9 bardzo złych sposobów na smutki

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
5 kwietnia 2016
Fot. iStock / Martin Dimitrov
 

No już się nie martw, weź tę czekoladkę. Albo całą tabliczkę. No zjedz, napij się winka. Rozluźnisz się. Poznaj kogoś, znajdź faceta, zrobi ci się lepiej. Potrzebujesz tego… Znasz? Nasze sposoby na smutki i smuteczki to najczęściej folgowanie słabościom. Na chandrę – czekolada, a na zranione serce – nowa znajomość. Czy to tak źle? Poznajcie najczęstsze błędy, które popełniamy, gdy jesteśmy smutni.

1. Nowy partner (na chwilę) na stary ból albo stary partner na nowy ból

„Poprawię sobie nastrój” –  myślisz. Na pewno? Jesteś w stanie tak szybko zapomnieć o dopiero co zakończonym związku? A seks na smutek? „Przynajmniej moje ciało poczuje się lepiej” – mówisz sobie. Może przez chwilę i wcale nie zawsze. Nie wiesz o tym, że niektórych ludzi zbyt mocne napięcie erotyczne prowadzi do emocjonalnego załamania, które może trwać do 6 godzin?

Przytulaj się. Przytulanie nie ma efektów ubocznych (np. wyrzuty sumienia) i wspomaga wydzielanie oksytocyny.

2. Nie ma jak piżama. Albo dres.

Wygodne, luźne spodnie to świetny pomysł na relaks po 8-10 godzinnym dniu w pracy, w której obowiązuje cię oficjalny strój. Ale taki ubiór nie zmotywuje cię do działania, do wzięcia się w garść kiedy masz chandrę. Nie zainspiruje do wyjścia z domu i pokonania smutku. Spojrzysz w lustro, zobaczysz w nim kupkę nieszczęścia poszerzoną w biodrach o te parę centymetrów grubszego materiału wokół i… katastrofa gotowa. Nie wiesz, że czasem takie małe rzeczy, jak dobry wygląd mogą pomóc ci dojść do siebie?

3. Wyżalanie się (Bogu ducha winnym) znajomym. Gdzie popadnie, ale najczęściej…

Siedzisz przed komputerem i zwierzasz się znajomym ze swojego nieszczęścia. Wszystkim, którzy są właśnie online. Tym offline zostawiasz pełne rozgoryczenia i żalu wiadomości. Przeglądasz na Facebooku ich profile i dobija cię już na całego ta seria radosnych zdjęć przedstawiających SZCZĘŚLIWYCH ludzi. Napisz jeszcze jeden niepokojący post, coś w rodzaju: „Dłużej już tego nie zniosę”. Zainteresowanie gwarantowane. Lajki też.

4. Wyżywanie się na kim popadnie

Czyli na współlokatorce, sąsiadce z która jedziesz windą, panu z pieskiem, mężu, partnerze. No bo skoro tobie jest źle, to dlaczego im ma być dobrze? Niech już przynajmniej będzie po równo!

Weź głęboki oddech, pomyśl: oni na to naprawdę nie zasługują. Dorośli ludzie próbują radzić sobie ze swoimi problemami, a nie zarażać swoim złym nastrojem wszystkich w swoim zasięgu…

5. Porównywanie

Rzecz jasna swojego nieudanego życia do życia innych. Kiedy jest nam smutno, zdołujmy się jeszcze bardziej. Poczujmy się gorsi od znajomych, mniej zdolni od przyjaciół, słabsi od swoich wrogów… Jest tyle do pozazdroszczenia!

6. Katowanie się przygnębiającą muzyką i smutnymi filmami

Jak katharsis to na całego. Włącz sobie łzawy melodramat i wylej te resztki łez. Na pewno rano z przyjemnością spojrzysz w lustro na swoją zapuchniętą, różową twarz.  Oglądanie, słuchanie lub czytanie negatywnych treści w takiej chwili tylko „doładuje” twoje nieszczęście. Spróbuj zrobić mu na przekór i włącz sobie komedię!

7. Jedzenie. Nie, pożeranie!

Smutno ci? Zjedz czekoladkę. I jeszcze jedną, no przecież zasłużyłaś. Taka jesteś nieszczęśliwa. Jedzenie rozwiąże wszystkie twoje problemy. Zwłaszcza jeśli głównym z nich jest brak za małych ubrań w szafie.

8. Zakupy

To przecież tak relaksuje (do tego momentu, kiedy zdajesz sobie sprawę ILE wydałeś). Jeśli kupujesz kompulsywnie, żeby zapomnieć o smutkach, masz problem. Lepiej nad nim solidnie popracować, jeśli nie chcesz obudzić się pewnego dnia z mocno nadwyrężonym stanem konta.

9. Rozpamiętywanie przeszłości

I idealizowanie. Jak to kiedyś było cudownie. Jak teraz jest źle.  Żeby to stare mogło wrócić, przecież wszystko byłoby wówczas inaczej. Pięknie by było…

No, daj już spokój, czas nie stoi w miejscu, ty nie jesteś tą samą osobą co wtedy. Nie łap się kurczowo przeszłości tyko dlatego, że ją dobrze znasz. Popatrz raczej w przyszłość, zachwyć się tym, że ciągle jest ona niewiadomą.

Wszyscy mamy czasem gorsze dni i różne na nie sposoby. Bywa jednak, że te nasze „lekarstwa” na smutki sprowadzają na nas… nowe nieszczęście.


„Mamo, umrę, ale nie bój się”. Gdy to dziecko odchodzi…

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
5 kwietnia 2016
Fot. Archiwum prywatne
 

Nie patrz na mnie ze współczuciem. Chciałabym, żeby ten tekst był radosny. O życiu, a nie śmierci. Co dzisiaj robiłaś? Ja byłam z przyjaciółką w górach. Stwierdziłam wczoraj: „Wciąż robię coś dla kogoś, muszę odpocząć”.  Mieszkam w Sanoku, góry mam na wyciągniecie ręki. Ależ świeciło słońce. Wiosna. Zauważyłaś wiosnę? Dopiero przed chwilą dotarłam do domu, resztę dnia spędzę z przyjaciółmi, może coś obejrzymy, może wyjdziemy. Nie pracuj za dużo, szkoda czasu naprawdę. No i idź zobacz tę wiosnę.

Jestem mamą 17-letniego chłopca chorego na mukowiscydozę. To autoimmunologiczna choroba. Atakuje płuca, narządy wewnętrzne. Ludzie chorzy na nią umierają wcześniej. Mój syn umierał już kilka razy. Ostatni raz w zeszłym roku, gdy z krwotokiem do płuc wieźliśmy go na sygnale do szpitala. Udało się go uratować. „Jakby przyszedł ten dzień, nie pozwolisz, żebym cierpiał? Obiecaj” poprosił później. Nie pocieszam, nie zaprzeczam. Pomogę, wiem. Czy matka mogłaby zrobić mniej dla swojego dziecka?

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Życie

„Ja wiem, żyć chce każdy. Ale gdy płuca pozwalają ci oddychać tylko na kilkanaście procent, gdy po wysiłku dostajesz masywnego krwioplucia a każdy krok sprawia, że sinieją ci usta to myślisz – Mam tak mało czasu, a jeszcze tyle chciałbym zrobić, zobaczyć”

„Mamo, dziś jestem staruszkiem, pomożesz mi pójść do łazienki?” uśmiecha się on. Im bardziej się uśmiecha tym bardziej ja wiem, że dzień jest ciężki. Że boli. On codziennie walczy. Jakże więc mogłabym nie walczyć ja. Nasz dom nazywamy domem cudów. Jest Patryk, jest młodsza od niego o dwa lata Klaudia, jestem ja. Był jeszcze Łukasz, mój mąż. Dzieci mówiły: „To nasz jedyny, prawdziwy tata”. Widzisz, nawet gdy jest blisko ciebie śmierć to możesz przeżyć miłość. My z Łukaszem spotkaliśmy się w szpitalu w Rabce gdzie od lat leczy się mój syn. Leczył się tam też Łukasz. To było lato 2009. Chwilę wcześniej mówiłam przyjaciółce, że już pogodziłam się z tym, że będę sama. Że chore dziecko i to moja misja wspierać je. Że przeszłam piekło, ale już niczego się nie boję. Uwierz, człowiek nie musi się bać jeśli nie chce. Ja nie chcę. Co to pomoże? „Dlaczego ona taka wesoła? Skąd ta radość?” słyszę czasem za plecami. Jak to skąd? Ze wszystkiego. Nie porównuję się z innymi ludźmi, nie mówię: „dlaczego ja?”. Wrogowi nie życzyłabym tych obrazów, które mam w głowie. Ale wiesz co, bardziej doceniam życie. Te 10 lat temu, gdy trafiłam z Patrykiem pierwszy raz do szpitala w Rabce, rzuciłam palenie w sekundę. Wtedy jeszcze ten szpital był zaniedbany, wstrętny. Okna wypadające z rynnami. Sypiący się tynk, grzyb na ścianie, świszczący wiatr hulający po oddziale. Słyszę ten świst nawet dzisiaj. W tym wszystkim te ciężko chore dzieci podłączone do tlenu, z krwiopluciem, sinymi ustami. Dla nich każdy oddech to wysiłek. Pomyślałam: i ja palę? Gdy mam takie szczęście, że oddycham.

Ten sam szpital, kiedyś koszmarny, potem okazał się darem. Weszłam do pokoju kolegi, zobaczyłam pięknego chłopaka siedzącego po turecku. On spojrzał na mnie. To był właśnie Łukasz. Niezły duet, ja matka dwójki dzieci, jednego chorego. On młodszy o siedem lat, prawie umierający na to samo na co cierpiał mój syn.

„Jedno życie odchodzi, drugie przychodzi. Tak już jest” pisał wcześniej Łukasz do siostry, która spodziewała się dziecka. Był wyczerpany. Przy 180 cm wzrostu ważył niewiele ponad pięćdziesiąt kilogramów.

A jednak dostaliśmy w prezencie trzy lata. Przeżyłam największą miłość. Kto jest więc szczęściarzem? Ja, która pochowałam męża czy ktoś kto tej miłości nie poczuł nigdy?

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Łukasz miał ten spokój, siłę i optymizm, który ma też Patryk. Może tak właśnie mają  chorzy ludzie? Wstydzisz się przy nich narzekać. My w w domu wciąż się śmiejemy. Klaudia wyrzuca bratu, że siedzi za długo w łazience, on jej odpowiada, że gdyby była taka gwiazdą jak on też by siedziała. Celebrujemy poranki, choć Patryk większości nocy nie przysypia, bo się dusi. W jego płucach i organach wewnętrznych zalega śluz. Codzienne oczyszczanie to rytuał. Najpierw pierwsza inhalacja ( żeby flegma się rozrzedziła), potem drenaż, kolejna inhalacja ( Patryk regularnie bierze antybiotyki), znów drenaż. Potem śniadanie, garść leków, znów drenaż. Te wszystkie zabiegi pomagają mu chociaż przez kilka godzin normalnie funkcjonować. A on stawia sobie wyzwania, chodzi normalnie do szkoły. Przynajmniej próbuje, bo więcej czasy spędza przecież w szpitalu. Ma cukrzycę, rozstrzelenie oskrzeli, astmę oskrzelową, niedobór witaminy D i D3. Czasem moi przyjaciele widzą, ile Patryk bierze leków. Nie mogą na to patrzeć, odwracają głowy. To dla zdrowego człowieka jest po prostu za dużo.

Choroba

„Przez długi czas myślałem, że to normalka, że tak mają wszystkie dzieci. Inhalacja, drenaż, szpital, karetki zabierające mnie w ciągu nocy”(….) Bywając u kolegów odkryłem, że oni nie mają sprzętu do rehabilitacji w domu, że jedzą coś bez leków, że moja młodsza siostra też nie stosuje drenaży, zacząłem myśleć, że to z wami coś jest nie tak

Patryk urodził się zdrowy, dostał 10 punktów. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że dzieci chore na mukowiscydozę wyglądają trochę jak te z Etiopii. Chude, z wydętymi brzuchami. Lekarze też nie wiedzieli. Wypuścili nas do domu. Ale mój syn źle oddychał. „On dziwnie świszcze, coś jest nie tak” mówiłam. Traktowano mnie jak spanikowaną matkę, choć on tracił na wadzę. Odstawiłam go od piersi, bo myślałam, że to przez pokarm. „Niech pani przestanie panikować”, „Taki jego urok”, „Z moim synem było podobnie” zbywano mnie. Gdy miał dwa tygodnie zachorował na zapalenie płuc. Szpital, antybiotyki. „Proszę zmienić mleko” ( w ciągu trzech dni przetestowaliśmy dziesięć rodzajów mleka), „Może to uczulenie, proszę pozbyć się psa”. Wymioty, wymioty. W końcu nas wypisali, bez diagnozy. Było już po północy, gdy Patryk w domu zaczął się dusić, byłam pewna, że umiera. Mój tata zawiózł nas do szpitala wojewódzkiego, w izbie przyjęć uklękłam: „Niech ktoś pomoże mojemu dziecku” błagałam. Wiem, że zrozumieją mnie tylko ludzie, którzy dziecko tracili. Znaleźliśmy się na oddziale zakaźnym, nie mogłam wejść do środka. W końcu wyszła lekarka i spytała czy Patryk jest ochrzczony, bo jest bardzo źle. Modliłam się na korytarzu. Potem były noce spędzone na krześle, brak informacji. Byłam jedną z setek matek, które to przeżywały.  Czy wiesz, że to ja zdiagnozowałam swoje dziecko? W ciążę mama kupowała mi różne „dzieciowe” gazety,  w jednej z nich był artykuł o mukowiscydozie.  Przeczytałam tę gazetę u mamy gdzie pojechałam się wykąpać, odpocząć. Już nie odpoczęłam, leciałam z gazetą do szpitala. Prosiłam. „Zapłacę za badanie przesiewowe, ale zlećcie je” prosiłam. A potem Patryka zobaczyła pani ordynator. Od razu spytała: „Słyszała pani o mukowiscydozie?”. Po badaniach genetycznych okazało się, że to najgorszy typ choroby. Mukowiscydoza płucno-brzuszna.  W szpitalu spędziliśmy pół roku.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Śmierć

„Wieczorem przed zaśnięciem zastanawiam się, czy przypadkiem nie jestem z kimś pokłócony, bo za nic nie chciałbym odejść, zostawiając kogoś z poczuciem winy, że nie zdążył. To tak, jak z tym obsesyjnym wyznawaniem tobie i siostrze miłości (śmiech). Śmierci boi się każdy, tylko mi jest cholernie was żal. Martwi mnie to, czy sobie poradzicie, to że same zostaniecie. Martwi mnie to, czy zdążę ze wszystkim, czy uda mi się odwiedzić jeszcze kilka miejsc, zaliczyć jeszcze kilka koncertów o których marzę”.

Patryk nie wiedział, że na tą chorobę się umiera. W szpitalu z kolegami jeździli na stojakach do kroplówek, podkradali doktorowi cukierki z gabinetu, chowali się pielęgniarkom do szaf. Ktoś pluł krwią, ktoś się szybko męczył. Ale to nie były dramaty – to była codzienność.  W Rabce poznaliśmy Oskara i jego mamę. Poznaliśmy też Kamila. To po ich śmierci mój syn zrozumiał, że na „muko” się umiera. Oskar miał 11 lat. Kamil podobnie. Nie wiedziałam jak mu powiedzieć o śmierci. Ponad dwie godziny prowadziłam wewnętrzne monologi. Ale w końcu po prostu powiedziałam. Był zły, wściekły, płakał. Potem długo nie chciał do tej Rabki jeździć.

Jednocześnie tam spotykaliśmy najwspanialszych ludzi. Mądrych, głębokich, wrażliwych. I obdartych ze złudzeń.

Mój syn powiedział: takie wspomnienia sprawiają, że mam siłę o siebie walczyć. Co z tego, że tak wiele z mojego życia to ból.

Słuchaj, napisz, że skoro my możemy być szczęśliwi, to chyba każdy może, prawda?

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

P.S Bohaterką tekstu jest Anika Zadylak i jej syn, Patryk. Fragmenty wypowiedzi Patryka pochodzą z wywiadu Aniki z synem dla pisma „Oddech życia. Mukowiscydoza”.


Znów próbujesz wytrwać na diecie i w ćwiczeniach? Dietę cud i gadżety wsadź sobie… między bajki, po prostu przestań robić te rzeczy

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
5 kwietnia 2016
Ćwiczenia i dieta, a szczególnie ich umiejętne łączenie to klucz do sukcesu. Zapomnij o słomianym zapale, sprawdź jak wytrwać na diecie i w ćwiczeniach.
Fot. iStock / Georgijevic

Do lata zostało jeszcze trochę czasu, ale my, kobiety już teraz z nieufnością patrzymy na swoje odbicia w lustrze. Niby wszystko jest ok, nie powinnyśmy narzekać, ale gdyby tak tej oponki z brzucha dało się pozbyć, ujędrnić pośladki no i może jeszcze łydki… Tak, mogłybyśmy być szczuplejsze!

Więc co robimy? Od razu, jeszcze tego samego dnia, gdy krytycznie oceniłyśmy figurę stawiamy twarde postanowienie…

Od dziś ćwiczę i jestem na diecie!

Naprawdę? –  zapytał twój partner, a ty przez chwilę miałaś go ochotę udusić. No tak, naprawdę, choć trudno w to uwierzyć, bo to już kolejne zobowiązanie, które co wiosnę kłębi się w głowie. Cel – sylwetka ze snów. Sposób realizacji – ten co zawsze. I tu jest pies pogrzebany, bo przyznasz sama że skoro po raz kolejny obiecujesz sobie to samo, to znaczy że wcześniejsze starania nie przyniosły wymarzonego efektu. Zrób więc uczciwie rachunek sumienia i na spokojne pomyśl co do tej pory szło nie tak, skoro ZNOWU musisz zacząć ćwiczyć i jeść sałatę zamiast ulubionego schabowego.

Lista grzechów ciężkich, za które twoja figura nie da ci rozgrzeszenia:

Kochasz “lekkie” przekąski miłością szaleńca

Wieczorem siedzisz na kanapie, z zadowoleniem sumując jakie pokusy na talerzu udało ci się ominąć i ile kalorii nie trafiło do twoich boczków. To genialne założenie udało się osiągnąć pomijając śniadanie lub kolację, bo przecież z głodu nie umrzesz, jeśli wrzucisz na ruszt “lekkie, zdrowe przekąski”. Za to głód z braku pełnowartościowego posiłku zmusza cię do wrzucenia czegoś “lajt” nie zawsze niskokalorycznego, co bywa zdradliwe z powodu mało “lajtowego”składu. Następnie z dumą siadasz wieczorem do książki podjadając ze spokojnym sumieniem suszoną żurawinę lub chipsy z bananów. Zdrowo? Może i zdrowo, ale bardzo kalorycznie ponieważ w 100 gramach suszonego jabłka jest 238 kcal, w rodzynkach 300 kcal, pestkach dyni 556 kcal, a w słoneczniku 561 kcal… To ile kalorii naprawdę dziś zjadłaś?

Cześć, to ja, słomiany zapał!

Jeśli właśnie wzdrygnęłaś się na brzmienie tego określenia, to oznacza że rzeczywiście masz z tym problem. Jednego dnia zrywasz się jak oparzona z kanapy, chcą ekspresowej rewolucji w życiu i jeszcze szybszych zmian jakie miałyby po niej nastąpić a drugiego myślisz – ”dieta? No jasne, od następnego poniedziałku”! Mimo początkowego zapału i wyjątkowo ambitnych planów wypracowania sześciopaku na brzuchu, kończysz na czteropaku piwa, który na pocieszenie wypijasz na spółkę z facetem, podczas oglądania meczu. Przecież jakby nie patrzeć, sport to zdrowie a on kocha cię taką jaką jesteś. Tyle że chyba nie dla niego chciałaś zmienić tryb życia, prawda? Więc żeby było ci łatwiej, poproś partnera o wsparcie, niech dopinguje cię każdego dnia do zrobienia czegoś dla siebie. Odpowiednio zmotywowana i pod czujnym okiem współtowarzysza niedoli łatwiej będzie wytrwać w postanowieniu. Załóż sobie cele do których będziesz dochodzić stopniowo i ciesz się z drobnych sukcesów.

Nie licz, że “cudowne” środki załatwią robotę za ciebie!

Porzuć złudne myśli, że pomysł na pas zakładany na kończyny który sam odwali za ciebie robotę zmuszając mięśnie do pracy, to klucz do sukcesu. Ile ja już widziałam tych pasów smętnie wiszących na swoich właścicielkach. Szkoda pieniędzy, tym bardziej że to nawet na ozdobę do klubu techno się nie nada. Suplementacja może być pomocna, na rynku dostępne są środki pomagające likwidować tkankę tłuszczową. Mogą one wpłynąć pozytywnie na twoje nastawienie do działania, nie licz natomiast że spalą tłuszcz bez twojego udziału. Te specyfiki działają tylko w połączeniu z ćwiczeniami, które zredukują tkankę tłuszczową.  Musisz naprawdę zacząć ćwiczyć, realnie zejść z kanapy. Kluby fitness proponują szeroką ofertę zajęć, więc wybierzesz coś odpowiedniego dla siebie, nawet jeśli nie masz zbyt wielkiego doświadczenia z aktywnością fizyczną.

Albo dieta albo ćwiczenia? Każdy niepełny wybór będzie zły

Najczęściej w ciągu dnia brak nam czasu na dopięcie codziennego grafiku. A gdzie tu jeszcze wcisnąć ćwiczenia, skoro wszędzie biegniemy z językiem do kolan? W dodatku trzeba się przebrać, poświęcić odpowiedni czas na aktywność fizyczną i do tego ogarnąć się po, czyli przy dobrych wiatrach godzina jest w plecy. Decydujesz się więc na dietę, bo ile to czasu porwać sałatkę i dodać pomidorki. Jest szybciej, mniej męcząco i jeszcze w głowie rodzi się myśl że robimy coś dobrego dla figury jak i zdrowia.

Tylko miej świadomość że rzeczywiście, zdrowe odżywianie jest istotne ale nie doprowadzi do spektakularnego efektu. Będziesz szczuplejsza, ale o ładnie zarysowanych mięśniach nie masz co marzyć. Dietetycy twierdzą że aby skutecznie tracić na wadze i popracować nad kondycją organizmu, należy przestrzegać następujących proporcji: 60% dieta, 30% ćwiczenia i 10% suplementacja.

Jeśli natomiast idziesz w stronę ćwiczeń bez narzucenia diety, też nie licz na szybki sukces. Nie spalisz boczków nawet intensywnymi ćwiczeniami, jeśli nadal będziesz dostarczała organizmowi ciężkie paliwo. Po prostu będziesz na bieżąco spalać kalorie jednak nie ruszysz głębiej schowanego tłuszczyku, który organizm sobie zatrzymał na gorsze czasy. Zapomnij tym bardziej o opcji “ćwiczenia dla hardkorów”, bo nie będzie to dla ciebie ani zdrowe, ani motywujące, ani tym bardzie osiągalne. Nie staniesz się Chodakowską w ciągu weekendu, więc mierz siły na zamiary i pomyśl, że sukces, na który trzeba solennie zapracować, smakuje lepiej niż coś podanego na tacy.

Bądź dla siebie sprawiedliwym sędzią

Nie narzucaj na siebie planów nie do zrealizowania, przecież żaden początkujący biegacz nie porywa się na dystans maratonu. Bądź uczciwa wobec siebie, jeśli podjęłaś już zobowiązanie walki o lepszą figurę. Nie pozwalaj sobie na małe grzeszki, ale nawet jeśli coś pójdzie nie tak, nie zadręczaj się, puść to w niepamięć. Nie ma nic bardziej demotywującego niż rozpamiętywanie potknięć, a na końcu konkluzja, że cholera,  znów się nie uda i nawet nie chce ci się bardziej postarać.

A przede wszystkim odpowiedz sobie na pytanie, czy rzeczywiście potrzebujesz takich zmian? Bo jeśli wprowadzasz dietę i ćwiczenia z kwaśną miną, bo robisz to z musu dla partnera czy sąsiadki z bloku, daj sobie spokój. Tylko głębokie przekonanie, że potrzebujesz takiego działania pchnie cię w kierunku realizacji. A wtedy słomiany zapał, źle dobrane ćwiczenia czy nieprzestrzeganie diety przestaną być czynnikami, na które złożysz odpowiedzialność za kolejne niepowodzenie.  


Zobacz także

Jak dobrać kolor ubrań do typu urody?

9 trików, które sprawią, że będziesz najbardziej czarującą osobą w towarzystwie

Zimowe śniadania

Zimowe śniadania. Celebrujemy sobotę! Akcja #rodzINKA. Tydzień I, wyzwanie 6