5 rzeczy, w które rodzice powinni zainwestować dla dobra swojego dziecka

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
19 kwietnia 2018
Fot. iStock / GeorgeRudy
Fot. iStock / GeorgeRudy
 

„Chcę, by moje dziecko miało w życiu lepiej niż ja” – taka myśl chociaż raz nachodzi każdego rodzica. I pewnie dlatego wpadamy w jakiś lekki obłęd zapewnienia mu wszystkiego, co najlepsze. Kiedy ma rok, zapisujemy już do prestiżowego przedszkola, kiedy ma dwa lata chcemy, żeby uczyło się języka obcego, chodziło na judo, a przynajmniej na rytmikę.

Im jest starsze, tym więcej dokładamy mu obowiązków. Piłka nożna, balet, szkoła muzyczna albo chociaż nauka gry na jakimś instrumencie, bo to przecież rozwija. Szalejemy w kwestii dodatkowych zajęć tak naprawdę w dobrej wierze – chcemy dać dziecku wszystko to, czego my nie mieliśmy, a jednocześnie zainwestować w jego dobry start w dorosłe życie. Ba, nawet nie dorosłe, ale to rówieśnicze, by nie odstawało od innych, by miało więcej umiejętności niż kolega czy koleżanka. Ale czy to dobra droga? Czy przeładowanie zajęć tak naprawdę służy naszym dzieciom, które nie mają czasu się ponudzić, samodzielnie poznawać świat?

W co tak naprawdę warto zainwestować, by nasze dziecko faktycznie mogło mieć w życiu lepiej niż my, ale też nie przesadzić i nie wepchnąć je w poczucie, że musi ciągle coś udowadniać, być najlepszym?

5 rzeczy, w które rodzice powinni zainwestować dla dobra swojego dziecka

Sport

Mam dwóch synów i wiem, że nic tak nie kształtuje charakteru, jak sport. Oczywiście jest wiele korzyści płynących z aktywności – prawidłowa postawa, motoryka, koordynacja ruchowa – to rzeczy niezwykle istotne. Jednak jak dla mnie najważniejszą rzeczą jest nauka systematyczności, samodyscypliny, poczucia obowiązku. To właśnie daje sport. Sama trenowałam w dzieciństwie i wiem, jak wiele temu zawdzięczam. Chciałam iść na trening – musiałam posprzątać pokój, odrobić lekcje. Bez wewnętrznej samodyscypliny i umiejętności organizacji czasu, pewnie moja przygoda ze sportem szybko by się skończyła. Dlatego uważam, że warto, w przypadku naszych dzieci, inwestować w zajęcia sportowe. Sprawdzić, co dziecku odpowiada, co sprawia mu przyjemność. Obojętnie czy to będzie basen, piłka nożna, balet, akrobatyka czy tenis stołowy. Ważne, by ono z przyjemnością w tych zajęciach uczestniczyło, by mu na nich zależało. Oczywiście, nie musi od razu myśleć o byciu zawodowym sportowcem, najpierw jest zabawa, która daje wiele korzyści poza zwykłym ruchem.

Język

Uważam, że w dzisiejszych czasach języki obce to podstawa. Moje dzieci wiedzą, że z dodatkowego angielskiego się nie wymigają. Dzisiaj świat się skurczył, jest multikulturowy. Pamiętacie 25 lat temu podróże za granice? To był luksus, na który mało kogo było stać, a teraz – nie tylko Europa, ale świat stoi przed naszymi dziećmi otworem. Mogą studiować za granicą, wyjeżdżać na stypendia, dorabiać w wakacje. Dlatego nauka języków obcych staje się czymś niezwykle istotnym po to, by dzieci mogły bez ograniczeń korzystać z tego, co podsuwa im świat.

Czas

Niby nic nie kosztuje, ale tego dla dzieci mamy coraz mniej. Dużo pracujemy, wiecznie się spieszymy, do tego dokładamy dzieciom zajęć, na które je wozimy i z których odbieramy. Kiedy więc znaleźć czas na rozmowę, nie tylko na standardowe „Co słychać” i zdawkową odpowiedź, że wszystko dobrze? Może zamiast inwestować w kolejne dodatkowe lekcje szachów, koncentracji, programowania, szydełkowania czy rysunku, lepiej usiąść z dzieckiem i porozmawiać, z jakich zajęć zrezygnowałoby bez żalu na rzecz czasu spędzonego z wami? Dzieciaki tak szybko rosną, za chwilę wyjdą z domu i okaże się, że nic o nich nie wiemy, bo przez ostatnie lata zabrakło nam chwili, by je poznać, by zauważyć, jak się zmieniły.

Pasje

Pamiętam, jak mój mąż, kiedy byłam w ciąży z pierwszym synem, powiedział: „Wiesz, wydaje mi się, że najfajniejsze w posiadaniu dzieci, jest pokazywanie im tego, co samemu się kocha”. Te słowa chyba na zawsze zostaną w mojej głowie, bo właśnie dzięki nam – rodzicom, dzieci mogą odkrywać swoje pasje. To nie musi być akurat to, co my kochamy, ale dając im przykład, budzimy w nich ciekawość świata, szukanie swojej przestrzeni, tego, co będzie im dawać radość i szczęście, w czym będą się spełniać. I nie chodzi mi wcale o dodatkowe zajęcia czy szukanie kolejnych, jeśli jedne się dziecku znudzą. Czy wy pokazaliście swojemu dziecku, co kochacie? To może być łażenie po górach, podróżowanie, jeżdżenie rowerem, bieganie, pisanie, malowanie. Jeśli dziecko zobaczy w nas kogoś, kto ma swoją pasję, z pewnością odnajdzie swoją.

Bezpieczeństwo

Chcielibyście być prowadzeni przez całe swoje życie przez rodziców za rękę? Kontrolowani, czy na pewno nie dzieje się nam krzywda? Troska o dziecko jest czymś zupełnie naturalnym, chodzi jednak o to, by z nią nie przesadzić, by nie stała się ona dla naszego syna czy córki ograniczeniem. Znam dzieci, które do dzisiaj nie jeżdżą na rowerze czy nie pływają, bo rodzice drżą na myśl o tym, co mogłoby się im stać. Ważne jest, by zaszczepić w dzieciach przekonanie, że świat jest bezpieczny, ale jeśli już przydarzy się nam nieszczęśliwy wypadek, to wiemy, jak sobie z nim poradzić. Jak możemy to zrobić? Choćby decydując się na ubezpieczenie dziecka. W ten sposób, choć z drżącym z tysiąca obaw sercem, wypuścimy je z domu, to będziemy mieć pewność, że gdyby (nie daj boże) coś się stało, potrafimy mu zapewnić fachową pomoc i opiekę, i tym samym pokazać, jak mądrze sobie radzić w trudnych sytuacjach. Ta nauka jest bezcenna.


Artykuł powstał przy współpracy z Nationale Nederlanden

 


Zamiast chronić i kontrolować, zbuduj w dziecku pewność, że świat jest przyjazny. Ty, możesz dać mu to, co najlepsze

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
19 kwietnia 2018
Fot. iStock/AleksandarNakic
Fot. iStock/AleksandarNakic
 

Siedzimy wieczorem w kuchni, rozmawiam z mężem i nagle ŁUP! Przez sekundę, może dwie, zastanawialiśmy się, co się stało. Krzyk od razu postawił nas na nogi.

Moi synowie mieli wtedy dwa i cztery lata. Siedzieli u siebie w pokoju na łóżku i nagle ni stąd ni zowąd półka, która wisiała nad nimi, obluzowała się na jednym haku. Młodszy dostał nią w głowę. Krew wszędzie. Łazienka… Szybki ogląd sytuacji. Nie muszę wam mówić, co zobaczyłam? Rana na czole taka, że nogi się pode mną ugięły. W jakimś nadludzkim spokoju zarządziłam wyjazd do szpitala, młodego owinęłam kocem i pamiętam tylko, że w aucie modliłam się, żeby nie stracił przytomności. SOR, szycie, zdjęcie – nie pamiętam w jakiej kolejności. Wróciliśmy do domu i kiedy puścił stres, a syn już spokojnie spał, zalałam się łzami.

Rodzic chyba niczego nie boi się tak bardzo jak tego, że jego dziecku coś się stanie. Najchętniej chodzilibyśmy za nimi krok w krok pilnując, żeby się nie potknęli, nie wywrócili, nie zrobili sobie krzywdy.

Dzwonek do drzwi, tym razem mój starszy syn (miał może pięć lat) rusza z kanapy, żeby sprawdzić kto to i… ląduje czołem na drewnianej szafce. Powtórka z rozrywki – panika zaraz po niej spokój. SOR – szycie, zdjęcie, głowa cała. Tylko ja myślałam, że odlecę, jak już lekarz zrobił mu zastrzyk przeciwbólowy, żeby założyć szwy… I ten płacz dziecka – tego się nie zapomina.

Oczywiście, że na tym nie koniec. Wyrwana ręka z barku. Skręcony nadgarstek i gips. Rozcięta broda i szycie po jeździe na jakimś festynie na byku – imitacja rodeo. Dodać jeszcze mogę tic taca w nosie, pozdzierane kolana na rowerze, podczas spaceru, na placach zabaw. Codzienność z dziećmi.

Młodszy rok temu na lodowisku złamał stałą jedynkę. Zawsze na łyżwach jeżdżą w kaskach, o ochraniaczach na zęby w życiu bym nie pomyślała.

Tak, są takie momenty w życiu każdego rodzica, które chciałby wykreślić z pamięci, zwłaszcza, gdy chodzi o bezpieczeństwo dzieci. I jak tu puścić samodzielnie do szkoły, pozwolić pójść z kolegami na rolki? Przecież w końcu musi nauczyć się samodzielności i poczuć, że mu ufamy. Z drugiej strony, bardzo często towarzyszy nam strach o to, czy wróci całe do domu, czy nic złego mu się nie przytrafi. Dzieci jednak wyfruwają z naszego gniazda chcąc zachwycić się światem i życiem. I jakbyśmy się przed tym nie bronili – są zupełnie odrębnymi od nas jednostkami, których nie jesteśmy w stanie nieustannie kontrolować.

Jasne, że możemy chodzić za nimi krok w krok, trzymać za rękę, nie pozwalać na uprawianie kontuzyjnych sportów, ale, powiedzmy sobie szczerze – w ten sposób wyrządzamy dziecku prawdziwą krzywdę. Mówiąc: „Uważaj, to niebezpieczne”, „Nie wchodź tam, bo sobie zrobisz krzywdę”, „Lepiej idź na szachy niż piłkę nożną” – dajemy dziecku sygnał, że świat jest niebezpieczny, a na każdym rogu czeka na niego zagrożenie. Jak ono ma pójść w świat pewne siebie i wiary w to, że wszystko, co najlepsze cały czas przed nim, jeśli przejmie nasze lęki (a to, że przejmie jest niemal pewne na 100%)?

Chronimy te nasze skarby najlepiej jak umiemy, ale są rzeczy, których nie unikniemy, nie przewidzimy, co widać choćby na przykładzie mojego rodzicielstwa. Co możemy zrobić? Na pewno nie załamywać rąk i czekać na najgorsze.

Rzadko kiedy lubimy rozmawiać o ubezpieczeniach, bo te rozmowy zawsze rozsnuwają przed nami wizje, których nigdy byśmy nie chcieli zobaczyć i mówią o rzeczach, o których my nawet nie chcielibyśmy myśleć. Jednak w przypadku dzieci warto się przełamać, ponieważ , jeśli już dojdzie do wypadku, to miejmy poczucie, że zrobiliśmy wszystko, by naszemu dziecku w powrocie do zdrowia dać to, co najlepsze.

Czy wiecie, że Nationale Nederlanden w ramach ubezpieczenia „Na dziecięce wypadki” wypłaca do 75 000 złotych na powrót dziecka do zdrowia? Złamana ręka – to pieniądze z ubezpieczenia na lżejszy gips i UWAGA na korepetytora, który pomoże w nadrobieniu szkolnych zaległości. To także ochrona przez 24 godziny siedem dni w tygodniu – przecież wiemy, że wypadki zdarzają się dzieciom wszędzie, nie tylko w szkole czy w przedszkolu. Wiem, że ubezpieczenia odstraszają ze względu na uciążliwą biurokrację, ale nie w Nationale Nederlanden – tutaj rodzice mają indywidualnego opiekuna, który, w momencie nieszczęśliwego wypadku, zadba o to, by pomóc jak najszybciej dziecku.

Nie ma co się oszukiwać, nie jesteśmy w stanie non stop kontrolować naszego dziecka i zapewnić mu 100% ochrony przed różnymi wypadkami, zwłaszcza, gdy jest ono ciekawe świata i nieustannie je eksploruje. Więc może zamiast drżeć z niepokoju wyglądając przez okno, czy syn lub córka wracają cali i zdrowi do domu, warto pomyśleć o tym, by zapewnić im idealne warunki pomocy i wsparcia, gdyby rzeczywiście coś im się przytrafiło. Oczywiście oby jak najrzadziej.


Artykuł powstał przy współpracy z Nationale Nederlanden

 


Przestańmy zachowywać pozory. Zadbajmy o to, co dla nas najważniejsze

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
19 kwietnia 2018
Fot. iStock/wundervisuals
Fot. iStock/wundervisuals

Kiedy ktoś pyta, co jest dla ciebie najważniejsze, właściwie bez zastanowienia odpowiadasz: rodzina, przyjaźń, miłość. A już z pewnością wymieniasz jedną z tych trzech rzeczy.

Jeśli jesteś rodzicem życzysz sobie przede wszystkim zdrowia swoich dzieci. Nie ma ważniejszej rzeczy dla rodzica. Rodzicielstwo jest jedną z najcudowniejszych rzeczy, jaka może się nam w życiu przydarzyć. Obok radości, miłości, euforii, która przychodzi do nas wraz z narodzinami naszego dziecka, pojawia się jednak niepostrzeżenie strach. Kompletnie nie mamy na to wpływu. Ba, nie zdajemy sobie nawet sprawy z jego obecności, dopóki nie zdarzy się coś, co zaburzy nasz spokój – zbyt wysoka gorączka, kolki, ząbkowanie – to na początek, kiedy chcielibyśmy pomóc naszemu maleństwu, a stajemy się zupełnie bezradni. Ile razy myślałyście: „Niech mnie boli, niech ja choruję, byleby tylko jemu/jej nic nie było”.

Często też słyszę: „Jak zacznie mówić, to będzie wiadomo, co mu jest, co boli”. I faktycznie im dzieci starsze, tym my, rodzice, stajemy się spokojniejsi. Odchodzą trochę w niepamięć choroby, ale zaczyna się zupełnie nowy rozdział w życiu naszych dzieci – ciekawość świata.

Z małych brzdąców, dzieci stają się tymi, którzy chcą poznawać wszystko, co wokół, chcą wyjść spod stworzonego przez nas bezpiecznego klosza, wyswobodzić się i ruszyć w nieznane. Pamiętacie jeszcze naukę jeżdżenia na rowerze? A może pierwsze łyżwy, narty, rolki? Zawsze powtarzam, że najfajniejsze w posiadaniu dzieci jest to, że my sami cofamy się do lat dzieciństwa, chcemy też spróbować – rolek, łyżew, chcemy na nowo eksplorować świat. Trochę wtedy usypiamy czujność, którą wybudzają zdarte kolana i łokcie naszych dzieci.

I chociaż głośno deklarujemy, że najważniejsze jest dla nas bezpieczeństwo i zdrowie naszych dzieci, to często mam wrażenie, że kompletnie to ignorujemy. Na lodowisku niewiele dzieci jest w kaskach, na rowerach podobnie. „Nie chce założyć, mówi, że mu niewygodnie” – tłumaczą rodzice, a przecież wystarczy chwila nieuwagi…

Na zlecenie Nationale Nederlanden przeprowadzono badania, które obnaża trochę nas – rodziców i naszą dbałość o bezpieczeństwo naszych dzieci.

I chociaż martwimy się bardzo często i rozmawiamy z dziećmi o zachowaniu bezpieczeństwa, to jednak posiadamy nikłe pojęcie choćby w zakresie udzielania pierwszej pomocy. Chcielibyśmy się doszkolić, ale przyznajmy, że rzadko kiedy robimy cokolwiek, by wziąć udział w kursie, który da nam pewność, co zrobić w przypadku wypadku. W końcu ranę wiemy jak opatrzyć, jak dziecko się zakrztusi niegroźnie, to także wiadomo, jak się zachować. Czy to jednak zawsze wystarczy? Trochę bagatelizujemy wypadki, bo przecież naszemu dziecku one się nie zdarzają. Zresztą same badania pokazują, że niewiele ponad 23% rodziców potwierdza, że ich dziecko uległo wypadkowi – to średnio co czwarte, piąte dziecko. Nieustannie mamy nadzieję, że nasze jest w tej szczęśliwej części, której nic się nie przytrafi.

Zobaczcie, jakie to naiwne. Z jednej strony bezpieczeństwo naszego dziecka stawiamy ponad wszystko, a z drugiej, co robimy, żeby naprawdę mu je zapewnić? 81,3% biorących udział w badaniu deklaruje, że rozmawia ze swoim dzieckiem na temat bezpieczeństwa. Czy jednak sama rozmowa wystarczy? Przecież wiadomo, że dziecko nie uczy się tego, co do nich mówimy, tylko naśladuje nas w naszym zachowaniu. To czyny, a nie słowa są istotne w wychowaniu, a także w nauce bezpieczeństwa. Więc, co z tego, że rozmawiamy z dziećmi na temat bezpieczeństwa, jeśli jedynie 61,9% zapewnia, że zapina dziecko w pasy w foteliku samochodowym, a niewiele ponad 50% pilnuje, by dziecko na rower, rolki, łyżwy zakładało kask? Gdzie tu bezpieczeństwo naszych dzieci? Wśród tych 50% rodziców, którzy biorą udział w zabawach dziecka, mają na nie tak zwane „oko”? Przecież nie będziemy całe życie kontrolować tego, czy dziecko jest bezpieczne.

Czas najwyższy zweryfikować to, co dla nas najważniejsze. Bo jeśli bezpieczeństwo dziecka, to zróbmy rachunek sumienia, jak naprawdę o nie dbamy i czy faktycznie robimy wszystko, by nie doszło do wypadku, którego skutki mogą być naprawdę różne? Niech każdy sam sobie odpowie na to pytanie…


Artykuł powstał przy współpracy z Nationale Nederlanden

 


Zobacz także

Krzysztof Gojdź

Krzysztof Gojdź: „Coraz częściej widzę kobiety, które na żywo wyglądają jak przerobiony królik”

Fot. iStock / knape

Kilka życiowych prawd, które odkrywasz dopiero po trzydziestce (gdy dobrze wgryziesz się w życie)

Fot. iStock/Sergey_Peterman

Nauczmy się przebaczać, nie dla innych, ale dla siebie. Wybaczenie nie oznacza zapomnienia o swoich krzywdach