500 plus (minus ok. 200 tysięcy pracujących matek). Komu opłaca się siedzieć w domu?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
8 września 2016
500 plus
Fot. iStock / Joel Carillet
 

„Rzuciłam pracę” – słyszę wchodząc rano do sklepu po bułki na śniadanie dla dzieci. „Tak??” – pyta pani za ladą małego sklepu, która zna każdego, kto do niej wchodzi i z pewnością wie o każdym więcej niż nam się wydaje. „No niech pani powie, czy mi się opłacało”. Trójka dzieci. Ja praca na zmiany w pieczarkarni. Mam 1000 zł za dwójkę, jak zrezygnowałam, dostaję na trzecie, bo dochody się nam obniżyły. 1500 złotych, raptem 400 mniej niż w pracy, a w domu siedzę dzieci ogarnięte, najmłodsze do przedszkola nie musi iść, to tę kasę zaoszczędzam”.

Zawiesiłam się nad koszykiem z bułkami słuchając tego finansowego planu pewnej rodziny. Spojrzałam na panią. Jakieś może 30 lat, normalna, przeciętna kobieta. Nie, nie kupowała papierosów i alkoholu z samego rana, tylko coś na śniadanie. Jak ja. „A okazało się, że jak się jeszcze postaram to MOPS coś nam dołoży z zasiłków. To jak mi się opłaca pracować”.

„W jakim wieku ma Pani dzieci?” nie wytrzymałam i spytałam czekając na zapłacenie za swoje bułki. „Trzy, pięć i osiem lat. Też pani o tym myśli” – usłyszałam. Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo pani już poleciała dalej. Jak dobrze pójdzie, to 10 lat nie będzie pracować. Do pełnoletności pierwszego dziecka.

Przygotowywany jest raport, który ma skrupulatnie określić, ile kobiet w wyniku programu 500 plus rzuci pracę. Może to być ponad 200 tysięcy matek. Z pewnością tych pracujących za śmieszne stawki, w małych miasteczkach w prywatnych sklepach, jako sprzątaczki, woźne, może kucharki. Nie wiem, nigdy nikomu do portfela nie zaglądałam.

Ale zakładając, że kobieta zarabia 2000 złotych, płaci za nianię, przedszkole, czy żłobek, żeby móc pracować, nierzadko za prywatną placówkę, bo miejsc w państwowych brak. Ona w pracy od 10:00 do 18:00. Młodsze dziecko u niani, starsze w przedszkolu. Ile jej zostaje? Ten tysiąc? To może lepiej wziąć sobie tysiąc od państwa i być z dziećmi w domu, a jeszcze na jakiś zasiłek się załapać?

Macie znajomych, co do Niemiec wyjeżdżali? Dzieci celowo rodzili, żeby więcej tego kindergeldu dostać, nie musieć pracować i w domu siedzieć? Kiedy ktoś pytał: „Ale nie pracujesz, w domu siedzisz?”, to słyszeliśmy „Ale dzieci będą miały lepiej”. Bo lepsze szkoły, bo język, inny start. Zazdrościliśmy, zazdrościli nasi rodzice znajomym, którzy tak się ustawili, chociaż ci nie raz bali się odbierać telefon, bo słowa po niemiecku nie umieli, a na zakupy z dziećmi chodzili, bo one zdecydowanie lepiej sobie radziły na obczyźnie.

A teraz? My możemy robić dzieci i siedzieć w domu. Co chwilę słyszę, jak dzieci przeliczane są na 500 złotych. „Oo w ciąży jesteś? To już tysiąc do przodu”. „Widziałaś, chyba się połasili na 500, bo Nowakowa znowu w ciąży”, „Aśka, to wy ustawieni, 1500 złotych, żyć nie umierać”. Szczerze, jestem zażenowana tymi komentarzami, bo co kogo obchodzi, że ktoś dostanie tę kasę? Ma i dobrze. Niech tylko słusznie te pieniądze wykorzysta. Faktycznie dla dzieci. A nie tłumaczy się z ilości dzieci i tego, że chce mieć większą rodzinę.

Martwi mnie co innego. Te kobiety, które nie mają zamiaru iść do pracy, które z niej rezygnują, wolą siedzieć w domu w imię dobra dzieci nie dbając o swój własny rozwój. Okej, dzisiaj mają 30 lat? Ale ile będą miały, gdy zechcą wrócić na rynek pracy? 40? Kumpela mówi: „Ale jeśli taka kobieta pracuje w sklepie, to liczy na to, że za kilka lat tę pracę i tak dostanie, bo dla niej zawsze będzie”. Może i tak. A może nie, bo w kolejce będą się ustawiać młodsze od niej, a ona po tych 10 latach, gdyby pracowała, mogłaby być dużo dalej.

Bo praca, to nie tylko pieniądze, to też rozwój, to kontakty z innymi ludźmi, to też dystans do tego, co dzieje się w domu. Wyjść, spojrzeć z boku, spotkać się, porozmawiać z kimś innym daje poczucie wolności, a nie zamknięcia w czterech ścianach. Powie to każda kobieta, która na macierzyńskim, a później wychowawczym spędziła choćby pięć lat.

Jak moja przyjaciółka. Jedna córka, druga. Tak się bała wrócić do pracy po czterech latach, że jak urodziła trzecią, od razu po wychowawczym uciekła z domu. „Jak ja się bałam. Pięć lat to zawodowa przepaść, wszystkiego musiałam się uczyć od nowa. Czułam się głupia i bezwartościowa” – mówiła. Myślę sobie, że głupimi nie znającymi swojej wartości kobietami łatwiej manipulować, łatwiej rządzić. Może ktoś próbuje usilnie przywrócić patriarchalny wzór naszej polskiej rodziny? Bo jednak facet pracuje, jest niezależny, to na jego konto to 500 zapewne wpływa. Kim staje się kobieta? W jego i swoich własnych oczach?

Jest jeszcze jedna sprawa. Jak wychowane są zostaną córki matek, które 500 złotych skusiło na porzucenie pracy? Ona będzie mówić: „Ucz się córeczko, musisz być kimś, żeby ci się dobrze żyło”. A przecież nie od dziś wiemy, że dzieci nie uczą się tego, co do nich mówimy, tylko, co im pokazujemy. I ta córeczka uzna, że najlepszą dla niej drogą, będzie droga jej matki, ten wzór, który będzie powielać siedzącej w domu i z czasem sfrustrowanej, depresyjnej matki, która sama dla siebie nic nie znaczy, nie dba o siebie, o swoje potrzeby, pragnienia. Jest zakompleksioną (choć może się od tego nie przyznawać) osobą, której wydaje się, że każdy inny jest od niej mądrzejszy.

Takie pokolenie kobiet tworzy program 500 plus. Pokolenie kobiet, które z chęcią wezmą łatwe pieniądze za minimum wysiłku głosząc najpierw szumne hasła, że to w imię dobra dziecka, a później płacząc, że są nikim, że dzieci z domu wyszły, a ona została, bez pieniędzy, bez pracy, z mężem, który przestał już dawno ją szanować, dla którego przestała być atrakcyjną ze sprzątaniem, gotowaniem, bez absolutnie żadnego rozwoju przez lata.

I nie, nie chcę tutaj piętnować tych kobiet. Chcę, żeby ktoś im uświadomił, jak będzie wyglądać ich życie. I pokazać, że może gdyby te 500 plus zostało zainwestowane w tworzenie żłobków, obniżenia kosztów utrzymania dziecka w przedszkolu, zmniejszanie składek ZUS-owskich dla prywatnych przedsiębiorców, by ci mogli więcej płacić swoim pracownikom i pracowniczkom, to nie mielibyśmy kobiet, które wolą siedzieć w domu niż pracować? Może zyskalibyśmy mądre, pewne siebie kobiety, świadome swojej wartości i swoich potrzeb, którymi łatwiej byłoby pogodzić macierzyństwo z tą całą resztą życia. No ale tak. Zapomniałam, że od jakiegoś czasu rząd chce pokazać kobietom, gdzie jest ich miejsce… Mam szczerą nadzieję i wierzę, że nie damy się tam zapędzić.


„It happens” – pobudka dla wszystkich, którzy nie biorą tego problemu na poważnie

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
8 września 2016
„It happens”
Yana Mazurkevich / Current Solutions
 

To dzieje się wszędzie. W pracy, szkołach, pubach, ale także coraz częściej w domach, wśród przyjaciół. Napaść na tle seksualnym zmienia życie na zawsze. Jednak bardzo niewiele osób, które doświadczyły gwałtu czy molestowania zgłasza się na policję. Dlaczego? Ze strachu, z niewiedzy, ale także z przedświadczenia, że sprawca i tak nie zostanie ukarany. Ten ostatni powód zainspirował do stworzenia naprawdę potrzebnego projektu Yanę Mazurkevich.

Yana to amerykańska studentka, która urodziła się na Białorusi. Jej projekt „It happens” to wyraźna odpowiedź na zwolnienie z aresztu piłkarza akademickiej drużyny, który dopuścił się gwałtu. – To przerażające, jak bardzo ludzie nie wierzą ofiarom przemocy seksualnej. Ja sama tego doświadczyłam, tak samo jak kilka moich bliskich przyjaciółek. Kiedy zdarza się to jednej osobie, nie, kiedy zdarza się to aż jednej osobie – wpadasz w furię. Naprawdę nie rozumiem, jak można zrobić coś takiego drugiemu człowiekowi – mówi nam z przyjęciem autorka zdjęć. Projekt „It happens” powstał we współpracy z Current Solutions, platformą medialną, która ma być ostrzeżeniem albo i pomocą dla ofiar przemocy seksualnej.

– Te zdjęcia mają być pobudką dla wszystkich, którzy nie biorą tego problemu na poważnie. Sama nazwa projektu mówi: spójrz, to się wydarzyło. Napaści na tle seksualnym mogą zdarzyć się wszędzie, każdemu, niezależnie od koloru skóry czy orientacji seksualnej. – Dla Mazurkevich to bardzo ważne zdjęcia. Zaledwie w ciągu doby „It happens” stało się jedną z  najpopularniejszych akcji społecznych na świecie. – Nic nie zmieni się w ciągu dnia, tygodnia, a nawet miesiąca. Mam jednak nadzieję, że te zdjęcia coś zmienią, otworzą dyskusje i pozwolą pozbyć się strachu na kolejne lata.

Yana Mazurkevich / Current Solutions

Yana Mazurkevich
/ Current Solutions


Niech ci powie: „nie kocham cię już”, wtedy odejdź, wtedy przestań walczyć

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
7 września 2016
Fot, iStock/AngiePhotos
Fot, iStock/AngiePhotos

Usłyszałam jakiś czas temu pytanie: „Jak długo można walczyć o faceta?”. Hmm. „Dlaczego walczyć?”.

„Bo odszedł, no rozstaliśmy się w niedomówieniu, ale wiesz, to był facet idealnie do mnie pasujący. Po moim nieudanym małżeństwie, po innych próbach, teraz czułam, że to ten”. Słuchałam tej historii, a w głowie roiło mi się pytanie: „Ale po co walczyć? Odszedł. Zostawił…”.

Przyjaciółka: „Nie mam już siły walczyć. To koniec”. Nie chce walczyć o swój związek, o miłość, o rodzinę. On nie chce się zmienić, a ona zrozumiała, że niczego na siłę nie zyska. Ale nie odchodzi, tlą się w niej jeszcze resztki nadziei, a może przyzwoitości, a może strachu „co ludzie powiedzą”, bo on jednak nie pił, nie bił. A że woli czas przy grach komputerowych spędzać niż bawić się z dziećmi i z nią spędzać wieczory. Cóż.

Czy zdradę można wybaczyć choć raz? Najczęściej pada: „nigdy”, „w żadnym wypadku”, ale pomiędzy tymi głosami wychyla się jeden: „nie mów, gdy nie znalazłaś się w takiej sytuacji”. Znam kobietę, ba – niejedną, która zdradę wybaczyła, choć nigdy o niej nie zapomniała. Walczyła o tego faceta, o związek, o ich wspólne życie, by te nie rozpadło się na kawałki.

Ktoś powie, głupia. Bo ile można walczyć. Gdzie jest granica?

„Pięć lat na niego czekałam. Samotne święta, bo on przecież żonę i dzieci miał. Samotne sylwestry, wyjścia do kina. Pięć lat mu wierzyłam, bo tak go kochałam, aż przyszedł moment, kiedy jednego wieczoru zrozumiałam, że to się nie zmieni. Że ja nie poradzę sobie z tą sytuacją już ani dnia dłużej, że się duszę, męczę. Że nie chcę już walczyć i udowadniać całemu światu, że bycie kochanką na dłużej niż pół roku jest możliwe. Nie jest”.

To jak? Walczyć? Czy odpuścić? Odejść? Czy trwać bez uczuć, w imię rodziny i dzieci? Tylko po to, by nie zostać samemu? Ze strachu przed samotnością?

A jeśli walczyć, to jak długo, i jak bardzo. Ile z siebie dać? A co ważniejsze, ile wytrzymać nie dostając nic w zmian?

No właśnie, ile jesteś w stanie wytrzymać:

– brak czułości

– brak uważności

– brak zainteresowania?

I jak długo możesz udawać, że nie widzisz, jak on cię traktuje, że to już nie miłość, że stagnacja, że to pokój bez drzwi i bez okien, które dałoby się otworzyć, żeby choć trochę przewietrzyć, żeby wpuścić odrobinę świeżego powietrza?

Gdzie dzisiaj jesteś?

Jeśli na początku tej walki

Nie zastanawiaj się, podejmuj ją. Walcz o was, o to, co między wami jeszcze iskrzy, co tylko odeszło w zapomnienie, gdzieś zaplątało się w długiej spódnicy codzienności. Ale jeszcze jest do wygrzebania, do odnalezienia, do otrzepania i włożenia w system: „odświeżanie”. Nie wkurzaj się, nie mów – to bez sensu, tylko pomyśl, ile możesz stracić. Chcesz unieść się honorem, urażoną dumą? Naprawdę myślisz, że wasza miłość zasługuje na takie traktowanie? No jasne, że czemu ty masz się starać? A czemu nie? Podaj choć jeden powodów. Sensowny. Nawet jeśli dzisiaj wydaje ci się, że tobie bardziej zależy? Komuś musi!

Walczysz, ale jak długo jeszcze?

Bywa, że coraz częściej zastanawiasz się, czy to ma jeszcze sens? Czy warto? Czy nie szkoda energii, którą można by przekuć na coś zupełnie innego. Sama już nie wiesz, czy ten związek sprawia, że jesteś bardziej szczęśliwa, czy rozbita i sfrustrowana?

Jesteście jak sinusoida. Kiedy wydaje ci się, że coś drgnęło, że jest lepiej, bo wyjechaliście sami na weekend, spędziliście fajny wieczór, i seks jest lepszy, to przychodzi moment załamania. Czas, kiedy znowu na siebie warczycie i traktujecie nawzajem swoją obecność jak przymusową. Jak długo? Nie wiem, nikt tego nie wie.

Gdzie jest granica tej walki?

Może tam, gdzie nie macie już sobie nic do powiedzenia. Gdzie patrząc sobie w oczy nic nie czujecie. Jest pustka, nie ma już gniewu, nienawiści, złości. Nie ma nic.

Odpuścić nim będzie za późno, nim przejdziecie tę granicę i zaczniecie się nawzajem nienawidzić, skakać sobie do gardeł i udowadniać, kto w tej walce wyjdzie z tarczą. Po co? W imię czego? Bo na pewno nie miłości, która was kiedyś spotkała.

„A jeśli on nie wróci? Jeśli nie chce z tobą być” – spytałam znajomej. Cisza. Czasami to co prawdziwe trzeba powiedzieć sobie na głos. Odpowiedzieć z taką do bólu szczerością na jedno z pytań:

„Czy warto walczyć?”

„Czy on mnie kocha?”

„Czy chce ze mną być?”

„Czy razem będziemy szczęśliwi?”.

I to nie jest tak, że bez niego będziesz nikim. Że twój świat runie, że nie potrafisz być sama. To nieprawda i ty gdzieś w środku o tym wiesz. Spójrz mu w oczy. Niech ci powie: „nie kocham cię już”, wtedy odejdź, wtedy przestań walczyć.


Zobacz także

Fot. Screen z Facebook / Megan Smith

„Ona jest moim aniołem – mówiła mama. Słowa nie mogą wyrazić mojej wdzięczności dla siostry Olivii”. Pielęgniarka przez kilka godzin czuwała przy umierającej pacjentce

Fot. iStock / Petar Chernaev

Dłubanie w ziemi lepsze niż wizyta u psychoterapeuty

Fot. iStock / wundervisuals

Szczęście płynie z brzucha. To nie będzie wyzwanie kulinarne! Akcja #ŁapENDORFINY, wyzwanie #18