8 rzeczy, których nikt nie powinien do ciebie mówić. Słyszysz je? Odwróć się na pięcie

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
12 kwietnia 2016
Fot. iStock / Nicolas McComber
 

Dużo ostatnio mówi się o właściwej komunikacji. Opasłe poradniki powstają na temat tego, jak ze sobą rozmawiać. Niestety, nieustannie przekraczamy czyjeś granice i ktoś przekracza nasze. Dlaczego? Cóż, trudne pytanie. Najważniejsze jest jednak to, by wiedzieć jak nie powinni odzywać się do nas ludzie. Nieważne, że to partner, szefowa, współpracownik, rodzic. Nie. Z szefem, oczywiście, będziemy postępować łagodniej, ale…. Im bardziej pozwalamy na przekraczanie swoich granic, tym gorzej się z tym czujemy.

 Każdy z nas popełnia mnóstwo błędów w komunikacji. Właściwie, gdy się temu bliżej przyjrzeć wszyscy to robimy. Agresja jest zła („jesteś nienormalna”) agresja bierna jest też zła („o nic mi nie chodzi”), złe jest milczenie i mówienie za dużo też jest złe. Uff.  Gdy usłyszysz poniższe słowa, nie czuj się winna. To tylko czyjaś sprawa, że tak uważa. Ty nie masz nic z tym wspólnego. Cudze oceny – cudza sprawa.

„Ja cię doprawdy nie rozumiem”

Czytaj: jestem od ciebie mądrzejsza, skoro ja cię nie rozumiem to doprawdy kto cię zrozumie.

Jaką to budzi reakcję? Brr. Skoro mnie nie rozumiesz, nie jesteś fajna (pierwsza reakcja).  Skoro mnie nie rozumiesz, ja nie jestem fajny (druga reakcja). Jednym słowem: zapomnij o kompromisie.

Wersja ostra: trudno (proszę, powiedz to osobie przed którą zawsze się tłumaczyłaś, zobaczysz jak się zachowa:) O zła ja.

Wersja łagodna:  Nie chodzi o to czy rozumiesz czy nie. Nic dziwnego, że nie rozumiesz – to inny człowiek, nie siedzisz w jego duszy. Chciałabym ci powiedzieć o co mi chodzi.

„Bzdury mówisz!”

Auć. Koniec dialogu. Czytaj: jesteś debilem. Nie znasz się, nie ogarniasz.

Jaką to budzi reakcję? To może pójdę gdzieś indziej. Do kogoś kto mnie zrozumie.

Wersja ostra: aha. Skoro tak uważasz to pogadajmy kiedy indziej

Wersja łagodna: To, że z kimś się nie zgadzasz, nie znaczy, że on mówi bzdury. W których konkretnie miejscach mówię bzdury.

„Nie, nie masz racji”

Powtarzane jak zdarta płyta. Mimo że podajesz konkretne fakty, daty, mówisz o swoich odczuciach. Uff, odetchnij. Są po prostu ludzie, którzy zawsze wiedzą lepiej. Po co ci to?

Wersja ostra: Taką podjęłam decyzję (zamknięcie konfliktu, ale bez rozwiązania)

Wersja łagodna: Ty myślisz tak, ja inaczej. Tak czasem jest.

„Bo ty zawsze tak robisz”

I odwoływanie się do wydarzeń z przeszłości. Są ludzie dla których twoja przeszłość zawsze będzie argumentem przeciw tobie. Świetnie, niech będzie. Ale przecież ty sama nie musisz być niewolnikiem tego co było.

Wersja ostra: skoro wolisz myśleć, że zawsze tak robię. Cóż, proszę bardzo

Wersja łagodna: rozumiem, że przeszkadzało ci to, co robiłam  w przeszłości, ale proszę, rozmawiajmy o tym co tu i teraz. Co konkretnie ci przeszkadza?

„Bo ja tak chcę!”

Uff. Cóż zrobić. Jeśli nie masz do czynienia z dwulatkiem, którego możesz przytulić, po prostu nie zwracaj na to uwagi.

Wersja ostra: Rozumiem, ale ja nie.

Wersja łagodna: Czułabym się lepiej gdybyś na spokojnie wytłumaczyła mi/wytłumaczył dlaczego tak chcesz.

„Jesteś taka sama jak twoja matka”

Ojciec, ciotka, siostra, potwór. W tym komunikacie chodzi o ty, by upokorzyć i zbić z tropu. Nawet jeśli mówi ktoś ( partner?) mówi to z poczucia bezradności.

Wersja ostra: Cóż, twoje prawo tak sądzić

Wersja łagodna: Podaj mi konkretne rzeczy, które nie podobają ci się w moim zachowaniu.

„Jesteś głupia, nieuczciwa… etc.” ( generalnie mnóstwo przymiotników)

Zanim dostaniesz szału, popłaczesz się, zdenerwujesz, pomyśl, że tylko ludzie o niskim poczuciu własnej wartości myślą, że ktoś wie lepiej kim są. Ty wiesz jaka jesteś. To naprawdę wystarczy.

Wersja ostra: wychodzę i przestaję tego słuchać (do szefowej jednak odpada:) )

Wersja łagodna: widzę, że jesteś bardzo zdenerwowany/zdenerwowana. Spróbuj na spokojnie powiedzieć o co ci chodzi.

Gdy komunikujesz się w wersji łagodnej, możesz od razu mówić o sobie: „Anioł”.

„Powinnaś zrobić to i tamto”

Najcudowniej znaleźć się blisko istoty wszechwiedzącej. Odetchnij dwa razy.

Wersja ostra: To ty tak uważasz.

Wersja łagodna: Dlaczego uważasz, że wiesz lepiej co dla mnie dobre? (na 100 proc. znokautujesz wszechwiedzącego)


Pierwsza Dama milczy, a jej poprzedniczki zabierają głos w sprawie zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 kwietnia 2016
Pierwsza Dama milczy, a jej poprzedniczki zabierają głos w sprawie zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej
Fot. Wikimedia / Ja FrytaCC BY-SA | Flickr / PO / CC BY-SA | Wikimedia / Oficjalna strona Prezydenta RP/ GNU Free Documentation License
 

Nie cichnie dyskusja wobec zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, która miałaby wprowadzić całkowity zakaz aborcji. Przypomnijmy, że dotychczasowe prawo dopuszcza legalnego dokonania aborcji w przypadku, gdy ciąża zagraża życiu matki, gdy jest wynikiem gwałtu oraz w sytuacji ciężkiego uszkodzenia płodu. 

Wiele kobiet, a także i mężczyzn protestuje wobec próby zaostrzenia prawa. Podpisywane są petycje, organizowane protesty.  Środowiska związane z ruchem kobiet proszą Pierwszą Damę Annę Dudę o zabranie głosu w tej sprawie. Liczą, iż poprze ona prawo kobiet do wyboru i decydowania zgodnie z ich własnym sumienie. Pani Prezydentowa nie zajmuje jednak stanowiska w tej sprawie, i jak na razie milczy. Głos natomiast zabrały jej trzy poprzedniczki – Danuta Wałęsa, Jolanta Kwaśniewska i Anna Komorowska wydając wspólnie oficjalne oświadczenie, w  którym wyraziły swój niepokój dotyczący zmian w ustawie antyaborcyjnej.

Szanowni Państwo!

Z ogromnym niepokojem przyjmujemy koncepcję odejścia od kompromisu w sprawie ustawy antyaborcyjnej z 1993 roku.

Kompromis ten jest efektem poważnej dyskusji. Został wypracowany z dużym trudem. Jak wiele porozumień osiągniętych dzięki ustępstwom obu stron, bywał on w ciągu ostatnich 20 lat kwestionowany z różnych, często przeciwnych, pozycji – zarówno przez zwolenników aborcji na życzenie, jak i zwolenników bezwzględnego jej zakazu. Jego siła polega na tym, że od ponad dwóch dekad chroni obie strony sporu przed radykalizacją prawa – w którąkolwiek ze stron. Dlatego zdecydowałyśmy się go bronić.

Nie we wszystkich kwestiach mamy takie same poglądy. Ale wszystkie jesteśmy matkami i wszystkie myślimy z troską zarówno o naszych córkach, jak i o wszystkich Polkach. Dlatego apelujemy o powstrzymanie działań, które sprawią, że kobiety znajdujące się w obliczu dramatycznie trudnych decyzji będą zmuszane do heroizmu przepisami prawa.

Każda aborcja jest dramatem, ale nie można dramatu kobiet pogłębiać zmuszając je do rodzenia dzieci z gwałtu, czy do ryzykowania życiem i zdrowiem swoim lub dziecka.

Przestrzegamy, że złamanie dotychczasowego porozumienia będzie nieuchronnie prowadzić do zastąpienia trudnego kompromisu stałą wyniszczającą walką, grożącą nieprzewidywalnymi zmianami i popadaniem w skrajne i przeciwne sobie rozwiązania, w zależności od zmiany władzy.
Z poważaniem,

Anna Komorowska
Jolanta Kwaśniewska
Danuta Wałęsa

 


Źródło: Radio Zet

Fot. Wikimedia / Ja FrytaCC BY-SA | Flickr / PO / CC BY-SA | Wikimedia / Oficjalna strona Prezydenta RP/ GNU Free Documentation License


Foch, aż boli. Kto ma więcej korzyści z „cichych dni” – faceci czy kobiety?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 kwietnia 2016
Foch, aż boli. Kto ma więcej korzyści z "cichych dni" - faceci czy kobiety?
Fot. iStock / 4FR

Faceci mówią, że dla nich kara „cichych dni” jest jak najlepsza nagroda. „W końcu przestała gderać”, „Chwila ciszy i spokoju” – mówią z uśmiechem kolegom. Rozsiadają się wygodnie na kanapie w domu, podczas gdy my miotamy się między praniem, sprzątaniem, a robieniem kolacji dzieciom.

Oczywiście wściekłość rozsadza nam mózg, a w głowie rozbrzmiewa: „O nic tego palanta nie poproszę”. A ten palant ma święty spokój. On wie, że ma kilka dni wolnego od wszelkich obowiązków, od naszych oczekiwań i… naszego gadania. A, że nie zrobimy mu kolacji? Myślicie, ze się tym przejmuje? Z dziką rozkoszą wyciągnie sobie kawałek kiełbasy z lodówki, do ręki weźmie jeszcze kawałek chleba i zasiądzie przed telewizorem.

Myślicie, że nasz foch, milczenie, czy obraza – jakkolwiek to nazwać, robi na nim jakiekolwiek wrażenie? My chcemy go ukarać za to, że:

– zapomniał o rocznicy ślubu

– nie odebrał dzieci z przedszkola

– zapomniał o zakupach, choć mu o nich przypominałyśmy

– wyszedł z kumplami i wrócił zalany w trupa

– nie pomógł nam w sobotnich porządkach, bo umówił się rower z kolegą,

a tymczasem on tę „karę” ma w głębokim poważaniu, zresztą słowo „kara” brzmi tu co najmniej śmiesznie. Bo my chcemy w ten sposób zademonstrować, że nam przykro, że smutno, że jesteśmy wściekłe, że nie podoba się nam, że po raz kolejny nas zawiódł. Tymczasem te nasze demonstracja, wywieszenie w domu flagi z napisem: „ciche dni”, mają zupełnie inny od zamierzonego przez nas rezultat.

Postawcie się w sytuacji faceta. Przyjmijmy, że jest to dość bystry gość i ma świadomość, że coś zawalił, że jest w nim poczucie winy, że „kurczę no, dałem d*py”. On już wie, że teraz przez dwa do trzech dni nie będziecie się odzywać. Nie jest mu początkowo z tym dobrze, gniecie ta cisza, ale w końcu przyjmuje to jako normę z (często jednak udawaną) pokorą (ale też ze skrywaną radością), to jednak może przez kilka dni pożyć sobie „w świętym spokoju”. Idzie się przyzwyczaić, a co tam.

A jeśli do czynienia mamy z facetem – gburem, ignorantem, który wychodzi z założenia: „No i co się takiego stało”? My strzelamy focha, a on jest najszczęśliwszy na świecie, że nie musi się tłumaczyć, przepraszać. Przeczeka kilka dni i wszystko wróci do normy, bo przecież wróci – prawda? Emocje opadną, „ona przestanie się czepiać” i on szczęśliwy ponownie wymości sobie wygodne miejsce w małżeńskim łożu.

Rozmawiałam z kumplem, któremu żona notorycznie funduje „ciche dni”. On mi powiedział: „Daj spokój, ile można się domyślać. Ja czasami nawet nie wiem, o co jej chodzi”. Pomyślałam – no tak, skąd ma wiedzieć, skoro ona nic nie mówi. Faceci na nasze „ciche dni” mają zawsze sprawdzony patent. Odczekają, porozkoszują się ciszą i po kilku dniach wrócą z kwiatami przepraszając właściwie sami nie wiedząc za co, albo pewnego wieczoru zaczną nas smyrać miło po plecach, aż zmiękniemy – wiadomo, że seks po kłótni jest najlepszy, nawet gdy tej kłótni formalnie w ogóle nie było.

I tak sobie myślę, że my tymi „cichymi dniami” robimy sobie więcej krzywdy niż pożytku. Bo jeśli się zastanowić, to z tego, że nie odzywamy się do naszego faceta, nie mamy żadnych korzyści – oprócz tej wiadomej – nie musimy z nim rozmawiać.

Musimy wszystko ogarniać same

Bo przecież jego o nic nie poprosimy. Więc, jeśli mamy w domu sprytnego i nastawionego na własną wygodę samca, to jemu w to graj. My zachrzaniamy, dwoimy się i troimy, a on w tym czasie korzysta z braku natłoku obowiązków i wyrzucanych niczym karabin maszynowy poleceń: „ubierz, podaj, odwieź, kup”. Dla niego idealnie byłoby, gdyby „ciche dni” trwały cały rok, z przerwami na seks na zgodę.

Nie tłumaczymy, o co nam chodzi

Strzelamy focha, a on rozkłada ręce. Jeśli jest choć trochę wrażliwy to spyta: „Ale o co ci chodzi, porozmawiajmy”. Ale my w żadnym wypadku nie mamy zamiaru nic tłumaczyć: „Niech się dupek domyśli” – rzucamy tylko w głowie. Ale jakie on ma szanse się domyślić? A jeśli nawet wykaże się nie lada inteligencją i wpadnie o co nam chodzi, to skąd ma wiedzieć, dlaczego nas to zabolało? Zwłaszcza, gdy dla niego rzecz, o którą strzelamy focha jest kompletną błahostką, nad którą nie warto się pochylać.

Same sobie robimy krzywdę

Bo nie dajemy upustu własnym emocjom. Zamiast wyrzucić z siebie, co nas boli i dlaczego, to my skrzętnie zamykamy kolejną pretensję j żal w skrzyneczce na kluczyk. Tam one sobie leża i czekają na moment, kiedy wszystkie na raz ze zdwojoną – co ja mówię, z tysięczną siła wyleją się i zaplują na śmierć wasz związek. Nie da się razem żyć i pielęgnować uraz, to zawsze prowadzi do tragedii.

Zwalniamy faceta z odpowiedzialności

No bądźmy ze sobą szczere. „Ciche dni” to jednak zachowanie rozkapryszonej dziewczynki, która tupie nóżką i mówi: „A masz, a masz. Pocierp sobie w ciszy i samotności”. Kochane, ale oni nie cierpi, nie ma co się łudzić. Wręcz przeciwnie nie ponosi żadnych konsekwencji tego, co zrobił, czym nas skrzywdził, sprawił przykrość.

A gdyby tak te „ciche dni” zamienić na „głośne”. Nie odpuścić, gonić, przypominać, upominać i mówić jak nam źle, zostawić go z listą rzeczy do zrobienia, podczas gdy my musimy wyjść na masaż to wszystko (po uprzednim dokładnym wytłumaczeniu co to „wszystko” oznacza) odreagować. Oczywiście za jego kasę.


Zobacz także

„Jest mi bardzo przykro, że nie nauczę cię kobiecości, nie przytulę”. List matki do nienarodzonego dziecka

Dziecko tabletowe. Czyta: Krystyna Czubówna. Niby śmieszno, a jednak straszno

Akcja „Przed Świętami znajdź chwilę – znajdź siebie”. List do Mikołaja