A gdyby tak przestać robić wszystkim dobrze – czyli rozwódka przed świętami…

Świeża Rozwódka
Świeża Rozwódka
5 listopada 2017
Fot. iStock / Martin Dimitrov
Fot. iStock / Martin Dimitrov
 

Okres przedświąteczny i święta to najgorszy czas w życiu rozwódki. Nie ma gorszego.

Jak chce dobrze dla wszystkich, nikt nie jest zadowolony. A przecież chce, bo trzeba zadowolić rodzinę, babcie, dziadków, tatusiów, byłych, obecnych, a przede wszystkim – dzieci. Rozwódka musi rozumieć. Rozwódka ma empatię. Duuużo empatii. Jest jedną, wielką pierd**oną arcyempatią. Musi sprawiedliwie dzielić czas pomiędzy zainteresowanych losem jej dzieci, szczególnie w tym okresie, bo święta to wyjątkowy czas okazywania sobie dobroci i miłości.

I czas kiedy na salonach bryluje nowa kobieta jej byłego męża, która wszystko robi lepiej i piękniej. I ma dla wszystkich wyszukane prezenty i przewspaniale zapakowane, a co prezent, to gustowny handmade. Aż dziw bierze, że do abdykacji rozwódki święta w ogóle się odbywały… Za rok wyjadę, jak boga kocham wyjadę, wezmę dzieci i walniemy się na plaży na całe dwa tygodnie, bez oglądania się na innych. Powtarzam to sobie już trzeci rok z rzędu…

Rozwódka. Podobno to termin zarezerwowany dla kobiety, której na sali sądowej obcy człowiek powiedział, że już nie jest żoną swojego męża. Ja rozwiodłam się sama, dawno temu. Rozwiodłam się z toksycznym związkiem, rozwiodłam się z uzależnieniem, rozwiodłam się z własnymi myślami, że już nic dobrego mnie w życiu nie spotka. Rozwiodłam się ze swoją teściową, która pokochała mnie natychmiast, jak oznajmiłam, że na moim miejscu jest inna.

Każda z nas jest rozwódką i co najmniej raz w miesiącu się z czymś lub kimś rozwodzi. Zresztą wolę określenie rozwódka, niż konkubentka… Jest w rozwódce coś rześkiego, optymistycznego, jest też zapowiedź – oto idzie nowe… Prawda? Ok, przesadziłam z tą rześkością, ale, że idą zmiany, to na bank!

Rozwódka generalnie spędza Święta sama. Wozi swoje dzieci od drzwi do drzwi, od tatusia do tatusia, wystawia za próg, odbiera z klatki, dowozi misia do babci, bez którego syn nie może zasnąć, by wreszcie zjeść odgrzane pierogi i kopiec zimnego bigosu przed północą. Znowu kilka kilogramów przytyje. Kogo to obchodzi.

Statystycznie rozwódka ma podobno 40 lat. U mnie się zgadza. Za mało, żeby się poddać, za dużo, żeby brać, co popadnie.

Do świąt zostały niecałe dwa miesiące i zastanawiam się, jak sprzedać empatię wszystkim, którzy, jak co roku, oczekiwać będą ode mnie:

–  mądrości: „Bądź mądrzejsza od niego – mówi moja matka –  nie psuj dzieciom świąt”;

– dojrzałości: „Bądź dojrzała – mówi mój były mąż – ona tak się stara, doceń, bo nie musi” (to o nowej kobiecie).

Niestety marzę tylko o jednym – przestać się starać. No i jeszcze, żeby odpuścić sobie i nie robić z przyzwyczajenia wszystkim prezentów. Czas zrobić coś tylko dla siebie.


Cóż mu po iluzjach, moim ładnym zdjęciu na Facebooku. Wszystko to nic w porównaniu z prawdziwą miłością

Świeża Rozwódka
Świeża Rozwódka
27 sierpnia 2017
Fot. iStock/martin-dm
Fot. iStock/martin-dm
 

Jestem kanalią. I zdzirą pewnie też. I pomyśleć, że powiedziałam to na głos, a potem napisałam. Od zawsze bowiem życzę wszystkiego, co tylko mogłoby skutecznie obniżyć standard życia nowej kobiecie mojego byłego męża. Przechodzi mi tylko wtedy, jak sobie przypomnę, że zajmuje się moim dzieckiem co dwa tygodnie. Zresztą „zajmuje” to za dużo napisane. Towarzyszy. O niej będzie w następnym wpisie, teraz winny jest ktoś inny.

Facebook. Podejrzewam, że niejedno małżeństwo poszło z dymem, kiedy rozdzielone przez los pary, po latach często nawet szczęśliwego życia, zaczęły odnawiać kontakty. O „Naszej Klasie” nie wspomnę. Nagle wszyscy zaczęli organizować zjazdy, zloty, rocznice klasowe, malować trawę na zielono – wszystko po to, by udowodnić, że nasze życie jest pasmem niekończących się sukcesów, prywatnych i zawodowych oczywiście. A my, jak dwadzieścia lat temu, piękni i młodzi.

60 lat mojej szkoły podstawowej w malutkim miasteczku. Wspomnienia wspaniałe – jeden wielki, niekończący się obóz sportowy. Trenowałam rzut oszczepem, skok w dal i grałam w kosza. Byłam naprawdę niezła, ale wciąż za słaba, by zwrócić uwagę JEGO – rok starszego, pięknego (wtedy nie przystojnego) kapitana drużyny, również koszykarskiej. Rok później połączył nas zbieg okoliczności i przez trzy kolejne lata byliśmy nierozłączni. Ja oczywiście byłam już w szkole średniej. To rodzice nas odseparowali, bo kiedyś zamiast mądrej rozmowy, sprawy potencjalnych ciąż regulował zakaz spotykania się. Do dzisiaj jakaś część mnie nigdy im tego nie wybaczyła. Zdecydowanie, w wieku 17-tu lat, świat się dla mnie skończył. Ale najwidoczniej nie była to miłość mojego życia, bo nie walczyłam o nią do końca i szybko podporządkowałam się nowym warunkom. A potem przyszła miłość zła. Kto mógł wiedzieć, że tak źle wybiorę w życiu. Ważne, że, autonomicznie.

Odświeżyłam swoje zdjęcie profilowe, zawiązał się komitet organizacyjny balu szkolnego , podzieliliśmy zadania. Zastanawiałam się kiedy ON się odezwie. Bo na Facebooku był. Długo nie musiałam czekać:

– Fajnie wyglądasz, zawsze byłaś ładna. Będziesz na balu?

Pisaliśmy prawie całą noc. Chyba nie zdawałam sobie sprawy, jaką mu wyrwę zostawiłam w sercu. Wspominaliśmy dawne czasy, dużo tego było. Chwilami się zapadał i na zmianę, a to był pełen żalu, to znowu uradowany mając w perspektywie nasze spotkanie.

– Jesteś szczęśliwy ?- zapytałam.

– Nie wiem. Chyba tak. Skąd mam wiedzieć. Teraz jestem. A Ty?

– Ja bywam – odpowiedziałam i umówiliśmy się, że zatrzymamy się w tym samym hotelu. Żeby pogadać, napić się. Wiadomo.

Kolejnego dnia już tylko myślałam o tym, że muszę kupić nową, ładną bieliznę (tak na wszelki wypadek), oddać do prania dyżurną wyjściową sukienkę i najlepiej schudnąć jeszcze ze 3 kilo. Żeby się zachwycił. Żeby ta noc była tylko nasza, żeby było jak dawniej, żeby …

I wtedy przyszła wiadomość. Od NIEJ. Znalazłam ją dzień później co prawda, w folderze – „Inne”.

„Wiem, kim jesteś. Towarzyszyłam mu w zapominaniu o tobie. Kilka dobrych lat, jeszcze na studiach. Długo cię szukał. Byłam cierpliwa i bałam się, że mnie nigdy tak mocno nie pokocha. Ale pokochał. Pozwoliłam mu na prywatny ołtarzyk, wiem, gdzie chowa listy od ciebie, pamiątki, zdjęcia. Miałam wrażenie, że do ślubu też szła nasza trójka. Chyba nigdy nie przestał tęsknić. Postanowiłam, że będę go kochać za nas obie. Gdyby ci zależało, na pewno dałabyś się znaleźć. Na moje szczęście zniknęłaś z naszego życia. Mamy skromny, ale fajny dom, dwie córki, bardzo kochamy Piotra. Wiem, że on dla ciebie już nic nie znaczy, dlatego proszę cię, zostaw go w spokoju. Wiem też o balu i wiem, że nie znajdę w sobie już tyle siły i mądrości, żeby jeszcze raz przez to przechodzić”.

Zdzira to mało powiedziane. Nie pomyślałam o niej ani razu. Czułam się tak idiotycznie, jakbym brała udział w jakimś pie*dolonym konkursie na królową balu. Wybierz mnie! Wybierz mnie!

Czy my wszystkie jesteśmy złe z natury czy tylko, kiedy rodzi się okazja? Czy jesteśmy naprawdę takie naiwne, żeby wierzyć, kiedy on mówi, że jest nieszczęśliwy w małżeństwie, czy zwyczajnie chcemy to usłyszeć, żeby go uratować? Uratować i udowodnić przy okazji, jakie to jesteśmy szlachetne, poczciwe i dobroduszne. Wiadomo przecież, że fajniejsza jest zawsze każda inna kobieta od żony, dopóki sama się nią nie staje…

Przypomniał mi się piękny cytat, który znalazłam gdzieś na Facebooku (tak, dalej uważam, że wszystko co złe, jest na Facebooku): „Lepsza jest najboleśniejsza prawda, która niesie wiedzę o ograniczeniach, niż najpiękniejsza iluzja, która widzi moc tam, gdzie jej nie ma”.

Jego żona wygrała według mnie wszystkie konkursy na świecie. Wygrała swoją prawdą i siłą, którą budowała na ograniczeniach. Cóż mu po iluzjach, moim ładnym zdjęciu na Facebooku. Wszystko to nic w porównaniu z prawdziwą miłością. Tylko się trzeba w porę otrząsnąć.