9 rzeczy, które nazywamy błędami w związku, a które wcale nimi nie są!

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
13 stycznia 2017
3 z 9

Wybranie przyjaciół zamiast partnera

fot. iStock/ svetikd

To nic złego, jeśli powiemy naszemu mężczyźnie, że dzisiejszy wieczór należy do naszej przyjaciółki, że się nie zobaczymy, że mamy inne plany – bycie w związku nie oznacza przecież, że nagle nasze wcześniejsze życie towarzyskie umarło! Zmieniło się , to jasne, ale nadal mamy przyjaciół, którym czasami chcemy poświęcić czas, z którymi chcemy zrobić coś razem bez naszego partnera. I to jest jak najbardziej w porządku!

PoprzedniNastępny

Chcę się w moim kraju czuć bezpiecznie, więc żądam, by z policji nie robić błaznów

Joanna Ćwiek
Joanna Ćwiek
13 stycznia 2017
Fot. iStock/Maravic
 

Chcemy być bezpieczni? Nie róbmy z policjantów idiotów

Choć czasami mówi się o tym, że policjanci to takie anioły, które w dzień i w nocy strzegą naszego bezpieczeństwa, to nie przypuszczałam, że ktoś może wziąć to dosłownie. A jednak. Po raz kolejny okazało się, że moja wyobraźnia jest cieniutka jak naleśnik. Biję się w pierś – faktycznie nie wymyśliłabym takiej historii, którą ostatnio napisało życie.

W Szczecinie, podczas orszaku w święto Trzech Króli policjanci wystąpili w dość niecodziennym stroju. Otóż, na polecenie przełożonych, musieli tego dnia odziać się w białe prześcieradła, do pleców przyczepić anielskie skrzydła i konno wraz z orszakiem ruszyć pilnować porządku.

Oglądając relację ze stolicy Pomorza Zachodniego zastanawiałam się cały czas: po co ktoś zrobił z policjantów takich idiotów? Bo chyba nikt mi nie wmówi, że w tej anielskiej bieli wyglądali na jak szeryf z najlepszych westernów. I by w kimkolwiek mogliby wzbudzać należny respekt.

Szczecińska afera anielska to żałosna sprawa. Może i by mogła nawet wydawać się śmieszna, gdyby nie była tak straszna. Bo to nie pierwszy raz, kiedy z policjantów robi się, powiedzmy szczerze ulicznych głupków. Pokazano, że nadają się nie do pilnowania porządku, ale do cyrku.

Z pewnością idiotów zrobiło się też z tych funkcjonariuszy z Białegostoku, którzy przez kilka dni cięli biało-czerwone kartoniki, by wyprodukować konfetti. Było ono później rozrzucone z helikoptera podczas wizyty w Augustowie wiceministra spraw wewnętrznych Jarosława Zielińskiego.

Nieoficjalnie mówi się o tym, że te kartoniki cięli wszyscy jak leci – i ci młodzi, i ci starzy i doświadczeni. Cięli, zamiast patrolować ulice i łapać bandytów. Cięli za grubą, publiczną kasę z twoich podatków, bo jedno opakowanie konfetti kosztuje poniżej 10 zł, a policjantowi za godzinę płaci się z pewnością  więcej.

Widzimy też, jak setki policjantów okrążają Sejm, by nie daj Boże nie weszli do niego ci, których szumnie nazywa się suwerenem. Odsuwają ich, by zrobić przejazd nie tylko dla szefowej rządu (co byłoby w sumie zrozumiałe), ale także dla szefa jednej z partii, który nie pełni żadnej publicznej funkcji. Stali oko w oko z ludźmi, którzy przecież nie przyszli kraść, mordować i gwałcić, tylko pokazać, że pewne sprawy w państwie im się nie podobają i chcą dać temu wyraz. Wolno im, bo podobno jesteśmy krajem demokratycznym.

Policja nie ma w Polsce najmocniejszej pozycji. Z ubiegłorocznych badań CBOS wynika, że ufa jej zaledwie 65 proc. społeczeństwa. Mniej niż kościołowi, PCK i WOŚP. (źródło)

Fakt, można cieszyć się, że ponad połowa jest za, ale chyba wypadałoby się martwić, że co trzeci mieszkaniec tego kraju uważa, że na nic dobrego ze strony policjantów liczyć nie można.

Sporo jest w tym zaszłości historycznej z okresu przed transformacją, gdy policja i ZOMO stali, wiadomo, po której stronie. Sporo także powtarzanych, niewybrednych dowcipów o tym, że policjanci chodzą parami, bo jeden z nich umie pisać, a drugi czytać. Sporo także winy niektórych mundurowych, którzy nie szanując swojej funkcji w społeczeństwie, dogadują się z kierowcami na małej bańce czy tymi, którzy jadą jak wariaci tam, gdzie można tylko 50 km/h.

Wkurza mnie takie podejście do funkcjonariuszy. Bo niezależnie od krążących stereotypów, od tego, jak bardzo uważamy ich za szkodliwe psy, policja jest potrzebna. Choć niby czujemy się w Polsce bezpiecznie (w sondażach deklaruje tak 80 proc. ankietowanych) to jednak boimy się rozpędzonych ciężarówek wjeżdżających w tłum, naćpanych gówniarzy wałęsających się bez celu w sobotnie noce, boimy się, by naszego dziecka nie przejechał na pasach jakiś wariat. Walczymy o konwencję antyprzemocową, ale by ona działała, musimy mieć też sprawną policję. Żadna bita żona nie zastraszy swojego kata samym ich wydrukiem, musi się zwrócić o pomoc do policji.

Płacę podatki, bo chcę, by państwo sprawnie funkcjonowało. Dlatego żądam, by policjanci byli dobrze opłacani, bo tylko dzięki temu będą w niej pracować najlepsi. Chcę, by zamiast cięcia ton kartoników byli porządnie wyszkoleni. Chcę mieć świadomość, że jeśli się do niej zwrócę, dostanę pomoc.

Ale to wszystko nie wystarczy, jeśli nie zadbamy o wizerunek policji. Dziś funkcjonariusza boją się chyba tylko małe dzieci, straszone przez nieogarniętych rodziców, że jeśli nie zjedzą rosołku, to zabierze je policja.

Jeśli chcemy, by policjanci byli stróżami prawa z prawdziwego zdarzenia, to nie możemy robić z nich idiotów w anielskich skrzydłach. Nie możemy wystawiać ich na pośmiewisko, uwłaczać godności funkcjonariusza na służbie. Czy ktoś sobie wyobraża, że bandyta posłucha policjanta z anielskimi skrzydłami? Bardziej przypuszczam, że umrze ze śmiechu.

Rozumiem, że policyjni aniołowie byli tylko na orszaku. Ale ostatnie europejskie doświadczenia pokazują, że terroryści lubią uderzać właśnie w takie skupiska ludzi. Skąd ta pewność, że na szczecińskiej paradzie nie mogło dojść do ataku. Wyobraźmy sobie, że skrzydlaci funkcjonariusze pędzą za bojownikiem czy próbują zatrzymać rozpędzoną ciężarówkę. A może najpierw mają się wyplątać z tych kiecek?

Chcę się w moim kraju czuć bezpiecznie. I jako obywatel żądam, by przestali z funkcjonariuszy robić zwyczajnych błaznów.


Wampiry w miłości. Klątwa ludzi kochających

Magdalena Lis
Magdalena Lis
12 stycznia 2017
Wampiry w miłości
Fot. iStock / Cecilie_Arcurs

Anka ma trzydzieści cztery lata, do niedawna była księgową w jednej z dużych firm we Wrocławiu. Aktualnie próbuje szukać pracy, ciągnąc jednocześnie zwolnienie lekarskie, które wystawił jej psychiatra. Nie jest to jeden z przypadków fikcyjnego naciągania zakładu ubezpieczeń społecznych, bo Anka jest w trakcie terapii, po tym jak została skrzywdzona i wykorzystana, przez swojego kierownika, w którym się niefortunnie zakochała.

Poznali się na jednej z imprez firmowych

On, wysoki, przystojny, z takim zabawnym wąsem, ona blondynka, z lekką nadwagą. Zagadnął do niej, kiedy spotkali się przy szwedzkim stole. Zapytał jak się bawi, po czym nie pytany dodał, że on nie za bardzo. Opowiedział jej ckliwą historię o tym, jak dopiero co pochował ojca. O tym, że jest jedynakiem, i że teraz na niego spadnie opieka nad matką. O tym, że będzie jej ciężko, bo ma małą emeryturę i nawet jak przejmie tę po ojcu, to on tego nie widzi. O tym, że świat staje na głowie, że wszystko sprzeciwia się przeciwko niemu, że ma jak zwykle pod górkę i, że pech go nie opuszcza odkąd pamięta. Że w pracy ciężko, że pracownicy tego nie widzą, ale prezes ciągle wymaga. Zła żona, niegrzeczne dzieci, ogólnie życiowy koniec świata.

Wojtek dobrze trafił – Anka jest wrażliwa. Współczuła mu, starała się pomóc, choć on tę pomoc przeważnie odrzucał. Kwitował to krótkim: „nie musisz”, „nie rób sobie kłopotu”, „nie trzeba”, choć tak naprawdę czerpał z tego garściami.

Znajomość rozkwitała, ona coraz bardziej się angażowała. Wiedziała oczywiście, że Wojtek ma żonę, ale jakie to miało znaczenie, skoro on jej potrzebował.

Z czasem przestało jej wystarczać bycie kimś na kształt przyjaciółki. Zakochała się, więc chciała być dla niego jeszcze lepsza. Jednak im więcej z siebie dawała, tym była bardziej zmęczona. Początkowo zrzuciła to na nadchodzącą jesień, na pogodę, na wszystkie inne zjawiska, nie widząc najważniejszego – on zwyczajnie na jej dobroci żerował. Taki typ malkontenta – u mnie źle, a ty mnie pocieszaj. Pocieszała, a to pocieszanie zmieniła w uczucie, a kiedy mu o tym uczuciu mu powiedziała, zaskoczona usłyszała: „jak ty to sobie wyobrażasz?”.

Wojtek w sekundę przestał być miłym, nieporadnym chłopcem, nagle twardo stanął na nogach. Nagle w pracy narzucił jej multum obowiązków, nagle wszystko robiła źle, nagle była wzywana na przysłowiowy dywanik. Nawet dostała naganę, a najpierw upomnienie za niesubordynację. Pękła, odeszła, poszła do lekarza. Teraz dzień zaczyna i kończy łykając kolorowe pastylki, z dwóch kartonowych pudełek, które zawsze miała w torebce.

Kilka tygodni zajęło jej dojście do tego, że nie jest winna, że to ona jest ofiarą, że Wojtek zawładnął nią świadomie. Bolało ją to fizycznie, czuła się jak idiotka, myślała „jak on mógł”, a tak naprawdę była rozczarowana sobą, tą relacją, że dała się tak omamić.

Kogo spotkała Anka?

Znajomy Anki to klasyczny wampir – ofiara. Potrzebował jej uwagi i uznania, czerpał z tego garściami. To typ człowieka, który lubi się nad sobą użalać. Udaje jak to mu źle w życiu, trwanie w stanie nieszczęścia staje się niejako jego pasją. Podobnie jak zdobywanie osób, które mu w tym wtórują.

Agata poznała Krzyśka na imieninach u koleżanki. Oglądali pokaz filmów Wajdy w przerobionym z piwnicy kinie domowym. Usiadł obok niej i niby przypadkiem ją musnął a to ręką, a to przysunął się bliżej tak, że czuła jego ciepło i dotyk. Wziął od niej numer telefonu i zadzwonił już nazajutrz. Cztery razy. Za każdym rozmawiali po kilkanaście minut. Po każdej rozmowie przysyłał też SMS-a. Agata była zaskoczona, ale  cieszyła się, że ktoś zwrócił na nią uwagę.

Umówili się w kinie, w najbliższy weekend.  Agata chciała, by spotkali się na miejscu, Krzysiek jednak po nią przyjechał. Padało, nie chciał, by zmokła. To było miłe. Zaskoczył ją telefonami, kiedy wróciła już do domu po randce. Nim wyszła spod prysznica miała dwanaście nieodebranych połączeń i SMS-y z pretensjami, dlaczego nie odbiera. Kiedy oddzwoniła, Krzysiek zaczął ją przepraszać.

Zaczęli się spotykać. Kto wie, może rodziła się szansa na związek, tak przynajmniej myślała Agata. Czar prysł, kiedy wyjechała z przyjaciółką do SPA. Kiepskie wi – fi, słaby zasięg telefonu wzięły za dobrą monetę, by w końcu mieć czas dla siebie. Jakie było zaskoczenie Agaty, gdy zaledwie po kilku godzinach pobytu w hotelu usłyszała na korytarzu głos Krzyśka robiącego karczemną awanturę recepcjonistce. Poprosiła go o wyjaśnienia. Tymczasem on ją zaatakował, krzyczał, machał rękami, nazwał ją zakłamaną szują, kiedy próbowała mu wytłumaczyć, że nie odzywała się, bo nie miała zasięgu.

Krzysiek obrażony wyjechał, a Agata została z wyrzutami sumienia. Na nic zdały się tłumaczenia przyjaciółki, że niczemu nie jest winna. Krzysiek przysłał tylko SMS-a: „Nie mamy już o czym rozmawiać”.

Kim jest chłopak Agaty?

Chłopak Agaty to typ wampira kontrolera. Ufam, ale kontroluję. To osoba, której trzeba się natychmiast, niezwłocznie i ze wszystkim podporządkować, taka, która wie lepiej, co jest dla nas dobre. Musi wiedzieć, co, gdzie, jak z kim i jest nastawiona na to, że spełnimy jej oczekiwania. Jeśli powiemy nie, narażamy się na odrzucenie i… kłopoty.

Beata za dwa miesiące kończy trzydziestkę

Jest atrakcyjna, uczy muzyki w przedszkolu. Mężczyznom zawsze się podobała. To typ córeczki tatusia, której własne ja zawsze brało górę. Do czasu, aż poznała Bartka.

Bartek był lepszy we wszystkim. Miał świetne ciało, które eksponował. Beacie sugerował, że oprócz zajęć z zumby i ćwiczeń na piłkach, przydałaby się jej zwykła siłownia. I że musi zacząć dbać o cerę. Uważał, że powinna korzystać z solarium, bo opalone ciało jest bardziej pożądane. Chciał, by tak jak on, zdrowo się odżywiała. Wyrażał swoją opinię na temat zakupionych przez nią ubrań, bo on nosi przecież te z półki wyższej.

Beata zwątpiła w siebie, uznając, że czas na zmiany. Zaczęła od usunięcia zmarszczki na czole, za jedyne tysiąc dwieście złotych, z efektem na pół roku. Później przyszedł czas na zakupy, bo przecież istnieje karta debetowa. Kolejno pojawiły się nowe zajęcia fitness i natryskowe opalanie. Chciała zadowolić Bartka za wszelką cenę.

Tymczasem on nie znosił krytyki. Gdy pewnego wieczoru zasugerowała, że jego nowe spodnie są – jej zdaniem, zbyt obcisłe, w odpowiedzi dostała wieczór milczenia, a nazajutrz SMS-a: „Koleżanki z pracy uważają, że w nowych rurkach wyglądam świetnie, dziś zanocuję u matki, nie czekaj”.

Jaki jest partner Beaty?

Partner Beaty to typ wampira-narcyza. Patrzy w lustro i się podziwia, w tym podziwie potrzebuje jednak cudzego zaangażowania. Potrzebuje poklepania po głowie, plecach, pochwalenie, uwielbienia, adoracji i budowania jego ego, tym samym nie potrafiąc dać niczego w zamian.

Nie mamy wpływu na to, czy otoczymy się wampirem, warto mieć jednak oczy dookoła głowy, żeby nie dać się wyssać z energii, która przecież napędza nas do życia.


Zobacz także

Konkurs „Poczuj się piękna – jesteś taka”

Ksiądz i prostytutki. „Te kobiety często piękniej żyją Ewangelią niż ja”

Czy kobiety powinny dostawać wynagrodzenie za siedzenie w domu?

Zaatakuj swoją szafę i oczyść… umysł. Akcja „Chcesz uporządkować swoje życie? Uporządkuj przestrzeń wokół siebie”