6 kobiecych cech, które kręcą mężczyzn – wprost nie mogą im się oprzeć!

Redakcja
Redakcja
19 grudnia 2016
Fot. iStock / CoffeeAndMilk
Fot. iStock / CoffeeAndMilk

Kiedy mężczyzna widzi jakąś kobietę po raz pierwszy, mniej lub bardziej świadomie dla samego siebie, ocenia ją pod kątem jej fizyczności szukając cech, które w naturalny sposób przyciągają go i interesują. Może nie jest to politycznie poprawne, ale tak to właśnie urządziła Matka Natura – on, samiec, szuka najlepszej samicy, która będzie atrakcyjna i która z dużą dozą prawdopodobieństwa, idealnie nadaje się do posiadania potomstwa. Cóż, z naturą walczyć jest bardzo trudno, a mężczyźni dostrzegając niektóre kobiece cechy, stają się bardziej ulegli i wprost nie mogą im się oprzeć. Co się do nich zalicza?

Węższa talia, szersze biodra

To nie będzie odkrycie roku, jeśli stwierdzimy, że mężczyznom podobają się panie z wąska talią i szerszymi od niej biodrami (oczywiście, od tej reguły są wyjątki!). Dlaczego? Bo gdzieś tam mają zakodowane, że szerokie biodra są wręcz stworzone do rodzenia dzieci, co oznacza, że ich posiadaczka będzie dobrym wyborem na partnerkę. Idealny stosunek bioder do talii wynosi 0,7 – jeśli chcesz sprawdzić, czy jesteś bliska perfekcji zmierz dokładnie obwód talii w centymetrach, a następnie podziel go przez obwód bioder. I nie musisz wcale mieć wymiarów top modelki, bo idealne proporcje miała np. Marilyn Monroe, która nosiła rozmiar 42!

Wysoki głos

Im wyższy głos, tym dla mężczyzny bardziej związany z młodością i… znowu płodnością. Posiadaczki wysokich głosów są dla panów z miejsca bardziej atrakcyjnymi partnerkami i to na nie pierwsi zwrócą oni swoją uwagę. Na szczęście biologia to nie wszystko – równie istotne jak tembr głosu jest dla mężczyzny to, co kobieta ma do powiedzenia…

Zdrowe, lśniące włosy

Błyszczące, najlepiej długie i gęste włosy, to kolejny znak od natury mówiący o dobrym zdrowiu i predyspozycjach do wydania na świat potomstwa. Z drugiej strony, może to być to wielką zmyłką i jedynie oznaką dobrego fryzjera i świetnie dobranych kosmetyków 😉

Mniej makijażu

Możesz nakładać nawet i dziesięć warstw makijażu, by stać się bardziej atrakcyjną i ukryć swoje niedoskonałości, ale czy czasami nie zadziałasz w ten sposób przeciwko samej sobie? Badania pokazują, że facetów kręci naturalny wygląd i ewentualnie lekkie podkreślenie urody zamiast szpecącej tapety. Jak widać no make up, to nie chwilowa akcja czy moda, ale wyższa konieczność!

Uśmiech

Szczęśliwe i radosne osoby przyciągają do siebie innych – tutaj nie potrzeba specjalistycznych badań, by wyciągnąć takie wnioski. Z pewnością uroku dodają też białe, zadbane zęby, więc przestań unikać stomatologa i uśmiechaj się do mijanych osób zamiast robić naburmuszoną minę lub wgapiać w swojego smartfona. Jak powiedział Gabriel Garcia Marquez „Nigdy nie przestawaj się uśmiechać, nawet jeśli jesteś smutna, ponieważ nigdy nie wiesz, kto może się zakochać w twoim uśmiechu”.

Kolor czerwony

Nie tylko byki reagują żywo na czerwony kolor! Mężczyznom czerwień kojarzy się z pożądaniem, a kobiety w ubraniach o tej barwie automatycznie zyskują na atrakcyjności. Czas na zakup odpowiedniej szminki, wyprasowanie czerwonej kiecki i ruszenie na podbój męskich serc!

A tak na zakończenie, to nie przejmuj się za bardzo, jeśli nie wszystkie z powyższych cech do ciebie pasują – miłość to tak cudowne, fenomenalne i niemożliwe do pojęcia i opisania zjawisko, że nawet wąskie biodra, matowe włosy, czy niski głos nie są w stanie jej zaszkodzić. Dla swojego mężczyzny jesteś idealna taka, jaka jesteś – facet ma prawdziwe szczęście, że to właśnie na ciebie trafił.


Na czym dziś polega demokracja? Przybiera twarz ulicznych protestów i śmiejącego się w swojej limuzynie posła, gdzie nikt z nikim nie rozmawia

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
20 grudnia 2016
Fot. iStock/praetorianphoto
Fot. iStock/praetorianphoto

Boję się. Boję się, bo agresja, przemoc i terroryzm mają twarz człowieka. Twarz kogoś, kogo możemy codziennie mijać na ulicy, kto stoi za mną w kolejce po chleb, może ma dzieci w tej samej szkole co moje.

Mój syn oglądając wczoraj wieczorem wiadomości mówił: „Mamo, ja tam w piątek byłem, stałem w tym właśnie miejscu”.  A ja czułam, jak żołądek wywraca mi się na drugą stronę, bo wczoraj – gdyby wycieczka szkolna była w  poniedziałek – stałby na berlińskim świątecznym jarmarku.

Przyjaciółka mówi: „Berlin to już blisko nas”. Ilu z nas ma w stolicy Niemiec znajomych, przyjaciół, rodziny? Daleko mi było do strachu, bo terroryzm strachem się karmi. Karmi się nim każda forma przemocy, dzięki temu, że się boimy zyskuje na sile. A ja teraz się boję. Nie, nie o siebie, ale o moje dzieci, zastanawiam się w jakim świecie przyjdzie im żyć. Jak daleko jesteśmy od tego choćby względnego spokoju sprzed 20 lat, od tych wiadomości, które dzisiaj zewsząd nas atakują.

Boję się fanatyzmu. Boję się ludzi, którzy wyznają jedyną słuszną zasadę i nie zawahają się jej użyć. Znowu od kilku dni przyglądam się temu, co w Polsce. Nie chcę wpadać w panikę, nakręcać się atmosferą i dawać ponieść się emocjom. Tyle tylko, że uczuciem dominującym jest niepokój.

Bo czy demokracja polega na stawianiu barierek wokół sejmu, na nocnym podpisywaniu ustaw przez prezydenta, który nie zabiera głosu, który nie staje po stronie społeczeństwa, który nie zajmuje neutralnego stanowiska nawołując do dialogu?

Czy demokracja boi się wolnych mediów, które – wiadomo, że każde na swój sposób relacjonują, co się dzieje i patrzą na ręce rządzącym?

Czy w końcu demokracja polega na zamykaniu ust społeczeństwu, które ma prawo mówić, co myśli, co czuje – bez względu na to, po której stronie stoi?

Czy demokracja daje prawo do rządzenia w sposób niepodzielny bez potrzeby prowadzenia dialogu. Polega na wykorzystaniu zmęczenia społeczeństwa politycznymi przepychankami i dojścia do władzy, gdzie tylko władza się liczy. Gdzie władza odbiera zdolność poszanowania drugiego człowieka?

Krzyczymy, że islamiści, że uchodźcy, że zagrożenia trzeba odsuwać jak najdalej od naszego kraju, żeby nasze dzieci mogły bezpiecznie dorastać. A tymczasem sami dla siebie stajemy się zagrożeniem kłócąc się przy kuchennym stole, dyskutując z panem w sklepie, czy pod kościołem, gdzie obelga goni oblegę, gdzie każdy próbuje udowodnić, czyja racja jest najważniejsza i najlepsza.

Mam wrażenie, że tracimy zdolność realnej oceny sytuacji. Złość i nienawiść odbierają nam zdolność racjonalnego myślenia. Gonimy za sensacją, albo odcinamy się od tego, na co wpływu nie mamy, bo to miejsce, ten kraj, rządzący już dawno odebrali nam wiarę w to, że coś dla nich znaczymy, że nasz głos, nasz protest jest widoczny.

Dzisiaj pokazują nam środkowy palec dając do zrozumienia: z nikim rozmawiać nie będziemy, mamy swój pomysł, swój plan na nasze życie, na życie tego kraju i wam nic do tego. Wysłuchamy jedynie tych, którzy nas popierają, damy tyle, ile trzeba będzie by przekupić społeczeństwo, by jedna osoba po drugiej zobaczyła „dobrą zmianę”, a po nas już tylko pożoga. Ale liczy się teraz czas chwały i władzy.

Czym różnimy się od fanatyków, czym różnimy się od tego, który wczoraj wjechał w tłum nieświadomy zagrożenia, gdzie ludzie spotkali się, by poczuć świąteczną atmosferę? Jesteśmy gotowi posunąć się do tego samego, jeśli nie my, to być może ktoś kogo znamy, kto mieszka gdzieś blisko, kogoś, kto nie zawaha się użyć siły chcąc udowodnić innym swoje racje.

Czym dzisiaj dla nas jest demokracja? Dla pokolenia tych, którzy stan wojenny pamiętają trochę już jak przez mgłę, bo jeszcze mali byliśmy i to, co się działo miesza się z tym, co opowiedziane, a poza tym tak bardzo odległe. „To nie wróci” gdzieś z tyłu głowy mamy pewność, że to, co nam dane, dane jest na zawsze. Tego, co wywalczone przecież nie można już teraz w XXI wieku odebrać, bo demokracja, to ustrój, który daje każdemu z nas prawo głosu, prawo wyboru tego, kto i w jaki sposób będzie rządził, dbało nas i o nasz kraj.

Dzisiaj demokracja przybrała kształt ulicznych protestów, wykrzykiwanych w tłum haseł i śmiejącego się w limuzynie posła. My swoje, oni swoje. Nikt z nikim nie rozmawia, brak dialogu, brak wypracowania porozumienia, brak chęci wysłuchania.

Wszyscy jesteśmy winni, bo przestaliśmy dbać o siebie nawzajem, dbać o nasz kraj, bo jedyne co nas interesuje to czubek własnego nosa, by był bezpieczny. I nadal bardziej rusza nas to, co chociażby w Berlinie – bo jednak trochę dalej od nas, niż to, co u nas, na własnym podwórku, gdzie nie wiadomo, co zastaniemy budząc się rano, jakie ustawy zostaną podpisane, jakie prawa podpisane.

Tak, dzisiaj boję się fanatyzmu – każdego, zwłaszcza tego, który najbliżej mnie i mojej rodziny.


Może to naiwne, ale czasami nie rozumiem zupełnie tego świata…

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
19 grudnia 2016
Fot. iStock / Marco_Piunti
Fot. iStock / Marco_Piunti

Rozglądacie się czasem wokół siebie? Nie w tym wirtualnym świecie klikając w coraz to okrutniejsze zdjęcia z biedą i krzywdą ludzką, martwiąc się i współczując tym, którzy gdzieś daleko. Pomstując w komentarzach o to, jak świat jest okrutny i jak ciężko w tej ludzkiej podłości się żyje.

Patrzę na znajomych z wlepionymi w telefon nosami, którzy wymieniają się zdjęciami, pokazują filmiki – te spod sejmu i te z Aleppo przeplatają się co chwilę. Ktoś w ramach protestu zmieni zdjęcie profilowe, ktoś w ramach pomocy wrzuci link do podpisania wirtualnej petycji.

Ale kiedy nasza twarz przestaje odbijać niebieskie światło monitora, otrzepujemy się, wstajemy. I lecimy w swoje życie – już to realne, gdzie zaraz Święta i zakupy trzeba zrobić, prezenty kupić.

Klniemy na starszego pana w samochodzie, który wtacza się na rondo, zamiast jak najszybciej z niego zjechać. Z litością patrzymy na matkę z trójką dzieci próbującą dostać się do miejskiego autobusu licząc, że w końcu ktoś się obudzi i pomoże jej ten wózek wciągnąć – no bo przecież nie my. My mamy właśnie ważny telefon do wykonania, poza tym dziecko jedno z katarem, nie wiadomo, co człowiek przed Świętami może złapać.

Później w domu klikniemy w jakiś link, może wyślemy z 10 zł na konto jednej z fundacji uspokajając własne sumienie i zatapiając się w wiadomościach ze świata, który daleko od nas.

I mówimy, że atmosfera świąteczna nie ta, że za naszych czasów było inaczej, jakoś tak – wyjątkowo. A teraz wszystko na półkach, tylko w sercach coraz mniej miejsca na refleksję…

Przeraża mnie konsumpcjonizm, przeraża mnie gonitwa za tym co lepsze, co modniejsze, co bardziej i mocniej. Mówimy: „to nie to, co kiedyś” zapominając, że to my sami tworzymy współczesną atmosferę, ulegamy wpływom, czasami jakbyśmy własnego rozumu nie posiadali.

Zastanawiacie się choć czasami, co jest dla was ważne? Jeszcze jedna godzina w pracy dłużej, jeszcze jeden wysłany mail ważniejszy od tego, który miał już być najważniejszy kilka chwil temu, czy 15 minut spędzone na czytaniu dzieciom książki, na rozmowie z przyjaciółką, która chciała się wygadać?

Myślicie, że naprawdę uszczęśliwicie najbliższych kolejną grą komputerową, nowym telefonem? Że dzieci zostaną potraktowane jako gorsze nie mogąc się w szkole pochwalić wystrzałowym prezentem, które otrzymało pod choinkę? Czy dla nich naprawdę będzie to miało znaczenie, czy my ich uczymy, by się tym przejmowały?

Kim dzisiaj jesteśmy? Pochłonięci reklamami, z szaleństwem w oczach wpadający do sklepu, przepychający się w kolejkach, gdzie tylko krzyczymy do znajomego „Wesołych Świąt” nie mając czasu choćby na 5-minutową rozmowę.  Uciekamy od siebie, od rodziny, od refleksji nad sobą i nad nami. Wolimy żyć wygodniej, piękniej, atrakcyjniej. Święta w górach, Święta nad morzem, gdzie jedna pani z drugą panią ulepią pierogi, ugotują barszcz, a wy w końcu będziecie mogli się wyspać i odpocząć? Odpocząć od czego? Od domowych obowiązków, na które i tak czasu brak?

Nie umiemy się zatrzymać. Zamienić nasz dom w ten pachnący barszczem i kluskami z makiem. Nie mamy na to czasu, przecież jesteśmy zapracowani, zarobieni… Nikt nie kolęduje po sąsiadach z opłatkiem w ręce – tak jak było to kiedyś, a puste miejsce przy stole staje się tylko wyświechtaną tradycją, którą wycieramy sobie własne wyrzuty sumienia i poczucie winy, że znowu coś obiecaliśmy, ale się nie udało. I lepiej gdyby jednak nikt nie usiadł na tym wolnym krześle.

Bo tak naprawdę na nikogo nie czekamy, nikogo nie chcemy przyjąć. Podyskutujemy o tym, jak źle się dzieje na świecie nie wiedząc nawet o tym, że gdzieś niedaleko ktoś sam zasiada do wigilijnego stołu.

Nie chcemy widzieć tych, którzy blisko potrzebują pomocy, którzy wstydzą się wyciągnąć rękę, bo w swojej biedzie są samotni, w swojej krzywdzie opuszczeni. My nawet pomagać chcemy szybko i nowocześnie – przez internet, przelew, wpisać login, hasło, numer z SMS-a i poszło. A jakby ktoś zarzucał nam nieczułość, to zawsze wykaz z konta można przedstawić, bez stykania się z drugim człowiekiem, bez wzruszenia, bez dotknięcia smutku i cierpienia innej osoby.

Tak bardzo się zatracamy, tak rzadko spotykamy się z drugim człowiekiem naprawdę. Nawet życzenia wysyłam SMS-em – a nie to przestarzałe, wpisujemy na ścianie swojego Facebooka załączając jak leci znajomych i już, i z głowy. Nie zadzwonimy, nie spytamy, co słychać, nie chcemy usłyszeć, że ktoś za kimś czy za czymś tęskni, że miał trudny rok (bo w końcu kto nie miał), że jest szczęśliwy (bo pewnie kłamie), że stara bieda (czyli tak jak u wszystkich). A jeszcze jakby się na zwierzenia wzięło, a nie daj Boże jakby spytał, co u nas? To co odpowiedzieć skoro naszą rzeczywistość malujemy na Facebooku. Wystarczy zajrzeć i zobaczyć jakie fantastyczne mamy życie, jakie cudowne dzieci, jak dużo czasu im poświęcamy i jak bardzo kochamy męża i swoją pracę. Tyle dla innych, a to co w środku zostawiamy sobie, żeby nie odstawać od standardu współczesnej rodziny, gdzie idealnie godzimy pracę z macierzyństwem, miłością i małżeństwem.

Może dlatego tak mało prawdziwych ludzi w naszym życiu, i tych głębszych relacji. Pobieżnie interesujemy się tym, co u innych. Bo właściwie co nas to obchodzi, czasu dla siebie nie mamy, a dla innych mamy znaleźć?

Zapominamy, że bez drugiego człowieka właściwie nic nie ma sensu.  Nie znajduję niczego, co przyniesie nam pełnię szczęścia, gdy nie będziemy mieli się z kim tego podzielić.

A gdyby tak się zatrzymać. Gdyby skupić się w końcu nie na sobie i nie na rzeczach, którymi możemy się otaczać, by uzupełnić pustkę, tylko rozejrzeć się. Zobaczyć starszą panią w sklepie, która kupuje codziennie pół chleba, bo mieszka sama i nikt jej nie odwiedza, zauważyć dom dziecka, który mijamy w drodze do pracy, a może dom samotnej matki. Dostrzec kobietę, która dokarmia bezpańskie koty, bo one są dla niej jedynym towarzystwem. Dojrzeć kolegę z klasy naszego syna, który choć zimno nadal biega w tenisówkach, lekko już przetartych, a może koleżankę, która chodzi w za krótkich spodniach, albo w bluzie po starszym bracie.

Nie możemy żyć pod kloszem, który tak bardzo chcemy wokół siebie wybudować. Nie możemy, bo kim będziemy zamknięci w naszym bardziej idealnym od realnego świecie? Gotowym produktem tworzonym na potrzeby panujących trendów? Uśmiechniętym tworem, któremu daleko od tych najbardziej przyziemnych problemów, myślącym, że wszystko, co złe i straszne jest jednak daleko od nas? Zbitką deklaracji bez pokrycia?

Coraz częściej jesteśmy zwykłymi konsumpcyjnymi wyjadaczami, sprzedamy na potrzeby tych, którzy naszym kosztem, kosztem braku naszej uważności się bogacą. Tak, może to naiwne, ale czasami nie rozumiem zupełnie tego świata…


Zobacz także

Fot. iStock/Eva Katalin Kondoros

Zaplanuj swój jadłospis. Akcja „To lato jest Twoje. Pierwszy krok do zmian”

Alimentacyjny absurd goni absurd, a rząd myśli, że dokonuje przełomu. Śmiech na sali, proszę Państwa

Problem dłużników alimentacyjnych wychodzi z podziemi. Są nowe propozycje zmian prawa, by rodzice w końcu zaczęli płacić na swoje dzieci

Mat. prasowe

Wakacje już w maju? Czemu nie. 5 powodów, dla których warto skorzystać z majowego weekendu