9 rzeczy, których nie wiedzieliście o zdradzie. Nie musisz być nieszczęśliwy w związku, by zdradzić

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
22 stycznia 2018
Fot. istock/skynesher
 

Zdrada kojarzy nam się najczęściej z końcem związku, z olbrzymim cierpieniem i z utratą zaufania raz na zawsze. Na tych, którzy pozostali ze sobą mimo zdrady, patrzymy z podziwem, ale i zdziwieniem. Skąd czerpać w sobie siłę?

Trudno jest zrozumieć zdradę, choć chętnie szukamy dla niej usprawiedliwień. Warto jednak przyjąć do świadomości, że czasem jest ona o wiele bardziej skomplikowana, niż nam się wydaje.

9 rzeczy, których nie wiedzieliście o zdradzie

1. Zdradza się zwykle z kimś, kogo się dobrze zna

Wcale nie z nieznajomą, spotkaną przypadkiem podczas spaceru, czy samotnego wyjazdu. Szukamy kogoś, kto tak dobrze jak my potrafi dochować sekretu. Kogoś, kogo znamy, komu ufamy, czujemy się wtedy mniej winni.

2. Zdradę można zdefiniować na wiele sposobów

Niektórzy uważają, że zdrada emocjonalna jest gorsza niż fizyczna, dla innych pojedynczy pocałunek jest niewybaczalny.  Powinieneś wiedzieć, co twój partner rozumie pod definicją zdrady.

3. Wiele par pozostaje ze sobą mimo zdrady

Dzieje się tak głównie dlatego, że pary małżeńskie są tak przyzwyczajone do wspólnego życia, że ​​przeraża je idea separacji. Czasami jedna osoba kocha drugą tak bardzo, że pozwala na zdradę, byle jej nie stracić. Dla niektórych z nas zdrada jest tylko epizodem, po którym wraca się do partnera tak, jakby nic się nie wydarzyło.

4. Ten, kto zdradza, nie musi być nieszczęśliwy w swoim związku

Zdrada zaczyna się, gdy pojawia się ciekawość, coś co uniemożliwia ci skupienie się na tym, co już masz. Rodzi się trójkąt, w którym zdradzający trzyma się dwóch osób jednocześnie, ostatecznie raniąc obie.

5. Kobiety często zdradzają po to, by zakończyć związek

Trudniej im zerwać ze swoim partnerem, więc gdy są nieszczęśliwe w związku, starają się znaleźć „łatwiejsze” wyjście.

6. Zemsta na partnerze nie działa

Jeśli chcesz się zemścić zdradą za zdradę, nie da ci to satysfakcji. Poczujesz się jeszcze gorzej i nadszarpnie to twoją osobowość.

7. Zdrada emocjonalna jest bardzo niebezpieczna, ale mówi prawdę o twoim związku

Oznacza, że jesteś w stanie dzielić z kimś innym o wiele więcej niż z twoim partnerem, otworzyć się przed kimś bardziej niż przed nim.

8. Wielu zdradzających chce „dać się złapać”

Bo jest już zmęczonych ukrywaniem się i niekończącymi się kłamstwami. Nie mamy odwagi wyznać partnerowi prawdy, więc czekamy, aż ona sama wyjdzie na jaw.

9. Miłość odczuwamy na różne sposoby

Istnieją trzy poziomy miłości, których możesz doświadczyć w ciągu całego życia. Pierwszy może być czysto fizyczny i obejmować fizyczne przyciąganie do kogoś. Jeśli poznajesz go lepiej i czujesz do niego „coś więcej”, twój związek staje się silniejszy. Trzeci poziom to przywiązanie do twojego partnera. Ktoś, kto odczuwa wszystkie te typy miłości do jednej osoby, nie zdradzi, choć może odczuwać pociąg seksualny do kogoś innego.


Na podstawie: relrules.com

 

 

 

 


Nie chcesz być kobietą-bluszczem? Skup się na tych 8 rzeczach

Redakcja
Redakcja
22 stycznia 2018
Fot. iStock/miljko
 

Miłość nie pozostawia zbyt wiele miejsca na coś innego poza relacją, wypełnia związek od początku do końca. Ten piękny stan, który ewoluuje z upływem czasu, przynosi wiele dobrych uczuć, wspomnień i planów. Partnerzy w różny sposób okazują sobie troskę, przywiązanie, są po prostu blisko siebie, skłonni uchylić nieba bliskiej osobie. 

Miłość powoduje chęć ciągłej obecności, która z upływem czasu odrobinę się wygasza, dając miejsce w związku na inne rzeczy. Dojrzała miłość pozwala partnerowi na rozwój osobisty, kontakty z innymi osobami i budowę własnego, odrębnego fragmentu życia, który będzie bezpieczną przystanią i samotnią, gdy przyjdzie taka potrzeba. I to jest uczciwe i wobec siebie i drugiej osoby.

Nikt, kto wchodzi w związek, nie nabywa jednocześnie praw własności do partnera. Miłość to partnerstwo, a nie niewolnictwo i gdy pojawia się zaborczość, powoduje ona niepokój, brak komfortu i niepewność jutra. Jeśli wydaje się tobie, że nie możesz funkcjonować bez partnera, zastanów się, czy nie masz w sobie czegoś z kobiety-bluszczu, która ciasno oplata sobą partnera.

Nie chcesz być kobietą-bluszczem? Popracuj nad tymi 8 rzeczami

1. Zrób rachunek sumienia

Uczciwie przyznaj się sama przed sobą, jak się czujesz bazując przede wszystkim na mężczyźnie i budując wokół niego życie. Odpowiedz sobie na pytania, które cię nurtują, zwierz się przyjaciółce. Gdy zauważysz, że coś jest nie tak, zapewne staniesz się gotowa na podjęcie kolejnych kroków, by odejść od zachowań pasujących bardziej do kobiety-bluszczu, a nie kochającej partnerki.

2. Skup się na własnym rozwoju

Każdego dnia spędzaj czas sama ze sobą i naucz się to doceniać. Znajdź pomysł na siebie i spraw, by to, co robisz, było dla ciebie dobre i konstruktywne. Poczuj się pewnie w tym, kim jesteś i zrozum, że samodzielność nie jest jednoznaczna z samotnością.

3. Popracuj nad pewnością siebie

Być może twoja zaborczość wynika z braku pewności siebie.  Poprzez zagarnięcie na własność bliskiej osoby, możesz próbować podbudowywać swoje ego. Czasem jest to rozpaczliwa próba ratowania związku, zatrzymania partnera przy sobie. Zamiast wypełnić jego obecnością własne życie, popracuj nad swoimi potrzebami. Na pewno wychodzą one daleko poza wasz związek, tylko przestałaś to zauważać. Działaj tak, byś czuła się dobrze, rozwijaj swoje pasje i zainteresowania poza waszym układem.

4. Nie zamieniaj się w jego matkę

Nie ma chyba nic gorszego od kobiety — wszystkowiedzącej organizatorki czasu, na wzór matki faceta. Taka nadmierna opiekuńczość może się podobać na początku związku, ale z upływem czasu powoduje chęć ucieczki i poluźnienia więzi. Jeśli można zagłaskać na śmierć kota, można i zadręczyć faceta narzucaniem się i układaniem planu na każdą sekundę dnia. Uwierz, on już wyrósł z trzymania się kobiecej kiecki.

5. Daj mu przestrzeń

Zrozum, że on potrzebuje wyjść na samotny spacer, wieczór z kolegami, mecz piłki nożnej. Nie musisz być jego przewodnikiem, towarzyszką każdego wieczoru czy najwierniejszym kibicem. Poszanowanie dla odmiennych potrzeb i przestrzeni do ich realizacji jest zdrowym fundamentem każdego związku.

6. Nie „gdybaj”

Nie myśl zbyt wiele nad przeszłością faceta, nie zastanawiaj się, czy ma jeszcze kontakt z byłą dziewczyną i czy jego „czeeeeść” gdy spotkaliście ją na spacerze, nie było czymś więcej, niż tylko miłym powitaniem z niegdyś bliską mu osobą. Nadmierna podejrzliwość i chęć odseparowania go od potencjalnych „zagrożeń” dla waszego związku, prędzej spowoduje katastrofę, niż zbliży was do siebie mocniej.

7. Nie kontroluj

To jest chyba jedno z trudniejszych do wykonania zadań. Naturalna potrzeba kontroli, gdy się rozrośnie nadmiernie, trudna jest do poskromienia. Zajmij myśli czymś innym, niż rozmyślaniem, gdzie i z kim w danej chwili jest twój partner. Postaw na zaufanie, nie sprawdzaj go na każdym kroku, zostaw w spokoju jego maila i telefon. Jeśli nie daje ci powodów do podejrzliwości, nadmierna kontrola nie da ci wiele więcej, niż tylko irytację i złość ze strony inwigilowanej osoby. Każdy potrzebuje oddechu.

8. Rozdziel przestrzeń w związku

Jeśli wydaje się tobie, że powinniście być ze sobą cały czas, by nie marnować okazji do bliskości, podejdź do tego inaczej. Wydziel trzy przestrzenie dla potrzeb własnych i partnera. Jedna powinna należeć tylko do ciebie, druga tylko do partnera i w nich powinniście pomieścić czas dla siebie, odrębne pasje i potrzeby. Trzecia część powinna być wspólna i funkcjonować jako płaszczyzna do rozwoju partnerstwa. Jeżeli nie będziesz przekraczać wspólnie ustalonych granic, nie przytłoczysz partnera. Tak będzie dla ws obojga lepiej.

źródło: ministerstworelacji.plwww.psychologia.net.pl

 


Jestem samotną matką i nie chcę 500+. Oto, czego potrzebuję od mojego państwa

Listy do redakcji
Listy do redakcji
22 stycznia 2018
Fot. iStock/baona

Mam 29 lat i samotnie wychowuję 4,5-letniego chłopca. Naprawdę samotnie, a nie tak, jak robi to większość kobiet, deklarujących w przeróżnych formularzach. Samotna na papierze, a w rzeczywistości utrzymywana przez konkubenta czy nowego partnera. Choć dostaję alimenty na dziecko od byłego męża, to w mojej gestii leży utrzymanie domu. To ja muszę zarobić na wynajmowane mieszkanie, opłaty, jedzenie, prywatne przedszkole, lekarzy, lekarstwa. I coraz częściej razi mnie niesprawiedliwość, jaka panuje w naszym kraju. Brak wsparcia dla rodziców takich jak ja – samodzielnych, pracowitych i ambitnych. Pomoc płynie za to szerokim strumieniem do patologii, oszustów i krętaczy. Nigdy nie dostałam od naszego państwa żadnych pieniędzy, nie licząc zwrotu podatku po rozliczeniu PIT-u. Nawet becikowego nie dostaliśmy, ponieważ nasz dochód przekraczał ówczesny próg. Teraz również nie otrzymuję żadnych świadczeń socjalnych, ponieważ mam jedno dziecko i moje zarobki są zbyt wysokie, bym spełniała określone wymogi. Mam to szczęście, że moje dziecko jest zdrowe i nie potrzebuje żadnych świadczeń zdrowotnych. Wszystkie te czynniki, z których teoretycznie powinnam się cieszyć i być dumna powodują natomiast, że zaliczam się do grupy społecznej, której żyje się najtrudniej.

Ktoś może powiedzieć – skoro dobrze zarabiasz, to dobrze, że nie dostajesz 500+. Jasne, rozumiem tę logikę, ale pragnę zauważyć, że w przypadku rodzin wielodzietnych nie obowiązują progi dochodowe. Można więc i sto tysięcy miesięcznie zarabiać, a i tak świadczenie się należy. Czemu moje jedno dziecko na to nie zasługuje? Bo świadomie zdecydowałam, że chcę mieć tylko jedno dziecko? Bo zdaję sobie sprawę, ile kosztuje opieka i wychowanie dziecka i najzwyczajniej w świecie boję się, że mogę nie dać rady utrzymać dwójki czy trójki? Bo na koszty składa się nie tylko wyprawka, przedszkole czy ubrania, z których dziecko szybko wyrasta. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie życie i jak się potoczy. Nigdy nie wiadomo, ile będzie kosztowała opieka nad dzieckiem na przestrzeni lat. Urodzić, to akurat najmniejszy kłopot. Nie sądzę, by wszystkie te pary żyjące z zasiłków i płodzące co i rusz kolejne dzieci, w ogóle się tym przejmowały. One natomiast co miesiąc dostają pokaźne sumki. Nomen omen z moim podatków.

Zresztą nie chodzi mi nawet o te pieniądze. Jestem młodą, ambitną i wykształconą kobietą. Chcę spełniać się w roli matki i pracownika. Chcę zarabiać i chcę samodzielnie utrzymywać moje dziecko. Robię to z resztą na co dzień, bez wsparcia finansowego ze strony państwa. Jestem zaradna – to moja największa zaleta, za którą dostaję od państwa po dupie.

Ja nie chcę 500+. Nikt mi nie musi dopłacać do wychowania dziecka, ale niech państwo polskie umożliwi mi zarabianie pieniędzy. Niech te miliardy złotych, zamiast na 500+ pójdą na żłobki i przedszkola. I niech będą one faktycznie bezpłatne, a nie tak jak jest teraz – dopłata za posiłki, za dodatkowe godziny, jeśli dziecko przebywa w przedszkolu np. po godzinie 13:00 czy 14:00. Jak się to wszystko policzy do kupy, to wychodzi i tak kilkaset złotych. Moje dziecko chodzi do prywatnego przedszkola, za które płacę 700 zł. Dlaczego? Ponieważ dziecko nie dostało się do państwowych w okolicy i musiałabym wozić je dalej. To wiązałoby się z kupnem samochodu, na utrzymanie którego już mnie nie stać.

Druga sprawa, że prywatna placówka mieści się naprzeciwko mojego domu. Dzięki temu ograniczam czas i pieniądze. Mogę też dojechać autobusem na czas do biura, które znajduje się na drugim końcu miasta. I przez te osiem godzin modlić się w duchu, żeby znów nie zadzwonili z przedszkola, że dziecko wymiotuje i trzeba je szybko odebrać. Po trzecie, takie przedszkole jest czynne dużo dłużej, co również przy dzisiejszym trybie życia jest kluczowe.

Mam co do garnka włożyć, bo DZIŚ dobrze zarabiam. Ale zarabiam te pieniądze na śmieciówkach. Co to oznacza? Że nie ma urlopu, że nie mogę chorować. Że moje dziecko też nie może chorować, bo ja nie mogę wziąć na nie zwolnienia. Każda infekcja wiąże się z ryzykiem utraty pracy u mnie. I to niemalże z dnia na dzień. Chciałabym, żeby polski rząd gwarantował swoim obywatelom możliwość pracowania bez stresu. Żeby normą były umowy o pracę, a nie umowy cywilno-prawne, które nie chronią w żaden sposób pracowników. Tak wygląda rzeczywistość wszystkich dorosłych. Proszę sobie teraz spojrzeć na tę sytuację z perspektywy samotnej matki. Jak iść na swoje? Jak wziąć kredyt hipoteczny? Zresztą nikt o zdrowych zmysłach nie da go samotnej matce na śmieciówkach? Z czego odłożyć? I na co odłożyć? Na wakacje? A kto mi da urlop? Na własne mieszkanie? A może lepiej na emeryturę, której też mi państwo nie zapewni.

Co zrobię, gdy szef kolejnym razem już nie wykaże takiej wyrozumiałości? Co się stanie, gdy zostanę zwolniona? Jestem jedynym żywicielem rodziny.

Powinnam się załamać czy może odetchnąć z ulgą? Bo po co tak harować i się wysilać? Może faktycznie lepiej zasilić szeregi bezrobotnych, siedzieć w domu, pobierać zasiłki i jeszcze z jedno, dwoje dzieci sobie urodzić? Może i żyłoby mi się gorzej, ale zdecydowanie spokojniej. Państwo mi wtedy da pieniążki.

Może warto byłoby zacząć doceniać takich rodziców jak ja? A nie tylko kłody pod nogi…


Zobacz także

Kiedy opanujesz te siedem emocji, staniesz się mentalnie silna

6 rzeczy, bez których świat byłby lepszy. Jak polubić swoje życie bez rewolucyjnych zmian?

Jeśli coś sprawia, że czujesz się źle – nie rób tego. Dziś jest najlepszy dzień w twoim życiu, by zacząć się zmieniać

Pięć wskazówek, jak szybko uzyskać idealną opaleniznę