7 technik samoobrony, które mogą ocalić ci życie. Gdy walczysz o siebie – wszystkie chwyty dozwolone

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
14 sierpnia 2017
Fot. iStock/RapidEye
 

W dzisiejszych czasach trzeba wiedzieć, jak reagować w niebezpiecznych sytuacjach. Istnieje kilka skutecznych technik samoobrony, które pozwolą ci poradzić sobie z agresorem bez względu na to czy jesteś osobą silną i sprawną fizycznie, czy raczej stronisz od wysiłku fizycznego. 

Samoobrona to sztuka pokonania napastnika bez użycia broni. Nie jest oparta na sile, ale refleksie, na szybkości reagowania, no i wiedzy – gdzie uderzyć, co zrobić, by zyskać czas na ucieczkę przed agresorem. Zachęcamy was do zapoznania się z siedmioma podstawowymi i najbardziej skutecznymi technikami.

W przypadku napaści:

1. Z całej siły wygnij palec agresora na zewnątrz dłoni zadasz mu duży ból – i uciekaj.

2. Jeśli agresor próbuje złapać cię za szyję, użyj środkowego i wskazującego palca, by wbić mu je w oczy lub gardło.

3. Złap agresora za włosy, pociągnij go za nie ku ziemi, a potem mocno uderz kolanem w twarz lub przyciśnij kolanem jego głowę.

4. Ugryź w najbliższą, odsłoniętą część ciała agresora, możesz to zrobić nawet jeśli masz unieruchomione ręce.

 

5. Z całej siły nadepnij obcasem na stopę agresora, ból jest tak silny, że zyskasz czas na ucieczkę (szczególnie skuteczne, jeśli nosisz „szpilki”).

6. Jeżeli zostałaś zaatakowana od tyłu, możesz także uderzyć łokciem „na ślepo”, ze wszystkich sił.

7. Kopnij agresora w pachwinę lub genitalia – to jedna z najbardziej skutecznych i bolesnych technik samoobrony.

Nie musisz znać sztuki walki, by się skutecznie obronić.

Miej jednak świadomość, że najlepszą ochroną jest zapobieganie, dlatego :

♦ Jeśli zauważysz osobę, która wygląda/zachowuje się podejrzanie, po prostu pójdź w innym kierunku.

♦ Nigdy nie wchodź do domu, jeśli czujesz, że ktoś cię śledzi, udaj się w miejsce, w którym jest dużo ludzi.

♦ Nigdy nie wchodź do domu, jeśli zastaniesz otwarte drzwi. Natychmiast wezwij policję.

♦ Unikaj wypłacania pieniędzy z bankomatu w godzinach wieczornych i nocnych.

♦ W przypadku ewentualnej agresji krzycz „POŻAR” (wzbudzisz większe zainteresowanie niż krzycząc „pomocy”…).

♦ Zatrzymując się na ulicy na światłach, czy na chwilowy postój, upewnij się, że drzwi samochodu są zablokowane.

♦ Wracając do domu w nocy wybieraj zawsze dobrze oświetlone i monitorowane ulice, nawet jeśli te ciemne i puste są najkrótszą drogą.

♦ Nie panikuj, podczas ataku agresora musisz nad sobą panować, by podejmować świadome, skuteczne działania.


 

 

Na podstawie: brightside.me

 


Weź dzieciaki na wycieczkę, mówili. Będzie fajnie, mówili. Jak można tak kłamać?!

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
14 sierpnia 2017
fot. iStock/ Imgorthand
 

Sezon wakacyjny w pełni, a więc i branża wycieczkowa ma się całkiem dobrze. Jeździmy, zwiedzamy, poznajemy rozmaite zakątki naszego kraju i świata. Szczególnie w obowiązku turystycznym czują się ci, którzy mają pod swoja opieką najmłodszych – w końcu trzeba dzieciakom zapewnić rozrywkę, pokazać im ciekawe miejsca, zabytki, historii nieco przekazać. No i przecież takie wycieczki z dzieciakami to super atrakcja i mnóstwo frajdy dla wszystkich! Czy aby na pewno?

Bądź gotowy na wszystko

Zapewnić dzieciakom atrakcje to w dzisiejszych czasach wyższa szkoła jazdy. Powód jest bardzo prosty – mają wszystkiego pełno, często aż zbyt wiele, za szybko i bez żadnego wysiłku z ich strony. Od patrzenia na trykające się koziołki lub ziejącego ogniem sztucznego smoka wolą łapanie pokemonów na swojej komórce i wymienianie się emotikonkami ze znajomymi na messangerze. Czasami, pomimo naszych dobrych chęci, jednodniowy wypad zamienia się w mały survival, a z wymarzonej radości, śmiechu i dobrej zabawy zostaje jedynie zmęczenie i rozczarowanie. Bo wyszło nie tak, jak chcieliśmy, bo pomimo starań dzieciaki wcale nie zachwyciły się zwiedzanymi zabytkami. Bo miało być inaczej, a wyszło, jak wyszło. Trzeba być gotowym na wszystko – nagłą zmianę pogody, zły humor spowodowany niedospaniem i zmęczeniem malucha, nieplanowane wydatki (np. po wejściu w kałużę po same kostki – witajcie nowe buty i skarpetki), nagłe potrzeby fizjologiczne, małe wypadki i stłuczone kolana, spóźnienia pociągów i na to, że rzeczywistość może nas nieco przerosnąć i zupełnie nie przypominać tego, co zaplanowaliśmy.

Daleko jeszcze?

Pierwsze problemy zaczynają się już na etapie transportu. I wcale nie chodzi o zmierzenie się z pytaniami „daleko jeszcze?” czy wierceniem się i kręceniem z  nudów – tablet, smartfon i dziecka nie ma, tak działa większość dorosłych. Gorzej jak ustrojstwo rozładuje się i trzeba będzie małemu (lub małej) zapewnić rozrywkę lub co gorsza rozmawiać! Na to nie każdy jest gotowy. Zawsze jednak można „zapchać” malucha jedzeniem – kanapki, ciasteczka, chrupki, paluszki… Przecież ta przepastna torba leżąca obok mamy (bo najczęściej to właśnie ona dźwiga wiktuały) jest niczym mały sklep spożywczy, na wypadek, gdyby nagle wybuchła woja albo w miejscowości, do której zmierzają, nie znali pojęcia handlu.

Trzeba też liczyć się z tym, że PKP to nie skrót od Polskie Koleje Punktualne, a bardziej Przyjadę Kiedy Przyjadę – przekonałam się o tym wczoraj, gdy wybrałam się na wycieczkę z bratanicą do Torunia. Miało być półtorej godziny jazdy, nie spóźni się na pewno, bo przecież startuje z Poznania. I wystartował, ale z godzinnym opóźnieniem, a jadąca w przedziale rodzina zerkała nerwowo na zegarek, bo muzeum umówione na konkretna godzinę, bo bilety przepadną, bo cały plan wycieczki nagle się sypie.  W połowie drogi zjedli już cały prowiant, rodzice pokłócili się ze dwa razy, starsza córka co pięć minut narzekała na to, że jej niedobrze i w ogóle po co ta wycieczka, a młodszy syn był już trzy razy w toalecie. Całe szczęście, że mój dziecięcy egzemplarz nie należy do tych chodzących do łazienki co pięć minut, bo choć w pociągach coraz lepiej z czystością, to próba jednoczesnego utrzymanie dziecka (bo przecież tam nie usiądzie), siebie i równowagi w jadącym i trzęsącym pojeździe mogłaby być traumatycznym przeżyciem.

fot. iStock/ MariaPavlova

fot. iStock/ MariaPavlova

Kolorowe jarmarki

Ale co tam podróż, wszak radość dziecka najważniejsza. Więc zwiedzamy, pieczemy pierniki w muzeum, ugniatamy ciasto i robimy pamiątkowe zdjęcia. Super zabawa i nawet rodzice się cieszą, dopóki pan prowadzący nie mówi, że w oczekiwaniu na wypiek zapraszamy do piernikowego sklepu. No i zaczyna się nerwowe przeliczanie budżetu, negocjacje i pertraktacje handlowe z najmłodszymi, płacze, wymuszanie i naciaganie. Obok tradycyjnych lukrowanych serduszek są i takie w kształcie samochodu, klawiatury, pada od Xboxa, Smerfów albo smarfonu. Obok spinnery, piłeczki, maskotki, plastikowe pająki, baloniki i inne jarmarczne zabawki – aż chce się zapytać, co ma piernik do wiatraka. Wyperswadowuję bratanicy kolejnego spinnera, breloczek z „nie wiem co to, ale fajne” i maskotkę w kształcie piernika, którą (jestem o tym przekonana) nie będzie się bawić ani przez minutę. Ale nie wszyscy są tak asertywni, a niektórzy wręcz wychodzą z założenia, że na wycieczce hulaj dusza, debetu nie ma. Dzieciaki obładowane, rodzice na siebie nawzajem obrażeni („dziecku żałujesz, jak możesz?” kontra „czyś ty oszalała, ja mu tego nie kupię!”), biznes się kręci.

Kupujemy zawieszkę z piernikowym ludzikiem za 12 zł, którą pan w kasie sprzedaje mi z przeprosinami („drogie, przykro mi, ale to ten ze Shreka, więc kosztuje”) i która psuje się już po godzinie – nie ma co się oszukiwać, w końcu produkcja pewnie chińska i warte to to co najmniej dziesięć razy mniej. Dziecko ma łzy w oczach, bo pamiątka zepsuta, ja mam łzy w oczach, bo dziecko nieszczęśliwe, a miało być przecież inaczej. Pakuję starannie części i obiecuję, że w domu wszystko naprawimy i będzie jak nowa. Po pięciu minutach humor wraca, wycieczka uratowana. Idziemy do sklepu z piernikami, w końcu trzeba mamie, tacie, bratu, babci przywieźć pamiątkę. No więc kupujemy, a ja chyba przez całe życie nie wydałam tyle na pierniki, co w ciągu tych pięciu minut. Ale dziecko obiecało, o innych myśli, empatią się wykazuje, to jak nie kupić?

Obiadowe rewolucje

Pora obiadu to kolejna pułapka i próba cierpliwości dla opiekunów. Udaję, że nie słyszę „o, tutaj jest McDonald’s” i „patrz ciocia, ona ma Happy Meal!” – nawet na wycieczce pewnych rzeczy nie zrobię – i znajdujemy kompromis w postaci pizzy. Zamawiam taką jak chce – z dodatkową szynką, którą bratanica ściąga po dwóch gryzach razem z resztą składników i w końcu zjada samo ciasto. Nie zamierzam się jednak tym denerwować, spokój, zen, głęboki oddech. Rozglądam się dookoła – inni mają gorzej. Obok jakiś maluch płacze i pluje, za innym biegają po restauracji rodzice, nieco dalej mama obiecuje lody, ciastka, balonika, a nawet i może pomnik Kopernika w skali 1:1 za połowę zjedzonej zupy. Nerwowa atmosfera (połowa pewnie pracuje już na przyszłe wrzody), ojcowie dojadają po dzieciach (w końcu już zapłacone), matki martwią się, że brzdąc zjadł za mało, a brzdąc ani myśli zjeść więcej, w końcu na obiecane lody już zapracował. Na nic klimatyzacja, nerwowy pot ścieka z czoła i po minach niektórych widać, że marzy im się domowy schabowy, kapcie i Familiada w telewizji, a nie zwiedzanie, wycieczka i spacery po Toruniu.

Uff, wracamy!

W ten dzień PKP najwyraźniej miała promocję „60 minut gratis” i w drodze powrotnej stawał co chwilę w szczerym polu, a z głośników w przedziałach płynęły niewyraźne przeprosimy i komunikaty o coraz większym opóźnieniu. W pociągu tłok i ścisk, więc siedzimy na korytarzu – a właściwie to ja siedzę, a bratanica śpi na moich kolanach. Próbuję przepuszczać przechodzących tak, by jej nie obudzić, nie zwracam uwagi na wbijające mi się w kolana drzwi od przedziału i jestem wręcz przekonana, że jeśli do tej pory nie miałam skoliozy, to zanim dotrę do domu, z pewnością będę jej posiadaczką. Po godzinie dziecko jest wyspane, nastąpił reset i odzyskanie energii, czego o mnie powiedzieć z pewnością się nie da i podczas, gdy mała podskakuje, śmieje się i śpiewa „Despacito”, u mnie w głowie wybrzmiewa coś bardziej jak „Ta ostatnia niedziela” i marzę o własnym domu i wygodnym łóżku. Chyba widać to gołym okiem, bo pan z dwójką maluchów patrzy na mnie porozumiewawczo i mówi „Weź dzieciaki na wycieczkę, mówili. Będzie fajnie, mówili. Jak można tak kłamać?!” za co otrzymuje karcące spojrzenie swojej małżonki.

Uśmiecham się i kiwam głową, ale mimo wszystko jednak, chyba jestem ciotką patologiczną, bo mam nadzieję, że to nie pierwsza nasza wycieczka. I nawet spóźnione PKP, pioruńskie zmęczenie, breloczki „made in china” i debet na koncie mnie nie powstrzymają!

Zapisz

Zapisz


7 najczęściej powtarzanych przez ciebie kłamstw, które szkodzą zdrowiu

Redakcja
Redakcja
14 sierpnia 2017
Fot. iStock / svetikd

Mimo stale wzrastającej świadomości na temat zdrowego trybu życia i profilaktyki chorób nadal trzymamy się wielu fałszywych przekonań. Chętnie zasłaniamy się różnymi wymówkami, aby mieć wytłumaczenie dla zdrowotnych grzeszków. Te małe kłamstewka tylko pozornie są zupełnie nieszkodliwe.

Polacy jako naród deklarują, że postrzegają siebie jako osoby o dobrym zdrowiu. W rzeczywistości jednak najczęściej nie przykładają wielkiej wagi do profilaktyki.

7 kłamstw, które mają negatywny wpływ na twoje zdrowie

1. Jesteś zdrowa, nie musisz się badać

Do lekarzy najczęściej trafiamy dopiero wtedy, gdy objawy chorób stają się nasilone. Dopóki nie ma fizycznych objawów, traktujemy się jako osoby zdrowe, które nie wymagają jakiejś szczególnej profilaktyki. A to, że nic ciebie nie boli nie oznacza, że wszystko jest w porządku. Choć nie warto panikować, trzeba pamiętać o swoim zdrowiu, zanim się zachoruje.

2. Jeden kieliszek nie zaszkodzi

Wszystko jest dla ludzi, także alkohol. Niestety tłumaczenie, że jeden kieliszek każdego dnia nie zaszkodzi, może być bardzo mylne. Co prawda mówi się o dobrym wpływie niewielkiej ilości czerwonego wina w diecie, jednak zbyt częste spożywanie alkoholu i to wcale nie w dużych ilościach, może negatywnie odbić się na zdrowiu. Alkohol może nasilać objawy trądziku różowatego, podnosić nadmiernie ciśnienie krwi i wiązać się z ryzykiem otyłości. Ponadto odkładanie się w organizmie siarczanów z wina może objawiać się wysypkami skórnymi, a także bólem głowy. Poza tym wątroba musi ciężej pracować, aby sobie radzić z alkoholem.

3. Możesz zjeść więcej, bo dziś trenujesz

Myślenie, że w dniu treningu możesz zjeść bardziej treściwy też kaloryczny posiłek,  nie jest słuszne. Nawet jeżeli wydaje ci się, że wybiegasz to wszystko, faktem jest, że duża dawka węglowodanów powoduje wzrost insuliny. Jeśli do tego wrzucisz słodycze (ciastko czy lody), podniesiesz również poziom lipidów we krwi. Taka kombinacja w jednym czasie sprzyja przerastaniu tkanki tłuszczowej.

4. Palisz tylko okazyjnie

Albo palisz, albo nie palisz. Okazjonalne palenie i wdychanie dymu tytoniowego jest szkodliwe, podnosi ryzyko wystąpienia chorób serca i  udaru mózgu, uwalnia szkodliwe substancje do krwiobiegu. Jeśli nie palisz dużo i tak zwiększasz ryzyko zachorowania w stosunku do osób, które nie palą wcale. Musisz również uważać na alkohol, bo papierosy i procenty najczęściej idą ze sobą na imprezach w parze.

5. Sięgasz po czekoladę, żeby dostarczyć sobie magnez

Słyszałaś o tym, że czekolada jest dobrym źródłem magnezu i mimo że na co dzień nie przesadzasz ze słodyczami, na czekoladę nie masz żadnych ograniczeń. Zwróć uwagę, po jaką czekoladę sięgasz — gorzka czekolada zawiera najwięcej cennego kakao bogatego w magnez, chrom, żelazo, fosfor, cynk. To dzięki nim czekolada poprawia nastrój, pamięć, redukuje stres. Jednak jeżeli sięgasz po inny rodzaj czekolady dostarczasz sobie jedynie kalorii, a nie cennych składników. I pamiętaj, że przeciętnie zawartość cukru w czekoladzie sięga nawet 50%, a biała czekolada to już zupełnie sam tłuszcz, cukier i mleko. A żeby uzupełnić magnez dzięki czekoladzie, musiałabyś zjeść całą tabliczkę, czyli nawet 500 kalorii.

6. Nie zjesz obiadu, zjesz ciastko, będzie to samo

Takie uciszanie wyrzutów sumienia nie zaprowadzić daleko. Odpuszczając sobie obiad, czyli najczęściej coś odżywczego i zamiast tego zjesz słodycze, dostarczasz sobie tłuszcz i cukier, szkodząc figurze. Organizm odczuje różnice, bo mimo podobnej kaloryczności obu posiłków, słodycze nie zawierają witamin i składników mineralnych.

7. Dwa tygodnie głodówki da ci wymarzoną figurę

Jeśli myślisz, że w tygodniowa głodówka o listku sałaty i kilku litrach wody załatwi sprawę,  mylisz się. Tymczasowo będziesz szczuplejsza, ale pamiętaj, że każda głodówka powoduje, że twój organizm będzie odkładał każdą kalorię na gorszy czas głodu. Gdy zaczniesz jeść normalnie, dopadnie cię znienawidzony efekt jojo. Poza tym głodówkę osłabia organizm i układ odpornościowy, spowalnia metabolizm, szkodzi samopoczuciu i koncentracji, powoduje zawroty głowy. Zamiast liczyć na cud i głodzić się, po prostu na co dzień jest zdrowiej i uprawiaj sport. Długofalowe działanie przynosi lepsze efekty.


 

źródło: www.hellozdrowie.pl


Zobacz także

"Co ja miałam w głowie?". Jak dobrze, że dziś jesteśmy mądrzejsze o te rzeczy, których drugi raz, a już na pewno trzeci, nie zrobimy

„Co ja miałam w głowie?”. Jak dobrze, że dziś jesteśmy mądrzejsze o te rzeczy, których drugi raz, a już na pewno trzeci, nie zrobimy

jojo

EFEKT JOJO. Jak go uniknąć?

Jesteś zmęczona byciem silną emocjonalnie? Nie musisz walczyć dla wszystkich, powinnaś zadbać najpierw o siebie