5 sygnałów cichej przemocy, które często lekceważymy

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
14 maja 2017
Fot. iStock/adl21
 

Gdyby zapytać o oznaki przemocy w związku, bez wahania wymienialibyśmy przemoc fizyczną, rzucanie wyzwiskami, dręczenie psychiczne, czy nadużycia seksualne. Ale przemoc domowa to często coś więcej niż siniaki, złamania, awantury, krzyk i zmuszanie do stosunku. Potrafi przybrać bardzo subtelne i ciche formy, czaić się pomiędzy partnerami i atakować niejako z ukrycia. Pewne sygnały przemocy trudno jest nam dostrzec, nazwać je i zakwalifikować do znanej kategorii, ale zlekceważone będą narastać i powodować coraz większą krzywdę i szkody w psychice. Oto 5 sygnałów cichej przemocy, które często bagatelizujemy i pomijamy.

Kontrolowanie

Nie ma nic złego w jasnych zasadach pomiędzy partnerami, ale pod warunkiem, że obie strony je uzgadniają i mają prawo do decydowania o sobie i swoim zachowaniu. Tutaj to jeden z partnerów ustala dokładnie gdzie, kiedy i z kim druga strona może przebywać i wychodzić, kontroluje jej działania i chce znać dokładny rozkład dnia i plan zajęć. Każde odstępstwo od reguły wymaga jego zgody i akceptacji, zasadniczo staje się w relacji panem i władcą.

Izolowanie od innych

Przemocowy partner zrobi wszystko, by w sytuacji, gdy będziesz potrzebować wsparcia ze strony rodziny lub przyjaciół, odsunąć cię od twoich bliskich. Będzie przekręcać ich słowa, subtelnymi komentarzami dolewać oliwy do ognia, przekonywać cię o ich złych intencjach i działać we wszelki możliwy sposób na rzecz popsucia relacji. Wszystko po to, byś „zrozumiała”, że tylko on jest ci potrzebny, by stał się dla ciebie najważniejszy i najwspanialszy.

Demotywacja

Ironiczny komentarz powiedziany niby żartem (no a przecież za żart nie będziesz się obrażać czy gniewać!), krytyczna uwaga, którą rzuci mimochodem, opinia, która jego zdaniem miała być szczera i motywująca, a zamiast tego zniechęciła i podcięła skrzydła – oto narzędzia, którymi posługuje się demotywujący cię partner. W wielu związkach docinki, wyśmiewanie się z siebie nawzajem i niewybredne dowcipy są czymś naturalnym i normalnym, ale pod warunkiem, że obie strony czerpią z tego taką samą radość. Jeśli słowa partnera sprawiają ci ból i powodują, że czujesz się gorsza i mniej wartościowa, to przestaje to być zabawą, a staje się formą przemocy.

Gaslighting

Gaslighting to forma przemocy psychicznej, która polega na tym, że partner chce zrobić z ciebie osobę niezrównoważoną emocjonalnie i niestabilną psychicznie. Stosuje przy tym różne techniki – będzie udawał, że twoje wypowiedzi nie mają sensu i nie sposób ich zrozumieć, może blokować i krytykować twoje pomysły, bagatelizować twoje uczucia i nazywać histeryczką, zaprzeczać swoim własnym wcześniej wypowiedzianym słowom lub twierdzić, że przytaczane przez ciebie sytuacje w ogóle nie miały miejsca. Zrobi wszystko, być poczuła się zignorowana, nieważna, zdezorientowana, a twojej głowie zapanował mętlik. Taka manipulacja ma dać mu władzę i kontrolę nad tobą, poczucie siły.

Śledzenie i nadmierna obecność

Partner zaskakuje cię nagłym pojawieniem się w pracy, pod twoim domem, w tramwaju, którym wracasz z pracy czy obok mieszkania przyjaciółki, do której właśnie się wybrałaś. Romantyczna niespodzianka? Jasne, może się zdarzyć, że ukochany zechce cię miło zaskoczyć swoją obecnością, ale zbyt częste, niby – przypadkowe wpadanie na siebie, jest podejrzane. Śledzenie jest też formą przemocy! Jeśli czujesz, że obecność twojego mężczyzny nieco cię przytłacza, nie możesz złapać swobodnego oddechu i czujesz się „podduszona” jego ciągłym byciem obok, to coś jest na rzeczy. Powinnaś jasno określić swoje granice i domagać się ich przestrzegania – w końcu każdy z nas potrzebuje chwili tylko dla siebie.

Nie czekaj, działaj i walcz o siebie!

Każda forma nadużyć i przemocy w związku wymaga przemyślenia naszej sytuacji i koniecznego wprowadzenia zmian. Nie warto czekać, aż coś samo minie, partner się nagle zmieni, „jakoś się ułoży” – przemoc najczęściej narasta z czasem, a jej oznaki stają się coraz dotkliwsze dla drugiej strony. Najważniejsze, by czuć się dobrze w obecności partnera, a związek dawał radość, wsparcie i satysfakcję – jeśli jest inaczej, czas pomyśleć o sobie i zatroszczyć się o swoje dobro!

Na podstawie: www.psychologytoday.com

Zapisz


Dlaczego ja właściwie od niego odeszłam? 6 powodów, dla których rezygnujemy ze związku zbyt wcześnie

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
14 maja 2017
Fot. iStock/SandraKavas
 

Nowa miłość jest porywająca i wydobywa z nas to, co najlepsze (przynajmniej tak to powinno wyglądać). Niestety, kiedy początkowe uczucie czy zauroczenie mija, często rezygnujemy ze związku i chcemy spróbować „z kimś innym”. Jeśli oboje jesteśmy zgodni, pozostaje tylko podać sobie ręce na pożegnanie. Gdy jednak decyzja jest jednostronna i tylko jedno z partnerów chce kontynuować związek, rozstanie jest bolesne, a druga osoba odchodzi w poczuciu winy, że skrzywdziła.

Większość ludzi, którzy odchodzą, jest gotowa, by „iść dalej”. Ale niektórzy, gdy minie trochę czasu, zaczynają żałować swojej decyzji, wspominają to, co było w związku dobre. I często dążą do powrotu. Czasami jest to już niemożliwe, innym razem się udaje. Partnerzy, którzy chcą powrócić do swojej „starej” miłości muszą mieć pełną świadomość tego, co doprowadziło do rozpadu ich relacji, poprzednim razem.

Najczęstsze przyczyny dla których rezygnujemy ze związku zbyt wcześnie

1.Strach przed zaangażowaniem

Obawa przed przedwczesnym i zbyt mocnym zaangażowaniem jest jednym z najczęstszych powodów, dla których zostawiamy naszych partnerów. Trudno nam zrozumieć różnicę między zaangażowaniem a utratą wolności. Często czujemy presję, boimy się, że nie dotrzymamy obietnic danych danej stronie, zwłaszcza jeśli ona jest już gotowa na długotrwały związek.

Jeśli jeden z partnerów czuje, że druga chce zaangażowania, ale on sam nie jest na nie gotowy, będzie odczuwać to pragnienie jako potencjalną pułapkę. Czuć się zablokowanym w związku, który powoli traci swój urok, zaczyna być dla nas zbyt przerażające. Wycofujemy swoją energię z tej relacji. Wracając do tego związku powinniśmy na nowo zdefiniować swoje obawy i rozwiązać ten problem, inaczej to zachowanie prawdopodobnie będzie się powtarzać.

2. Brak gotowości do nawiązania długoterminowej relacji

Wiele ludzi rezygnuje ze związku, bo nie czują się wystarczająco mądrzy lub doświadczeni, by obiecać komuś wspólną przyszłość.  Nie są gotowi, by się „ustatkować” i  zatrzymać na dłużej. Wolą ciągle odkrywać nowe alternatywy, nawiązywać nowe znajomości. Ta niezdolność i niechęć do przewidywania  co może się wydarzyć w naszym związku, jest naturalna u bardzo młodych osób. U starszych jest oznaką niedojrzałości. Są ludzie, którzy nigdy nie powinni być w długotrwałym związku.

3. Niezakończony związek z przeszłości

Jest całkowicie możliwe, że kochasz jednocześnie dwie osoby. Niektórzy z nas odchodzą, bo nadal mają silne uczucia dla osoby, z którą przeżyły jakiś fragment swojego życia. Kiedy w nowym związku zaczynają się jakieś problemy, z nostalgią wracamy do poprzedniej relacji, idealizując byłego partnera, wspominając jedynie to, co dobre. Porównujemy „nowy” związek do tego, który powinien należeć już do przeszłości. Pragnienie, aby wrócić do byłego partnera się nasila.

4. Brak wiary w pomyślność długoterminowych relacji

Doświadczenia z dzieciństwa, nieudane pierwsze, „dorosłe” związki – to wszystko mocno na nas oddziałuje. Kiedy ludzie pozwalają doświadczeniom z przeszłości blokować swoją teraźniejszość, łatwo zniechęcają się, gdy pożądanie lub początkowe zauroczenie gasną. Zamiast pracować nad pogłębieniem relacji, zaczynają się koncentrować na tym, co jest „nie tak”.

Jeśli szukasz problemów, z łatwością je znajdziesz. Żeby zmienić swoją postawę musisz być w pełni świadomy skąd wynikają twoje lęki.

5. Wybór tego, co jest łatwe, zamiast podejmowania wyzwania

Długotrwałe, udane relacje wymagają olbrzymiej pracy – z obu stron. Wiedząc, że trwałość i szczęście naszego związku zależy od naszego zaangażowania i dobrej woli lepiej dbamy o siebie i naszą relację.

Kiedy nie rozumiemy, że nasz wysiłek jest tu niezbędny, często wybieramy niezobowiązujące, niewiele wymagające związki. Takie, które i nam mają niewiele do zaoferowania… Takie, w których oboje partnerzy bardzo szybko się od siebie oddalą.

6. Brak umiejętności przekształcenia romantycznego uczucia w coś głębszego

Kiedy miłość jest jeszcze „świeża i nowa”, to nasze uczucia są bardzo intensywne, co nadaje im magicznego wymiaru. Jesteście sobą oczarowani, zachwyceni… Chcecie pokazać się z jak najlepszej strony, ukrywacie swoje wady, odsuwacie na bok wszystkie inne relacje (z rodziną, czy przyjaciółmi).

Ludzie, którzy nie mają umiejętności, aby przekształcić swoje romantyczne uczucia w „coś głębszego”, w miłość, dochodzą do momentu, w którym fascynacja i pożądanie zaczynają zanikać i… odchodzą. Mają nierealistyczne oczekiwania, że te uczucia towarzyszące im na samym początku, powinny trwać (same) wiecznie. A jeśli nie trwają – to nie była miłość.


Na podstawie: psychologytoday.com

 


Romans emocjonalny boli tak samo, jak zwykła zdrada. Przekonałam się, że to ona jest miłością jego życia

Listy do redakcji
Listy do redakcji
13 maja 2017
Fot. iStock/elenaleonova

Najgorszy jest ten moment, kiedy uświadamiasz sobie, że ktoś, z kim byłaś tak bardzo blisko, że znałaś jego marzenia, czasem nawet myśli – wystarczyło ci jedno spojrzenie, by go zrozumieć – ten ktoś już nie ma serca dla ciebie. I że te marzenia, myśli, od kilku miesięcy są inne, bo też krążą wokół jednej osoby, którą ty już nie jesteś.  Zdrada fizyczna z pewnością boli, wyobraźnia podpowiada ci obrazy, scenariusze – jesteś tego pewna. Ale romans emocjonalny – tego nie sposób opisać. To odebranie ci bliskości nie do zastąpienia. To wstawanie rano z poczuciem, że przez kilka miesięcy budziłaś się obok kogoś, dla kogo jesteś już tylko przeszkodą, problemem, życiową komplikacją. Kto nie widzi już w tobie bratniej duszy, przyjaciółki, całego świata.

Nigdy nie podejrzewałam go o zdradę. Byliśmy ze sobą zawsze bardzo szczerzy, zawsze na siebie uważni. Stąd zmianę w zachowaniu mojego męża zauważyłam bardzo szybko. Zaczęło się od tego, że wracał z pracy (wcale nie coraz później) i zamiast, jak zawsze usiąść ze mną w naszej kuchni i porozmawiać czy zajrzeć do pokoju bliźniaków, kładł się w sypialni na łóżku z telefonem i klikał. Byłam pewna, że gra, czyta swoje ulubione artykuły, odpoczywa. Że jest zmęczony, potrzebuje trochę przestrzeni. Wieczorami leżał z laptopem, oglądał jakieś filmy instruktażowe ze swojej branży, przeglądał Facebooka. Nie pytał już, jak minął mój dzień, jak w przedszkolu, czemu jedno z dzieci ma na kolanie plasterek.

Kiedy zaczął się oddalać, coraz bardziej, ode mnie i od naszych synów, podejrzewałam depresję, ciężką chorobę, raka, wypalenie zawodowe, wszystko tylko nie to. Próbowałam rozmów – w spokoju i po dobroci i w nerwach, w desperacji i z płaczem, a on konsekwentnie odmawiał, tłumacząc się zmęczeniem. Powoli stawał się oschły, ironiczny, przykry – ja ciągle wierzyłam w jakiś głęboki, psychiczny kryzys, o którym w końcu mi powie. Kiedy tylko uda mi się do niego dotrzeć. A on, z czułego partnera, najlepszego przyjaciela zmieniał się w kogoś wrogiego, gburowatego, wiecznie nachmurzonego. Wspólna kolacja, film, wieczór – wszystko to przestało go interesować. Traktował dom jak hotel.

„Boli mnie głowa” – słyszałam, kiedy próbowałam przytulić się do niego w łóżku. „Idźcie sami – mówił, kiedy w weekend planowałam rodzinny spacer. Dzieci jeszcze jakoś tolerował, ale mnie… Ja go drażniłam. Czułam to. Nie podejrzewałam jednak, że jego serce zajął ktoś inny.

Z resztą romans? Jaki romans, kiedy on właściwie cały czas jest w domu? Żyłam iluzją, przyjmując najtrudniejszą konsekwencję jego nastroju – samotność. I trwało to dopóty, dopóki pewnej nocy nie obudziło mnie światło jego telefonu. Myśląc, że śpię pisał wiadomości korzystając z komunikatora tekstowego. Wtedy zrozumiałam. Wiadomości o 2giej w nocy? Do kolegów z pracy? Nie. Do koleżanki.

Przekonałam się o tym, nad ranem. Tej nocy już nie zasnęłam. Dwie godziny później, zabrałam mojemu śpiącemu mężowi telefon i zamknęłam się w łazience. Lista połączeń – wyczyszczona, SMSów brak. Ale tych niebieskich wiadomości nie wykasował. Przesuwałam je palcem, jedna po drugiej. Ułożyły mi się w historię, której wolałabym – w tamtym momencie – nigdy nie poznać.

Miała na imię Kasia, była o pięć lat młodsza ode mnie i całkiem niedawno rozstała się ze swoim narzeczonym. Na początku roku – dokładnie 9 miesięcy temu została nowym członkiem zespołu mojego męża. Trzy miesiące później, wyznali sobie miłość. Od tego momentu wysyłali sobie codziennie kilkaset wiadomości. Zdjęcia, rozmowy o wszystkim. O seksie – tym zakazanym, o polityce, o emocjach, o związkach, o mnie, o ich miłości.

Pisał, że jest jego bratnią duszą, drugą polówką, niespełnioną miłością, kobietą, o której zawsze marzył, ale nigdy wcześniej nie spotkał. Łzy spływały mi po policzkach. Znałam te słowa. Kiedyś kierował je do mnie.

Widziałam też, jak bardzo stara się jej pokazać z jak najlepszej strony. Nie obiecywał, że odejdzie do niej, dlatego, że chce zrobić wszystko „dla dobra dzieci”, które bardzo kocha. O mnie pisał per „ona”. „Ona” niczego nie podejrzewa. „Ona” nie dała by ci spokoju. „Ona” jest nieporozumieniem, ciągle tylko wyrzuty i wymagania.

Siedziałam na podłodze i wyłam zdławionym płaczem, zatykając sobie usta ręcznikiem. Nie zasłużyłam na te słowa, słowa które bolały podwójnie. Dla mnie gbur, dla niej, dla nowej miłości –  poeta, czuły partner, wspaniały ojciec. Ale też kłamał. Kłamał, że zajmuje się dziećmi, że właśnie gotuje dla nich obiad, bo ja znowu gdzieś wyszłam. Że wybiera buciki dla naszych synków, że idzie z nimi do parku.  Zagrał swoją rolę znakomicie. A mnie przedstawił jako złą żonę.

Rano zrobiłam dwie kawy, jak zawsze. Zaniosłam mu do łóżka, obudziłam go. Wzięłam go za rękę i zobaczyłam, jakie to dla niego trudne. On ten dotyk traktował jak zdradę ukochanej. Czyli, tej drugiej.

„Masz romans?” – spytałam, czując, że kolana mi miękną. – „ Nie – odpowiedział, ale widząc w moim ręku swój telefon zaraz dodał – my tylko ze sobą rozmawiamy. Ale to jest miłość mojego życia”. Wstałam, poszłam do kuchni, nie pamiętam jak szybko wyszedł z domu do pracy, ale wydawało mi się to wiecznością. Mój świat się zawalił.

Okazało się, że naprawdę w to wierzył. Wierzył, że rozmowy, te ukradkowe, nocą, że wyznania miłosne, rozmowy o mnie, o dzieciach, kłamstwa – że to nie zdrada. Bo przecież nie poszli ze sobą do łóżka, choć o tym marzyli, pisali, wyobrażali to sobie.

Mój mąż nie chciał odejść. Choć był zakochany, bał się bardzo reakcji całej naszej rodziny. Jak to będzie, kiedy zostawi nas i odejdzie do młodszej kobiety? Co oni nim pomyślą? Choć kochał, był tchórzem. Dlatego to ja zdecydowałam się na ten krok, ja odeszłam, ja wniosłam o rozwód. Dziś żyjemy swoimi życiami – on z nową, prawdziwą miłością – ja z dziećmi i nadzieją, że kiedyś poznam kogoś, dla kogo naprawdę będę całym światem.

Czy wybaczyłam? Wybaczyłam. Naprawdę, potrafię zrozumieć, że serce nie sługa. Potrafię uwierzyć, że kiedy się tak mocno kochasz, rodzina – kobieta, z którą spędziłeś kawałek życia i masz dzieci, przestają być ważne. Ale nadal cierpię i budzę się w nocy, z poczuciem,  Żeby się z tym pogodzić, trzeba chyba na nowo poukładać sobie w głowie pojęcia i wartości. Zrozumieć, że nikt do nas nie „należy”, że nikogo nie „mamy”. Że miłość nie zawsze jest gwarancją.  Że sercu drugiej osoby, nie da się zakazać czuć.


Zobacz także

O czym świadczy rodzaj alkoholu, który zamawiasz przy barze?

Rozwiązanie konkursu „Podróż za jeden uśmiech”

10 sygnałów, że on przejmuje nad tobą kontrolę w związku