5 różnic w rozumieniu świata, które wyróżniają empatycznych ludzi

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
19 kwietnia 2017
Fot. iStock / yulkapopkova
Fot. iStock / yulkapopkova

Wydaje nam się, że są nieco magiczni. Czują więcej, widzą dalej, słyszą to, co wypowiedziane ledwo słyszalnym szeptem. Kim są osoby z wysoko rozwiniętą empatią? Naprawdę tak bardzo się różnimy?

Okazuje się, że ich zdolność do współodczuwania wcale taka magiczna nie jest. To umiejętność, którą po części można w sobie wypracować – jeśli się tylko chce. Bo widzieć więcej – to otworzyć szerzej oczy, nawet, gdy to co widzimy nam się nie podoba. Słuchać. Szukać drugiego człowieka, bez względu na to, jak odmienny od nas i nie zrozumiały był jego świat.

Empatia to niekończąca się podróż po wielu światach.

5 różnic w rozumieniu świata, które wyróżniają empatycznych ludzi

1. Oni naprawdę słuchają

Słuchają i słyszą.

Nie kiwają mechanicznie głową. Ta rozmowa czy opowieść jest dla nich ważna, nawet, gdy nie znają zbyt dobrze swojego rozmówcy. A może zwłaszcza wtedy. Bo móc poznać drugiego człowieka i zrozumieć, choć odrobinę jego wybory, zachowanie – to prawdziwy skarb.

Skąd się bierze ta wymagająca umiejętność?

2. Są ciekawi drugiej osoby

Naprawdę chcą wiedzieć więcej o drugiej osobie. Ta wiedza pozwala im lepiej zrozumieć świat i emocje. Uczyć się.

Chcą wiedzieć kim jesteś, co czujesz, w jakim środowisku czy rodzinie przyszło ci funkcjonować. Gdy będziesz opowiadać im o sobie, naprawdę cię wysłuchają. Głęboko rozwinięta empatia sprawia, że drugi człowiek i jego historia zawsze jest dla empaty wartością dodaną. Najcenniejszą lekcją w życiu.

3.  Wiedzą, że dobrych odpowiedzi są tysiące

I że każda z nich może być „dobra” dla kogoś innego. Szanują to. Nie mają misji uformowania wszystkich ludzi tak, by pasowali do ich wizji świata, by przyznawali im rację, wielbili i nienawidzili tego samego. To, co najbardziej wyróżnia empatycznych ludzi, to szacunek do otaczającego świata. Zrozumienie, że każde zdarzenie, pytanie, odpowiedź, jest czymś innym dla każdego człowieka.

Nie mają potrzeby zmieniać siłą rzeczywistości, ale na pewno byłoby im (i wszystkim) ciut lepiej, gdyby każdy czasem spojrzał dalej.

4. Myślą, zanim powiedzą

Tak, to możliwe. Jeśli wyłączymy na chwilę trend „jestem, jaki jestem” i „co mnie inni obchodzą” – można. Bo obchodzić powinno. Życie nie jest czarno-białe i niby to wiemy, a jednak tak trudno nam w tym funkcjonować. Wymaga to więcej wysiłku. O wiele łatwiej jest założyć klapki na oczy i pędzić na oślep, niż pochylać się nad każdym napotkanym po drodze człowiekiem, prawda?

Ludzie z silną empatią nie chcą po prostu żyć z klapkami, co wcale nie umniejsza ich asertywności czy barwnemu życiu. Zdecydowanie łatwiej im iść pewnie przez z życie ze świadomością, że nikt nie jest „sam”, że poznali już dość dużo ludzkich historii, by radzić sobie lepiej, by omijać to, co niebezpieczne i by wreszcie przez nieuwagę nie krzywdzić innych.

Lżejsi o wieczne poczucie winy stąpają przez życie naprawdę lekko.

5. Rozumieją, że nie są i nie będą tobą

I że nie każde rozwiązanie dobre dla niego lub kogoś innego, będzie tak samo dobre dla ciebie.

Widzą różnicę pomiędzy ludzkimi światami, nie chcą jej niszczyć i zacierać. Doceniają wartość, jaką każdy z nas codziennie wnosi w życie, różnorodność. Szanują emocje po królewsku. Nie zawsze je rozumieją, ale przyjmują, że skoro są, są prawdziwe.


Do byłych partnerów nie mam żalu. Nie straciłam wiary, że prawdziwa miłość istnieje. Dzięki chłopaki za dobre lekcje, teraz wy idźcie odrobić swoje

Magdalena Lis
Magdalena Lis
19 kwietnia 2017
Fot. iStock/yuriyzhuravov
Fot. iStock/yuriyzhuravov

Iwona poznała Sławka będąc jeszcze w trakcie sprawy rozwodowej. Turbulencje emocjonalne, które zafundował jej były mąż sprawiły, iż miała chłodne postanowienie – nigdy więcej nie zwiąże się już z żadnym mężczyzną. Jej córka Laura miała wówczas dwa lata.

– Człowiek jest słaby w swoich postanowieniach. Zwykła wizyta w urzędzie w celu przerejestrowania auta, które eks mąż zostawił mi w ’spadku’ sprawiła, że poznałam Sławka. Podobnie jak ja był petentem i pomógł mi, kiedy błądziłam od okienka do okienka. Nie miałam pojęcia o urzędowych sprawach, nigdy wcześniej się tym nie zajmowałam. On – gentleman na najwyższym poziomie. Do tego szalenie przystojny. Oczarował mnie do tego stopnia, że przez najbliższych kilka dni na samą myśl o nim nogi się pode mną uginały.

Sławek czekał na nią, gdy wyszła z urzędu. Pomógł jej przykręcić nowe tablice rejestracyjne. Zażartował, że w ramach podziękowania jest mu winna kawę.

– Ta gorąca kawa zapoczątkowała początek piekła, które sama sobie poniekąd zgotowałam.

Zamieszkali razem tuż po tym, gdy Iwona oficjalnie otrzymała rozwód. Przez pierwsze pół roku wszystko wyglądało w miarę poprawnie. Później pojawiły się pierwsze sygnały ostrzegawcze, które  bagatelizowała. Laura sygnalizowała, że nie lubi wujka, że nie chce z nim zostawać sama.

– Zgłosiła mi, że się boi, bo Sławek na nią nakrzyczał. On zapytany wszystkiego się wyparł. Wstyd mi, bo to jemu wówczas uwierzyłam. To było słowo przeciwko słowu, a ja zakochana po uszy miałam klapki na oczach. Szczęście własnego dziecka nieświadomie postawiłam na szali.

Za namową Sławka Iwona zrezygnowała z wynajmu fajnego, niedrogiego mieszkania. Kolejnym punktem było zwolnienie się z pracy. Przekonywał ją, że dobrze zarabia i utrzyma ich oboje, a dom i dziecko wymagają jej stuprocentowej uwagi i zaangażowania.

– Kokosów nigdy nie miałam, niewiele płacili mi za pracę w drogerii, zwłaszcza, że byłam zatrudniona na ¾ etatu. Tyle tylko, że ta praca dawała mi kontakt z ludźmi i możliwość wyrwania się z domu. Zwyczajnie ją lubiłam.

Konsekwencje podjętych decyzji bardzo szybko wyszły na wierzch. Sławek wypominał Iwonie każdą wydaną złotówkę. W złości wykrzyczał, że musi łożyć na cudze dziecko. Zabolało.

– Całe swoje zawodowe życie przepracował w wojsku, w tamtym czasie był już na emeryturze, dodatkowo pracował jako konwojent, na pełen etat. Ja myślałam, że on jest taki niesamowicie poukładany, bo wszystko zawsze musiało mieć swoje miejsce. Tymczasem on był zwyczajnym dyktatorem. Wpadłam z deszczu pod rynnę, po raz drugi stając się ofiarą domowego terroru.

Tuż przed majówką Sławek wyrzuca dziewczyny z domu. Iwonę pod swoje skrzydła przygarniają rodzice. Jest w złym stanie psychicznym. Ojciec wsuwa jej do kieszeni pieniądze na życie. Mama zapisuje ją do lekarza.

– Byłam słaba, ciągle mnie mdliło. Nie miałam apetytu, chciałam się tak ogólnie przebadać. Diagnoza zwaliła mnie z nóg. Nie byłam chora, to ciąża…

Pod sercem nosiła dziecko mężczyzny, który ją oszukał. Była załamana. Bezrobotna rozwódka, z jednym dzieckiem przy boku i drugim w drodze. Na garnuszku rodziców, bez pieniędzy i własnego dachu nad głową. Na tamten moment Iwona myślałam, że jest tak źle, że już nic gorszego nie może jej spotkać.

Najgorsze jednak nadeszło z czasem. Pod koniec czerwca w wyniku rozległego udaru mózgu umiera ojciec Iwony. Nagła, stresująca sytuacja sprawia, że kobieta z silnym krwotokiem trafia do szpitala. Kiedy się budzi przy jej łóżku czuwa mama.

– To od niej dowiedziałam się, że poroniłam. Całe dnie wtedy płakałam. Z rozpaczy, z żalu. Tyle nieszczęścia naraz. To dziecko nie było niczemu winne, całym sercem bym je pokochała.

Nowe życie Iwona zaczyna od zera. Wciąż jest w złym stanie psychicznym. Wie jednak, że musi stanąć na nogi. Wie, że jest Laura i że ma dla kogo. Zaciska zęby i udaje silną kobietę. Wstydzi się przyznać komukolwiek, że każdej nocy staje oko w oko z czarnymi myślami.

– Kiedy tylko zostawałam sama w domu leżałam w łóżku i patrzyłam w sufit. Próbowałam szukać pracy, ale jak wyjść z domu będąc w takim stanie?

Finansowo pomaga jej mama. Z lepszych czasów Iwona ma szafę pełną markowych ubrań i torebek. W szkatułce złota biżuteria. Nie ma wyjścia – loguje się na portalach internetowych i wszystko sprzedaje. Będąc na zakupach w warzywniaku przypadkowo spotyka dawno niewidzianą koleżankę. To spotkanie okazuje się być kołem ratunkowym. Jej znajoma akurat szuka pracownicy do nowo otwartego butiku. Etat proponuje właśnie Iwonie.

– Przełamałam się, pokonałam wstyd i opowiedziałam jej całą prawdę o sobie. O tym, że jestem sama, że niedawno pochowałam ojca, straciłam dziecko, że nie mam przy duszy nawet grosza. O tym, że nie jestem już tą dziewczyną ze zdjęć, które widziała w Internecie. O tym, że nie pasuję już do uchwyconego w kadrze obrazka szczęśliwej rodziny.

Z biegiem czasu Iwona przekonała się, że stanowi wartość samą w sobie, a bycie samotną kobietą i matką nie jest w żadnym razie powodem do wstydu. Zrozumiała, że to, że nie potrafi sama naprawić cieknącego kranu, czy usunąć awarii, kiedy pralka nawali, nie czyni jej gorszą i słabą. Wie, że wówczas trzeba wyciągnąć rękę po pomoc, i nikt z tego powodu nie wytknie jej palcem, nikt nie będzie z niej szydzić.

– Kiedyś myślałam, że bycie z kimś w związku jest takim gwarantem szczęścia. Że kiedy człowiek żyje w pojedynkę, jest jakby niekompletny i źle przez innych postrzeganych. Teraz wiem, że tak nie jest, i mimo złych doświadczeń, wciąż mam w sobie przekonanie, że uczucia wyższego rzędu niosą za sobą jakąś wartość. Dla mnie ikoną miłości byli moi rodzice. To była miłość bliska ideału. Dziś uczę się żyć w pojedynkę, no i jest Laura, to mój sens życia, wiadomo. Do byłych partnerów nie mam żalu. Mimo wszystko nie straciłam wiary w to, że prawdziwa miłość naprawdę istnieje. Dziś mogę im powiedzieć dzięki chłopaki za dobre lekcje, teraz wy idźcie odrobić swoje.


„Mądrości” życiowe mogą zniszczyć niejeden związek. Proszę państwa, w te rzeczy absolutnie nie wierzymy

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
18 kwietnia 2017
Fot. iStock/mixetto
Fot. iStock/mixetto

Znacie to? Jest wielka miłość, motyle w brzuchu, LOVE taki, że głowa spada. Po prostu nic i nikt się nie liczy oprócz TEJ miłości!

Tyle, że po czasie ochów i achów przychodzi moment, kiedy pada: „zamieszkajmy razem”, a potem: „weźmy ślub” i… cała euforia bierze w łeb, bo odbijamy się od codzienności jak piłeczki tenisowe. Coś, co unosiło nas jak na skrzydłach, co dodawało energii, staje się tak powszednie i do tego bywa tak irytujące, że czasami zapala się nam lampka: „A po diabła mi to było”. No właśnie. Skąd ta zmiana, kiedy myślimy, że mamy go dość, że lepiej by nam było, gdybyśmy były same. I wiele jeszcze innych rzeczy, które jeszcze kilka lat wcześniej nawet by nam do głowy nie przyszły.

No więc sprawa wygląda taj, że my żyjemy w oparciu o przekonania, które nam ktoś wtłoczył do głów. Przyjęliśmy wiele „mądrości” życiowych kompletnie nieświadomie i powtarzamy schemat tak dobrze znany z naszych rodzinnych domów, domów naszych babć. A tak się zarzekaliśmy, że u nas będzie inaczej, że nie będziemy jak nasi rodzice siedzieć przed telewizorami w dwóch osobnych pokojach. I co? I nagle dochodzi do nas, że kurczę, my właśnie tacy sami jesteśmy.

Więc może pora obalić mity na temat związku i miłości, w które uparcie wierzymy, ale które sprawiają, że grzebiemy miłość żywcem, nie mówiąc już o radości z bycia razem, tak po prostu.

Skoro jesteśmy razem, wszystko powinniśmy wspólnie robić

To jest jedno z tych przekonań, które wychodzi nam po pewnym czasie bokiem. Kto to w ogóle wymyślił, że jak już jesteśmy parą, a nie daj Boże już małżeństwem to od teraz po wsze czasy wszystko, co będziemy robić musi być w dwupaku. Jak gotować to wspólnie, jak wyjechać w góry to też razem, choć ona nienawidzi łazić po górach i marzy o tym, żeby poleżeć na plaży. No, ale cóż zrobić, ubiera buciory, plecak i idzie… A on nie cierpi kursu tańca, na które ona ich zapisała. Nijak nie sprawia mu to przyjemności, jest wręcz udręką i przez cały tydzień myśli tylko, jakby się z tego wyplątać i nie iść. No, ale jak on nie idzie, to ona też nie, żeby jemu nie było przykro, a on znowu ma wyrzuty sumienia, że nie poszedł, bo wie, jak ona ten kurs tańca lubi. Opera mydlana normalnie. Do kina – też mordęga, bo ona na komedie, a on na horrory. Że osobno mogą iść? No skądże znowu, nie wypada i co ludzie powiedzą.

Ot, i frustracja gotowa, bo ile można wyrzekać się tego, co sprawia nam przyjemność na rzeczy przyjemności kogoś innego.

O wszystkim powinniśmy sobie mówić

Oczywiście, że nie musimy i pewnie czasami nie powinniśmy. Przecież są babskie tajemnice, o których najlepiej rozmawia się z przyjaciółką, a nie z osobistym partnerem. Bo kto nas lepiej zrozumie? Nasze lęki, obawy i strach, jak nie druga kobieta. Która nie uzna za fanaberię emocjonalną huśtawkę, która trwa chwilę, ale jednak obecna jest w naszym życiu. I czy naprawdę mąż musi wiedzieć, że fajnego faceta zatrudnili w dziale obok. Hmmm boski jest. No i tyle, powzdychacie we dwie i idziecie dalej, bez roztrząsania, co by było gdyby. No dobra, czasami lekko wodze wyobraźni puścicie, ale nie ma w końcu w tym nic złego. Są rzeczy, o których facet nie musi mówić kobiecie, a kobieta facetowi, bo zwyczajnie się nie zrozumieją.

Wszędzie powinniśmy chodzić razem

Jak papużki nierozłączki. Gdzie on tam ona, gdzie ona tam i on. Pewnie są znajomi, którzy wywracają już oczami. Bo koleżanki zapraszają cię na babski wieczór, ale ty przychodzisz z NIM, bo wy wszędzie i zawsze razem, bo już teraz i na zawsze jedno bez drugiego funkcjonować nie potrafi. Jakbyście sobie nawzajem tlen dostarczali. A przecież każdy potrzebuje odrobiny przestrzeni, powietrza, by nabrać go głęboko w płuca i nawet zatęsknić za tą drugą osobą.

Ty wolisz iść do teatru, on na mecz – proszę bardzo, droga wolna, dajmy sobie prawo do tego, by pobyć osobno, by móc opowiedzieć sobie nawzajem, co się przez ten czas zdarzyło, by nabrać dystansu do naszego związku. By zrozumieć, co każde z nas lubi, ale… osobno.

Powinniśmy czytać sobie w myślach

Oczywiście. Przecież on musi wiedzieć, co ty akurat masz na myśli, a ty po jego minie w mig powinnaś zrozumieć, o co mu chodzi. A później lament i łzy, że on się nie domyślił, a ona strzela focha za fochem, bo nie wie, o co ci chodzi. Normalni, dorośli ludzie ze sobą ROZMAWIAJĄ, a nie czytają sobie w myślach. Nietrudno udowodnić, że ta forma komunikacji zdaje egzamin w związku i sprawia, że ludzie są w końcu ze sobą szczęśliwi. Jasne, że zdarza się: „O ja cię, właśnie o tym samym pomyślałem”, ale to nie ma nic wspólnego z tajemną i niepojętą dotąd wiedzą czytania w myślach.

Musimy żyć w zgodzie

No przecież, bo szczęśliwe pary się nie kłócą. Nawet wtedy, gdy ją do furii doprowadza fakt, że on ZNOWU zapomniał zrobić zakupów, a on dostaje szału, kiedy ona po raz KOLEJNY mówi o niedzielnym obiedzie u teściowej. Wszyscy są dla siebie mili, przyjaźnie się do siebie uśmiechają, a potem słyszymy: „No taka to była zgodna para i patrz, rozwiedli się” albo: „Ja nigdy nie słyszałam, żeby oni się kłócili”. Bo pary, które się nie kłócą, które nie dyskutują rozwodzą się najczęściej – i to nie jest mit, to najprawdziwsza prawda, bo narastająca w nich frustracja zamienia się w niechęć, a jak pojawia się niechęć, to też o romans nie trudno. I tak to życie później się toczy. Było pięknie i szczęśliwie, a skończyło się… ups… tak szybko, jak nikt by się tego nie spodziewał.

Nie powinniśmy mieć siebie dość

„Jak ja się cieszę, jak mój mąż wyjeżdża. Jestem wtedy najszczęśliwszą żoną na świecie, gdy go nie ma” – powiedziała mi kiedyś przyjaciółka. I ja ją doskonale rozumiem. Bo ja też miewam dość, kiedy non stop ktoś mi się plącze obok i nie daje chwili wytchnienia. Idę biegać i zagryzłabym, gdyby chciał iść ze mną (w myśl zasady, że wszystko razem), oznajmiam, że wyjeżdżam – na weekend, na dzień, na noc – nie ma znaczenia, gdzie i jak i na ile. Ważne, żeby jak najdalej od niego. Dlaczego? Bo każdy w swoim związku potrzebuje odrobiny wolności i samotności. Żeby móc pobyć samemu ze sobą, poukładać myśli, emocje, poczuć się niezależnym bytem, strzepnąć z siebie tę stałą obecność drugiego człowieka, by móc spojrzeć na swój związek z dystansem. Zobaczyć, co mnie wkurza, a co cieszy, co sprawia, że jestem szczęśliwa i pogodzić się z tym, że bywam czasami smutna i zła. Jak w życiu, tak w związku.

Mam nadzieję, że wy etap wiary w te mity macie już za sobą, bo to, że każdy musi je przerobić i zrozumieć, że dalekie są od prawdy… to chyba naturalne.


Zobacz także

Chętnie sięgamy po kawę przy wysiłku umysłowym lub o poranku - może warto sięgnąć czasami po zieloną herbatę?

Siedem nieoczywistych powodów, by pić zieloną herbatę

rzeczy, których będziesz żałować za 10 lat

10 rzeczy, których będziesz żałować za 10 lat…

#NoMakeUp challenge - jak mam wyjść z domu bez makijażu?

#NoMakeUp challenge – jak mam wyjść z domu bez makijażu?