę życia. A gdzie czas na to, żeby siebie poznać, żeby sprawdzić, czy mamy taki sam pomysł na życie, bo choć on deklaruje, że za tobą pójdzie na koniec świata, to później tym końcem staje się kanapa przed telewizorem, z której nie można go ruszyć.

I okej, nie ma tu potrzeby permanentnego wybielania się i oszukiwania, że jestem lepszy czy lepsza niż w rzeczywistości. Jednak każdy z nas stroi się w barwne piórka, puszy jak paw, byleby pokazać się z jak najlepszej strony, bo to ja chcę być tą wybraną i on chce, żebym była jego.

Tylko co to ma wspólnego z prawdziwym życiem? Otóż kompletnie nic. To zwykła biologia, potrzeba prokreacji, utrzymania gatunku, tak naprawdę niewiele różnimy się pod tym względem od zwierząt. Chcemy kopulować, bo tak podpowiada nam natura. Ale nie, my od razu ubieramy to w szumne uczucia, wielkie emocje i deklaracje na resztę życia. Po kiego diabła, ja się pytam? Nie możemy po prostu pobyć razem? Sprawdzić czy naprawdę jest nam po drodze i nie wmawiać sobie, że on czy ona się zmieni albo (jeszcze lepiej), żeby my go zmienimy jak już tylko zostaniemy małżeństwem?

Małżeństwo jest iluzją obrośniętą przekonaniami, że do tego, by być żoną i mężem zostaliśmy stworzeni. Serio w to wierzycie? Teraz, po 15-tu, czasami 20-tu latach małżeństwa? Że to jedyna droga, którą powinniśmy kroczyć?

Obserwuję moich znajomych – kobiety i facetów i wiecie, co najczęściej widzę? Nudę i rozczarowanie, do którego nikt się nie chce przyznać. Bo nadal udajemy, że jest cudownie. Okej, powiem, że on mnie wkurwia, a ona doprowadza do szału i brak jej luzu i dystansu, ale na pytanie, które często zadaję: „A co będzie, jak dzieci już wyjdą z domu?”, zapada krępujące milczenie. Bo czy będziemy potrafili odnaleźć siebie nawzajem? Czy nadal będziemy dla siebie atrakcyjni? Czy może tak skupimy się na dorosłym życiu dzieci, że ominiemy ten niewygodny temat, bo przecież lepiej zająć się wnukami, niż zmierzyć z trupami pochowanymi głęboko w szafie.

I niech mnie piorun jasny strzeli, jeśli kogokolwiek namawiałabym do porzucenia w tym momencie małżeństwa. Bardziej chodzi mi o refleksję, w którym miejscu jesteśmy? Czy to małżeństwo naprawdę jest nam do szczęścia niezbędne. Już dawno porzuciłam myśl, że coś jest nam dane na zawsze, zwłaszcza jeśli chodzi o drugiego człowieka. Ten pojawia się w naszym życiu i może też zniknąć, w każdym momencie. Pytanie, z czym my zostaniemy?

Małżeństwo nie jest receptą na szczęśliwe życie, co więcej uważam, że tworzy szczęście iluzoryczne, a my chętnie tej iluzji ulegamy, bo nie musimy nic więcej. Mam męża, dzieci, dom – jestem szczęśliwa. Jakby to było takie łatwe. Definicja szczęścia w wydaniu prospołecznym. Gdyby tak faktycznie było, to przecież wszyscy bylibyśmy zadowoleni z życia, uśmiechnięci i radośni, a żadne problem by nas nie przytłaczał. A przecież tak nie jest. Matki powtarzają: „Musisz znaleźć sobie męża”, a ojcowie mówią: „Znajdź sobie miłą i spokojną, nie taką jak twoja matka”. Tyle, że oni najczęściej te matki znajdują. A my chętnie w tę rolę wchodzimy.

Małżeństwo jest przereklamowane. Jest martwą skorupą, w której zostajemy zamknięci i gdzie niczego więcej poza praniem, sprzątaniem, zdawkową rozmową i seksem, który daje minimum satysfakcji, nie musimy. Bo w końcu jesteśmy razem. Do końca życia. A że każde ze swoim pomysłem na szczęście w wieku 40 lat, to już zupełnie inna sprawa. O tym się nie mówi. Stan rzeczy się milcząco akceptuje, jakby nie można było inaczej. Tylko, że można i ta świadomość boli najbardziej. Jak macie ochotę, pomyślcie o tym.


„Mam poczucie, że po raz kolejny biorą nas za debili, których zadowoli dodatkowe 300 złotych na dziecko”. Wokół programu Mama+

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
17 kwietnia 2018
Fot. iStock/drante

Ja chyba żyję w jakimś alternatywnym świecie. Naprawdę. Z jaką z kobiet bym nie rozmawiała, to żadna nie przejawia chęci zostania dożywotnio z dzieckiem w domu. Żadna nigdy nie powiedziała, że jej zawód to „Mama”. Jasne, w życiu niektórych z nas przychodzi taki moment, kiedy chcemy zostać w domu, zająć się dzieckiem i cieszymy się, że nas na to stać. Ja dzisiaj zazdroszczę kobietom rocznego macierzyńskiego, bo sama musiałam po czterech miesiącach po porodzie wracać do pracy.

Natomiast nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego się na nas – kobiety, patrzy jak na te, które wolą siedzieć w domu z dzieckiem, zamiast się rozwijać, pracować spełniać swoje ambicje i pasje? Drogie panie, naprawdę macie ochotę na taką przyszłość? Obrobić przy dzieciach, ogarnąć dom, pogotować, posprzątać? Ale nie że tak przez tydzień, miesiąc, tylko non stop.

Dlaczego ja o tym? Bo jak czytam propozycje naszego rządu, który wcale nie chce wspierać kobiet, tylko ma swoją wizję polityki prorodzinnej, to krzyczeć mi się chce i walić głową w mur, by ta głupota i w moim mózgu się nie rozgościła.

500+ fajnie. Dobra jest przyznawane, każdy z tego korzysta na swój sposób, choć nadal muszę płacić za zajęcia dodatkowe moich dzieci, których w szkole za darmo nie ma, za dodatkowe lekcje języków obcych i dopiero od niedawna dzieci w szkole nie cisną się na malutkiej sali gimnastycznej, co z 500+ nie ma nic wspólnego.

Naprawdę, zdecydowanie wolałabym, żeby 500+ trafiło do wszystkich w dzieci w postaci darmowych obiadów, bezpłatnych zajęć dodatkowych, dodatkowych miejsce w przedszkolu czy żłobku i to nie prywatnym, gdzie pobyt kosztuje tyle co minimum miesięcznego wynagrodzenia matki.

Okazuje się jednak, że nadal rodzimy za mało dzieci. Więc rząd postanowił nas – kobiety zachęcić do kolejnych porodów mając w planach przyznanie 300 złotych na każde dziecko, które chodzi do szkoły. Poza tym UWAGA – nagrodę za urodzenie szybko drugiego dziecka. Także drogie panie, nie ma co odkładać decyzji. Mamy rodzić, rodzić rodzić. Najlepiej od razu czwórkę, bo wtedy rząd chce nam zapewnić całe 800 złotych na rękę emerytury. Och, co za hojność, prawda? Może myślą, że ta czwórka, jak już spierdzieli za granicę, matkę utrzymywać będzie.

I oczywiście, że projekt 500+ świętuje swoje małe sukcesu, bo dzieci urodziło się więcej, za to aktywność zawodowa kobiet jest najniższa od 19 lat. Bo po co pracować, jak dostanę 500 złotych plus świadczenia z ośrodków opieki społecznej. Wyjdzie z tego dobra pensja, państwo mnie utrzyma. Państwo, czyli wszyscy inni, którzy pracują. Bo nie ma co się oszukiwać, że dodatki idą z naszych podatków. Podatków, które mogłyby być przeznaczone na faktyczną pomoc zarówno dla kobiet, jak i dla dzieci. Tymczasem jesteśmy pazerni na kasę. Jak jeszcze dają za darmo, to wyciągamy po nią rękę, bo czemu nie?

Tyle tylko, że nikt kobiet nie pyta o zdanie. Nie zadaje sobie trudu, żeby z nami porozmawiać – wszystkimi, dowiedzieć się, co jest dla nas trudnością, jakie są nasze oczekiwania, co byśmy zmieniły, gdybyśmy miały taką szansę, by w spokojnych warunkach myśleć o pierwszej czy kolejnej ciąży. Nie, teraz chce nam się włożyć dziecko w brzuch, pokazując, że nasze życie kręci się od początku do końca wokół macierzyństwa. Ale halo! Nie jest tak jednak dla każdej z nas, śmiem nawet stwierdzić, że nie dla większości.

Panowie i panie politycy, którzy chcecie nas na siłę uszczęśliwić z jednej strony dając, a z drugiej podnosząc ceny, zakręcając kolejny kurek, interesuje was w ogóle, czego my chcemy? Czy licząc na naszą chciwość po spadku w sondażach, macie nadzieję, że zakreślimy odpowiedni kwadracik podczas wyborów?

Wku*wia mnie to, bo mam poczucie, że po raz kolejny biorą nas za debili, którzy nie widzą, co się dzieje z budżetem państwa, z którego te urodzone za ciężkie pieniądze dzieci uciekną, bo niczego tu nie będzie.

A przecież w ramach tych wciskanych wszystkim do kieszeni można by było:

– zapewnić dzieciom darmowe posiłki w szkole i mieć pewność, że 500 plus nie będzie zamieniać się w kolejną butelkę

– zainwestować w darmową edukację – dofinansować zajęcia pozalekcyjne, które odbywałyby się w szkole, za które rodzice nie musieliby dodatkowo płacić

– dofinansować wyposażenie szkół tak, by w każdej zorganizowane były klasy językowe; w pełni wyposażone sale do lekcji informatyki; sale gimnastyczne

– zorganizować dofinansowania do wycieczek szkolnych, teatrzyków, koncertów, by każde dziecko mogło wziąć udział w klasowym wyjeździe i nie było piętnowane, gdy rodziców nie stać

– stworzyć więcej miejsc w żłobkach i przedszkolach, zapewnić placówkom dofinansowania – zarówno prywatnym jak i państwowym – umożliwić im korzystanie ze środków finansowych państwa

– zapewnić darmowe szkolne i przedszkolne wyprawki – i nie chodzi jedynie o książki, ale też o strój na wuef, buty na zmianę do szkoły, farby, kredki, piórniki, zeszyty

– zastanowić się w jaki sposób ułatwić kobietom powrót do pracy po urlopie macierzyńskim (obniżenie ZUS-u z pewnością upewniłoby pracodawcę, że warto ją zatrzymać)

– dać wsparcie kobietom decydującym się na urodzenie dziecka, które prowadzą własną działalność; obecnie ich sytuacja nie wygląda najlepiej

– zaostrzyć prawo alimentacyjne; zwiększyć świadomość społeczeństwa o tym, kim jest dłużnik alimentacyjny

– dać kobietom dostęp do lekarzy, specjalistów, by chociażby mając problem z tarczycą w ciąży nie były zmuszone korzystać z prywatnej wizyty u endokrynologa.

To naprawdę tak dużo? No tak, ale wymaga większego wysiłku, poza tym trudno się pochwalić przed otumanionym pieniędzmi społeczeństwem statystykami, kwotami, widocznymi dla każdej jednej osoby efektami. Zastanawia mnie jedno, czy kiedykolwiek ktoś spyta dzieci, czy ich życie się polepszyło dzięki programowi 500+ i całej reszcie, którą biedne państwo chce rozdawać każdemu, mając w dupie, co tak naprawdę się z tymi pieniędzmi dzieje.