A czy ty masz swój kawałek podłogi? Nie, nie rodzinny. Swój własny

Sylwia Smotarska
Sylwia Smotarska
14 października 2015
Fot. iStock
Fot. iStock

Pisałam już o dziecięcych pokojach. To ważne miejsce w domu, tak oczywiste jak kuchnia czy łazienka. Jeżeli mamy dzieci lub tylko plany, aby je mieć, to kupując dom, mieszkanie planujemy też przestrzeń dla nich, to naturalne, że nasze dzieci muszą mieć swój pokój, swój świat. Idźmy dalej. Staramy się, aby rodzeństwo miało osobne pokoje, tak przecież „powinno być”. Potrzebne jest biurko, fotel, łóżko, szafa – własne, nienaruszalne. Znajoma będąca w trzeciej ciąży zadzwoniła do mnie i z paniką w głosie pytała „no i jak my to teraz przeorganizujemy ?! Gdzie będzie jej pokój?”  No właśnie, gdzie?

A gdzie jest dziś TWÓJ pokój, moja czytelniczko? Gdzie jest Twój fotel? Twoja sofa? Twoje biurko? Czy dorastając, zakładając rodzinę, budując wspólny dom nie zapominamy trochę o potrzebie własnej przestrzeni? Czy nie jest z nami trochę tak, że wyrastając z dziecięcego pokoju zatrzaskujemy za sobą te magiczne drzwi i już nigdy do tego świata nie wracamy?

Pisząc z perspektywy jedynej kobiety w domu (nie licząc kocicy) rozglądam się dookoła i wszędzie widzę klocki, skarpety, kabelki, autka, książki o rycerzach i detektywach, DVD z supermanem. Na kanapie leżą branżowe pisma techniczne ,w sypialni stoi namiot z koca, w łazience jest krem do golenia i szampon dla dzieci, w holu głównie korki treningowe i szkolne worki z kapciami. Pokoje dzieci należą do dzieci, mąż ma warsztat w garażu i własne biuro, reszta domu to taka komunalna wspólnota. Pewnego dnia, kiedy zabrałam się za tapicerowanie starego krzesła, zorientowałam się, że nie mam gdzie tego zrobić, mam dom, ale nie ma w nim MOJEGO miejsca. Taka zwykła, samolubna refleksja weszła mi do głowy i już nie chciała wyjść. Niby dlaczego tak jest? Dlaczego ma tak być nadal?  Jest przestrzeń dla nas wszystkich, ale nie ma mojej do cholery?!? Chcę chociaż fotel w kolorze fuksji!

Chcesz mieć własne miejsce? Zadbaj o to sama. Ja tak zrobiłam. Zaproponowałam moim synom wspólny pokój, przecież i tak wspólnie odrabiają lekcje, bawią się. Często też razem zasypiają, kiedy czytamy książki. Zaskoczył mnie ich entuzjazm, zgodzili się chętnie i sami wpadli na pomysł, że pozostawiony pokój może należeć do mnie! „Mamo, będziesz go mogła w końcu pomalować na różowo!” Nie pomalowałam, ale z dziką radością przyjęłam pomysł własnego miejsca.

To tu teraz trzymam maszynę do szycia, papiery ścierne i nici tapicerskie. Są farby i stos pędzli, rozpuszczalniki i nity. Taki mój własny, nietykalny, zaczarowany świat. Czasami tu wchodzę, zamykam za sobą drzwi, jestem u siebie. Rysuję, projektuję, szyję, odnawiam moje stare meble, czytam książki i słucham muzyki. Odpoczywam, kiedy już dość mam odpoczynku „rodzinnego”. Tu jestem zawsze sobą, w piżamie, bez makijażu, z mokrymi włosami, czy zapomnianą depilacją nóg, tutaj to nieistotne. Istotne, że nie wdeptuję bosą nogą na klocek, nie skrobię zaschniętej czekolady z kanapy, nie poprawiam po nikim narzuty…. Nie, nie ma tu sterylnego porządku ale jestem cała JA.

Dlaczego wciąż najłatwiej zapomnieć nam o sobie, o własnych pragnieniach i własnych potrzebach? Pilnujcie tego bardzo, dbajcie o siebie, o swój kawałek pokoju, podłogi czy choćby swój  fotel w kolorze fuksji do czytania. Absolutnie konieczny, babski kawałek rodzinnego świata. Polecam!


„Alimenty? A co mi zrobisz, jak ci nie zapłacę?”. Dłużnicy alimentacyjni śmieją się w twarz swoim dzieciom i byłym partnerkom

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
14 października 2015
Fot. Pixabay / jarmoluk / CC0 Public Domain
Fot. Pixabay / jarmoluk / CC0 Public Domain

Byli mężowie czy partnerzy często za nic mają odpowiedzialność wobec swoich dzieci. Biorą rozwód z żoną, synami i córkami. Odchodzą i czują się panami świata. A rząd i przepisy jeszcze ich w tej pewności utwierdzają.

Mówi, że i tak do więzienia go nie wsadzą   

Ola ma dwoje dzieci, pracuje w “budżetówce”, właśnie zaczyna swoją walkę o alimenty. Jej partner, ojciec dzieci odszedł do innej kobiety. Odszedł to może nie jest dobre słowo, bo Ola nadal mieszka z nim, dziećmi i jego matką. – Nie jesteśmy już razem od niemal roku. Nie mam środków, żeby wynająć dla siebie i dzieci choćby kawalerkę, dlatego mieszkamy w jego mieszkaniu. On nie pracuje, to znaczy pracuje na czarno, ale stałej pracy nie ma od czterech lat. Wystąpiłam o alimenty i… dostałam od naszego państwa w twarz.

Ola o pomoc zwróciła się najpierw do Funduszu Alimentacyjnego wspierającego kobiety, które nie otrzymują alimentów od ojców dzieci. Fundusz wypłaca 500 złotych na dziecko, jeśli nie zostaje przekroczony próg dochodowy w wysokości 725 złotych na członka rodziny. Ola przekroczyła o sto złotych. Po pomoc zgłosiła się więc do komornika, który rozkłada ręce, bo jej były partner formalnie nie ma żadnych środków na utrzymanie, nie ma z czego ściągnąć od niego pieniędzy. – Nikogo nie interesuje, że z mojej wypłaty muszę spłacać długi męża, jego karty kredytowe, z których korzystał, gdy nie pracował. W połowie miesiąca zostaję niemal bez pieniędzy, oglądam każde dziesięć złotych, zanim je wydam. A były mi mówi, że nie będzie płacić, bo jego kolega też nie płaci i jakoś nikt do więzienia go nie wsadził  – opowiada Ola, której pomaga na szczęście matka partnera. – Ona kupuje jedzenie dla dzieci, odbiera córkę z przedszkola, kiedy jestem w pracy. Sama spłaca zadłużenie syna w spółdzielni.

Najgorsza jest bezsilność. Ola chciałaby uwolnić siebie i dzieci z tej sytuacji, zacząć od nowa, normalne życie, ale dopóki nie uzyska alimentów, nie stać jej na to. Zarabia 2400 złotych i spłaca długi byłego partnera, który nie bierze zupełnie odpowiedzialności  za utrzymanie swoich dzieci.

Udowadniam przed sądem, że on pracuje, nic to nie daje

Były mąż Joanny jest dłużny 180 000 złotych alimentów. Ma z Joanną dwoje dzieci. Nie płaci od pięciu lat. – To jest ogólnie nieprawdopodobna historia. On znał wyrok sądu w sprawie alimentów na dwa miesiące przed jego ogłoszeniem. Pospieszył się ze złożeniem wniosku do komornika, tak się dowiedziałam. Złożyłam skargę na sąd, tę sprawę wygrałam. Co z tego, skoro były mąż przedkłada PIT-y z zerowym dochodem – opowiada Joanna dodając: – Sprawa  jest zgłoszona oczywiście do komornika, który  nie wykazuje jakiekolwiek inicjatywy, co niestety jest standardem. Proszę sobie wyobrazić, że mój były mąż dostał 60 000 złotych od ubezpieczyciela za jakieś problemy zdrowotne, ale komornik tego nie zauważył i nie ściągnął zadłużenia.

Asia podkreśla, że dłużnicy alimentacyjni są bezkarni. – Mieszkanie dla byłego męża wynajęła jego mama. Tyle tylko, że ona ma 1800 złotych emerytury,  a wynajem kosztuje 3000 złotych. Była teściowa rzekomo utrzymuje swojego syna, jego nową kobietę i ich dziecko. Przecież to paranoja.

Joanna zbiera dowody na to, że jej mąż pracuje, wskazuje nawet miejsce jego pracy, pracodawcę. Nikt jednak nic z tym nie robi. – Nie ma tu współdziałania Urzędu Skarbowego, ZUS-u, przecież to oni w pierwszej kolejności powinni sprawdzić tego, kto na czarno zatrudnia pracownika. Joanny mąż wpłaca na jej konto na poczet alimentów 50 złotych co pół roku. Dla sądu to dowód, że jednak się stara.

Płaci rocznie 400 złotych, nic nie mogę zrobić

Iwona ma trójkę dzieci. Od dwóch lat walczy, by były mąż wywiązywał się z obowiązku płacenia alimentów. 1400 złotych miesięcznie. Przez ostatni rok otrzymała 400 złotych, tym samym były mąż związał jej ręce do podejmowania jakichkolwiek działań. – Można na podstawie artykułu 209 kodeksu karnego złożyć zawiadomienie do sądu o niewypłacaniu alimentów. Tyle tylko, że w tym artykule zawarte są dwa kryteria, które stanowią o wydaniu wyroku na korzyść matki – mówi Iwona.  Jedno kryterium dotyczy braku jakichkolwiek środków do  zaspokojenia dzieciom podstawowych potrzeb. – Wobec tego kryterium ja nie powinnam moich dzieci karmić, ubierać i posyłać do szkoły, a choćbym miała sobie wypruć żyły wiadomo, że zrobię wszystko, by zapewnić im to, czego potrzebują – tłumaczy Iwona. Drugie kryterium, to kryterium uporczywości, które zakłada, że ojciec dzieci nie wykazuje żadnych chęci do płacenia alimentów i nie zajmuje się dziećmi. – Mój mąż zapłacił mi 400 złotych w ciągu roku, tym samym pokazał, że jednak wykazuje chęci. To daje mu argument przed sądem i dowód, że jego niepłacenie nie jest uporczywe. Iwona została współzałożycielka  Stowarzyszenia Poprawy Spraw Alimentacyjnych „Dla naszych dzieci”.

Fot. Pixabay / jarmoluk / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / jarmoluk / CC0 Public Domain

Chcemy poprawić prawo alimentacyjne

Stowarzyszenie zawiązało się rok temu i skupia kobiety walczące z dłużnikami alimentacyjnymi, ale nie z nimi bezpośrednio, bo wiedzą, że to walka z wiatrakami. Walczą o zmianę prawa. – Wy dziennikarze chcecie zawsze naszych historii, a one wszystkie są do siebie podobne – mówi Iwona, współzałożycielka Stowarzyszenia. – Schemat zawsze jest ten sam – tłumaczy. – Jest rozwód, rozstanie. Tatuś na początku zapewnia, że wszystko będzie dobrze, po czym nie rozwodzi się tylko z żoną, ale także ze swoimi dziećmi.  Kobieta najczęściej na początku jest w szoku, nie wie co robić, dopiero po otrząśnięciu się zaczyna walczyć.

Iwona opowiada drogę kobiety, która zostaje sama z dziećmi (96% osób starających się o wypłatę alimentów, to kobiety). Kiedy sąd zasądza alimenty, a te na konto jednak nie wpływają, ona udaje się do Funduszu Alimentacyjnego, o którym coś tam słyszała. Jakież jej zdziwienie, kiedy nie uzyskuje wsparcia od Funduszu, gdyż przekracza dochód na jednego członka rodziny, którego próg wynosi 725 złotych.  Cóż, idzie dalej. Do komornika. Od niego dowiaduje się, że były mąż nie ma stałej pracy. Firmę przepisał na brata, auto na kochankę. Nie ma nagle żadnego majątku. Nie pracuje. Jest nawet zarejestrowany jako bezrobotny. Kobiecie pozostaje jeszcze złożenia doniesienia na podstawie przywołanego już artykułu 209 kodeksu karnego, ale po przykładzie Iwony wiadomo, że i tak nie łatwo cokolwiek uzyskać. – Komornicy traktują nas po macoszemu. Oczywiście są naprawdę chwalebne wyjątki, ale większość nie zajmuje się naszymi sprawami , zbyt mało zarabiają na dłużnikach alimentacyjnych – mówi Iwona. – Moja znajoma ma pięć wyroków sądu, na podstawie których jej były mąż powinien zapłacić alimenty. I co z tego? Skoro teoretycznie on nie ma żadnych dochodów? Jedna z kobiet opowiada historię znajomej. Jej były mąż dostał wyrok pozbawianie wolności. Okazało się jednak, że w więzieniu nie było dla niego miejsca. – Wraz z kolegami śmieje się jej w nos.

– Wiele z moich znajomych pracuje na dwóch, trzech etatach. Kosztem własnego zdrowia, czasu spędzanego z dziećmi, byleby tylko utrzymać swoją rodzinę, a ci pseudo tatusiowie są kompletnie bezkarni – mówi Iwona. – Im się wydaje, że jak raz na tydzień wezmą dzieci, to są świetnymi ojcami, czym się chwalą wokół.

Kobiety podkreślają, że często byłe teściowe buntują synów: „Nie płać jej, po co. Kup dzieciom coś od czasu do czasu, a nie będziesz jej dawał pieniądze, żeby sobie nowe buty czy torebkę kupiła”. Ale to matki robią zakupy, wożą do szkół, przedszkoli, na zajęcia. One mają obowiązek dbać o swoje dzieci. Co z ojcami? Podobno każde dziecko ma prawo do opieki obojga rodziców.

To przemoc wobec miliona dzieci

Stowarzyszenie Poprawy Spraw Alimentacyjnych  mówi głośno o szokujących liczbach. – Podawane jest, że około 350 000 dzieci nie otrzymuje alimentów. Ale to są tylko te dzieci, którym Fundusz Alimentacyjny wypłaca po 500 złotych, których mamy uzyskują dochód poniżej 725 złotych na członka rodziny. A co z resztą? – pyta Iwona. – Obliczyłyśmy, że koło miliona dzieci jest poza systemem, poza działaniami Funduszu. Nikt im nie pomaga. Te dzieci zostały porzucone dwukrotnie – przez swoich ojców i przez państwo, tylko dlatego, że ich matki zapieprzają i zarabiają więcej – padają mocne, ale prawdziwe słowa.

Kobiety ze Stowarzyszenia, choć pewnie nie tylko jego członkinie, chcą najpierw podwyższenia, a najlepiej zniesienia progu dochodowego w Funduszu. – To nie jest zasiłek, to pożyczka, nie rozumiemy kryterium dochodu. Po pierwsze próg został ustalony w 2007 roku, w tym czasie zostało przez rząd podwyższone podstawowe wynagrodzenia, a w tej kwestii nic się nie zmienia – mówi Iwona. Można pójść dalej i zastanawiać się, ilu polityków nie płaci alimentów, więc być może nie zależy im na jakichkolwiek działaniach w zakresie zmiany przepisów alimentacyjnych. – W tym przypadku lobby sprawców jest silniejsze niż lobby ofiar – komentuje Iwona.

Kobiety po rozstaniach zostają  bardzo często bez pomocy państwa i bez pomocy drugiego rodzica. Jedyne, co im pozostaje to krzyczeć  i wskazywać na problem, który będzie narastał, bo rośnie fala rozwodów. –  Ojcowie się nie poczuwają do płacenia alimentów. Pewien etos mężczyzny i męskiego honoru utrzymania rodziny zniknął – mówi Iwona, choć podkreśla, że zna ojców, którzy zadłużają się, by płacić alimenty, jest to jednak garstka tych odpowiedzialnych.

Nasze dzieci są silne naszą siłą – mówią te, które nie otrzymują wsparcia od byłych partnerów. Dlatego one już nie chcą opowiadać swoich historii. Chcą działać. Stowarzyszenie przygotowało petycję i list do premier Ewy Kopacz o zmianę warunków otrzymania wsparcia z Funduszu Alimentacyjnego. – Nie będziemy siedzieć z założonymi rękami i użalać się nad sobą. Chcemy, by odpowiedzialność za nasze dzieci ponosili także ich ojcowie. Brak środków na ich utrzymanie, to przemoc ekonomiczna stosowana przez mężczyzn wobec własnych dzieci. Ta przemoc jest tak samo bolesna, jak fizyczna, czy seksualna.

Jeśli chcesz wesprzeć tych, którzy walczą z bezkarnością dłużników alimentacyjnych podpisz petycję, którą znajdziesz tutaj. Może w końcu ktoś usłyszy głos kobiet, którym byli partnerzy śmieją się w twarz i nie utrzymują swoich dzieci, choć to ich obowiązek.


Chcesz osiągnąć cel? Najważniejsze słowo: organizacja

Karolina Cwalina
Karolina Cwalina
14 października 2015
Fot. iStock
Fot. iStock

Karolina, czy ty zawsze byłaś taka zorganizowana?

– To jak to się stało, że potrafisz teraz wszystko tak zaplanować, poukładać?

–  Nauczyłam się.

–  Ale jak? Czy organizacji można się nauczyć?

–  Oczywiście! Wystarczy zastosować się do kilku zasad.

To dialog, który można usłyszeć prawie za każdym razem, gdy ktoś widzi mój kalendarz. Ale zarówno on, jak i moje plany nie były kiedyś  tak misternie poukładane jak teraz. Po prostu mi się nie chciało. Liczyłam, że wszystko spadnie mi z nieba i nie ma, o co się starać. Przez lata byłam nieszczęśliwa sama ze sobą, utkwiłam w martwym punkcie i zupełnie nie wiedziałam, co dalej mam zrobić ze  sobą. Wtedy doszłam do wniosku, że jeśli nie wezmę życia w swoje ręce, to nic wartościowego się w nim nie wydarzy.

Zrozumiałam, że trzeba myśleć pozytywnie, ale bez dobrego planu i określenia, co jest moim celem, nic nie osiągnę. Trzeba umieć zawalczyć o swoje, a przede wszystkim mieć opracowaną strategię.

Zaczęłam od listy priorytetów. Określiłam na skali od 1 do 10, co jest dla mnie najważniejsze. Odpowiedziałam sobie na pytanie, na czym powinnam się skupić, od czego powinnam zacząć, aby w konsekwencji inne działania przyniosły upragniony rezultat.

Takie działanie bardzo porządkuje chaos, który czasem każdy z nas ma w głowie. Pozwala precyzyjnie określić, co dokładnie mamy do zrobienia i udoskonalenia. Widzimy, ile przed nami pracy.

Następnie zrobiłam listę zadań do wykonania. Poszeregowałam je według priorytetów i określiłam, ile czasu zajmie mi każda z nich. Wtedy zaczyna się myślenie perspektywiczne. Czarno na białym widać, że na niektóre rzeczy trzeba poświęcić więcej czasu i że cały proces będzie trwał przez to dłużej. Ważne jest, aby dokładnie i ze szczegółami opisać etapy poszczególnych aktywności.

Podzieliłam wszystko na miesiące i dni tygodnia. Każdy dzień zawierał zadania, które stały się moim małym celem do wykonania.

To nad czym zaczęłam pracować to motywacja i wytrwałość. Często naprawdę trudno trzymać się swoich wcześniejszych założeń. Ile razy każdy z nas obiecuje coś sobie, planuje, a potem odpuszcza? Ile razy usprawiedliwiamy się przed sobą i szukamy wymówek? Jak temu zaradzić? Wizualizując sobie cel końcowy. Ja widziałam w najdrobniejszych szczegółach, jak go osiągam i czułam jakie towarzyszą mi wtedy emocje. Nie pozwalało mi się to zatrzymać. Wiedziałam, o co walczę i ile mogę zyskać. Byłam zdeterminowana, bo wiedziałam, że jestem jedyną osobą, która może zmienić moje życie. A niczego nie potrzebowałam tak jak zmiany.

To była naprawdę ciężka walka, ale się udało. Teraz dokładnie wiem, czego chcę. Oczywiście zdarzają się niepowodzenia, nieprzewidziane sytuacje, muszę radzić sobie z wielkim stresem, presją. Ale czy ktoś obiecywał, że będzie łatwo?

Mam swój plan, a dobra organizacja pomaga w drodze do celu.

Trzeba CHCIEĆ – to jest cały klucz do sukcesu.

Jeśli naprawdę się czegoś chce i jest się zdeterminowanym, żeby to osiągnąć, to musi się udać.

W końcu wszystko zaczyna się w głowie!


Zobacz także

Fot. Pexels / Adrianna Calvo /

„Nie jestem psychopatą!”, czyli dlaczego Polacy boją się pójść do psychologa

Fot. iStock/Pekic

Czy stać nas choć na odrobinę zrozumienia? Proszę was o chwilę refleksji, tylko tyle

Sprytne rady i przedświąteczne szaleństwo. 🎅Bierzemy TK Maxx na celownik

Sprytne rady i przedświąteczne szaleństwo. 🎅Bierzemy TK Maxx na celownik