50 sposobów na szczęśliwe życie. Sposób #11 – Spędzaj czas z dziećmi!

Aleksandra Gelo-Piesta
Aleksandra Gelo-Piesta
30 sierpnia 2017
Fot. iStock/pixdeluxe
Fot. iStock/pixdeluxe
 

Sobota. Ok. 70km od Warszawy. Ciepłe, sierpniowe przedpołudnie. Biegam właśnie po działce uciekając lub ganiając za moimi dziećmi. Stara, ale nadal aktualna zabawa w berka :-) Śmiechy, piski, wygłupy. Ufff trochę się zmachałam :-) Chwila odpoczynku i za chwilę gra w „nogę” z moim 5-cio latkiem. Mecz może trwać bez końca… Po chwili dołącza tatuś. Ja stoję na bramce. Całkiem dobrze bronię – chyba mam dobrego nauczyciela – mojego syna 😉 Kilka minut później gramy już wszyscy we czwórkę. Starsza córka trochę się denerwuje i zniechęca, bo nie może strzelić gola. Krzyczę, żeby się nie poddawała. Syn przybiega przybić ze mną „piątkę”. Strzelił kolejnego gola, a ja obroniłam naszą bramkę przed golem tatusia. Hehehe nie ma tak dobrze 😉

Wieczorem syn jedzie z tatą skuterem na boisko. Będą grali „poważny” mecz z miejscowymi chłopakami. Ja z 7-letnią córką idziemy na łąkę, pozrywać trochę ziół do suszenia (taaa, to moja nowa zajawka :-) Ta „zabawa” jest jednak bardziej moja niż jej i po kilku minutach słyszę: „mamoooo, wracajmy już. Nudno tu”. Na szczęście z odsieczą przychodzą dziadek i wujek i za chwilę wędrujemy we trójkę, słuchając przeróżnych opowieści dziadka. Kosztujemy jabłek z jabłonki, która rośnie na łące, szukamy jeżyn, które już uschły. Zbieramy kwiatki i zioła. Ale przede wszystkim jesteśmy razem.

Po powrocie budujemy zamek z klocków i gramy z babcią w Family EGO. Znowu się śmiejemy.

Po trzech godzinach grania wracają mąż i syn. Totalnie zmachani. Uradowani sportem i wspólnym „męskim” czasem.

Padamy wszyscy, przytuleni do siebie w jednym wielkim łóżku. Taaak, na wakacjach wszystko można :-)

Myślisz, że zawsze tak spędzam czas wolny z dziećmi?

Nie zawsze. Bo nie zawsze mam siłę aby biegać, skakać i ganiać się z nimi. Czasem, szczególnie wieczorami jestem tak zmęczona, że myślę, tylko o tym aby iść spać. Ale bez względu na wszystko, zawsze dbam o to, aby spędzić z dziećmi jakościowy czas. Nawet jeśli jest to zaledwie 30 min. Zawsze muszę i tu podkreślam to słowo – muszę znaleźć chwilę aby je przytulić, powiedzieć im , jak bardzo je kocham, szepnąć coś każdemu do ucha i dać buziaka na dzień dobry i dobranoc. Powygłupiać się, porozmawiać na poważne tematy (bo te zdarzają się już coraz częściej), poczytać książkę albo wspólnie obejrzeć ich ulubioną kreskówkę.

Wiem, jak ważny jest ten moment dla nich. Wiem jak wiele im to daje i jak bardzo tego potrzebują.

I potrzebuję tego również ja sama. Bo spędzając z nimi czas, mam poczucie dobrze wypełnionego obowiązku matki, który nie sprowadza się tylko do sprzątania, czy robienia kanapek do szkoły.

To czas budowania więzi, które zaowocują za kilka lat. Czas na bliskość, akceptację, uważność, emocje, szacunek i miłość. Czas pokazywania własnym przykładem wartości, które w domu są ważne. Które mogą posłużyć im za drogowskaz na drodze ich życia.

Czas spędzony z dziećmi jest ogromnie wartościowy również dla mnie samej. Bo przy nich inaczej patrzę na świat.

Uczę się ich sposobu postrzegania świata, przypominam sobie siebie z tamtego okresu, odkrywam na nowo swoje wewnętrzne dziecko. Podziwiam, jak pewne rzeczy przychodzą im z łatwością, jak inne z trudem, jak odmienni jesteśmy i jak bardzo musimy tę odmienność szanować. Bo każde z nich jest odrębną jednostką. Z innym temperamentem, wrażliwością i upodobaniami. Podobnie jak my – dorośli.

Uczę się od nich niezwracania uwagi na szczegóły, kreatywności i tej niesamowitej życiowej energii nie do zdarcia. Śmiechu wniebogłosy. Jednocześnie buduję w nich poczucie własnej wartości i pokazuję, jak życie jest piękne, niesamowite i nie zawsze takie kolorowe.

Każdego dnia uczymy się od siebie czegoś nowego. I uczymy się siebie nawzajem.

Macierzyństwo jest piękne i trudne. Nie każdy dzień jest kolorowy. Nie każdego dnia jesteśmy na wakacjach. Znam doskonale te trudne momenty, kiedy mam dość. Ale takich momentów jest niewiele – a kiedy się zdarzają – dbam bardzo o siebie i swój komfort psychiczny. Najchętniej spędzam wtedy czas w samotności lub robiąc coś tylko dla siebie.

U mnie w domu wszyscy już to rozumieją. Mama potrzebuje chwili dla siebie. Bo niby dlaczego miałabym nie mówić wprost o tym, czego potrzebuję? Właśnie dlatego, że dbam o równowagę – tak bardzo kocham spędzać czas z nimi. Nie czuję się urąbaną matką, która musi się poświęcać i zapomnieć o swoich potrzebach.

Każdy z nas ma swoje potrzeby i tak samo są one ważne. Tak samo musimy je szanować.

Czas spędzany z dziećmi – odmładza. Dosłownie. Przypomnij sobie, kiedy ostatnio bawiłaś się w berka? Kiedy ostatnio udawałaś osła, małpę albo robiłaś głupie miny aby kogoś rozśmieszyć? Albo kiedy ostatnio lepiłaś coś z plasteliny? Jeśli teraz nie masz czasu dla swoich dzieci, to czy sądzisz, że one będą go miały dla Ciebie, jako nastolatki, jako osoby dorosłe?

Potraktuj ten czas, jako czas, który przyniesie piękne owoce w przyszłości Twojej rodziny. I zobacz sama, jak bardzo możesz być szczęśliwa dzięki temu.

Nie masz swoich dzieci? Postaraj się spędzić chwilę z dziećmi swojego rodzeństwa, przyjaciółki czy sąsiadki. I sprawdź, co wartościowego wniosą do Twojego życia. Bo gwarantuję Ci, że te chwile spędzone z nimi, będą wartościowe także dla Ciebie.

Z miłością.


 

Poznaj szczegóły 3-dniowego wyjazdu dla kobiet CRAZY WOMEN GO HEALTHY, 29.09 – 01.10  w przepięknej, magicznej Lipowej Dolinie k. Kazimierza Dolnego.

Zrób coś tylko dla siebie!

www.crazywomengohealthy.pl/wydarzenia


50 SPOSOBÓW NA SZCZĘŚLIWE ŻYCIE. SPOSÓB #12 – Zaakceptuj, że nie masz wpływu na wszystko, co się wydarza

Aleksandra Gelo-Piesta
Aleksandra Gelo-Piesta
12 września 2017
Fot. iStock / Jasmina007
Fot. iStock / Jasmina007
 

Ostatni czas jest dla mnie niełatwy.  Niedługo, po powrocie z wakacji dopadła mnie tajemnicza choroba, która przez prawie 3 tygodnie daje uciążliwe dolegliwości. Napadowe bóle brzucha, nudności, biegunki, ból głowy, osłabienie, senność. Do tego doszło osłabienie psychiczne. Dół, który nasilał się z każdym dniem choroby. Ja, która daaawno nie miała takiego stanu, poczułam niemoc, bezradność.

Ja – kobieta czynu, ogarniająca kilkanaście rzeczy na raz padłam na glebę. Fizyczny ból sprawił ze siadła mi głowa. Pustka w głowie. Brak celu i poczuje beznadziei, bezsensu i bezsilności. Wszystko co miałam zaplanowane w ostatnim czasie legło w gruzach… Po urlopie miało furczeć z nowymi projektami…

Po licznych perturbacjach i długich wizytach w szpitalach, w przychodniach państwowych wiedziałam jedno. Nie dam za wygraną i znajdę przyczynę dolegliwości. Nie dam sobie wcisnąć ot tak antybiotyku tylko dlatego, że ktoś stwierdził na podstawie krótkiego i lapidarnego wywiadu, że to tak na wszelki wypadek. Szukałam i szukałam, aż dzięki nieoczekiwanej pomocy znajomych trafiłam w kompetentne ręce lekarzy ze szpitala zakaźnego. Seria badań, kilka dni jeżdżenia, trochę czekania i tak oto wczoraj jest diagnoza. Pasożyt. Ma Pani szczęście, że daje o sobie znać. 90% ludzi nawet nie wie, że ma w sobie „obcego”.

Jest diagnoza, jest leczenie. Bez antybiotyku nie da rady. Ale teraz jest uzasadniony.

Leczenie jeszcze potrwa długo, najbliższy tydzień – dwa nie będą lekkie, bo tego skurczybyka trzeba wykończyć końską dawką. Później trzeba będzie ostro zadbać o immunologię.

Po usłyszeniu diagnozy paradoksalnie cieszę się jak głupia i czuję ogromną wdzięczność. Wiem co mi dolega. Znam przyczynę. Bo najgorzej żyć w niewiedzy.

Od razu głowa lepiej pracuje. Przestaje kręcić  filmy z gatunku horrory. Odczuwam radość. I ulgę. Bo wiem, że za niedługi czas moc wróci i ciało będzie znowu dobrze funkcjonowało.

W tym całym dziwnym i niełatwym czasie pojawiają się wnioski.

Po pierwsze – jeśli masz wolę walki i nie dajesz za wygraną, to znajdziesz, to czego szukasz.

Nie miałam w sobie zgody na to, aby łyknąć pierwszą lepszą diagnozę, postawioną przez kogoś, kto w biegu zadał mi 3 pytania, ponaciskał brzuch i nie miał czasu omówić wyników badań. Dzięki Bogu, bo pewnie zaleczyłabym skutek, a nie przyczynę.

Po drugie – bądź zawsze sobą i nie udawaj uśmiechu, jeśli nie masz siły się uśmiechać!

Po wrzuceniu zdjęcia ze szpitala na Fb spotkałam się z opiniami, że takich zdjęć nie można publikować w Social mediach, bo ludzie się martwią i w ogóle nieee! Z pierwszej chwili pomyślałam: „kurde może rzeczywiście to przegięcie. Nie powinnam tego wrzucać”. Ale po kilku dniach rozmyślań zmieniam zdanie. Szanuję opinię, tych którzy uważają to za niestosowne. Ja jednak mam inne zdanie. Nie chcę udawać, że jest super i promować podrasowanego, kolorowego życia, pierdzieć kwiatkami i wiecznie szczerzyć kły, nawet kiedy jest do dupy.

Jestem sobą. Nie potrafię udawać, że jest dobrze jak jest źle. Wolę być prawdziwa i pokazywać również słabe momenty. Bo każdy z nas je ma i nie widzę w tym nic złego aby przyznać się do słabości czy choroby. Spójność jest dla mnie ważną wartością i to będę promować zawsze i wszędzie.

Dzięki temu postowi odezwało się do mnie wiele osób, które pomogły mi dotrzeć do właściwych lekarzy, zarówno medycyny konwencjonalnej jak i niekonwencjonalnej. Wiele osób życzyło zdrowia i mocy, której na prawdę potrzebuję, bo ciało każdego dnia jest okradane z siły przez wrednego robala, a umysł wcale nie pomaga. Te życzenia podtrzymały mnie na duchu. Dziękuję wszystkim, którzy zareagowali i chcieli w jakiś sposób pomóc. Doceniam to z całego serca, chociaż nie wszystkim dałam radę odpowiedzieć osobiście.

Po trzecie i w sumie o tym miał być ten post – nie mamy wpływu na wszystko.

Plany, zadania, cele, zobowiązania w jednej chwili mogą lecieć na łeb na szyję bo Ktoś tam na górze ma inny plan na Ciebie. Bo los płata Ci figla i podrzuca Ci kłody pod nogi.

I w jednej chwili tracisz kontrolę nad wszystkim.

Możemy sobie wszystko zaplanować od A do Z, ale wystarczy moment aby coś pokrzyżowało nam plany.

Może te sytuacje są Ci bliskie…?

Poranek. Spieszysz się na ważne spotkanie, wsiadasz do auta i już masz wyjeżdżać z garażu. Ale tuż przed Twoją bramą rozkracza się właśnie ogromna śmieciara, która przez najbliższe kilka minut będzie opróżniać kontener i zablokuje Twój wyjazd, co w rezultacie spowoduje Twoje spóźnienie na ważne spotkanie.

Wesele. Wszystko idealnie zaplanowane, goście w wytwornych strojach oraz iście szampańskich humorach. Nagle nadciąga burza z piorunami i w sali weselnej następuje awaria prądu, której nie da się zaradzić przez całą noc, bo jak na złość pada również agregat.

Sylwester – chcesz iść do klubu X ale tuż przed wyjściem zmieniasz plany i zostajesz w domu. Po czym dowiadujesz się, że właśnie w tym klubie miał miejsce atak bombowy.

Starasz się o wymarzoną pracę. Wszystko wskazuje, że już ją masz, bo po prostu wiesz, że wypadłaś bardzo dobrze. Ale ostatecznie nie dostajesz jej.

Marzenia, plany, cele, deadliny i codzienne listy rzeczy do zrobienia. Wszystko zaplanowane z najdrobniejszym szczegółem…

Każdego dnia mamy setki spraw do pozałatwiania, ciągle realizujemy nowe cele. Możemy sobie wszystko zaplanować z najdrobniejszą precyzją ale często nasze plany „niweczy” coś lub ktoś co powszechnie nazywamy losem lub Bogiem. Ktoś ma na nas inny pomysł. Bo chociaż mamy ogromny wpływ na swoje życie i od nas samych zależy bardzo wiele, to jednak nie do końca tak jest.

A my się wtedy wściekamy, frustrujemy. Bo zupełnie nie rozumiemy, jak coś takiego mogło się mi przytrafić? I dlaczego mnie?

I tak możemy się szarpać całe życie. I żyć z taką myślą, że ja to zawsze mam pod górkę, biednemu to i wiatr w oczy i zadręczać się pytaniem dlaczego znowu ja?

Ale im szybciej zrozumiesz, że nie mamy takiej mocy aby wszystko kontrolować i odpuścisz – tym lepiej zrozumiesz, że pewne rzeczy dzieją się po COŚ.

Być może, to że nie możesz wyjechać na spotkanie bo na wyjeździe stoi rozkraczona śmieciara ma uchronić Cię przed poważną kolizją, która ma miejsce gdzieś na Twojej zaplanowanej trasie.

Być może, to że w ostatniej chwili zmieniłaś plany i w sumie nie wiesz dlaczego, miało uchronić Twoje życie przed atakiem bombowym.

Być może, to że na Twoim weselu pieprznął prąd, sprawiło, że ludzie nigdy nie zapomną niepowtarzalnej zabawy przy świecach i wraz z mężem będziesz miała co opowiadać wnukom na starość.

Być może nie dostałaś tej wymarzonej pracy, bo czeka na Ciebie lepsza, spokojniejsza, bez konieczności robienia nadgodzin oraz poświęcania życia rodzinnego.

Być może masz inne historie i zapewne, jak się dłużej zastanowisz znajdziesz ich wiele ze swojego życia. Takich momentów, kiedy coś poszło nie po Twojej myśli, kiedy czułaś frustrację, że los pokazał Ci środkowy palec.

Nie mamy do końca wpływu na wszystko i nie wszystko zawsze pójdzie po naszej myśli.

Przemyśl, zaakceptuj i odpuść pełną kontrolę. Znajdź pozytyw w tej całej sytuacji, spróbuj znaleźć odpowiedź PO CO to się dzieje. I bądź szczęśliwa. Nawet w tych momentach, kiedy coś idzie na opak i nie po Twojej myśli. Wiem, że nie zawsze jest to łatwe ale warto chociaż spróbować.

Z miłością i powoli odzyskiwaną MOCą.

Już niebawem kolejny wyjazd dla kobiet. Sprawdź termin i zapisz się! https://www.crazywomengohealthy.pl/wydarzenia

 


50 sposobów na szczęśliwe życie. Sposób #10 – odżywiaj się zdrowo!

Aleksandra Gelo-Piesta
Aleksandra Gelo-Piesta
25 sierpnia 2017
Fot. iStock/RossHelen
Fot. iStock/RossHelen
 

Zdrowe odżywianie staje się coraz popularniejsze. Wręcz pokuszę się o stwierdzenie, że wręcz modne. Wszędzie diety i obiecanki, że schudniesz i osiągniesz wymarzoną sylwetkę. A Ty kolejny raz mówisz sobie: „zacznę się odchudzać od poniedziałku”… „od poniedziałku ostra dieta”… i co? Kończy się tak samo. Efekt jojo. Zrzucone kilogramy wracają szybciej niż się ich pozbyłaś. Zawód. Frustracja. Dół. Albo przerywasz swoją dietę już po kilku dniach, bo nie dajesz rady wytrwać w postanowieniu…

Brzmi znajomo?

Oczywiście, bo większość kobiet tak ma.

Też to przechodziłam… zaczynam od poniedziałku. Zaczynam od jutra… Przechodzę na dietę… Zawsze tak samo się kończyło. .

Zdrowo nie zawsze znaczy to samo

Kilka lat temu, kiedy byłam w pierwszej ciąży „przypadkiem” trafiłam do wspaniałej kobiety – specjalistki od Ajurwedy, która wywróciła moje „zdrowe odżywianie” do góry nogami.

Kiedy zapytała mnie, co jem, moja odpowiedź była krótka – „no jem same zdrowe produkty”. Następnie, poprosiła abym dokładnie wymieniła wszystko, co jem i okazało się, że moje posiłki pozostają dalekie od zdrowych. Sporo nabiału, pieczywo, owoce, płatki muesli i wiele wiele innych, które nie służyły mojemu organizmowi.

Spożywałam bardo dużo ukrytego cukru, jadłam nieregularnie i szybko. Nie dostarczałam tego, czego organizm potrzebował.

To był zalążek zmian. Od tamtej pory bardzo wiele zmieniło się w moim sposobie odżywiania…

Kolejnym bodźcem ku zmianie były konsultacje z moją znajomą diet coachem. Już wtedy zwracała mi uwagę, na zbyt duże ilości cukru, ukrytego w pożywieniu, sokach oraz moich ulubionych owocach. A ja codziennie przygotowywałam kolorowe shake’i wypełnione różnorodnymi owocami. I zastanawiałam się, dlaczego waga rośnie zamiast spadać…

Przecież ja wiem lepiej!

Na początku ciężko było mi zaakceptować fakt, że powinnam zredukować ilość spożywanych owoców w ciągu dnia… ukochane maliny, truskawki, arbuzy, nektarynki…. Przecież na to czeka się cały okrągły rok! I ja mam z nich rezygnować!!!! Czułam się oszukiwana, bo przecież od dzieciństwa słyszałam o zaletach owoców i soków owocowych…. O tym, że są zdrowe. Owszem, zdrowe są ale spożywane z umiarem, a ja tego umiaru nie znałam.

No i samo słowo dieta, które wszędzie słyszałam! Nie znosiłam go szczerze. Kojarzyło mi się z ogromnymi wyrzeczeniami, ciągłym odmawianiem sobie czegoś, frustracją i efektem jojo i ponowną frustracją. Z siedzeniem w restauracji i „delektowaniem się” liściem sałaty i szklanką wody…

Rewolucja w głowie i na talerzu

Kiedy minął bunt i opadły skrajne emocje, przyszła akceptacja. Ok robię to wyłącznie dla siebie. Naprawdę chcę coś zmienić w swoim sposobie odżywiania. Chcę być zdrowa, czuć się dobrze ze swoim ciałem. Chcę mieć więcej energii, bo jej najczęściej mi brakowało.

Krok 1 Zmiana myślenia

Przede wszystkich zmieniłam myślenie. Wyrzuciłam z głowy słowo „dieta”. Po pierwsze dlatego, że słowo „dieta” kłóciło się z moją kluczową wartością wolność/niezależność. W trakcie każdej diety czułam się uwiązana do posiłków, które mi nie smakowały. Jedzenie nie sprawiało mi przyjemności.

A przecież pożywienie jest pokarmem dla naszego ciała i duszy. Powinno również zadowalać nasze podniebienie. Chcąc nie chcąc jest dla nas przyjemnością.

Kiedy więc, wyrzuciłam już na dobre słowo dieta ze swojego słownika, musiałam je czymś zastąpić. Najlepiej przemawiało do mnie zdrowe odżywianie. No ale przecież odżywiałam się „zdrowo”.

Krok 2 – Gruntowny research

Zaczęłam szperać w internecie informacji na temat prawidłowego odżywiania, konsultowałam się również z moją znajomą dietetyczką. Zależało mi bardzo aby zmienić sposób odżywiania i wyeliminować złe nawyki. Dużo czytałam o glutenie, mięsie, słodyczach, owocach, sokach i alkoholu.

Krok 3 – Jestem królikiem doświadczalnym

Mam taką przypadłość, że zawsze muszę wypróbować coś na sobie, aby uwierzyć, że coś działa.

Tak więc, stałam się swoim własnym królikiem, na którym zaczęłam przeprowadzać eksperymenty metodą prób i błędów.

Na trzy miesiące odstawiłam zupełnie gluten i już po zaledwie kilku tygodniach okazało się, że rezultaty są widoczne gołym okiem. Więcej energii, płaski brzuch, brak problemów z wypróżnianiem, piękna cera i zdecydowanie mniejszy cellulit. Waga spadała jak głupia. Nie miałam łaknienia na słodycze i słone przekąski.

Po trzech miesiącach cieszenia się piękną sylwetką i namacalnym zdrowiem – pozwoliłam sobie na kanapkę z białej, mięciutkiej i cieplutkiej bułeczki. Jedna bułeczka mi nie zaszkodzi. Potem była druga, trzecia, czwarta…. różnego rodzaju makarony, których byłam fanką i nim się spostrzegłam jadłam już wszystko po staremu. Czułam się spuchnięta, wiecznie zmęczona, wkurzona i co chwila potrzebowałam czegoś słodkiego, aby szybko podnieść sobie poziom cukru we krwi. Im szybciej wzrastał, tym szybciej spadał , a ja ponownie czułam się senna i wk…..na! W dodatku wzdęty brzuch i zaniedbała cera, nie sprawiały, że czułam się lepiej.

Wniosek – nie mogę zupełnie odstawić pieczywa i makaronów, bo później rzucam się na nie jak głupia.

Tak samo było z mięsem. Przez ponad 3 miesiące nie jadłam również mięsa. Samopoczucie super, lekka, świetne trawienie. Po powrocie do mięsnych posiłków „żarłam” nawet parówki!

Wniosek – Mój organizm też potrzebuje mięsa.

Te doświadczenia, choć radykalne i drastyczne sprawiły, że bardzo poznałam swój organizm.

Nauczyłam się rozpoznawać jego potrzeby, a także dowiedziałam się, które pokarmy mi służą, a które nie. Od których łatwo się uzależniam, a które z powodzeniem mogę odstawić.

Właściwa droga

Moje zdrowe odżywianie polega dzisiaj na tym, że jem zbilansowane posiłki, w których królują warzywa, kasze, ryby, owoce morza, mięso (1-2 x w tygodniu), pieczywo własnej roboty z mąki bezglutenowej (bo ta ewidentnie mi nie służy), 2 porcje owoców do określonej godziny oraz soki w proporcji 3/1 (warzywa/owoce). Dużo kiszonek, naturalnych, nieprzetworzonych produktów, najlepiej z ogródka babci lub z dobrych bazarków.

Przestałam jeść gotowe muesli, nabiał, pić kawę z mlekiem krowim oraz kupne soki.

Zrozumiałam, że zdrowe odżywianie to spożywanie regularnych, niewielkich posiłków o możliwie stałej porze, nie jedzenie na noc oraz myślenie o tym, co wrzucam do swojego żołądka.

Zaczęłam częściej gotować sama, szukać inspiracji i wymyślać swoje przepisy.

Im lepiej się odżywiam, tym lepiej się czuję, tym więcej mam energii, ładniejszą cerę i piękniejsze ciało. Jedzenie jest dla mnie paliwem na cały dzień, odżywia wszystkie moje komórki i sprawia, że mam dobrą odporność.

A co najważniejsze – nie muszę się odchudzać od żadnego poniedziałku!

Moje nowe nawyki stały się także nawykami moich dzieci i męża. Wszyscy nauczyliśmy się nowych smaków i uczymy się ich cały. Co więcej, moja 7-letnia córka często pyta mnie – „mamo, a czy to jest zdrowe?” chcąc dowiedzieć, czy coś jest dla nas dobre, czy nie.

Drobne grzeszki

Jestem tylko człowiekiem i skłamałabym, że jem tylko super zdrowo i nie zdarza mi się popełnić żywieniowych grzeszków. Zdarza mi się, zboczyć z mojej drogi i zjeść coś słodkiego (zawsze miałam słabość do słodyczy), wypić alkohol i zjeść pizzę czy zapiekankę.

Nie biczuję się za to i też nie zakazuję moim dzieciom próbowania różnych smaków. Nawet tych, których normalnie na co dzień nie spożywamy. Znam granicę i wiem, kiedy nadmiar czegoś może sprawić, że stare nawyki żywieniowe powrócą i jak trudno jest znowu wrócić na właściwą ścieżkę. Tego też uczę swoje dzieci. Konsekwencji z naszych wyborów. Także żywieniowych.

Po takim małym odstępstwie, szybko wracam na właściwe tory.

Bo wiem doskonale, jaką ważną wartość dla siebie realizuję poprzez właściwe odżywianie – ZDROWIE, które mamy tylko jedno.

Dziś zdrowe odżywianie to mój styl życia, które przekłada się na moje poczucie szczęścia.

Zachęcam więc Ciebie abyś przyjrzała się temu, co i jak spożywasz i czy aby na pewno, jesz zdrowo.

Z miłością!

P.S. A jeśli chcesz dokładnie poznać moją historię rewolucji na talerzu oraz dowiedzieć się, jak jeść zdrowo i smacznie, a przy tym przekonać swoją rodzinę do zmiany sposobu odżywiania, to bądź z nami na wyjeździe dla kobiet CRAZY WOMEN GO HEALTHY 29.09 – 1.10. W holistyczny sposób zadbamy o CIAŁO, UMYSŁ I DUSZĘ.

Poznaj szczegóły i zapisz się już dziś! Do 4 września niższe ceny!

https://www.crazywomengohealthy.pl/wydarzenia