8 tekstów mężczyzn, za które czasami chcemy ich zabić

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
16 lutego 2016
Fot.Istock/_IB_
Fot.Istock/_IB_
 

Testują naszą cierpliwość, wprawiają w osłupienie, osłabiają, szokują. Bo jak – właściwie– można o to pytać? Osiem często używanych zdań, lekko i luźno. Jak gdyby nigdy nic. Jakby to Z NAMI było coś nie tak.

Ale o co ci chodzi?

Mistrz mistrzów. Przez mojego męża używane niemal jak przecinek.  Podniesiona brew, grymas zdziwienia na twarzy. A kysz, babo. Czemuż ty sobie tak życie komplikujesz? O co mi chodzi, gdy pytam o życie, o spóźnienie, brak telefonu, niezrobione zakupy. Hmm, o co mi chodzi? O nic, przecież, tak sobie tylko pytam głupio.

Przesadzasz

Oczywiście. Że też nie pomyślałam nigdy, że jestem po prostu zwykłą histeryczką.

Przesadzam, że jest bałagan. W końcu tu tylko wygląda jak po tornadzie, a mogłoby wyglądać jak po tornadzie, tajfunie i włamaniu. Nie wiem, czemu się czepiam. Przesadzam, w końcu pies mógł zjeść i stół, i krzesło, a obgryzł tylko kawałek komody. No i w łazience mogły pójść wszystkie uszczelki, a poszła tylko jedno i co tam, że to już pół roku. Naprawdę nie ma się czego czepiać.

Po co ci kolejna bluzka?

Hmm, zastanówmy się. Bo mam trzy na krzyż? Dobra, cztery. Dobra, pięć. I co za różnica. I tak mam za mało. Choć wiadomo, dla niego dużo. Zwinięte w kulkę kilka par gaci, dwa swetry, trzy bluzy– wciąż są mężczyźni, którym to wystarczy do życia.

A co ty dzisiaj robiłaś?

Ja? Czekaj, czekaj, rzeczywiście, chyba nic takiego. Wyszorowałam wannę, umywalkę, zlew, kuchenkę, fugi w kuchni i w łazience, odmroziłam lodówkę, ślady soku, starego mięsa i buraków, które już miałeś wyrzucić trzy dni temu, wyprałam 200 rzeczy, poprasowałam 100, okno na świat przemyłam, asystowałam twemu dziecku: w zabawie, spacerze, jedzeniu, myciu, rozrabianiu, w lekcjach, w tenisie i pływaniu, odpowiedziałam na 100 maili, upiekłam ciasto i zrobiłam makaron.

Tak, rzeczywiście nic dzisiaj nie zrobiłam.

Gdzie jest ręcznik? ( masło, piwo, obroża psa, laptop)

W szafie, kochanie. W której? W burej. W tej gdzie mamy pościel i ręczniki, człowieku. Nie ma, no nie ma. Nie ma, serio?! O leży tutaj, bardzo przepraszam, nie zauważyłem.

Na co ty wydajesz te pieniądze?

A tak rozdaję. A ponieważ rozdaję to obóz dla syna, teatrzyk córki, nowe zeszyty, kredki, flamastry, twoja ulubiona szynka parmeńska, paliwo, wino, obiady na tydzień po prostu spadły nam z nieba. Cud po prostu, prawda?

Możemy się pośpieszyć?

Poczekaj, poczekaj już. Jeszcze tylko ogarnę drugie twoje dziecko, pierwsze już gotowe do drogi. Zobacz, umyte, uczesane, ubrane, ze zmienioną sukienką, bo przepraszam, ale nie zauważyłeś, że tamta była poplamiona i mól wygryzł w niej dziurę. Drugiemu jeszcze tylko dam strawę i zmyję mu buzię po słodkim śniadaniu z tobą. Czekaj, jeszcze zabawki, książki i audiobook. A i picie. Zabrałeś? Nie? To poczekaj, muszę się wrócić. A pies był? O rany, to poczekaj, potrzebuję jeszcze 20 minut.

Nie wiesz tego?

A czy gdybym wiedziała to bym pytała?


„Przepraszam, jutro już wstanę”. O silnej kobiecie, która przeżywa załamanie

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
29 lutego 2016
Fot. iStock / da-kuk
Fot. iStock / da-kuk
 

Muszę odpocząć. Chcę zawinąć się w kołdrę. Chcę oszukać, że jestem chora. Chcę powiedzieć wszystkim, że nie mam nic do powiedzenia więcej, nic do zrobienia i jest mi tak smutno, że żadne „będzie dobrze” mi nie pomoże. Ani żadne „rozumiem”, ani „przykro mi”. Nie chcę poniedziałku. Ani nie chcę wtorku. Środę też mam w dupie. A weekend mnie nie interesuje. Za chwilę będę znów silna. Wiem to. Ale teraz nie jestem.

Lubiłam swoją siłę. I radość. Inni też ją lubili. Dziś świat jest bardziej klarowny niż kiedyś – nie lubimy maruderów, pesymistów, nazywamy ich energetycznymi wampirami. Bardzo bałam się być energetycznym wampirem. Więc dużo się śmiałam.

Śmiałam się, gdy moi rodzice się rozwiedli i z dnia na dzień zostałam sama z mamą. Myślałam, że tym śmiechem pomogę mojej mamie, która śmiała się mało. Za to dużo płakała. Wtedy pomyślałam, że płacz nie jest fajny. Obiecuję, rzadko płakałam. Pierwszemu narzeczonemu, który mnie rzucił powiedziałam tylko: „okej”. Drugiemu, któremu mnie zdradził, spakowałam wszystkie rzeczy w worki na śmieci i wystawiłam na klatkę. Zmieniłam zamki. Nie płakałam ani razu.

Uważałam, że płacz jest słabością i wrzeszczałam na przyjaciółki, że płaczą. Kazałam im brać się w garść, uprawiać sport i seks bez zobowiązań.

Śmiałam się, gdy raz w życiu zwolnili mnie z pracy. Może inaczej: powiedziałam wszystkim, że w porządku, że to nic. Tak czułam. Powiedziałam też sobie, że to śmieszne się smucić i oni jeszcze zobaczą. Założyłam własną firmę i stałam się konkurencją dla tych, którzy mnie zwolnili. Groźną konkurencją.

Nic nie było w stanie mnie złamać. Nic. A któregoś dnia złamał mnie poranek. Że trzeba w ogóle wstać. Że umyć zęby i włosy. I odwieźć dzieci do szkoły.

Najpierw poszłam do internistki.

– Umarł ktoś? ( słucham???)

– Ale w jakim sensie?

– Czy ktoś umarł, że pani nie śpi, a potem nie może wstać?

– Nie umarł.

– A przeżyła pani stratę?

– Nie.

– To dlaczego pani nie śpi?

(a skąd ja mam to wiedzieć, babo ty, czy poszłabym do ciebie, gdybym wiedziała dlaczego?!)

To był pierwszy razy, gdy zrozumiałam, że silne kobiety nie mogą się załamać. Jeśli mam dom, pracę, pieniądze to muszę się cieszyć.

– Ej, ale o co ci chodzi? Zdrowa jesteś? Ciesz się.

– Rany…… Ty? Nigdy nie widziałam cię w takim stanie

– Trzeba chcieć.

Tak, wiem. Trzeba. Obiecuję, przysięgam, też to mówiłam. A potem leżąc w łóżku widziałam, że pięć metrów dalej jest łazienka. „Później”, pomyślałam. Później umyję zęby, zadzwonię służbowo, zrobię co mam zrobić. „Później”. To takie kojące słowo. Poczucie winy jest ogromne, bo naprawdę wiesz, że twoje problemy są żadne. Ktoś obok walczy o życie, ktoś się rozwiódł, ktoś ma chore dziecko. Masz świadomość śmieszności siebie, ale to twoje ciało mówi „nie”. Biegasz do kolejnego lekarza ( neurologa, bo wciąż boli cię głowa), okulisty ( bo tracisz wzrok w prawym oku ), kardiologa ( bo budzisz się z tak walącym sercem, przecież musi coś być).

W końcu trafiasz do psychiatry i słyszysz: „Przecież to stany lękowe i depresyjne”. I ktoś wreszcie zadaje ci pytania, których wcześniej nie zadawał ci nikt. Dlaczego ma pani poczucie winy? Dlaczego nie daje pani sobie prawa do uczuć?

Kochani,

też tego nie wiedziałam. Bo byłam tą silną, która ganiła innych. Ogarnięta w pracy, w domu, ogarniętą wszędzie. Ale czasem koniec, nul. I nie o to chodzi, że nie wstaniesz zawieźć dzieci. Oczywiście, że wstaniesz. I nie o to chodzi, że nie zrobisz pracy. Oczywiście, że zrobisz. Chodzi o to, że któregoś dnia po prostu czujesz tę obezwładniający smutek. I każdy krok jest walką, i kawa poranna, o której moja koleżanka, w depresji mówiła, że była dla niej wyczynem. Wstawienie ekspresu, naszykowanie córki do szkoły, zawiezienie jej. Codzienność. Sklep, zakupy, tankowanie i tłum w supermarkecie. Coś co kiedyś było oczywistością.

Pomyślałam, że częścią depresji jest wcześniejsze udawanie, że jest tak śmiesznie, nic nas nie dotyka. A przecież rozwód jest bólem i każde rozstanie. I strata pracy. Nie udawajcie. Lepiej naprawdę wyć po rozstaniu, użalać się nad sobą niż później, bez powodu, stać 20 minut przed marketem i zastanawiać się: „wejść czy nie wejść”, bo tak się boisz Nie Wiadomo Czego. Tłumu, hałasu i światła. Ból nieprzeżyty zawsze wróci.

Lepiej przeżywać wszystkie rzeczy na bieżąco, bo one później, zebrane wybuchają ze zdwojoną siłą. W związku, w przyjaźni, w pracy.

Lepiej nie być panią silną. Lepiej być kobietą świadomą, która nazywa uczucia. Wie, co jest stratą, co zdradą, co odrzuceniem, co złością, a co żalem.

Największą mocą wcale nie jest mówienie: „dam radę” , ale raczej: „Dziś się czuję ch…., ale jutro, pojutrze znów to ogarnę”.

A ludzi w depresji (smutku?) boli:

– przemijanie

– choroby bliskich

– choroby obcych

– rozstania bliskich i obcych

– śmierć (wszędzie widzisz tylko śmierć)

– inni ludzie (którzy nigdy nie będą tak empatyczni, żeby zrozumieć cierpiącego, ale to nie jest ich wina)

– oni sami ( że nie są silni, bardzo się tego wstydzą i czekają aż znów będę silni)

Dobra, boli ich wszystko. Ale to naprawdę mija. Nie mówcie im, że będzie dobrze i o co im, k….chodzi, bo są zdrowi. Przytulcie i powiedzcie, że jesteście.


10 wymówek, żeby nie ruszać się z kanapy. Wszystko bzdury. Wyznanie grubaski

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
10 lutego 2016
Fot. iStock / Serg Myshkovsky
Fot. iStock / Serg Myshkovsky

Tak, tak sport to zdrowie, uroda, energia. Jasne, jasne. Ale może jednak od jutra. Nie, nie– od poniedziałku. Aj tam, początek miesiąca jest jednak świetny. Nie, zdecydowanie lepsze są urodziny, moje, syna, córki, przyjaciółki… Uff. Podpytałam moje „odkładające sport” koleżanki . Również te, które zaczęły, a latami nie mogły. Dlaczego? Dlaczego? Oto lista 10 wymówek. Z perspektywy czasu można pomyśleć: ależ człowiek bojkotuje sam siebie i swój sukces.

„Nie mam czasu”

Naprawdę? Znam to doskonale. Małe dzieci, mąż, praca, szef, nauka. Aaaa, co jeszcze? Dość. Żeby ćwiczenia dały efekt wystarczy 30 minut dziennie. Jeśli liczysz dojazd na siłownię na drugi koniec miasta, trening, a potem powrót to w porządku. Kupa czasu. Ale wystarczy włączyć you tube gdzie jest mnóstwo filmów z treningami. Do wyboru, do koloru. Na każdą partię ciała. Płyty  Ewy Chodakowskiej są w prawie każdym sklepie. Ćwiczyć możesz o każdej porze, naprawdę. Choć Ewa Chodakowska powiedziała kiedyś, że nie powinniśmy gimnastykować się później niż dwie godziny przed snem.

„Jestem za bardzo zmęczona”

No ba. To może ja na tej kanapie spędzę sobie życie. Mam anemię, nie mam sił (to ulubiona moja wymówka), może coś z tarczycą (co tam, że badania ok). Zło. Nie da rady. Gdzie jest kocyk? GDZIE JEST MÓJ KOCYK?

A czy wiesz, że czujesz się tak dlatego, że nie ćwiczysz?Nie ma nic lepszego na zmęczenie niż ćwiczenia. Osoby, które regularnie uprawiają sport, wolniej się męczą.

„Nie lubię wysiłku”

A żyć lubisz?:) A pokonywać przeszkody, trudności? Jeśli nie lubisz wysiłku to pewnie nie. Bo wszystko co dobre, fajne i zmieniające nasze życie przychodzi po wysiłku. No chyba, że jesteś w czepku urodzona.

Podczas jednego treningu możesz spalić kilkaset kalorii. Czyli tyle co duży obiad. Naprawdę nie warto?

Poza tym ćwiczysz silną wolę. No i charakter. Łatwiej ci potem będzie pokonać inne życiowe trudności

„Nie chce mi się”

Poważny argument, rozumiem. Hmm…. osobom które nie uprawiają sportu rzadko się coś chce. A może nie potrafisz odpowiedzieć sobie na pytanie po co ci właściwie te ćwiczenia? Lepsza waga? Kondycja? Jędrniejsze ciało?

Instruktorki fitnessu mówią jasno– zapytaj dlaczego, a dopiero potem rób.

Zmuś się tylko przez miesiąc– tyle wystarczy, żeby uzależnić się od ruchu. Ja kupiłam sobie fajny strój do ćwiczeń i nagrałam super muzykę. Co ty musisz zrobić, żeby ci się chciało?

„Nie widzę rezultatów”

No pewnie, że nie widzisz szczególnie jeśli obrosłaś tłuszczem. Weź wyrzuć wagę i centymetr też wywal na początek. W ogóle o tym nie myśl. Daj sobie miesiąc– a potem się zmierz. Pamiętaj, nie można jeść za mało. Sama to przerobiłam. Głodowałam i nic. To męczy i frustruje. Trzeba jeść.

Jeśli nie chudniesz– możesz mieć naprawdę problemy z tarczycą. Koniecznie umów się do endokrynologa.

„Tyle trzeba czekać na efekty”

To właśnie jest nieprawda. Jeśli regularnie ćwiczysz efekty są oszałamiające. Jasne, ja swoje efekty widzę na razie sama. Ale co z tego? I tak chętniej będziesz wstawać z łóżka, spojrzysz na siebie życzliwie, będziesz mieć moc, której ci brakowało. Reszta zobaczy później.

„Fitness jest dla młodych”

Wczoraj na moim osiedlu zobaczyłam biegnącą dziewczynę. Jaskrawa kurtka, legginsy, kolorowa opaska na głowie, duże słuchawki na uszach. Akurat wracała z biegania, mimo to przeleciała przez bramę jak rakieta. Spojrzałam na nią z radością. Rany, czysta energia w tym cholernym szarym lutym.

„Super dziewczyna” mruknęłam z zazdrością do ekspedientki w naszym osiedlowym sklepem. „Jaka tam dziewczyna” sprostowała ona „Niedawno obchodziła 46 lat, ma trójkę dzieci”. Co? Wow. Rację ma Ewa Chodakowska. Wysiłek fizyczny odmładza nas średnio o 12 lat. Ty szurasz, choć jesteś młoda, ktoś frunie.

Hmm…

„Ćwiczenia są nudne”

No baaa. Nuda, ziew, masakra. To była moja ukochana wymówka. W końcu jestem stworzona do wyższych celów,a nie jakiegoś pocenia się czy wykonywania dziwacznych nudnych ruchów. I rozumiem jeśli wymiękasz na siłowni. Dla mnie siłownia to zło tego świata. To jest tak nudne, że milion muzyk nie pomoże. Ale tak trampolina, fitness grupowy, energetyczna Mel  B. (oj polecam jej energię), popularne sześciominutówki (no jak się znudzić jak to takie tempo, będziesz raczej zbierać się z podłogi)

Szukaj aż znajdziesz. I zmieniaj.

„Po co ćwiczyć, mam dobrą figurę”

No to jesteś farciara. Przynajmniej z perspektywy grubaski, ale…Aktywność fizyczna poprawia samopoczucie. Podnosi poziom serotoniny. To naprawdę działa. Od kiedy się ruszam – mniej marudzę. A ostatnio pod jakimś postem u Ewy Chodakowskiej przeczytałam: „Od kiedy ćwiczę nawet teściowa mnie nie wkurza. Właściwie wszyscy irytują mnie mniej”. Nie warto?

„Mam problemy ze zdrowiem”

No i właśnie dlatego powinnaś ćwiczyć. Jest niewiele schorzeń, które uniemożliwiają wysiłek. Najlepiej skonsultuj się z lekarzem – on ci powie jaka gimnastyka jest dla ciebie najlepsza.